Posłuchaj
Jeśli chcesz mówić o Helmucie Langu, musisz zacząć od rozmowy o jego pionierstwie. Lista rzeczy, które zrobił jako pierwszy, jest tak długa, że brzmi jak dzieło sztuki konceptualnej. Był jednym z pierwszych projektantów, którzy współpracowali z artystami. Jako pierwszy umieścił modę męską i damską na jednym pokazie. Jako pierwszy ściśle współpracował z Juergenem Tellerem, aby wprowadzić innowacyjną ideę fotografii backstage’owej i jako pierwszy porzucił tradycję kłaniania się publiczności na koniec pokazu. Choć jego pokazy przybrały formę show, był pierwszym, który zrezygnował z podwyższonych wybiegów.
Był również pierwszym projektantem, który przeniósł dom mody z Paryża za Atlantyk. Zadbał o to, aby New York Fashion Week odbywał się przed wszystkimi pozostałymi tygodniami mody, organizując tam własny pokaz z kilkutygodniowym wyprzedzeniem sezonu. Po tym, jak wywrócił do góry nogami nowojorski kalendarz mody, przeniósł swój pokaz z powrotem do stolicy Francji, tylko po to, by odwołać go po zamachach terrorystycznych z 11 września.
Jako pierwszy wysłał płyty CD zamiast zaproszeń na modowy pokaz, stając się również pierwszym projektantem, który prezentował kolekcję online. Był pierwszym kreatorem, który reklamował się na nowojorskich taksówkach. Jako pierwszy stworzył uniseksualne perfumy, a także jako pierwszy zamieścił reklamy modowe w magazynach nie związanych z modą, takich jak „Artforum” i „National Geographic”. Był również pierwszym projektantem, który nie pojawił się na ceremonii wręczenia nagród American Council of Fashion, mimo że był nominowany w trzech kategoriach i w tym czasie przebywał w mieście.
I chociaż w 2005 roku sprzedał prawa do swojej marki i zrezygnował ze stanowiska głównego projektanta, by skupić się na karierze artysty (również jako pierwszy w branży), ludzie wciąż mówią o jego ubraniach – które są utkane ze sprzeczności: czyste i złożone, minimalistyczne i epickie, nowoczesne, a jednocześnie głęboko zakorzenione w tradycji ubioru.
„Minimalista, którego siła sugestii jest często zarezerwowana dla najbardziej nieczystych myśli” – jak ujęła to ceniona krytyczka mody, Cathy Horyn. – Wie, że minimalizm bez podmuchu grzechu jest po prostu zaściankowy”.
On sam w wywiadzie dla „Artforum” w 2015 roku tak to ocenił: – Moja twórczość była reakcją na przepych tamtych czasów i częścią tego, co z perspektywy czasu stało się antyruchem.
Polski dziadek
Jego modowy dorobek jest ściśle związany z jego biografią. Choć urodził się w Wiedniu w 1956 roku, większość pierwszych dziesięciu lat życia spędził w pewnej izolacji, w wiosce Ramsau am Dachstein w austriackich Alpach. Rodzice Helmuta rozstali się wkrótce po jego narodzinach i w wieku pięciu miesięcy trafił pod opiekę polskiego dziadka i słoweńskiej babci. Do dziś z melancholią wspomina swoje dziesięć lat w tym górskim otoczeniu.
– Nie było telewizji i telefonu. Około 6. roku życia zacząłem pomagać w rolnictwie, zbieractwie i w piekarni. Nie czytałem zbyt wiele. Jeśli dorastasz na wsi, wiesz, jak działa natura, rozumiesz cykl. Chodziło po prostu o samo życie, które jest najważniejsze – wspomina czasy, gdy mieszkał z dziadkami.
Dzieciństwo na wsi uodporniło go także na modę i uniezależniło od wszelkich trendów w ubieraniu się. Poza tym, gdy pomagał dziadkowi, szewcowi, w produkcji solidnych butów trekkingowych, obcował ze zwykłymi ludźmi i zaczął postrzegać ubrania jako towar o przede wszystkim funkcjonalnej jakości. Kolor, dekoracje i ornamentyka były zarezerwowane dla tradycyjnych strojów znanych jako Trachten, które nie miały nic wspólnego z modą. Tym nasiąknął na tyle, że zainteresowanie wytrzymałą odzieżą codzienną i roboczą zostało w nim także, gdy założył własną markę i eksperymentował z powłokami tkanin: lakierował jedwab, skórę, a nawet dżersej; lubił pikowanie, impregnowanie i woskowanie odzieży.
