„Wciąż słyszę rzeczy, których nigdy nie usłyszałby mężczyzna”. Autorka muzyki do „Jokera” i „Czarnobyla” z nagrodą
05 czerwca 2025
tekst: AMK
Hildur Guðnadóttir Zdjęcie: Camille Blake
„Wciąż słyszę rzeczy, których nigdy nie usłyszałby mężczyzna”. Autorka muzyki do „Jokera” i „Czarnobyla” z nagrodą
05 czerwca 2025
tekst: AMK
„Wciąż słyszę rzeczy, których nigdy nie usłyszałby mężczyzna”. Autorka muzyki do „Jokera” i „Czarnobyla” z nagrodą

– Jest jedną z najbardziej innowacyjnych kompozytorek naszych czasów. Wie, jak używać eksperymentalnych dźwięków, aby kształtować główny nurt kultury popularnej i nadać jej głębi – tak organizatorzy festiwalu filmowego w Zurychu uzasadnili przyznanie nagrody za całokształt twórczości dla Hildur Guðnadóttir. Islandzka kompozytorka i laureatka Oscara, najbardziej znana z kompozycji do „Jokera”, „Tár” i „Czarnobyla”, odbierze statuetkę w październiku. U nas już teraz uzasadnienie, jak bardzo na nią zasłużyła.

Hildur Guðnadóttir, choć ma dopiero 42 lata, już przeszła do historii. Jako czwarta kobieta w historii Oscarów, która dostała statuetkę za najlepszą muzykę filmową i pierwsza od ponad 20 lat. Stało się to dzięki ścieżce dźwiękowej do „Jokera” w 2020 roku.

Od tamtej pory jest zasypywana ofertami. Piszę i gram muzykę od ponad dwóch dekad i robię to, nie szukając uwagi, nie przejmując się zbytnio tym, czy ludzie to zauważają, czy nie. Nagle wiele osób to zauważyło! mówi magazynowi „Vanity Fair”. Musiałam brać udział w wielu wydarzeniach i galach, raptem wszyscy wiedzieli kim jestem i co robię, ciągle się z kimś spotykałam… co było dla mnie bardzo nietypowe, bo moje szczęśliwe miejsce to moje studio. Wracam pamięcią do tego czasu, jakby to było szalone życie zupełnie kogoś innego! – zdradza magazynowi „The Talks”.

Nagła popularność przyniosła jej też przywilej, że mogła trochę powybierać w filmach. Częściej mówiła „nie”, niż „tak”. Najważniejsze dla niej jest bowiem to, by być kreatywną i wierną sobie. Trudno mi po prostu wymyślić muzykę do czegoś, czym nie jestem zainteresowana lub w co nie jestem zaangażowana emocjonalnie – tłumaczy. – Zawsze wybierałam tylko to, co uznawałam za interesujące. Nigdy nie zajmowałam się muzyką, aby zarobić kupę forsy lub stać się popularną.

Ale przede wszystkim Guðnadóttir przyczyniła się do większego zainteresowania muzyką filmową w ogóle. – Szczerze mówiąc, nigdy wcześniej nie czułam aż takiego zainteresowania tym, co my, kompozytorzy filmowi, robimy! Zdecydowanie zajęło mi trochę czasu, żeby się do tego przyzwyczaić – śmieje się.

Hildur Guðnadóttir z Oscarem za ścieżkę dźwiękową do „Jokera”, 2020
Zdjęcie: Academy of Motion Picture Arts and Sciences

BITWA

Gra na wiolonczeli i tworzy muzykę od 5. roku życia, a pierwszy publiczny koncert dała w wieku 10 lat. Jej matka, Ingveldur Guðrún Ólafsdóttir (śpiewaczka operowa), w ciąży słuchała dużo Jacqueline du Pré, słynnej wiolonczelistki, która zasłynęła interpretacją Koncertu wiolonczelowego Elgara. I uznała, że ​​dziecko, które urodzi, będzie nazywać się Hildur – imię to oznacza „bitwa”, odzwierciedlając żywy styl gry du Pré – i że będzie wiolonczelistką.

