Na ścianach Fotografiska Stockholm wiszą słynne portrety U2, Björk, Rolling Stones, Depeche Mode, Annie Lennox, Nelsona Mandeli, Sinéad O’Connor, Kate Bush, Milesa Davisa, Willema Dafoe, Luciano Pavarottiego, Prince’a, Johnny’ego Casha, Metallici, Coldplay, The Killers, Jodie Foster, Clinta Eastwooda i całej plejady gwiazd popkultury, z malarzami, reżyserami i sławnymi modelkami na czele.
Było z czego wybierać na tak wielką retrospektywę, jak ta – na „Corbijn, Anton” można zobaczyć blisko 200 prac fotografa z 50 lat, począwszy od wczesnych lat spędzonych w Londynie jako fotograf magazynu muzycznego „NME”. – Ta wystawa jest mi szczególnie bliska, ponieważ prezentuje wszystkie okresy mojej kariery: od początków w latach 70. aż do zeszłego roku. Jestem niezmiernie dumny z mojej aktywności przez te wszystkie dekady i z ciężkiej pracy, aby pozostać, a przynajmniej starać się pozostać ważnym. Nie zawsze jest to łatwe i można to ocenić dopiero z perspektywy czasu – ale mam nadzieję, że ta wystawa to pokaże – mówił na otwarciu 70-letni artysta, który nie tylko jest znany jako fotograf, ale także reżyser teledysków i filmów. Obecnie pracuje nad postprodukcją swojego nowego filmu „Szwajcaria” z Helen Mirren, którego premiera planowana jest na koniec tego roku.
Nigdy się spodziewał, że zajdzie tak daleko. Jako najstarszy syn pastora dorastał w religijnej społeczności wyspiarskiej Holandii – z dala od rewolucyjnych zmian scen kulturalnych Europy, gdzie później zasłynął jako fotograf. – Za granicą wyspy znajdowała się „ziemia obiecana”. To tam powstawała muzyka. To było inne, bardziej swobodne, liberalne życie, w przeciwieństwie do tego, które sam prowadziłem – wspominał.
Aparat był dla niego drogą ucieczki z miejsca, w którym dorastał, by zbliżyć się do muzyków i ich wyzwolonego stylu życia. – Kiedy zaczynałem jako młody, nieśmiały chłopak, imponowali mi muzycy, nawet moje lokalne zespoły. Ale bardzo szybko zdałem sobie sprawę, że chcę fotografować ludzi, którzy, tak jak ja, czują, że to, co robią, jest najważniejsze w ich życiu. Dlatego nigdy nie chodzi o sławę i nie ma znaczenia, czy wyrażają się poprzez muzykę, film, malarstwo… Chodzi o ludzi, którzy dają z siebie wszystko. Kiedy widzę coś takiego, chcę tę osobę uwiecznić – powiedział w 2016 roku, pokazując swoje zdjęcia w Fotografiska na wystawie „1-2-3-4”.
Od otwarcia w 2010 roku, sztokholmska Fotografiska gościła Corbijna kilkukrotnie – sam bohater twierdzi, że galeria stała się dla niego „drugim domem”. Najnowsza retrospektywa, największa, to już czwarta współpraca. Prezentuje zarówno najsłynniejsze i ikoniczne obrazy, jak i bardziej osobiste, rzadko pokazywane. W osobnych salach są też emitowane teledyski jego autorstwa, m.in. dla Depeche Mode, Joy Division, Nirvany i U2, a także fragmenty fabuł i dokumentów, których był reżyserem. Można też kartkować albumy, które dotychczas wydał. Łącznie z tym najnowszym, rocznicowym o tym samym tytule, co retrospektywa, który wydało Hannibal Books, a zaprojektowało paryskie studio M/M, które jest również odpowiedzialne za projekt wystawy.
Pomimo globalnego sukcesu Corbijn pozostał skromny: – Nie sądzę, żebym w dzisiejszych czasach zajął się tym zawodem. To był świetny start w latach 70., ale dziś trudno zaistnieć. Moje zdjęcia ludzie chcą oglądać, bo ja i bohaterowie, których one przedstawiają, jesteśmy znani. Poza tym, obecnie żyjemy w czasach krótkotrwałych karier. Nie jestem fanem branży muzycznej; dla mnie zawsze to muzycy byli tym, co do mnie przemawiało. Miałem po prostu szczęście, że wielu ludzi, z którymi chciałem pracować, przetrwało tak długo i stało się siłą napędową mojej kariery.
