U góry: Dave Gahan, Frankfurt, 1993; Slash, Santa Fe (3/5), 1992. Na dole: Coldplay, Venice, CA, 2013; Christy Turlington Naomi Campbell, Dublin, 1993
Anton Corbijn: „Nie jestem fanem branży muzycznej. To muzycy byli tym, co zawsze do mnie przemawiało”
02 lipca 2026
tekst: AMK
zdjęcia: Anton Corbijn
Jest autorem jednych z najsłynniejszych zdjęć muzycznych w historii. Miał szczęście. Lata 90. to czas świetności rocka – gdy muzycy wypełniali stadiony, a nie streaming, gdy robili sobie zdjęcia na okładki płyt i gazet, a nie na social media. On był blisko tych największych: U2, Rolling Stonesów, Nirvany, Depeche Mode, Davida Bowie, Nicka Cave’a… I w dużej mierze ukształtował ich wizerunek, ale też zmienił kulturę popularną, jaką znamy. Czy czuje, że jest zaszufladkowany? – Nie. Jestem bardzo dumny z tego, co osiągnąłem w tym gatunku. Po prostu nie uważam, że fotografia muzyczna to wszystko, co robię. Jestem fotografem portretowym – mówi. Można się o tym przekonać na retrospektywie „Corbijn, Anton” w Berlinie.

Na ścianach Fotografiska Berlin wiszą słynne portrety U2, Björk, Rolling Stones, Depeche Mode, Annie Lennox, Sinéad O’Connor, Kate Bush, Milesa Davisa, Jodie Foster, Willema Dafoe, Luciano Pavarottiego, Prince’a, Coldplay i całej plejady gwiazd popkultury, z aktorami, malarzami, reżyserami i sławnymi modelkami na czele.

Było z czego wybierać na tak wielką retrospektywę – na „Corbijn, Anton” można zobaczyć blisko 200 prac fotografa z 50 lat, począwszy od wczesnych lat spędzonych w Londynie jako fotograf magazynu muzycznego „NME”. – Ta wystawa jest mi szczególnie bliska, ponieważ prezentuje wszystkie okresy mojej kariery: od początków w latach 70. aż do zeszłego roku. Jestem dumny z mojej pracy przez te wszystkie dekady, aby pozostać, a przynajmniej starać się pozostać ważnym. Nie zawsze jest to łatwe i można to ocenić dopiero z perspektywy czasu – ale mam nadzieję, że ta wystawa to pokaże – mówił na otwarciu 71-letni fotograf, który jest także reżyserem teledysków i filmów. Obecnie pracuje nad postprodukcją swojego nowego filmu „Szwajcaria” z Helen Mirren, którego premiera planowana jest na jesień tego roku.

Nigdy się spodziewał, że zajdzie tak daleko. Jako najstarszy syn pastora dorastał w religijnej społeczności w wiosce na wyspie w Holandii. – Za granicą znajdowała się „ziemia obiecana”. To tam powstawała muzyka. To było inne, bardziej swobodne, liberalne życie, w przeciwieństwie do tego, które sam prowadziłem – wspominał.

Aparat był dla niego ucieczką z miejsca, w którym dorastał, by zbliżyć się do muzyków i ich wyzwolonego stylu życia. – Kiedy zaczynałem jako młody, nieśmiały chłopak, imponowali mi muzycy, nawet moje lokalne zespoły. Ale bardzo szybko zdałem sobie sprawę, że chcę fotografować ludzi, którzy, tak jak ja, czują, że to, co robią, jest najważniejsze w ich życiu. Dlatego nigdy nie chodzi o sławę i nie ma znaczenia, czy wyrażają się poprzez muzykę, film, malarstwo… Chodzi o ludzi, którzy dają z siebie wszystko. Kiedy widzę coś takiego, chcę tę osobę uwiecznić – powiedział w 2016 roku.