Ze wsi do Wiednia
W 1966 roku, wkrótce po śmierci matki, dziesięcioletni Helmut został zabrany z powrotem do Wiednia przez ojca, kierowcę ciężarówki. Był tam nieszczęśliwy, a sytuację dodatkowo pogorszyła macocha, która kazała mu nosić garnitury swojego zmarłego ojca.
– Miałem inny akcent. Nie znałem też zasad panujących na przedmieściach i miałem zupełnie inne wychowanie z umiejętnościami, których nikt nie potrzebował w mieście. Nigdy nie słyszałem o piłce nożnej itp. Nazywano mnie debilem; było to upokarzające i byłem łatwym celem. Podejrzenia, że jestem gejem, nie pomagały. Powiedziałbym, że to było najtrudniejsze 8 lat mojego życia – wyznaje magazynowi „Upstate Diary”.
Wyprowadził się, gdy miał 18 lat, z dwoma pudełkami po bananach, do których włożył podręczniki szkolne. Utrzymywał się jako barman i kelner.
W 1977 roku zaczął pracować w pracowni szyjącej ubrania na miarę w stolicy Austrii, niedługo potem szył dla przyjaciół i znajomych, projektował nawet kombinezony i płaszcze robocze dla firmy tekstylnej. – Nigdy nie wybrałem mody jako kariery – wyjaśnia. – Zaczęło się od przypadku, a ja zrobiłem z tego karierę. Nie miałem wielkiego wyboru, ale teraz jestem za to wdzięczny. Nigdy nie oddzielałem pracy od życia i nigdy tak naprawdę nie znałem innej drogi.
W swoich kolekcjach chętnie wykorzystywał nadwyżki tekstyliów do produkcji syntetycznej odzieży roboczej. U szczytu kariery jednym z jego najlepiej sprzedających się produktów były spodnie damskie wzorowane na uniformach personelu brytyjskiej sieci domów towarowych John Lewis. Jako projektant, był również wielkim fanem firmy Aertex i jej opatentowanych tkanin o splocie bawełnianym. Czerpiąc inspirację z tych źródeł, podążał śladami Coco Chanel, której „mała czarna sukienka” była inspirowana uniformami pokojówek w paryskim Ritzu.
Fascynacja owadami skłoniła go do tworzenia tekstyliów termicznych, które zmieniają kolor na ciele, a także połyskujących poliestrowych topów z ukrytymi wzorami przypominającymi ścieżki nerwowe ważek. A osobista miłość do Levi’s 501 stała się przyczyną powstania jego własnej, bestsellerowej linii dżinsów. Ten klasyczny element garderoby, pierwotnie pomyślany jako solidny strój wiejski, to dla projektanta pomost między alpejskim życiem a światem amerykańskiego popu. Jego przeprowadzka do Nowego Jorku dodatkowo podkreśliła tę więź z denimem.
Kulisy i detale
Pomimo radykalnego minimalizmu zawsze powtarzał: – Biust musi być podkreślony. I biodra. Piersi są wyczuwalne, jeśli mężczyzna patrzący na nie wierzy, że je dotknął. Kobieta osiąga to, nosząc sukienkę o rozmiar za małą.
Upierał się także przy rekrutacji modelek, które bardziej niż z urody słynęły z osobowości, które nie podporządkowały się przyjętym standardom piękna, odzwierciedlały melancholię przenikającą wszystkie projekty Langa. Jako pierwszy na wybieg wypuścił dojrzałą kobietę – austriacką artystkę Elfie Semotan, gdy była już po 60-tce i nie ukrywała zmarszczek i siwych włosów.
Semotan robiła też dla niego zdjęcia. Wspomina w rozmowie z magazynem „System”: – To musiał być 1987 rok, kiedy Helmut zadzwonił, bo chciał ze mną pracować. Oczywiście ja też tego chciałam, a nigdy wcześniej nie miałam okazji. Zaczęliśmy więc rozmawiać o tym, żebym robiła zdjęcia, o tym, jakie zdjęcia on chce, i od razu poczuliśmy się dobrze w swoim towarzystwie. To był początek długiej współpracy i przyjaźni. Szybko zdałam sobie sprawę, że podejście Helmuta było bardzo artystyczne. Nie myślał o modzie, by zarabiać fortunę, nie pragnął, żeby wszyscy go uwielbiali. Myślał tylko o tym, co chciał wyrazić i podążał za swoją intuicją. Jego moda wyglądała inaczej niż wszystko inne w tamtych czasach: bardziej nowocześnie, bardziej elegancko, bardziej interesująco. Gdy byłam jego modelką ubrania sprawiały, że wyglądałam naprawdę dobrze. I do dziś jego styl nigdy nie wygląda staro. Nadal ubieram się w ubrania Helmuta, zawsze się sprawdzają.