– Jestem Islandką. Wszyscy jesteśmy tacy dramatyczni – śmieje się na to wspomnienie.

Ale słowa matki stały się proroctwem. – Tak naprawdę nigdy nie podejmowałam żadnych świadomych decyzji ani świadomego wysiłku, aby dojść do tego miejsca. Moi rodzice są muzykami; wszyscy w mojej rodzinie zajmują się albo muzyką, albo medycyną! Wybrałam muzykę, ponieważ było to u nas normalne. Zaczęłam grać i nigdy nie przestałam. Uczyłam się gry na wiolonczeli, śpiewałam w chórze i ostatecznie zajęłam się tworzeniem muzyki dla siebie. Dało mi to szansę na to, aby być trochę bardziej introspektywną, aby prowadzić dialog z samą sobą poprzez muzykę. I tak zostałam kompozytorką. Jedno wydarzenie pociągnęło za sobą drugie – opowiada.

Nagrała solowe albumy, była również częstym współpracownikiem znanego islandzkiego kompozytora, Jóhanna Jóhannssona, i grała na wiolonczeli w większości jego partytur filmowych, w tym „Sicario” i „Nowy początek”. Współtworzyła jedną z jego końcowych partytur w „Marii Magdalenie” z 2018 roku oraz sama napisała soundtracki do kilku filmów i seriali. Ma na koncie też kompozycje do sztuk teatralnych, spektakli tanecznych, instalacji czy performance.

A za muzykę do miniserialu „Czarnobyl” – fabularyzowanej historii katastrofy nuklearnej z 1986 roku na Ukrainie (wówczas w Związku Radzieckim) – do której powstania użyła dźwięków z prawdziwej elektrowni atomowej, zdobyła Emmy i Grammy.

JOKER

Jej pozycję ugruntował „Joker”, psychologiczne studium samotnego, odizolowanego, dręczonego mrocznymi myślami i uczuciami mężczyzny, który staje się brutalny. Sugestywna, mroczna, tajemnicza i bardzo mocna ścieżka dźwiękowa idealnie uzupełniła dzieło Todda Philipsa.

Prace nad muzyką do filmu trwały niemal półtora roku. Urodzona w Rejkiawiku Hildur pisanie materiału rozpoczęła jeszcze przed zdjęciami. Była to sytuacja bardzo nietypowa i rzadka, bo oto kompozytor nie dostał żadnych ujęć ani fragmentów wideo, do których miał stworzyć muzykę. Tylko na podstawie swoich wyobrażeń i odczuć kreowała dźwiękowy świat. Jej muzyka nie tyle była stałym elementem procesu powstawania obrazu, co za sprawą rozpisanych partytur miała wpływ na późniejszy kształt scen i fragmentów „Jokera”.

Bardzo często muzyka była puszczana na planie, podczas kręcenia kolejnych ujęć. W jej takt poruszała się ekipa filmowa, szczególnie reżyser i operatorzy kamer. – To był taki piękny dialog bez słów – ocenia Islandka, która wiele motywów w filmie wykonywała na znanym w jej ojczyźnie elektrycznym instrumencie wiolonczelowym, zwanym halldorophone. – Wiele elektronicznych dźwięków w partyturze było wykonywanych na żywo, wszystko pochodzi z tego instrumentu i połączenia ze wzmacniaczami – zdradza. Potem Joaquin Phoenix te nuty i tonacje grał fizycznie.

 

Guðnadóttir, jak sama przyznaje, ma kilka cech wspólnych z Jokerem. Dużo się śmieje, ale w jej wnętrzu jest też ciemność. Wyraża ją poprzez swoją muzykę. – Pierwsze solowe kompozycje były sposobem, aby zaglądać do siebie wewnątrz i spędzać czas samotnie przy instrumencie – mówi. – Większość mojej muzyki jest w pewnym sensie kontemplacyjna i jakoś zawsze przechyla się na ciemniejszą stronę. Moja wewnętrzna rozmowa jest najwyraźniej dość mroczna.

