U góry: obrazy Boba Dylana – Basement Party, 2022; Sidewalk. Na dole: Timothée Chalamet jako Bob Dylan w filmie „Kompletnie nieznany”. Zdjęcia: Halcyon Gallery; Macall Polay
OSCARY 2025. „Jestem pewien, że będzie całkowicie wiarygodny jako ja. Albo młodszy ja. Albo jakiś inny ja”. O muzyku, który został malarzem
28 lutego 2025
tekst: a + e
W kinach film „Kompletnie nieznany”, który celebruje pierwsze kilka lat jego kariery. Ale dziś – gdy Bob Dylan ma 84 lata – jest nie tylko piosenkarzem, autorem tekstów, aktywistą, poetą i ikoną kultury, laureatem Nobla, Pulitzera, Grammy, Oscara i Złotego Globu. Jest też malarzem. Timothée Chalamet w niedzielę ma szansę na Oscara za rolę jednego z najbardziej wpływowych muzyków naszych czasów, ale u nas opowieść nie o piosenkach jego bohatera, ale o obrazach.

Film „Kompletnie nieznany” był już w toku (w sumie praca zajęła pięć lat, z przerwami spowodowanymi pandemią koronawirusa i strajkami aktorów). Scenariusz – oparty na książce z 2015 roku „Dylan Goes Electric!” – napisał Jay Cocks, najbardziej znany jako scenarzysta „Gangów Nowego Jorku”. Reżyser James Mangold do głównej roli wybrał Timothée Chalameta. Idealnego, sugeruje filmowiec, ponieważ „jest szczupły, żylasty, zmienny, superinteligentny i niespokojny, a także jest naprawdę cholernie dobrym aktorem”.

Bohater, znany z niechęci do tego, by inni grzebali w jego przeszłości, nie był zainteresowany ani scenariuszem, ani filmem. Zresztą zainteresowania książką o sobie też nie wykazywał. „Bob nie czyta o Dylanie” – skwitował jej autor.

Ale, gdy reżyser poinformował ekipę Dylana, że ​​sięga do niektórych wątków wykraczających poza pierwotny zakres historii z książki, laureat Nagrody Nobla poprosił o spotkanie. Spotkali się w kawiarni w Santa Monica. Zapytał go, o czym jest film. – Wiedziałem, że chce krótkiej odpowiedzi – Mangold mówi magazynowi „Esquire”. – Powiedziałem: „To opowieść o młodym mężczyźnie, który dusi się w Minnesocie, czuje się beznadziejnie i nie widzi drogi do miejsca, do którego chce się udać, więc ucieka od swojej rodziny i przyjaciół do odległego miasta. Mając zaledwie kilka dolarów w kieszeni, przemierza kraj, zawiera nowe znajomości, znajduje nową rodzinę i rozkwita artystycznie, odnosi sukces – do takiego stopnia, że ​​znów zaczyna się dusić i ucieka od tego”.  Uśmiechnął się i to wszystko. Jakby nie miał nic więcej do powiedzenia, ale wiedziałem, że dla mnie oznaczało to, że nie ma nic przeciwko.

Timothée Chalamet: „Naprawdę dążę do wielkości. Wiem, że ludzie zwykle tak nie mówią, ale chcę być jednym z wielkich. Inspirują mnie najwięksi”
Timothée Chalamet: „Naprawdę dążę do wielkości. Wiem, że ludzie zwykle tak nie mówią, ale chcę być jednym z wielkich. Inspirują mnie najwięksi”
Timothée Chalamet: „Naprawdę dążę do wielkości. Wiem, że ludzie zwykle tak nie mówią, ale chcę być jednym z wielkich. Inspirują mnie najwięksi”
Timothée Chalamet: „Naprawdę dążę do wielkości. Wiem, że ludzie zwykle tak nie mówią, ale chcę być jednym z wielkich. Inspirują mnie najwięksi”

Dylan „nie wydawał się mieć problemu z prostotą opowieści” i kontynuowali rozmowę. Spotkali się jeszcze kilka razy, chociaż Mangold jest ostrożny w kwestii tego, o czym rozmawiali. – Historia, moje skupienie, to, co próbowałem powiedzieć – mówi niejasno. Zanim Dylan znów „zniknął”. Media zauważyły, że nie pojawił się też na premierze „Kompletnie nieznanego”, ale zamieścił na swoim internetowym koncie wiadomość, w której nazwał Chalameta „genialnym aktorem”: „Jestem pewien, że będzie całkowicie wiarygodny jako ja. Albo młodszy ja. Albo jakiś inny ja”.