Szukał także „twarzy” w brytyjskiej kulturze popularnej. – Nastąpił punkt zwrotny w świecie mody – powiedział w 1995 roku – kiedy angielskie magazyny takie jak „i-D” i „The Face” prezentowały ludzi, których styl wyrażał nie tylko siłę piękna, ale także siłę osobowości ukształtowanej przez kruchość i wewnętrzne rozbicie. I pomyślałem, że chcę z nimi pracować.
W tamtym czasie poznał fotografa Juergena Tellera. W 1993 roku magazyn „i-D” zlecił mu wykonanie zdjęć za kulisami jednego z pokazów Langa. – Pamiętam, że pomyślałem sobie: „Wszystko, co chciałbym uchwycić w tej marce, jest tutaj”. Te nowoczesne i abstrakcyjne ubrania; fajne dziewczyny, takie jak Kirsten Owen, Kristen McMenamy i Stella Tennant, z którymi się przyjaźniłem, a także supermodelki, takie jak Claudia Schiffer, Stephanie Seymour, Christy Turlington i Linda Evangelista; fryzury i makijaże wykonane przez znanych mi ludzi, takich jak Guido i Dick Page; a Kruder & Dorfmeister tworzyli muzykę. To był niesamowicie ekscytujący moment w modzie, a fotografowanie go za kulisami w spontaniczny sposób wydawało się bardziej nowoczesne niż sztuczne, pompatyczne sesje zdjęciowe, które robili wszyscy inni – wspomina dziś Teller.
Było jasne, że to najinteligentniejszy sposób fotografowania ubrań Langa, skupiający się na detalach i fakturach nowych materiałów, których używał – błyszczących, nieznanych, zaawansowanych technologicznie tkanin, takich jak np. papier, folia bąbelkowa, metaliczna siateczka, lateks, nylon, sztuczne futro i celofan – oraz na sposobie, w jaki je kroił. Detale liczyły się bardziej niż sylwetka. Projektant od razu dostrzegł wartość takiej fotografii i zaproponował: „Powinieneś przychodzić na każdy pokaz, to idealny dokument tego, co robię”.
Później, wraz z rozwojem firmy i rozwojem jego samego, wykorzystywał niezwykle pomysłowe reklamy, jak te z bardzo małymi zdjęciami na dwustronicowych rozkładówkach z dużym logo swojej marki. Czasami były to zdjęcia Tellera zza kulis, czasami prace rzeźbiarki Louise Bourgeois lub archiwalne fotografie Roberta Mapplethorpe’a. Używał języka reklamowego w zupełnie nowy i nowoczesny sposób.
Zasada: „nie kłam”
W tej zupełnie oryginalnej identyfikacji wizualnej pomogła mu artystka Jenny Holzer. Przedstawiła ich sobie Ingrid Sischy, ówczesna naczelna magazynu „Interview”. Spotkali się przy jej kuchennym stole. – I byłam zaskoczona, jak bardzo chciałam, żeby został. Jestem dziwną samotniczką, więc długie i udane spotkania są rzadkością. Helmut był i jest inteligentny, skrajny, zdyscyplinowany, miły, szalony, odważny, obsesyjny, wspierający, wizualnie okrutny i wiele innych pięknych słów, które dziwnie się ze sobą nie kłócą – tak wspomina początki. – Tworzyliśmy elektroniczne znaki zintegrowane z architekturą, aż po zmięte ulotki. Przeszliśmy przez media i dyscypliny. Chodziło o szybkie chwytanie za oczy i gardła. Zasada dotycząca treści brzmiała: „nie kłam”.
Wraz z Holzer, Lang opracował perfumy mające uchwycić zapachy burzliwej nocy miłości. „Mieszanka świeżych wykrochmalonych koszul, brudnej pościeli, potu i spermy, a może i łez” – tak opisała to artystka, gdy po raz pierwszy wyobrażali sobie perfumy na pokaz sztuki i mody we Florencji (na Biennale w 1996 roku), pokaz, który był ich pierwszą współpracą.
– To jak móc poczuć zapach duszy – dodaje projektant. A dusza jest czymś wybitnie erotycznym dla Helmuta Langa. Zapytany przed laty, czy wyobraża sobie kontynuację swojej marki przez zespół projektantów, odpowiedział: – Duszy nie da się skopiować.