Na berlińskiej wystawie, która potrwa do 20 września, prezentuje zarówno najsłynniejsze obrazy, jak i te rzadko pokazywane. W osobnych salach są też emitowane klipy jego autorstwa, m.in. dla Depeche Mode, Joy Division, Nirvany i U2, a także fragmenty fabuł i dokumentów, których był reżyserem. Można też kartkować albumy, które dotychczas wydał. Łącznie z tym najnowszym, o tym samym tytule, co retrospektywa.

U2, Death Valley, 1986

Pomimo globalnego sukcesu Corbijn pozostał skromny: Nie sądzę, żebym w dzisiejszych czasach zajął się tym zawodem. To był świetny start w latach 70., ale dziś trudno zaistnieć. Moje zdjęcia ludzie chcą oglądać, bo ja i bohaterowie, których one przedstawiają, jesteśmy znani. Poza tym, obecnie żyjemy w czasach krótkotrwałych karier. Nie jestem fanem branży muzycznej; dla mnie zawsze to muzycy byli tym, co do mnie przemawiało. Miałem po prostu szczęście, że wielu ludzi, z którymi chciałem pracować, przetrwało tak długo i stało się siłą napędową mojej kariery.

Cichy i introwertyczny. Posiada wszystkie cechy nieśmiałego mieszkańca małego miasteczka. A do tego bardzo wysoki, co – jak ocenia Michael Stipe z R.E.M., częsty bohater jego zdjęć – pozwala fotografowi spojrzeć na świat z innej perspektywy. Po trzecie, pracuje bardzo szybko. Znany jest z tego, że potrafi wykonać całe sesje zdjęciowe w zaledwie kilka minut. To trzy czynniki, w połączeniu z doskonałym okiem, sprawiły, że jeśli ktoś w XX wieku coś znaczył w showbiznesie, stał przed jego aparatem. I nigdy mu nie odmówił.

Oto jego opowieści o niektórych z nich…

 

David Bowie

 

Pracowałem jako główny fotograf w „NME” i właśnie przeprowadziłem się do squatu we wschodnim Londynie. Pismo planowało wywiad z Davidem w Chicago, gdzie grał główną rolę w broadwayowskiej sztuce „Człowiek słoń”, ale nie pozwolili na obecność fotografa. Na szczęście rodzice dali mi pieniądze na kuchenkę, a ja zamiast ją kupić, wydałem forsę na lot do USA i po prostu pojawiłem się na rozmowie. Kosztowało mnie to 800 funtów, dużo pieniędzy jak na tamte czasy, ale takie rzeczy się opłacają, jeśli życie jest przygodą.

Asystentka Bowiego tak zareagowała na mój widok: „Co tu robisz? Mieliśmy umowę – żadnych zdjęć”. Na szczęście, kiedy David kiedyś odwiedził Holandię, zostawiłem portfolio w jego hotelu. Następnego dnia zwrócono mi je z notatką „dziękuję”. Myślałem, że to tylko sposób na to, żebym się odwalił, ale kiedy powiedziałem o tym asystentce muzyka, zajrzała do notesu, gdzie miała zapisane: „Najlepszy fotograf w Holandii – Anton Corbijn”. Miałem więc szansę. Powiedziała o tym Davidowi, a on dał mi pozwolenie. To było bardzo miłe, bo przecież nie wolno mu było fotografować się w kostiumie scenicznym.

Sesja zdjęciowa była krótka, ale następnego dnia spotkaliśmy się w barze, żeby zrobić więcej. Był niesamowitym facetem, dżentelmenem, zabawnym i tak dalej, ale też niesamowicie przystojnym i świadomym estetyki. Pamiętam, że była szafa grająca i puścił utwór Franka Sinatry „That’s What God Looks Like To Me”.