NIGDY GO NIE SPOTKAŁ

Nie pomylił się. Recenzje są pełne zachwytu. 29-letni aktor teraz walczy o Oscara za rolę, o której usłyszał od Mangolda po raz pierwszy na premierze filmu „Le Mans ’66” na festiwalu filmowym w Toronto w 2019 roku, gdy miał zaledwie 23 lata. Reżyser poradził mu, żeby kupił gitarę i zaczął grać od razu, ponieważ jak najszybsze oswojenie się z instrumentem będzie kluczowe.

Aktor i reżyser codziennie ze sobą rozmawiali od momentu zaangażowania się w film, nawet podczas długich przerw w produkcji i każdej nocy po zdjęciach. – Naprawdę widziałem, jak się zmienił przez te pięć lat. Jego powaga, jego zdolność do wyrażania tego, czego szukał w scenie lub poza sobą, jego absolutne, nieustępliwe skupienie – wielokrotnie opowiadał w wywiadach, wyrażając ogromną dumę z występu Chalameta, który sam zaśpiewał większość najbardziej lubianych piosenek Dylana, często w całości.

Timothée Chalamet jako Bob Dylan w „Kompletnie nieznany”
Zdjęcie: Macall Polay

Jest wielką gwiazdą młodego pokolenia, znaną ze swojego zainteresowania sztuką, modą i filmem, sławnych dziewczyn z pierwszej ligi i swojego konta na Instagramie, gdzie ma 20 milionów obserwujących. I z tego, że nie kryje wielkich ambicji.

Na niedawnej ceremonii rozdania nagród Amerykańskiej Gildii Aktorów, odbierając nagrodę dla najlepszego aktora za rolę Dylana, powiedział z entuzjazmem: – Naprawdę dążę do wielkości. Wiem, że ludzie zwykle tak nie mówią, ale chcę być jednym z wielkich. Inspirują mnie najwięksi. Inspirują mnie wielcy, którzy są tutaj dzisiaj. Inspirują mnie Daniel Day-Lewis, Marlon Brando i Viola Davis tak samo, jak Michael Jordan, Michael Phelps i chcę tam być. Jestem za tę nagrodę głęboko wdzięczny. Ona nie oznacza tego, o czym mówiłem, ale daje trochę więcej paliwa i trochę więcej amunicji, aby móc kontynuować jazdę. Dziękuję bardzo.

Oscara może mu odebrać tylko Adrien Brody za wybitną rolę w „Brutaliście” (gdyby wygrał Timothée, byłby najmłodszym zwycięzcą w kategorii najlepszy aktor w historii). Legendarne są już jego przygotowania do roli w „Kompletnie nieznanym”, które częściowo były wyśmiewane przez prasę, a częściowo podziwiane. Jak prośba, by nazywać go „Bobem” na planie filmowym, odmowa przyjmowania gości podczas całego okresu zdjęć lub odcięcie się od mediów społecznościowych i nie odbieranie telefonów przez wiele miesięcy pracy. Nie spotykał się ani ze swoją rodziną, ani ze swoją dziewczyną. Reżyser go broni: – Po prostu próbował wykonywać swoją pracę. Możesz to dziwnie przedstawić, ale możesz też powiedzieć: „To facet, który ma cholernie ciężką robotę i bierze na siebie cały ciężar filmu”, a on się z tego wywiązał. Gdybym był fanem Dodgersów, nie chciałbym, żeby mój najlepszy miotacz miał problemy w związku, problemy rodzinne lub pokłócił się z bratem, zanim zacznie rzucać. Chcę, żeby aktorzy byli skupieni, zamknięci w sobie. To był rodzaj zobowiązania, które Timmy podjął, i jestem mu wdzięczny.