Cichy i introwertyczny. Posiada wszystkie cechy nieśmiałego mieszkańca małego miasteczka. A do tego bardzo wysoki, co – jak ocenia Michael Stipe z R.E.M., częsty bohater jego zdjęć – pozwala fotografowi spojrzeć na świat z innej perspektywy. Po trzecie, pracuje bardzo szybko. Znany jest z tego, że potrafi wykonać całe sesje zdjęciowe w zaledwie kilka minut. To trzy czynniki, w połączeniu z doskonałym okiem, sprawiły, że jeśli ktoś w XX wieku coś znaczył w showbiznesie, stał przed jego aparatem. I nigdy mu nie odmówił.
Oto jego opowieści o niektórych z nich…
„Przeprowadziłem się do Londynu w 1979 roku, bo uwielbiałem brytyjskiego rocka, a w tamtym czasie szczególnie zespół Joy Division, który właśnie wydał swój pierwszy album. To była pierwsza kapela, którą sfotografowałem. Zauważyłem, że Joy Division grają w Rainbow (miejscu koncertu w Finsbury Park, obecnie ośrodku religijnym – przyp. red.) na początku listopada. Udało mi się tam dostać, a potem zebrałem się na odwagę, żeby wejść za kulisy i przedstawić się ich menedżerowi jako ważny fotograf z Holandii, i zapytać, czy mógłbym zrobić zdjęcie z zespołem w jakimś miejscu następnego dnia.
Udało się i przyjechali na stację metra niedaleko mojego wynajętego mieszkania w piwnicy; to była oczywiście jedyna stacja metra, którą znałem. Był zimny niedzielny poranek, a oni stali przed stacją, trzęsąc się z zimna w obszernych płaszczach, mając pod spodem same koszule. Typowo angielskie, żeby nie ubierać się na zimę. Mój pomysł na zdjęcie był oparty na tytule ich albumu „Unknown Pleasures” i chciałem, żeby na schodach w metrze odeszli ode mnie, jakby byli na wycieczce do nieznanych przyjemności… W każdym razie, wyglądało świetnie, gdy Ian spojrzał wstecz, i to stało się zdjęciem. Wszystko skończyło się w pięć minut, a oni uścisnęli mi dłoń, czego odmówili, gdy przyszedłem i podałem rękę, więc prawdopodobnie byli zadowoleni, że trwało to tylko pięć minut.
Później pokazałem zdjęcie „NME” i kilku innym magazynom w Europie, ale nikt się nim nie zainteresował, bo nie było widać twarzy. Oczywiście, kiedy Ian zmarł, wszyscy pokochali ten obraz. Dziwne, jak ważna i piękna staje się fotografia ze względu na wydarzenia zewnętrzne. Dziś jest częścią wizerunku, który ludzie kojarzą z zespołem. Pomogło trochę to, że przez dekady nie zdradzałem miejsca zrobienia tego kadru, bojąc się, że inni go skopiują, ale ponieważ stacja Lancaster Gate została przebudowana i już w niczym nie przypomina starej, mogę zdradzić nazwę.
Zrobiłem też ostatnie zdjęcie Iana Curtisa przed jego śmiercią. Było to mniej więcej miesiąc po sesji w metrze i wysłaniu im stykówek – byli jedynymi, którym się zdjęcia podobały. Zaprosili mnie więc do Manchesteru w kwietniu 1980 roku, żebym spędził z nimi czas podczas kręcenia teledysku do „Love Will Tear Us Apart”. Wtedy powstał portret Iana, który wyglądał na zamyślonego i zdystansowanego. To było kilka tygodni przed jego samobójstwem. Mój angielski nie był wtedy zbyt dobry, więc nigdy nie odbyłem z nim rozmowy i nie miałem pojęcia o jego stanie psychicznym, więc tak, jego śmierć była dla mnie całkowitym zaskoczeniem. To zdjęcie wiele dla mnie znaczy i zaczęło znaczyć wiele również dla innych ludzi.
Londyn zaczął się od Joy Division i na nich skończył. W 2007 roku nakręciłem o wokaliście film „Control” i straciłem na tym tyle pieniędzy, że musiałem sprzedać swój londyński dom. Rok później stamtąd wyjechałem.
Nie byłem mentalnie przygotowany na pracę nad tym filmem, ale po prostu musiałem iść dalej, rozwijać się. Dałem z siebie wszystko, żeby spełnić swoje wizje, łącznie z pieniędzmi! Ale to dzięki „Control” zostałem filmowcem. Wszystkie kolejne moje filmy celowo były bardzo różne, żeby udowodnić sobie, że jestem reżyserem. Miałem wielkie szczęście, że mogłem pracować z tak wspaniałymi aktorami jak Philip Seymour Hoffman, George Clooney, Willem Dafoe, Robert Pattinson, Nina Hoss i innymi.