To jedno z moich ulubionych zdjęć: nie tylko portret Bowiego, to coś w stylu Chrystusa. Właśnie tego oczekujesz, robiąc zdjęcia: żeby przerosło wszystko, co zwyczajne. Duża w tym zasługa jego osoby. Miał piękne spojrzenie. Co on sobie myślał? Nie wiem. Może: „Chciałbym piwa”?

To było na początku lat 80., potem fotografowałem go przez całą jego karierę. Ale myślę, że pierwsza sesja była prawdopodobnie najważniejsza, ponieważ pozostałe były przeznaczone tylko do magazynów. Zawsze był bardzo miły i zawsze bardzo dobrze wyglądał, więc w pewnym sensie fotografowanie go było proste. Trudno było mu zrobić złe zdjęcia.

Od lewej: Joy Division, London, 1979; David Bowie, Chicago, 1980

Joy Division

 

„Przeprowadziłem się do Londynu w 1979 roku, bo uwielbiałem brytyjskiego rocka, a w tamtym czasie szczególnie zespół Joy Division, który właśnie wydał pierwszy album. To była pierwsza kapela, którą sfotografowałem. Zauważyłem, że Joy Division grają w Rainbow (miejscu koncertu w Finsbury Park, obecnie ośrodku religijnym – przyp. red.) na początku listopada. Udało mi się tam dostać, a potem zebrałem się na odwagę, żeby wejść za kulisy i przedstawić się ich menedżerowi jako ważny fotograf z Holandii, i zapytać, czy mógłbym zrobić zdjęcie z zespołem w jakimś miejscu następnego dnia.

Udało się i przyjechali na stację metra niedaleko mojego wynajętego mieszkania w piwnicy; to była oczywiście jedyna stacja metra, którą znałem. Był zimny niedzielny poranek, a oni stali przed stacją, trzęsąc się z zimna w obszernych płaszczach, mając pod spodem tylko koszule. Typowo angielskie, żeby nie ubierać się na zimę. Mój pomysł na sesję był oparty na tytule ich albumu „Unknown Pleasures” i chciałem, żeby na schodach w metrze odeszli ode mnie, jakby byli na wycieczce do nieznanych przyjemności… W każdym razie, wyglądało świetnie, gdy Ian Curtis spojrzał wstecz, i to stało się zdjęciem. Wszystko skończyło się w pięć minut, uścisnęli mi dłoń – czego odmówili, gdy przy powitaniu podałem rękę – więc prawdopodobnie byli zadowoleni, że trwało to tylko chwilę.

Później pokazałem zdjęcie „NME” i kilku innym magazynom w Europie, ale nikt się nim nie zainteresował, bo nie było widać twarzy. Oczywiście, kiedy Curtis zmarł, wszyscy pokochali ten obraz. Dziwne, jak ważna i piękna staje się fotografia ze względu na wydarzenia zewnętrzne. Dziś jest częścią wizerunku, który ludzie kojarzą z zespołem. Pomogło trochę to, że przez dekady nie zdradzałem miejsca, gdzie ją zrobiłem, bojąc się, że inni skopiują, ale ponieważ stacja Lancaster Gate została przebudowana i już w niczym nie przypomina starej, mogę zdradzić nazwę.

Zrobiłem też ostatnie zdjęcie Iana przed jego śmiercią. Było to mniej więcej miesiąc po sesji w metrze i wysłaniu im stykówek – byli jedynymi, którym się zdjęcia podobały. Zaprosili mnie do Manchesteru w kwietniu 1980 roku, żebym spędził z nimi czas podczas kręcenia teledysku do „Love Will Tear Us Apart”. Wtedy powstał portret Iana, który wyglądał na zamyślonego i zdystansowanego. To było kilka tygodni przed jego samobójstwem. Mój angielski nie był wtedy zbyt dobry, więc nigdy nie odbyłem z nim rozmowy i nie miałem pojęcia o jego stanie psychicznym. Ta śmierć była dla mnie całkowitym zaskoczeniem. Zdjęcie wiele dla mnie znaczy i zaczęło znaczyć wiele również dla innych ludzi.

