U góry: George Clooney; Angelina Jolie i Pablo Larraín. Na dole: Amal i George Clooney; Lady Gaga
Wenecja 2024. Festiwalowe zdjęcia, na których artyści są ludźmi, a nie celebrytami
08 września 2024
tekst: AMK
zdjęcia: Jacopo Salvi / La Biennale di Venezia
Tegoroczny festiwal filmowy w Wenecji okazał się gorący i parny. I nie mówimy tu tylko o nadmiernym upale, który dopadł zarówno gwiazdy filmowe, jak i fanów. Chodzi też o filmy, które tłum sław przyjechał promować. Prawdą jest, że podczas gdy zeszłoroczne strajki aktorów wpłynęły na stonowaną energię na Lido, gdzie wpadło bardzo niewielu utalentowanych ludzi, tym razem naprawdę działo się! Jeszcze przed startem imprezy Alberto Barbera, dyrektor festiwalu, zapowiedział, że będzie to najbardziej zatłoczony czerwony dywan od dekady. I słowa dotrzymał. U nas foto i wideo relacja z dziesięciu dni festiwalowej gorączki. Oto kadry „z ludzką twarzą”, których nie zobaczycie nigdzie indziej.

Termometry pokazywały trzydzieści pięć stopni w cieniu. Nikt nie był w stanie zapanować ani nad tłumem festiwalowych widzów, ani nad upałem. Gorąco na Lido było także za sprawą emocji związanych z filmami, takimi jak erotyczny thriller Haliny Reijn „Babygirl” i adaptacja krótkiej powieści Williama S. Burrougha „Queer” autorstwa Luki Guadagnino. Pierwszy wzbudził zainteresowanie publiczności najlepszym w karierze występem Nicole Kidman, a drugi – Daniela Craiga oraz odkrywczymi interakcjami seksualnymi. Zdaniem krytyków, Brytyjczyk w roli geja narkomana jest zjawiskowy. Nosi w sobie obsesję na punkcie młodego mężczyzny (na ekranie partneruje mu Drew Starkey) i imponująco pogrywa ze swoim wizerunkiem maczo związanym z wieloletnią rolą Jamesa Bonda. Film jednak rozczarował, a podczas premiery w Wenecji podobno go wybuczano.

Craig nie zdobył nagrody. Najlepszym aktorem okrzyknięty został Vincent Lindon. W „Cichym synu” (do którego ścieżkę dźwiękową skomponował Polak, Paweł Mykietyn) wcielił się w Pierre’a, wdowca, który samotnie wychowuje dwóch synów. Jeden z nich, zafascynowany przemocą, wkracza w skrajnie prawicowe środowisko, co wpływa na życie rodziny. Francuz w walce o statuetkę w tej kategorii pokonał także m.in. Joaquina Phoenixa, Jude’a Lawa, George’a Clooneya i Brada Pitta.

Za to rola Australijki w „Babygirl” przyniosła jej Puchar Volpiego dla najlepszej aktorki festiwalu. Doceniono jej rolę Romy, zamężnej szefowej firmy z Nowego Jorku, która „ryzykuje swoją karierę i życie rodzinne, gdy między nią a znacznie młodszym stażystą rodzi się namiętny sado-masochistyczny romans” (gra go Harris Dickinson). Niestety, Kidman krótko po wylądowaniu w Wenecji musiała zrezygnować z udziału w ceremonii wręczenia nagród. Wróciła do domu na wieść o nagłej śmierci matki, 84-letniej Janelle.

Nagrodę odebrała za nią reżyserka filmu, która przeczytała na scenie list od laureatki: „Moja odważna i piękna mama właśnie odeszła. Ta nagroda jest dla niej. Ona mnie ukształtowała, prowadziła, ona mnie stworzyła. Zderzenie życia i sztuki rozdziera serce. A moje serce jest złamane”.

Kidman pokonała takie aktorki jak: Angelina Jolie, Julianne Moore, Tilda Swinton czy Lady Gaga.