Piszą o mnie, że jestem czwartym członkiem Depeche Mode, co do końca nie jest nieprawdą… Spotkaliśmy się w 1981 roku na sesji zdjęciowej do okładki magazynu „NME” i na tym się skończyło. Byli wtedy na początku swojej drogi i dla mnie byli zdecydowanie zbyt popowi. Oni lub ich wytwórnia płytowa próbowali namówić mnie do zrobienia zdjęć prasowych co najmniej dwa razy w ciągu kolejnych lat, ale odmówiłem. Potem, w 1986 roku, poproszono mnie o nakręcenie dla nich teledysku z zastrzeżeniem, że musi on zostać nakręcony w USA, ponieważ byli w trasie koncertowej i to była jedyna możliwość. Zabawne, ale był to dla mnie jedyny powód, żeby się zgodzić, ponieważ nigdy wcześniej nie kręciłem teledysków w USA, więc chciałem tam pojechać.
Prawie rok później poproszono mnie o nakręcenie kolejnego klipu i całkiem naturalnie przerodziło się to w bliską współpracę. Zwłaszcza po tym, jak w 1995 roku skład zespołu zmniejszono z czterech do trzech członków. Nie lubię robić zdjęć czterem osobom, a oni najwyraźniej mnie posłuchali, haha.
Zdałem sobie sprawę, że ich muzyka, która zmieniła się od początków, i moje wizualizacje naprawdę dobrze do siebie pasowały. Angażowałem się coraz bardziej. Zaprojektowałem wszystkie ich sceny koncertowe od 1993 roku, byłem odpowiedzialny za projektowanie okładek albumów, ich logotypów itp. Między nami istnieje naprawdę wyjątkowe zaufanie.
Czego dowodem jest portret Dave’a Gahana, który został zrobiony w najtrudniejszym okresie jego życia i podczas najmroczniejszej trasy koncertowej. Przedstawia go w pokoju hotelowym po występie, gdzie rzucił się w tłum. Zadrapania pochodzą zarówno z tego wydarzenia, jak i z samookaleczania, jak sądzę. To zdjęcie jest jak portret Chrystusa. Uważam, że wykracza poza osobę, którą przedstawia. Oczywiście opublikowałem je dopiero wiele lat później, kiedy okres narkotykowy był już dawno za nim i mógł spojrzeć na nie jak na przeszłość. To również część zaufania – bo nigdy nie wykorzystam niczego, by zdradzić przyjaciół.
Za każdym razem, gdy Prince był fotografowany, robiło się to w studiu lub pokoju hotelowym z lampami – wszystko musiało być pod kontrolą. Długo więc z nim rozmawiałem o naszej sesji przez telefon, bo chciałem to zrobić na zewnątrz. W końcu się zgodził, ale miałem bardzo mało czasu i musiałem jeździć z nim po całym Manhattanie. Na wszystko było może półtorej godziny, ale po całej podróży, do faktycznego fotografowania zostało tylko pięć minut. Ale uwielbiam to zdjęcie, bo nie ma innych takich portretów Prince’a.
Prince był zbyt młody, gdy odszedł – jego śmierć to koniec pewnej ery. Podobnie jak odejście Davida Bowie czy Ozzy’ego Osbourne’a, a wcześniej Joe Cockera, Johnny’ego Casha i B.B. Kinga… To trudne dla ludzi z mojego pokolenia, bo to ci, których kochaliśmy, kiedy dorastaliśmy. Są kojarzeni z tak wieloma emocjami w naszym życiu, a nagle ich już nie ma… Więc w tym sensie jest to dla mnie osobiście trudne, bo znałem ich wszystkich. Nie jestem fotografem studyjnym, więc kiedy kogoś portretuję, podróżuję, żeby go zobaczyć. Zawsze pojawia się wiele wspomnień, kiedy myślę o tych ludziach i oglądam zdjęcia, bo każde z nich było podróżą.
W większości przypadków Depeche Mode po prostu pozwalali mi działać z pełną swobodą twórczą, co stanowi wyraźny kontrast w porównaniu z U2. To zespół, który wierzy w spotkania, więc wszystko ma swoje miejsce i czas. Kiedy tworzyłem wizualizacje do ich trasy koncertowej z okazji 30. rocznicy „The Joshua Tree”, filmowałem również koncert w Mexico City. Po koncercie wszyscy członkowie U2 przyszli obejrzeć nagranie. O północy! Przez dwie godziny! Depechów nie dało się namówić na obejrzenie nagrania nawet przez minutę. To niesamowita różnica w podejściu.