Londyn zaczął się od Joy Division i na nich skończył. W 2007 roku nakręciłem o wokaliście film „Control” i straciłem na tym tyle pieniędzy, że musiałem sprzedać swój londyński dom. Rok później stamtąd wyjechałem.

Nie byłem mentalnie przygotowany na pracę nad tym filmem, ale po prostu musiałem iść dalej, rozwijać się. Dałem z siebie wszystko, żeby spełnić swoje wizje, łącznie z pieniędzmi! Ale to dzięki „Control” zostałem filmowcem. Wszystkie kolejne moje filmy celowo były bardzo różne, żeby udowodnić sobie, że jestem reżyserem. Miałem wielkie szczęście, że mogłem pracować z tak wspaniałymi aktorami jak Philip Seymour Hoffman, George Clooney, Willem Dafoe, Robert Pattinson, Nina Hoss i innymi.

 

Depeche Mode

 

Piszą o mnie, że jestem czwartym członkiem Depeche Mode, co do końca nie jest nieprawdą… Spotkaliśmy się w 1981 roku, by zrobić okładkę dla „NME” i na tym się skończyło. Byli wtedy na początku swojej drogi i dla mnie byli zdecydowanie zbyt popowi, nie lubiłem ich.

Wytwórnia płytowa próbowała namówić mnie do zrobienia im zdjęć prasowych co najmniej dwa razy w ciągu kolejnych lat, ale odmówiłem. W 1986 roku poproszono mnie o nakręcenie im teledysku do „A Question of Time” – z zastrzeżeniem, że musi powstać w USA, ponieważ byli w trasie koncertowej i to była jedyna możliwość. Zabawne, ale był to dla mnie jedyny powód, żeby się zgodzić, ponieważ nigdy wcześniej nie kręciłem klipów w Stanach.

Od lewej: Miles Davis, Montreal, 1985; Depeche Mode, Marrakech, 1996

Prawie rok później dostałem propozycję nakręcenia kolejnego teledysku i całkiem naturalnie przerodziło się to w bliską współpracę. Zwłaszcza po tym, jak w 1995 roku skład zespołu zmniejszono z czterech do trzech członków. Nie lubię robić zdjęć czterem osobom, a oni najwyraźniej mnie posłuchali, haha.

Zdałem sobie sprawę, że ich muzyka, która zmieniła się od początków, i moje wizualizacje naprawdę dobrze do siebie pasowały. Angażowałem się coraz bardziej. Zaprojektowałem wszystkie ich sceny koncertowe od 1993 roku, byłem odpowiedzialny za projektowanie okładek albumów, ich logotypów itp. Między nami istnieje naprawdę wyjątkowe zaufanie.

Czego dowodem jest portret Dave’a Gahana, który został zrobiony w najtrudniejszym okresie jego życia i podczas najmroczniejszej trasy koncertowej, która trwała po obu stronach Atlantyku. Tuż przed tym, jak wpadł w spiralę uzależnienia, która zakończyła się jego śmiercią kliniczną w 1996 roku: jego serce zatrzymało się na dwie minuty po wypiciu koktajlu heroiny i kokainy w hotelu w Los Angeles.

Zdjęcie przedstawia go w pokoju hotelowym po występie we Frankfurcie trzy lata wcześniej, gdzie rzucił się w publiczność. Zadrapania i blizny na brzuchu i ramionach pochodzą zarówno z tego wydarzenia, jak i z samookaleczeń. To zdjęcie jest jak portret Chrystusa. Uważam, że wykracza poza osobę, którą przedstawia. Oczywiście opublikowałem je dopiero wiele lat później, kiedy okres narkotykowy był już dawno za nim i mógł spojrzeć na nie jak na przeszłość. To również część zaufania – bo nigdy nie wykorzystam niczego, by zdradzić przyjaciół. Poza tym, portret pokazuje głębię i siłę, jaką Dave posiadał oraz dyscyplinę, by się z tego wydostać.