Miał rację.
Po tym, jak w 2004 roku sprzedał swoją firmę Prada Group, rok później z niej odszedł. – Nigdy nie chciałem być wykorzystywany w służbie masowego gustu – powiedział w wywiadzie z 1996 roku, co osiem lat później nabrało większej mocy.
Jak to często bywa w przypadku znanych marek, które łączą siły z koncernami, istniały sprzeczne poglądy na temat kierunku, kontroli artystycznej, licencjonowania i globalnej ekspansji. Po odejściu założyciela zyski marki spadły ze 100 mln dol. do około 30. Znak towarowy Helmut Lang został później przejęty przez Link Theory Holdings, który jest obecnym właścicielem marki, która z kolejnymi następcami w roli głównego projektanta od lat próbuje wrócić na szczyt. Bezskutecznie.
Pewnie też dlatego, że minimalistyczna, konceptualna i zmysłowa moda Helmuta to nie były tylko ubrania. To także liczne kreatywne rozwiązania w ramach autorskiej marki: architektura, design sklepów, fotografia, grafika, reklama, współpraca z artystami, perfumy i wiele innych elementów, które połączone z jego osobowością tworzyły nowoczesną wizję.
– Kiedyś nie zdawaliśmy sobie sprawy, jak kompletny był świat, który budował. W świecie sztuki termin ten brzmi Gesamtkunstwerk („dzieło totalne”), w którym każdy element ma znaczenie. Helmut używał również określenia „alles gleich schwer”, co tłumaczy się jako „wszystko ma równą wagę”, więc najdrobniejsze drobiazgi – na przykład gumowe bransoletki, które nosiło się jako identyfikator za kulisami – miały dla jego marki równie duże znaczenie, jak to, co można było zobaczyć na wybiegu podczas jego hipnotyzujących pokazów, które nazywał „Séances de Travail” – wspomina Tim Blanks, dziennikarz mody i redaktor naczelny „Business of Fashion”.
Kolejny krąg wolności
Działając z rodzinnego Wiednia, następnie Paryża i na końcu z Nowego Jorku, 20-letnia wizja Helmuta Langa była jedną z najbardziej pamiętnych w historii mody. A potem, w 2005 roku, całkowicie odszedł z tego świata, poświęcając się sztukom pięknym, tworząc rzeźby w pracowni na farmie na Long Island, gdzie mieszka z wieloletnim partnerem Edwardem Pavlickiem. Po odejściu z branży prawie się stamtąd nie ruszał, przestał niemal udzielać wywiadów, nigdy nie bywał na pokazach mody innych projektantów, więc to się nie zmieniło nawet na modowej emeryturze. Semotan wyjawiła kiedyś: „Helmut wmówił mi, że nie ma gorszego zawodu niż projektant mody”.
Kiedyś jej wyznał: „Mogę w każdej chwili przestać”. Miał nadzieję, że współpraca z Pradą, której sprzedał udziały, da mu więcej wolnego czasu na procesy twórcze. – Przede wszystkim w tej branży chodziło o przetrwanie z dnia na dzień. Intensywność tego wszystkiego zabierała lata z życia osobistego – ubolewa.
Semotan ocenia: – Jego praca była naprawdę wyczerpująca. Wiedziałam, że ją kochał i będzie ją kontynuował, ale jednocześnie było dla mnie jasne, że nie chciał się jej całkowicie poświęcić. Nie chciał być pochłonięty przez świat mody.
Aby formułować pomysły, potrzebował chwili wytchnienia i nicnierobienia. Jednak w dobie rewolucji cyfrowej dla czołowego projektanta niemal niemożliwe było zerwanie kontaktu z zespołem zarządzającym nawet na kilka godzin. I tak oto, z dnia na dzień, wybrał – jak to ujął – „kolejny, największy krąg wolności”.
Zniknął.
Marka jako styl życia
Aż do 2011 roku, kiedy to, po pożarze w jego studiu na Manhattanie, który zniszczył część jego archiwum mody, Lang przekazał to, co pozostało, wiedeńskiemu Muzeum Sztuk Stosowanych MAK. I to ono stało się zalążkiem „Helmut Lang: Séance de Travail 1986–2005”, dużej wystawy, która ma na celu zaprezentowanie świata projektanta i całego procesu twórczego. Ponieważ zawsze unikał wszelkich okazji do nostalgii, pychy, a nawet retrospektyw, namówienie go na tę ekspozycję nie było łatwe.