Młody aktor niewiele wiedział o Dylanie, gdy przyjął rolę. Znał go jedynie z czarno-białego zdjęcia, które wisiało na ścianie w gabinecie jego ojca, fana muzyka. Nie znał zbyt wielu utworów. Nigdy go nie spotkał. Ale z entuzjazmem zapoznał się z historią piosenkarza, zagłębiając się zarówno w niepublikowanych kompozycjach, jak i pogawędkach z sesji nagraniowych. Odwiedził dom rodzinny muzyka, nauczył się grać na gitarze i harmonijce, a także zanurzył się w Nowym Jorku z początku lat 60., z którego wyłonił się Dylan – nawet jeśli wiele z tego już dawno przeszło do historii. Tak długo budował swojego Boba Dylana, że ​​widziano go grającego jego piosenki nawet w kostiumie Willy’ego Wonki i na planie „Diuny”.

Tak mocno wszedł w rolę, że bawił się nią także poza filmem. Chcąc pozyskać zagorzałych fanów na swój indywidualny sposób, na nowojorskiej premierze „Kompletnie nieznanego” pojawił się przebrany nie za Dylana z lat 60., kiedy toczy się akcja filmu, ale za Dylana z 2003 roku, naśladując ubrania, które piosenkarz miał na sobie na premierze swojego filmu „Jeźdźcy Apokalipsy” na festiwalu Sundance, w czapce i z blond końcówkami włosów oraz wąsami.

Zapytany wówczas, co by powiedział Dylanowi, gdyby go spotkał, dziennikarzowi AP odparł: – Powiedziałbym po prostu dziękuję, naprawdę. Nie dziękuję za możliwość spotkania, ani za możliwość odegrania roli. Dziękuję za jego muzykę, sztukę i pracę.

A czy ta rola go zmieniła? – Czuję się zmieniony przez to doświadczenie. Nie mówię o samym filmie, tylko o procesie, wieloletnim wysiłku, godności w graniu czegoś, co naprawdę się wydarzyło. To były nowe aspekty mojego doświadczenia jako artysty. Poza tym ludzie zrobią z tym, co chcą, co jest całkowicie uczciwe. Myślę, że to również świetny światopogląd Boba: „rób z tym, co chcesz”.

Timothée Chalamet jako Bob Dylan w „Kompletnie nieznany”
Zdjęcie: Macall Polay
Timothée Chalamet jako Bob Dylan i Monica Barbaro jako Joan Baez w „Kompletnie nieznany”
Zdjęcie: Macall Polay

CHCIAŁ ICH PODPALIĆ

Film przedstawia Dylana jako trochę irytującego egocentryka i kłamcę, który ​​traktuje przyjaciół i kochanki w sposób lekceważący. Na swoją ogromną korzyść, nie jest hagiograficzny w swoim opisie drogi do wielkości: od sceny folkowej Greenwich Village w Nowym Jorku i artysty, który w pojedynkę zmienia oblicze muzyki pop, do międzynarodowej sławy i niezwykłego poziomu konsternacji, jaką wywołał, przechodząc na gitarę elektryczną i występując z zespołem towarzyszącym (zobaczcie zwiastun).

„Kompletnie nieznany” podejmuje też problem bycia gwiazdą rocka, która nie lubi tłumów. Bo choć Dylan zawsze chciał być gwiazdą rocka, odkąd był w liceum, to, gdy stał się sławny, być może ze względu na charakter sławy, którą osiągnął, szybko zmienił zdanie. Toksyczny poziom uwielbienia „głosu pokolenia” oznaczał, że część fanów zaczęła go wygwizdywać i porównywać do Judasza lub nazywać „bękartem”, ponieważ zmienił kierunek muzyczny, a reszta uprzykrzała mu życie: pikietowali pod jego domem, próbowali się do niego włamać, grzebali w jego śmieciach, wymyślali absurdalne teorie na temat jego poglądów politycznych i zażywania narkotyków.

„Chciałem podpalić tych ludzi” – napisał Dylan w „Kronikach”, książce, która ujawniła również, że zaczął trzymać w domu pistolet i karabin z powodu strachu przed „radykalnymi łobuzami”.