 

Miles Davis

 

Miles udzielał wywiadu i pozwolono mi w nim uczestniczyć, ale nie robić zdjęć. Nie był dla dziennikarza szczególnie miły. Za każdym razem, gdy odpowiadał na pytanie, pytał: „A jak masz na imię?”. Następnego dnia miałem z nim sesję zdjęciową, pięć czy sześć minut w pokoju hotelowym. Dał mi rysunek, który sam zrobił i był naprawdę ładny. Nadal go mam.

Davis zawsze był krnąbrny. Znana jest historia o tym, jak jadł kolację z Ronaldem Reaganem w Białym Domu. Nancy Reagan pyta: „A co zrobiłeś, że cię tu zaproszono?”. Miles odpowiada: „Pięć razy zmieniałem kierunek w muzyce. A ty co robiłaś poza pieprzeniem się z prezydentem?”. Nie wiem, czy to prawda, ale podoba mi się.

Miles był pięknym mężczyzną. Jego spojrzenie na tym portrecie jest bardzo intensywne. Chyba tak właśnie żył. Zdjęcie zrobiłem w późniejszym okresie jego życia, kiedy bardzo cierpiał. Przyjmował zastrzyki z koziego serum, które wpłynęło na jego oczy: źrenice są tak duże, jak nigdy dotąd. To właśnie jest uderzające na tym zdjęciu.

Robiliśmy ujęcia przy oknie, bo zawsze korzystam ze światła zastanego. Nie pamiętam, dlaczego Miles przyjął tę pozę, ale spodobała mu się i chciał ją wykorzystać do albumu „Tutu”. Niestety, wytwórnia zasugerowała, że musi to zrobić sławny fotograf, a ja nie spełniałem wówczas tego warunku. Dlatego poprosili Irvinga Penna. Uwielbiam zdjęcie, które zrobił Penn, ale sami rozumiecie, skąd czerpie inspirację…

Miles ma taką silną, wyrazistą twarz. Jest taka piękna. Wielu fotografów, którzy chcą mnie sportretować, prosi, bym przyjął tę samą pozę. Nigdy nie wyglądam nawet w połowie tak dobrze.

Od lewej: Prince, Nowy Jork, 1999; Nina Hagen i Ari Up, Malibu, 1980

Prince

 

Za każdym razem, gdy Prince był fotografowany, robiło się to w studiu lub pokoju hotelowym z lampami – wszystko musiało być pod kontrolą. Długo więc z nim rozmawiałem o naszej sesji przez telefon, bo chciałem to zrobić na zewnątrz. W końcu się zgodził, ale miałem bardzo mało czasu i musiałem jeździć z nim po całym Manhattanie. Na wszystko było może półtorej godziny, ale po całej podróży, do faktycznego fotografowania zostało tylko pięć minut. Ale uwielbiam to zdjęcie, bo nie ma innych takich portretów Prince’a.

Prince był zbyt młody, gdy odszedł – jego śmierć to koniec pewnej ery. Podobnie jak odejście Davida Bowie czy Ozzy’ego Osbourne’a, a wcześniej Joe Cockera, Johnny’ego Casha i B.B. Kinga… To trudne dla ludzi z mojego pokolenia, bo to ci, których kochaliśmy, kiedy dorastaliśmy. Są kojarzeni z tak wieloma emocjami w naszym życiu, a nagle ich już nie ma… Więc w tym sensie jest to dla mnie osobiście trudne, bo znałem ich wszystkich. Nie jestem fotografem studyjnym, więc kiedy kogoś portretuję, podróżuję, żeby go zobaczyć. Zawsze pojawia się wiele wspomnień, kiedy myślę o tych ludziach i oglądam zdjęcia, bo każde z nich było podróżą.