– MAK przechowuje największe archiwum jego prac, zawierające ponad 10 tys. wpisów, więc udało się nam go przekonać, zapewniając, że nie będzie to wystawa modowa – zdradza Marlies Wirth, kuratorka ekspozycji.
Po kilku rozmowach szybko stało się jasne, że będzie to prezentacja Gesamtkunstwerk: architektury, projektów graficznych, współpracy z artystami, zdjęć zakulisowych, wideo, reklamy i oczywiście strategii dotyczących ubioru. To cała filozofia i twórczość Helmuta Langa.
Nie chciał konfrontować się z życiem, które porzucił. Zgodził się na coś, co odzwierciedla tamte lata, nie stając się retrospektywą ani sentymentalną podróżą… i że opowieść będzie prowadzona dzisiejszymi oczami i współczesnymi środkami.
Zdjęcie: Elfie Semotan
Kuratorka celowo chciała odtworzyć w Wiedniu przestrzenny nastrój estetyki i zasad projektowania Helmuta Langa. Obejmowało to czarne, modułowe kontenery w skali 1:1, które są przełożeniem na wystawę tego, co kiedyś było ekspozycjami przy 80 Greene Street w Nowym Jorku, jego flagowego sklepu, który Lang zaprojektował wspólnie z architektem Richardem Gluckmanem, znanym z projektowania muzeów i galerii. – Oprócz monumentalności, kontenery wyrażają również ideę formy filozoficznej, która może zawierać, ujawniać lub ukrywać wszystko, co się w nich umieści. W sklepach znajdowały się w nich przedmioty do kupienia. Teraz, w muzeum, eksponują materiały archiwalne, które pokazują między innymi, do czego pierwotnie służyły – wyjaśnia Wirth.
Brak ubrań na wystawie to strategia projektowa, którą muzeum zaczerpnęło od Helmuta Langa. Lilli Hollein, dyrektor generalna MAK: – Ważne było pokazanie, że marka pod wieloma względami jest stylem życia – wymagającym znacznie więcej niż tylko ubranych manekinów. Nieliczne ubrania, które pokazujemy, reprezentują istotę, kluczowe punkty, w których można zrozumieć zabawę materiałami i dekonstrukcją, co odzwierciedla jego architektoniczne podejście.
Jest też pomieszczenie na wystawie, które definiuje radykalizm projektanta, czystość i rygor jego wizji, ale także fetyszyzm leżący u podstaw jego twórczości. To ekspozycja rzeczy, które nazywał accessoire-vêtements, czyli elementów stanowiących szkielet ubioru – kołnierzyka koszuli, plis, paska, szelek itp. Nigdy wcześniej nie pokazywano ich w taki sposób.
Oczywiście, Lang nie pojawił się na wernisażu. Zapytany przez „System”, co sądzi o „Helmut Lang: Séance de Travail 1986–2005” odparł: – Szkoda, że nie zrobili tego po mojej śmierci. Ale po sześciu miesiącach emocjonalnego zamętu – zarówno tych dobrych, jak i starych traum – oraz ciężkiej pracy z Marlies i jej zespołem w MAK, wystawa stoi na solidnym gruncie i jest prawdopodobnie przełomowym sposobem postępowania z archiwum.
Dziś, w wieku 69 lat, potrafi jednak docenić to, co stworzył, choć wciąż zachowuje dystans i pokorę. – Z perspektywy czasu wszystkie moje intencje, ambicje czy filozofie postrzegane są jako o wiele bardziej przemyślane – deklaruje. – Tak jednak nie było, bo większość rzeczy po prostu powstawała w trakcie tworzenia. Celem zawsze było wykonanie dobrej pracy, którą można było przekazać publiczności. To było połączenie ciężkiej pracy, autentyczności, odwagi bez obaw o konsekwencje i pracy w warunkach niedoboru środków – co jest prawdopodobnie jedną z matek inwencji. Poza tym, wszystko inne zostało zinterpretowane przez dziennikarzy i inne osoby z branży.
Po chwili namysłu dodaje: – Zakładam więc, że młodzi ludzie, którzy dziś odkrywają mój modowy dorobek na wystawie, wyniosą z niej to, co potrafią, patrząc z dzisiejszej i indywidualnej perspektywy. ﹡
_____
Wystawę „Helmut Lang: Séance de Travail 1986-2005” można oglądać w Muzeum Sztuki Stosowanej (MAK) w Wiedniu do 3 maja 2026 roku.