Ten mrok zachwycił. Soundtrack zdobył Złote Globy, BAFTA i Oscara.

OSCAR

Statuetka Oscara dla Islandki miała głębszy wymiar. Wygrała z czterema mężczyznami, którzy razem wzięci mieli na koncie… 98 nominacji. Już jej nominacja wywołała dyskusję na temat sytuacji kobiet w muzyce filmowej: kompozytorki na Oscarach mają nie lepiej niż reżyserki, bo środowisko jest zdominowane przez facetów.

− Wspaniale jest brać udział w dyskusji o sytuacji kobiet w branży i rzucić nieco światła na problem, szczególnie w tej kategorii, ponieważ to trochę głupie, jak mało ich jest. Dla mnie to całkowicie niezrozumiałe − ubolewała.

Guðnadóttir w 2020 roku była zaledwie siódmą kobietą nominowaną do Oscara w kategorii „najlepsza muzyka filmowa” (wcześniej ścieżki dźwiękowe filmów miały różne nazwy i podkategorie) w ciągu 92 edycji nagrody! Gdy zdobyła statuetkę, była zaledwie czwartą kobietą w historii Oscarów i pierwszą kompozytorką, która odebrała nagrodę za soundtrack od 22 lat. W tym czasie Oscar przypadł tylko dwóm kobietom solo − Anne Dudley za „Goło i wesoło” (1997) i Rachel Portman za „Emmę” z 1996 roku (wówczas jako „Najlepsza muzyka w komedii/musicalu”). Portman nominowana do Oscara była jeszcze dwa razy: za „Wbrew regułom” (1999) i „Czekoladę” (2000). Potem była 16-letnia przerwa w nominacjach dla kobiet. Dopiero Monica Levi w 2016 roku zdobyła ją za „Jackie”, jednak przegrała z mężczyzną − Oscara wygrał Justin Hurwitz za „La La Land”.

Wcześniej było jeszcze gorzej: jeśli kobiety były nominowane, to nigdy w pojedynkę. W 1983 roku Marilyn Bergman co prawda wygrała Oscara za „Yentl” (kategoria „Najlepsza muzyka z piosenkami/adaptacja”), ale razem z dwójką mężczyzn: z mężem Alanem Bergmanem i Michelem Legrand. Zresztą pierwsza w historii nominacja dla kobiety w 1945 roku też nie była solo: Ann Ronell za film „Żołnierze” musiała ją dzielić z Louisem Applebaum. Podobnie było z Angelą Morley, która miała oscarowe nominacje w 1974 („Mały książę”) i w 1977 roku („Pantofelek i róża”), ale zawsze w towarzystwie kolegów kompozytorów.

Sama zresztą przez pierwsze 48 lat życia była… mężczyzną. Urodziła się w 1924 roku w Leeds jako Walter Stott. Jako kompozytor i aranżer stworzyła muzykę do wielu brytyjskich filmów, pracowała też nad płytami m.in. Shirley Bassey i Dusty Springfield. W 1972 roku przeszła operację zmiany płci i jako pionierka transpłciowa musiała zmierzyć się z niezrozumieniem branży muzycznej. Już jako Angela Morley przeniosła się do Los Angeles, gdzie jej kariera rozbłysła. Stworzyła muzykę do takich telewizyjnych hitów jak „Dallas”, „Dynastia” i „Wonder Woman”, zdobyła trzy nagrody Emmy, asystowała Johnowi Williamsowi przy wielu filmowych soundtrackach, w tym „Gwiezdne wojny” i „ET”, a także zdobyła dwie nominacje do Oscara.

Hildur Guðnadóttir
Zdjęcie: Camille Blake

– 10 lat temu czułam niechęć do ufania kobietom przy większych projektach, cóż, w świecie kompozycji od dawna dominuje garstka mężczyzn. To oczywiście wspaniali kompozytorzy, którzy całkowicie zasługują na wszystkie możliwości, jakie mają, ale ekscytujące są inne głosy. Mam na myśli, że kobiety stanowią połowę głosów na świecie – mówiła wówczas magazynowi „Rolling Stone”.