Jude Law; Nicole Kidman

Jurorów festiwalu najmocniej „rozgrzał” film Pedro Almodóvara „W pokoju obok”, który zdobył najbardziej pożądanego Złotego Lwa. To oznacza, że ​​po raz pierwszy hiszpański filmowiec, twórca takich filmów jak „Kobieta na skraju załamania nerwowego”, „Wszystko o mojej matce” czy „Volver”, zdobył główną nagrodę na jakimkolwiek dużym festiwalu w swojej karierze. Brat i producent filmowca, Agustín Almodóvar, jako pierwszy zwrócił uwagę na znaczenie sobotniego zwycięstwa, publikując na X wpis, na którym jego brat trzyma Złotego Lwa: „Zajęło to 44 lata”.

„Niesamowite, że 23. pełnometrażowy, a zarazem anglojęzyczny debiut, oznacza pierwszy wielki festiwalowy triumf tego człowieka. Lepiej późno niż wcale, nawet jeśli ten film nie jest jego najlepszym dziełem” – ocenił „Guardian”. „Pozostaje dziełem mistrza i obrazem zgodnym z pięknym, chropowatym duchem jego twórcy. Almodóvar jest naszym złotym lwem od 40 lat. Ale miło jest w końcu mieć to potwierdzone przez sędziów”.

Mistrz tym razem opowiada o kobiecie, która wobec wizji śmiertelnej choroby zdecydowała się na “wspomagane samobójstwo”. Tilda Swinton wcieliła się w postać umierającej Marthy, a Julianne Moore gra jej przyjaciółkę Ingrid, która zgadza się być przy niej, gdy ta odbiera sobie życie. W przeszłości, gdy pracowały dla tej samej gazety, łączyła je przyjaźń. Ich drogi rozeszły się, gdy Ingrid została powieściopisarką, a Martha wybrała karierę reporterki wojennej. Po latach odnawiają znajomość z lesbijskim uczuciem w tle.

Film, który kręcono w Madrycie i Nowym Jorku, to adaptacja powieści amerykańskiej pisarki Sigrid Nunez „Pełnia miłości”, która cztery lata temu była bestsellerem. Hiszpan od pewnego czasu szukał możliwości, by wyjść poza język ojczysty w swoim kinie i „rozpocząć nowy etap”. W jednym z wątków tej powieści znalazł to, czego szukał. Ponieważ pełna adaptacja całej książki byłaby nieosiągalna – bo bał się, czy będzie potrafił oddać emocje w języku angielskim – postanowił skupić się na jednym kluczowym rozdziale. Jak mówił reporterom na konferencji prasowej, mimo to kręcenie w obcym języku było dla niego niczym science fiction.

Powstał czuły i szczery obraz. „To film o śmierci. Ale jest to również film Almodóvara, co de facto, nieuchronnie, czyni go filmem o życiu. Jest bogaty i kolorowy. Jest ostry i ekscentryczny. Nawet, gdy patrzy śmierci w twarz” – napisał w recenzji brytyjski krytyk, Xan Brooks.

Angelina Jolie; George Clooney

W przemówieniu przed premierą na Lido 74-letni Almodóvar powiedział, że jego film podkreśla, jak ważne jest docenianie życia, ale jasno pokazuje również, że ludzie powinni mieć możliwość godnego umierania w wybranym przez siebie momencie. – To film popierający eutanazję – ogłosił. – W postaci Tildy podziwiamy, że planuje pozbyć się raka poprzez podjęcie decyzji o odebraniu sobie życia, na zasadzie: „Jeśli dotrę tam wcześniej, rak mnie nie pokona”. I znajduje sposób, aby osiągnąć swój cel z pomocą przyjaciółki, ale niestety kobiety muszą zachowywać się jak przestępcy.

Na scenie, odbierając nagrodę, dodał: – Uważam, że pożegnanie się z tym światem w bezpieczny i godny sposób jest podstawowym prawem każdego człowieka. To nie jest kwestia polityczna, ale kwestia ludzka.