Timothée Chalamet: „Nie dziękuję za możliwość spotkania, ani za możliwość odegrania roli. Dziękuję za jego muzykę, sztukę i pracę”
Timothée Chalamet: „Nie dziękuję za możliwość spotkania, ani za możliwość odegrania roli. Dziękuję za jego muzykę, sztukę i pracę”
Timothée Chalamet: „Nie dziękuję za możliwość spotkania, ani za możliwość odegrania roli. Dziękuję za jego muzykę, sztukę i pracę”
Timothée Chalamet: „Nie dziękuję za możliwość spotkania, ani za możliwość odegrania roli. Dziękuję za jego muzykę, sztukę i pracę”

Mangold zauważa, że kiedy zaczynał pracę nad filmem, wiele osób pytało go, czy Dylan jest „chujem” i że chciał pokazać coś, co temu przeczy. – Wszystkie moje doświadczenia z nim nie były takie. Pamiętałem jednak o materiale dokumentalnym, w którym Dylan wydaje się arogancki, trudny, zagadkowy lub wszystko naraz. Na pewno jest naznaczony rodzajem wściekłej inteligencji – wyznał magazynowi „GQ”. Zawsze było dla mnie ważne, aby ktokolwiek go zagra, znalazł sposób, aby zarówno żyć niekomfortowo w teraźniejszości swojej kariery, ale także mieć w głowie cały czas jakieś drugie życie.

Poza tym, miał przeczucie, że „artysta może być dobry w tworzeniu muzyki, śpiewaniu jej i pisaniu, może chcieć dawać ją ludziom, ale może być jednocześnie niezbyt dobry w byciu w zatłoczonym pomieszczeniu”. – Timmy i ja bawiliśmy się tymi ideami lęku społecznego, tak, że część drażliwości lub poczucia defensywności pochodziła z czegoś innego niż tylko arogancja sama w sobie – ujawnił.

Sam Dylan do dziś nie zdradził, czy oglądał film o sobie. Ale na pewno wiele na nim zyskał. W 1965 roku był najmodniejszym muzykiem na świecie. Przez ostatnie 60 lat jego komercyjna atrakcyjność ulegała wahaniom, ale w XXI wieku jego uznanie stale rosło w niezwykły sposób jak na starzejącego się muzyka, co zostało uwieńczone zdobyciem Nagrody Nobla w dziedzinie literatury w 2016 roku. Co bardziej zaskakujące, znów stał się modny, wśród młodszych słuchaczy, z których wielu po raz pierwszy dodało jego muzykę do swoich playlist dzięki Chalametowi. Co więcej, ten enigmatyczny, zrzędliwy osiemdziesięciolatek, publikując na X, poparł „Kompletnie nieznanego”. I przyznał – jak rzadko to robił wcześniej – że jego przeszłość może być równie ważna jak jego teraźniejszość lub przyszłość.

Obraz Boba Dylana „Hole In The Wall”
Zdjęcie: Halcyon Gallery

LUDZIE WSZELKIEJ MAŚCI

Film celebruje pierwsze kilka lat jego kariery, ale dziś – gdy Bob Dylan ma 84 lata – jest nie tylko piosenkarzem, autorem tekstów, aktywistą, poetą i ikoną kultury, laureatem Nobla, Pulitzera, Grammy, Oscara i Złotego Globu. Jest też malarzem. I to z dużymi sukcesami.

Wystawy jego obrazów, szkiców tuszem, kolaży sitodrukowych i rzeźb z metalu pokazywane są na wystawach na całym świecie: od Londynu i Pekinu do Nowego Jorku i Miami. Tworzy je od sześciu dekad.  Wszystkie świadczą o jego wyczuciu do zapadających w pamięć szczegółów codziennych chwil życia. – Podobnie jak w przypadku pisania piosenek, jego sztuka wizualna daje nam odrębną perspektywę Dylana, oferując jednocześnie reprezentację wielu chwil i uczuć, a także odbicie społeczeństwa – nas samych – ocenia Shai Baitel, dyrektor artystyczny Modern Art Museum w Szanghaju, gdzie pokazywano część prac Amerykanina.