Z U2 zawsze jest coś z cyrku. Stali się tak wielcy i lubią robić wszystko dobrze i wyciągać z tego więcej, niż można sobie wyobrazić. Mają więc wokół siebie mnóstwo ludzi, którzy im w tym pomagają. Czasami to przeszkadza w zdjęciach, ale są bardzo postępowi i otwarci, chcą iść naprzód. Już wtedy, w 1987 roku, gdy był ostatni dzień zdjęć do premiery „The Joshua Tree”, udowodnili to. Zrobiliśmy kilka zdjęć w kilku opuszczonych miastach w pobliżu Parku Yosemite i Doliny Śmierci z całą czwórką. Potem zatrzymaliśmy się w opuszczonej chacie przy drodze do Palm Springs, a Bono wpadł w furię: dla niego to była wielka strata czasu. Odpowiedziałem, że uchwycenie detali jest równie ważne, jak wspaniałych widoków. Ustąpił.
Na początku album miał nosić tytuł „Pustynne piosenki” lub „Dwie Ameryki”, dlatego wybrałem kalifornijskie pustynie jako tło. Ale pierwszego dnia opowiedziałem Bono historię drzewa rosnącego na jednej z tych pustyń, które mormoni nazwali Drzewem Jozuego, ponieważ jego gałęzie przypominały ramiona proroka Jozuego uniesione ku niebu, wzywającego swój lud do podążania za nim do Ziemi Obiecanej. Następnego ranka Bono zszedł na śniadanie z Biblią w ręku i poinformował nas, że „The Joshua Tree” to tytuł nowego albumu U2.
Zacząłem szukać odpowiedniego drzewa, które posłużyłoby za tło słynnego portretu, który widnieje na okładce albumu. Znalazłem je drugiego dnia, na południe od Zabriskie Point. Tydzień później, odbierając negatywy z laboratorium, zobaczyłem, że wszystkie zdjęcia były lekko rozmazane, a w tle znajdował się tylko jeden ostry obiekt: drzewo. Serce mi zamarło i pomyślałem, że popełniłem błąd. Dopiero później zdałem sobie sprawę, że zdjęcie jest przez to jeszcze bardziej poruszające. Na portrecie Bono, The Edge, Larry i Adam mają melancholijne, poważne miny z powodu panującego zimna, bo poprosiłem ich o zdjęcie płaszczy, mimo że był grudzień, a temperatury ledwo przekraczały zero. Tytuł albumu sprawił, że wielu fanów uwierzyło, że zdjęcia zostały zrobione w Parku Narodowym Joshua Tree, a w rzeczywistości 300 kilometrów dalej. Nigdy nie byłem w tym parku, ale niestety nieporozumienie doprowadziło do tragedii: w 2011 roku para fanów wyruszyła na poszukiwanie drzewa i straciła orientację. Zginęli w wyniku udaru słonecznego.
Bowie to prawdziwy dżentelmen, zawsze był bardzo miły i zawsze bardzo dobrze wyglądał, więc w pewnym sensie robienie mu zdjęć było proste. Trudno było mu zrobić złe zdjęcia. Podobnie z Nirvaną. Zawsze byli naturalni, nie pozowali, nikogo nie udawali. Zdjęcie było udanym połączeniem trzech dziwnych facetów. Naprawdę mi się podobali. Byli mili. Kurt był bardzo miły, był najsłodszym facetem. Kiedy go poznałem był już bardzo popularny, więc i dość ostrożny, ale świetnie się dogadywaliśmy i bardzo go polubiłem. Był niesamowicie utalentowanym facetem. Popularność to ogromny ciężar. Muzycy Nirvany mieli ambiwalentny stosunek do pozycji, którą sami sobie stworzyli. Byli w miejscu, w którym chcieli być, i jednocześnie nie chcieli. Towarzyszyło im mnóstwo cierpienia psychicznego. Artyści nie zawsze są najbardziej zrównoważonymi ludźmi i może właśnie to czyni ich ekscytującymi.
Na szczęście, zazwyczaj podziwiam ludzi, których fotografuję. Nie pozwalam im kontrolować sesji, ale pozwalam im się angażować. Nie chcę, żeby moje ego przytłoczyło ich ego, chcę tylko jakoś nad nimi panować. Tylko raz wyszedłem z planu zdjęciowego, z francuską aktorką. Ale myślę, że nie była sobą, bo było w to zaangażowanych wiele substancji. ﹡
_____
„Corbijn, Anton” można oglądać w Fotografiska Stockholm do 12 października. Po zakończeniu wystawy w Sztokholmie, w 2026 roku wystawa zostanie przeniesiona do Fotografiska Berlin i Fotografiska Tallinn.
Kopiowanie treści jest zabronione