 

U2

 

W większości przypadków Depeche Mode po prostu pozwalali mi działać z pełną swobodą twórczą, co stanowi wyraźny kontrast w porównaniu z U2. To zespół, który wierzy w spotkania, więc wszystko ma swoje miejsce i czas. Kiedy tworzyłem wizualizacje do ich trasy koncertowej z okazji 30. rocznicy „The Joshua Tree”, filmowałem również koncert w Mexico City. Po koncercie wszyscy członkowie U2 przyszli obejrzeć nagranie. O północy! Przez dwie godziny! Depechów nie dało się namówić na obejrzenie nagrania nawet przez minutę. To niesamowita różnica w podejściu. Ale to także ich urok. Depeche Mode nie udzielają wielu wywiadów, nie mają wielkich planów, po prostu nagrywają płytę i ruszają w trasę.

Z U2 zawsze jest coś z cyrku. Stali się tak wielcy i lubią robić wszystko dobrze i wyciągać z tego więcej, niż można sobie wyobrazić. Mają więc wokół siebie mnóstwo ludzi, którzy im w tym pomagają. Czasami to przeszkadza w zdjęciach, ale są bardzo postępowi i otwarci, chcą iść naprzód. Już wtedy, w 1987 roku, gdy był ostatni dzień zdjęć do premiery „The Joshua Tree”, udowodnili to. Zrobiliśmy kilka zdjęć w kilku opuszczonych miastach w pobliżu Parku Yosemite i Doliny Śmierci z całą czwórką. Potem zatrzymaliśmy się w opuszczonej chacie przy drodze do Palm Springs, a Bono wpadł w furię: dla niego to była wielka strata czasu. Odpowiedziałem, że uchwycenie detali jest równie ważne, jak wspaniałych widoków. Ustąpił.

Na początku album miał nosić tytuł „Pustynne piosenki” lub „Dwie Ameryki”, dlatego wybrałem kalifornijskie pustynie jako tło. Ale pierwszego dnia opowiedziałem Bono historię drzewa rosnącego na jednej z tych pustyń, które mormoni nazwali Drzewem Jozuego, ponieważ jego gałęzie przypominały ramiona proroka Jozuego uniesione ku niebu, wzywającego swój lud do podążania za nim do Ziemi Obiecanej. Następnego ranka Bono zszedł na śniadanie z Biblią w ręku i poinformował nas, że „The Joshua Tree” to tytuł nowego albumu U2.

Zacząłem szukać odpowiedniego drzewa, które posłużyłoby za tło portretu, który widnieje na okładce albumu. Znalazłem je drugiego dnia, na południe od Zabriskie Point. Tydzień później, odbierając negatywy z laboratorium, zobaczyłem, że wszystkie zdjęcia były lekko rozmazane, a w tle znajdował się tylko jeden ostry obiekt: drzewo. Serce mi zamarło i pomyślałem, że popełniłem błąd. Dopiero później zdałem sobie sprawę, że zdjęcie jest przez to jeszcze bardziej poruszające. Na portrecie Bono, The Edge, Larry i Adam mają poważne miny z powodu panującego zimna, bo poprosiłem ich o zdjęcie płaszczy, a grudniowe temperatury ledwo przekraczały zero.

Tytuł płyty sprawił, że wielu fanów uwierzyło, że zdjęcia zostały zrobione w Parku Narodowym Joshua Tree, a w rzeczywistości 300 kilometrów dalej. Nigdy nie byłem w tym parku, ale niestety nieporozumienie doprowadziło do tragedii: w 2011 roku para fanów wyruszyła na poszukiwanie drzewa i straciła orientację. Zginęli w wyniku udaru słonecznego.

Od lewej: Nirvana (sofa), Seattle (3/5), 1993; Nick Cave, London, 1996

Nina Hagen i Ari Up

 

Głównym punktem wystawy w Berlinie jest portret Niny Hagen i Ari Up. Opowiedziałem tę historię wiele razy, ale ostatnio staram się ograniczać to, co mówię o zdjęciach, bo zmniejsza to ich moc. Piękno fotografii polega na tym, że widz może uczynić obrazy swoimi, może stworzyć wokół nich własną historię. Wyjaśniając, traci się część magii.