Ostatnio odczuła jednak różnicę. – Kiedy idę na spotkanie z ludźmi z branży, mówią: „Wow, to niesamowite. Jesteś kompozytorką. To takie fajne”. Myślę, że ludzie naprawdę się otwierają i zaczynają chętniej podejmować tak zwane ryzyko zaufania kobietom – wyjawia w wywiadzie dla „Deadline”. – Rozmowy o naszej sytuacji sprawiają, że ludzie bardziej zauważają problem. Jednak sposobem na dokonanie rzeczywistej zmiany jest po prostu dawanie kobietom szans. I powoli to się dzieje – dodaje.

Wie, że musi jak najlepiej wykorzystać ten moment: – Nie jestem osobą, która lubi zwracać na siebie uwagę, zawsze czułam się lepiej w cieniu. Ale skoro mam okazję zabrać głos, z dumą, po prostu skorzystam z tego i mam nadzieję, że zainspiruję inne kobiety.

Podczas ceremonii rozdania Oscarów, pod koniec swojego przemówienia, zaapelowała: – Dziewczyny, kobiety, matki i córki, które słyszą, jak gotuje się w nich muzyka, proszę, odezwijcie się. Musimy usłyszeć wasze głosy!

SEKSIZM

Guðnadóttir szybko – dzięki swojej intrygującej muzyce będącej połączeniem wiolonczeli i głosu, mieszanką muzyki klasycznej i eksperymentalnej, łącznie z elektroakustycznymi dźwiękami – wyrosła na jedną z najciekawszych współczesnych autorek muzyki filmowej i bardzo wpływową kobietę w branży zarezerwowanej dla facetów.

Ale seksizm w świecie kompozytorów oznacza, że ​​wciąż jest kwestionowane to, czy może wykonywać swoją pracę. „Ale ona jest kobietą. Czy naprawdę poradzi sobie z pracą nad ścieżką dźwiękową do filmu?” – to pytanie, które od lat słyszy w branży. – Spotkało mnie to kilka razy, nawet po zdobyciu Oscara. Nie wymienię żadnych nazwisk, ale wciąż słyszę rzeczy, których nigdy nie usłyszałby mężczyzna. Po dwóch dekadach w tej branży jestem do tego przyzwyczajona, więc po prostu to zbywam. Ale naprawdę mam nadzieję, że w przyszłości kobiety nie będą musiały tego słuchać – opowiadała portalowi Consequence.

CZAS

Niektóre części jej pracy – współpraca z reżyserem, praca z orkiestrą lub innymi muzykami – są bardzo towarzyskie, a inne wymagają, by była sama. Jak sobie z tym radzi?

Uwielbia równowagę. – Jako klasycznie wykształcony muzyk, muszę spędzać dużo czasu w samotności, ćwicząc na instrumencie. To taka cudowna przestrzeń, aby poznać siebie, zastanowić się i posiedzieć z sobą samą – zarówno ze złymi, jak i dobrymi myślami. Ale kiedy możesz przełożyć swoje pomysły na coś, co zostanie wykonane z innymi, lub wpleść je w fabułę razem z reżyserem lub aktorem, to jest to naprawdę piękna część procesu – opowiada „The Talks”.

Hildur Guðnadóttir
Zdjęcie: Timothée Lambrecq

Na tle zespołu wypada na… leniwą, bo lubi pracować wolniej. – Wszyscy są szybsi ode mnie! Jestem prawdopodobnie najwolniejszą osobą! – śmieje się.

Może pisać szybko, jeśli musi. Ale jej preferowany sposób pracy jest znacznie wolniejszy. – Myślę, że ma to wiele wspólnego ze sposobem, w jaki słucham szczegółów dźwięków. Lubię po prostu poświęcić na to czas. Jeśli się spieszysz lub jesteś zestresowany, słuchasz zupełnie inaczej. To trochę jak chodzenie lub jazda na rowerze, wolę iść wolniej i doświadczać tego, co mnie otacza, niż po prostu biec tam, dokąd zmierzam – tłumaczy. – Ale wiem, że wiele osób zabiłoby się, gdyby musiało pracować w takim tempie, ponieważ naprawdę zabiera to dużo czasu i nie jest dla każdego!