Sam zainteresowany na wernisaże nie przyjeżdża, nie udziela też żadnych wywiadów na temat swojej „drugiej” twórczości. – Bob Dylan nigdy nie pojawia się publicznie. To bardzo ciekawe, ale on wierzy, że jego obecność może zakłócić odbiór wystawy. Nigdy nie zobaczycie go w telewizji, nigdy nie rozmawia z dziennikarzami… nigdy – tłumaczy Aaron Young, amerykański artysta i marszand.

O tym, co myśli o swojej sztuce, można się dowiedzieć z cytatów, jak np. z tego o początkach, pochodzący z jego wspomnień „Kroniki” z 2004 roku: „Zaczynałem od tego, co miałem pod ręką. Siadałem przy stole, brałem ołówek i papier i rysowałem maszynę do pisania, krucyfiks, różę, ołówki, noże i szpilki, puste pudełka po papierosach. Całkowicie traciłem poczucie czasu… Nie żebym uważał się za jakiegoś świetnego rysownika, ale czułem, że wprowadzam porządek do otaczającego mnie chaosu”.

Dylan zajął się sztukami wizualnymi już na początku muzycznej kariery – w tym samym czasie, gdy pojawił się na scenie w Greenwich Village w Nowym Jorku w 1961 roku, wykonując swoje piosenki w kawiarniach i klubach folkowych, i gdy rok później wydał swój debiutancki album. Ale najważniejszy kontakt ze sztuką zbiegł się z poważnym wypadkiem motocyklowym, który w 1966 roku zmusił go do izolacji, z dala od wszystkiego i wszystkich. Rysował wtedy wszystko, co go otaczało – maszynę do pisania, krucyfiks, ołówki, szpilki, pudełka po papierosach i zagubiony ślad czasu. Kilka lat później, chęć nauczenia się czegoś więcej niż tylko rysowania sprowadziła go do nowojorskiej pracowni malarza Normana Raebena, wyznawcy ruchu artystycznego Ashcan School, znanego z obrazów przedstawiających naturalistyczne, ciemne i nędzne strony życia w mieście, w opozycji do impresjonizmu. Dylan tak opowiada o tym doświadczeniu, które trwało kilka miesięcy: „Raeben zsynchronizował ze sobą mój umysł, moją rękę i oczy. To pozwoliło mi świadomie robić to, co już czułem nieświadomie”.

Od tego czasu muzyk nadal rysował i malował różnymi technikami, świadomy artystycznych odniesień (od Edwarda Hoppera do Precyzjonistów), które go inspirują. Malował nawet wtedy, gdy stał się głosem ruchu antywojennego i występował w całych Stanach Zjednoczonych na muzycznych festiwalach, zlotach, na wielkich stadionach rockowych, wreszcie na całym świecie, wydając ponad 50 albumów w karierze. „Interesują mnie ludzie, historie, mity i portrety; ludzie wszelkiej maści” – powtarzał legendarny wykonawca „Blowing in the wind” i „Like a rolling stone”.

Jedna z jego wczesnych prac to okładka debiutanckiego albumu zespołu The Band z 1968 roku „Music from Big Pink”, ale poza nią nigdy nie pokazywał swoich prac publicznie. Pasję do rysowania ujawnił w pełni dopiero w 1994 roku, prezentując serię szkiców, które powstawały podczas tournée po Europie, Ameryce i Azji w latach 1989-1992. „Drawn Blank” – tak nazwał cykl 92. rysunków, wykonanych głównie węglem lub ołówkiem, nad którymi kilkakrotnie potem jeszcze pracował, korzystając z różnych technik i materiałów.

Przerabianie istniejących prac to dla muzyka sposób na relaks podczas tras koncertowych. Przerabia swoje rysunki i obrazy w ten sam sposób, w jaki ma tendencję do przerabiania własnych piosenek, czasem wprowadzając subtelne zmiany, czasem przepisując całe wersety. Ta tendencja do rewizji własnych prac jest bardzo widoczna w jego serii „Mondo Scripto” (zestawia odręczne teksty Dylana z jego rysunkami, z których każdy ilustruje scenę lub temat z piosenki), ale także innych malarskich serii.