Ale skoro gdzieś ten portret jest… The Slits (brytyjski zespół punkrockowy utworzony w 1976 w Londynie, przez cztery dziewczyny, w tym wokalistkę Ari Up – przyp. red.) poprosiły mnie o zrobienie okładki albumu „Return of the Giant Slits” z 1981 roku. Chciały nagich zdjęć na pustyni. Byliśmy w Los Angeles, potem pojechaliśmy do Berkeley, a stamtąd mieliśmy dotrzeć na pustynię, żeby zrobić zdjęcie. Jechaliśmy przez cały dzień i gdy już dotarliśmy na miejsce, Ari powiedziała: „Nie, nie mam ochoty się tu rozbierać”. O Boże! Pojechaliśmy więc na inną pustynię, powtórzyła to samo. Wróciliśmy do Los Angeles. Dziewczyny postanowiły odwiedzić Ninę Hagen, która miała dom na plaży w Malibu, i w końcu tam na plaży Ari zadecydowała: „Tak, to jest świetne”. I się rozebrała. Nina stojąca obok była wtedy w ciąży.

 

Nick Cave

 

Moje sesje są dalekie od wielkiej produkcji typowej dla portretów rock’n’rollowych na dużą skalę. Często pojawiam się na planie z niewiele więcej niż Hasselbladem, być może najwyżej jednym asystentem. Nie używam oświetlenia. Tak naprawdę nie ustawiam ujęcia. Fotografuję z ręki. W pewnym sensie to jak fotografia dokumentalna, ale bardzo kontrolowana. A „plan” może oznaczać plażę, ulicę, pole, wannę – cokolwiek, byle nie studio.

Początkowo uległem, gdy Nick Cave zażądał zdjęcia studyjnego w Londynie („było zbyt wietrznie, było zbyt mokro, moje włosy itp.” – tłumaczył Cave), ale później udało mi się go namówić na wyjście na angielską pogodę. W ciągu kilku minut zrobiłem surowe i mocne zdjęcie, które stało się okładką „The Boatman’s Call”, dziesiątej płyty zespołu Nick Cave and the Bad Seeds” w 1997.

 

Nirvana

 

Jak było z Nirvaną? Zawsze byli naturalni, nie pozowali, nikogo nie udawali. Zdjęcie było udanym połączeniem trzech dziwnych facetów. Naprawdę mi się podobali. Byli mili. Kurt był bardzo miły, był najsłodszym facetem. Kiedy go poznałem był już bardzo popularny, więc i dość ostrożny, ale świetnie się dogadywaliśmy i bardzo go polubiłem. Był niesamowicie utalentowanym facetem. Popularność to ogromny ciężar. Muzycy Nirvany mieli ambiwalentny stosunek do pozycji, którą sami sobie stworzyli. Byli w miejscu, w którym chcieli być, i jednocześnie nie chcieli. Towarzyszyło im mnóstwo cierpienia psychicznego. Artyści nie zawsze są najbardziej zrównoważonymi ludźmi i może właśnie to czyni ich ekscytującymi.

Na szczęście, zazwyczaj podziwiam ludzi, których fotografuję. Nie pozwalam im kontrolować sesji, ale pozwalam im się angażować. Nie chcę, żeby moje ego przytłoczyło ich ego, chcę tylko jakoś nad nimi panować. Tylko raz wyszedłem z planu zdjęciowego, z francuską aktorką. Ale myślę, że nie była sobą, bo było w to zaangażowanych wiele odurzających substancji.

 

_____

Wypowiedzi pochodzą z wywiadów dla magazynów „Guardian”, „i-D”, „032c”, „NME”.

Kopiowanie treści jest zabronione