Almodóvar od początku był typowany na zwycięzcę 81. edycji weneckiego festiwalu. Otrzymał 18-minutową owację na stojąco podczas premiery w Wenecji na początku tego tygodnia – jedną z najdłuższych w ostatnich latach. Ale głównej nagrody chyba się nie spodziewał. W 1988 roku po raz pierwszy walczył o Złotego Lwa – jego „Kobiety na skraju załamania nerwowego” przegrały wówczas z „Legendą o świętym pijaku” w reżyserii Ermanno Olmiego. – Portretuję kobietę żegnającą się z życiem w czasach, w których cały świat pogrąża się w agonii – mówił reżyser ze Złotym Lwem w dłoni, dołączając do festiwalowej dyskusji o wolności w dobie kryzysu wartości. Mistrz dał nam kolejną lekcję tolerancji.

Nic dziwnego, że publiczność w Sala Grande wybuchła głośnymi brawami. – Chciałbym zadedykować to zwycięstwo mojej rodzinie – powiedział z podium. – Nie zawsze jestem tak szczęśliwy, jak teraz. Ten film jest moim pierwszym filmem po angielsku, ale duchem jest hiszpański.

Reżyser brał udział w canneńskim konkursie sześciokrotnie, jest też stałym gościem weneckiego festiwalu, gdzie w 2019 roku otrzymał nawet nagrodę za całokształt twórczości. Na konferencji prasowej po tegorocznej ceremonii przyznał jednak, że nigdy nie był opętany myślą o wygraniu Złotej Palmy w Cannes czy Złotego Lwa w Wenecji, ale gdyby otrzymał którąś z tych nagród wcześniej, pomogłyby mu w karierze: – Szczerze mówiąc, kiedy naprawdę ich potrzebowałem, to były lata 80., 81. i 82.… w tamtych momentach uratowałyby mi życie.

Daniel Craig i Rachel Weisz; Lady Gaga i Joaquin Phoenix

Główną nagrodę wręczyła Almodóvarowi przewodnicząca jury, Isabelle Huppert. Dołączył do niej nagrodzony trzydzieści lat temu Srebrnym Lwem (za „Małą Odessę”) filmowiec James Gray, który wcześniej zasiadał w jury z Huppert na festiwalu filmowym w Cannes w 2009 roku i podobno nazwał ją wtedy „faszystowską suką”, po tym, jak odmówiła przyznania Złotej Palmy wybranemu przez niego filmowi Jacques’a Audiarda „Prorok”, zamiast tego przyznając go „Białej wstążce” Michaela Hanekego.

W tym roku Srebrny Lew, druga co do ważności nagroda na Lido, był niespodzianką – przyznano go włoskiej reżyserce Maurze Delpero za jej powolny dramat rozgrywający się we włoskich Alpach podczas II wojny światowej „Vermiglio”. Zaś nagrodę za najlepszą reżyserię otrzymał Amerykanin Brady Corbet za 3,5-godzinny film „The Brutalist”, który został nakręcony na taśmie 70 mm i opowiada historię węgierskiego architekta i ocalałego z Holokaustu (w tej roli Adrien Brody), który próbuje odbudować swoje życie w USA.

Nagrody za całokształt twórczości otrzymali australijski reżyser Peter Weir i amerykańska aktorka Sigourney Weaver.

Polskich akcentów tym razem nie było, jak miało to miejsce choćby przed rokiem, gdy o Złotego Lwa walczyły aż dwie rodzime produkcje („Kobieta z…” Małgorzaty Szumowskiej i Michała Englerta oraz „Zielona granica” Agnieszki Holland). Mieliśmy za to swoją reprezentację w jury konkursu głównego, w którym zasiadła Holland. Polski smaczek pojawił się jeszcze w sekcji Giornate Degli Autori, gdzie zaprezentowano koprodukowane z Polską „Sanatorium pod Klepsydrą” braci Quay. Film otrzymał specjalne wyróżnienie Musa Cinema & Arts Award.

Festiwal na Lido oznacza początek sezonu nagród. I jest dobrym prognostykiem przed zwieńczeniem w postaci Oscarów na początku marca w przyszłym roku – regularnie wyłania wielkich faworytów do statuetki Amerykańskiej Akademii Filmowej. Ostatnio osiem z dwunastu nagród dla najlepszego reżysera na Oscarach trafiło do filmów, które zadebiutowały w Wenecji.﹡

Kopiowanie treści jest zabronione