Jej tempo nie zmienia się nawet wtedy, gdy przynosi partyturę do orkiestry, aby ją nagrać. – Rob Ames, który dużo dla mnie dyryguje, wyjaśnia wtedy orkiestrze: „Jest normalny czas nagrywania, a potem jest czas Hildur!” – śmieje się. – Naprawdę lubię się upewnić, że mamy odpowiednią atmosferę do występu i nie spieszymy się. Potrzebuję czasu, aby porozmawiać z muzykami i zrozumieć, co robimy, i naprawdę nadać nastrój lub ton. To właśnie tam jest muzyka, wtedy rzeczy ożywają – wyjaśnia.

Nigdy też nie kończy wraz z montażem filmu. – Tworzenie filmu to ogromny proces, ogromny dialog twórczy między tak wieloma różnymi ludźmi i tak wieloma różnymi mediami. Jest o wiele przyjemniej, gdy naprawdę mogę być częścią tworzenia DNA filmu, a nie tylko gonić za harmonogramem postprodukcji – podkreśla w rozmowie z „Vanity Fair”.

Zazwyczaj angażuje się w film wcześniej niż większość innych kompozytorów, bo już na bazie scenariusza, będąc zaangażowaną w budowanie postaci. Tak było z „Jokerem”, „Tár” czy „Women Talking” (nominacja do Oscara). – Jest tak wiele do zyskania, gdy jestem częścią całego procesu tworzenia. Zawsze pracuję nad projektami przez ponad rok, ale pod koniec dnia uważam, że to o wiele przyjemniejszy sposób pracy – wyjaśnia powody.

Do tej pory zrobiła dźwięki do niewielu filmów, ale wszystkie okazały się całkiem dobrymi wyborami. Najnowsza współpraca, na którą postawiła, to ta z reżyserką Nią DaCosta przy filmach „Hedda” i „28 Years Later: The Bone Temple”, których daty premier nie są jeszcze znane.

WIERNOŚĆ

Z powodu czasu, który poświęca na pracę, większość propozycji z Hollywood odrzuca (w ub.r. zrobiła tylko „Joker: Folie à deux”, w 2023 „Duchy w Wenecji”). Ale nie bierze na siebie zbyt wiele także z innego powodu. – Aby być wierną sobie pod względem twórczym, co jest dla mnie bardzo, bardzo ważne, muszę być bardzo obecna. I muszę pozwolić sobie naprawdę żyć w uniwersum historii, nad którą pracuję. Staram się brać projekty, które naprawdę do mnie przemawiają i gdy czuję, że mogę naprawdę coś wnieść, zarówno do opowiadania historii, jak i, mam nadzieję, do swojej pracy jako artysty – deklaruje.

I ma nadzieję zachować ten styl pracy: – Myślę, że lepiej jest dla mnie być poza Hollywood, ponieważ wtedy mogę naprawdę skoncentrować się na tym, co chcę robić, co mnie interesuje i jak lubię to robić. I kto wie, dokąd mnie to zaprowadzi?

NAGRODA

2 października Islandka, która mieszka w Berlinie, przyjedzie do Zurychu, by odebrać nagrodę za całokształt twórczości. Dyrektor tamtejszego festiwalu filmowego, Christian Jungen, tak to uzasadnił: – Hildur Gudnadóttir jest jedną z najbardziej innowacyjnych kompozytorek naszych czasów. Wie, jak używać eksperymentalnych dźwięków, aby kształtować główny nurt kultury popularnej i nadać jej głębi. Rozwija swoje partytury w dialogu z twórcami filmów, tworząc melodie, których możemy nie nucić sobie w drodze do domu, ale które głęboko w nas rezonują. Jej niepowtarzalny styl czyni ją przełomową artystką i wzorem do naśladowania dla wielu młodych talentów na całym świecie.

Kopiowanie treści jest zabronione