Obraz Boba Dylana „TV Screen”
Zdjęcie: Halcyon Gallery
Obraz Boba Dylana „High On The Mountain”
Zdjęcie: Halcyon Gallery

– Obserwowanie wielu moich prac wiele lat po ich ukończeniu jest fascynującym przeżyciem. Tak naprawdę nie kojarzę ich z żadnym konkretnym czasem, miejscem ani stanem umysłu, ale postrzegam je jako część długiego procesu. To kontinuum, które zaczyna się od sposobu, w jaki podążam w świecie i zmienia kierunek, gdy moje postrzeganie jest kształtowane i zmieniane przez życie. Wydarzenia w Morretes w Brazylii mogą mieć na mnie równie głęboki wpływ, jak człowiek, który sprzedaje mi „El País” w Madrycie” – tym cytatem Dylan tłumaczy swoje przeróbki.

BOCZNE DROGI

Urodził się w małym amerykańskim miasteczku. Przez wiele, wiele lat dał setki koncertów i często grał w małych miasteczkach. Opowiadał o tym w swoich piosenkach, ale też pokazywał w obrazach. Stoisko z hot dogami, motel, koleje, drapacze chmur i mosty wiszące rywalizują o uwagę z opuszczonymi bocznymi uliczkami i zarośniętymi motelami. To Stany Zjednoczone jarmarków i cyrków, zapomnianych skrzyżowań i zaniedbanych krajobrazów miejskich. Ulice są pełne wizerunków samochodów z końca lat 50. XX wieku. To jego pogląd na Amerykę i tego, co amerykańskie.

„Wspólnym tematem tych prac jest związek z amerykańskim krajobrazem, tak jak go postrzegam, przemierzając kraj i widząc, ile jest wart. Trzymanie się z dala od głównego nurtu i podróżowanie bocznymi drogami” – napisał we wstępie do jednej z wystaw swoich obrazów.

Bob Dylan: „Nie kojarzę moich prac z żadnym konkretnym czasem, miejscem ani stanem umysłu, ale postrzegam je jako część długiego procesu”
Bob Dylan: „Nie kojarzę moich prac z żadnym konkretnym czasem, miejscem ani stanem umysłu, ale postrzegam je jako część długiego procesu”
Bob Dylan: „Nie kojarzę moich prac z żadnym konkretnym czasem, miejscem ani stanem umysłu, ale postrzegam je jako część długiego procesu”
Bob Dylan: „Nie kojarzę moich prac z żadnym konkretnym czasem, miejscem ani stanem umysłu, ale postrzegam je jako część długiego procesu”

Ale pokazuje nie tylko małomiasteczkową Amerykę. Uchwycił też sceny ze swojego życia i podróże po Azji. Kiedy Gagosian zrobił wystawę Dylana z podróży do Japonii, Chin, Wietnamu i Korei w 2017 roku, rozgorzała dyskusja. Zarzucono autorowi prac z „Asia Series” zbyt duże podobieństwa między jego obrazami a niektórymi kadrami Henri Cartier-Bressona, Dmitriego Kessela i Léona Busy’ego. Zareagował nawet „New York Times”: „Najbardziej zaskakujące jest to, że Dylan nie tylko wykorzystał fotografię do zainspirowania obrazu. Zrobił zdjęcie pracy fotografa, a potem kompozycję i detale dokładnie skopiował. Odtworzył wszystko tak dokładnie, jak to możliwe. To może być gra (…), ale to mało pomysłowe podejście do malarstwa. Może to nie plagiat, ale na pewno dużo w tym kopiowania”.

Galeria odpowiedziała na te zarzuty: „Chociaż kompozycje niektórych obrazów Boba Dylana opierają się na różnych źródłach, w tym na zdjęciach archiwalnych i historycznych, żywiołowość i świeżość jego płócien wynikają z… codziennych scen, które obserwował podczas swoich podróży”. I krotko potem zmodyfikowała opis wystawy. Zamiast określenia „wizualny dziennik” zmieniono na „wizualną refleksję” z podróży Dylana.

Chociaż po raz pierwszy jego obrazy wzbudziły kontrowersje, wiadomo nie od dziś, że ma na koncie historię pożyczania tekstów od innych pisarzy. W „Modern Times” z 2006 roku „próbkował” poetę wojny secesyjnej Henry’ego Timroda, a w „Love and Theft” z 2001 roku zapożyczył nie tylko z Timroda, ale także z „Wielkiego Gatsby’ego” Fitzgeralda, Huckleberry’ego Finna (postaci stworzonej przez Marka Twaina) i „Confessions of a Yakuza” Junichiego Sagi z 1991 roku.

Bob Dylan podczas pracy nad swoimi rzeźbami
Zdjęcie: Halcyon Gallery

Sam oburzył się na słowo „plagiat”. W wywiadzie dla magazynu „Rolling Stone” dekadę temu porównał tę nagonkę do ataków z połowy lat 60., gdy podczas koncertu na Newport Folk Festival niektórzy słuchacze okrzyknęli go „Judaszem” po tym, jak przerzucił się z gitary akustycznej na elektryczną. „Tak, wiem, że ludzie (Dylan użył tu dobitnego określenia „wussies and pussies” – red.) na to narzekają. Ale czy słyszeliście kiedykolwiek o XIX-wiecznym poecie Henrym Timrodzie? Kto go ostatnio czytał? Kto go odświeżał? Kto sprawił, że o nim wiecie?” – pytał retorycznie na łamach gazety.

I nic sobie z tego nie zrobił. Jego kolejna seria „Deep Focus” z czasów pandemii koronawirusa – która ponownie przenosi się do miast Ameryki, zaludniając obrazy anonimowymi bohaterami, odizolowanymi i samotnymi – otwarcie inspirowana jest kinem. „Wszystkie te obrazy pochodzą z filmów. Próbują uwypuklić różne sytuacje, w których znajdują się ludzie. Niezależnie od tego, czy jest to James Cagney czy Margaret Rutherford, marzenia i plany są takie same – życie, jakie nadchodzi, we wszystkich swoich formach i kształtach” – napisał autor.

DRUGI HOCKNEY?

Niemal cała jego twórczość jest o człowieku i odzwierciedla podobną głębię i złożoność jak teksty jego piosenek. „Rysuje i maluje to, co widzi. Życie go zaskakuje. Większość jego prac przedstawia miejsca na obrzeżach miast lub zaniedbane zaułki, blaknącą, esencję Ameryki: kawiarnie, dyskoteki, nocne lokale. Mit nawiedza te scenografie amerykańskich opowieści i piosenek, a mimo to są one tajemnicze. Widzi je z zewnątrz artysta, który nie stara się dowiedzieć więcej lub mniej, niż mówią mu oczy” – tak ocenił jego obrazy „Guardian”, zauważając, że Dylan ma „zaskakująco dużo wspólnego z Davidem Hockneyem”.

Niektórzy zarzucają obrazom Dylana wtórność, inni mówią wprost, że nie dorównują jego muzycznym dokonaniom. Czy mają rację? Krytyk sztuki Jonathan Jones nie zgadza się z zarzutami: – Te rysunki i obraz stworzył prawdziwy artysta. Ich integralność jest przekonująca. Wymagają, by na nie patrzeć, ze względu na ich podziw i zachwyt nad pięknem i wspaniałością życia. To obrazy prawdziwego poety.

„New York Times” też chwali: „On improwizuje z kolorem na tych samych prostych czarno-białych szkicach, tak jak gra piosenki na koncertach, czasami wprowadzając subtelne zmiany, innym razem brutalnie je przerabiając. Jego pociągnięcia pędzlem są jak jego głos: bezpośrednie, szorstkie, czasami delikatne, ale zawsze skupione na zilustrowaniu wątków ludzkiego doświadczenia”. Podobnie „Guardian: „Dylan maluje dobrze, z wyczuciem i ciężko wypracowaną dokładnością. Ma potężną wyobraźnię. Jest o wiele większym artystą niż wielu ludzi, którzy zajmują się tym na pełny etat”.

On sam tak ocenia swoje malarstwo: „Ma na celu przedstawienie perspektyw, które badają ludzką kondycję i odkrywają tajemnice życia, które wciąż wprawiają nas w zakłopotanie. To oczywiście bardzo różni się od mojej muzyki, ale w każdym calu jest tak samo celowe”.﹡

Kopiowanie treści jest zabronione