Posłuchaj
Pierwszym, ale też najmniej ważnym wydarzeniem kolejnego sezonu filmowych nagród, są Złote Globy. Dzięki wytrwałości uchodzą za (prawie) Oscary, ale jedynie to, co je z nimi łączy, to zbyt długa ceremonia i tłumy wystrojonych gwiazd z pierwszej ligi na czerwonym dywanie. Bo na pewno nie prestiż.
82. edycja, która w nocy była transmitowana z hotelu Beverly Hilton w Beverly Hills, przyciągnęła ich naprawdę sporo. W tym jedną, która triumfalnie powróciła na szczyt, choć jest aktorką od 45 lat, ale nigdy wcześniej niczego nie wygrała.
Niespodzianek było więcej…
JAK DEMI MOORE BYŁA W „NAJGORSZYM MOMENCIE”
To była najbardziej pełna pasji przemowa ceremonii, po tym, jak jej autorka zdobyła nagrodę dla najlepszej aktorki w musicalu lub komedii za rolę w „Substancji”. 62-letnia Demi Moore wyznała ze sceny, że jest w szoku po zwycięstwie w tak konkurencyjnej kategorii, w której znalazły się m.in. Zendaya, Cynthia Erivo i Karla Sofía Gascón. – Naprawdę się tego nie spodziewałam! – powiedziała, zaczynając poruszającą historię o braku pewności siebie, którego doświadczyła po tym, jak trzydzieści lat temu ważny producent powiedział jej, że jest po prostu „popcornową aktorką”, a nie kimś, kogo można traktować poważnie.
Uwierzyła w to, że może robić filmy, które zarobią dużo pieniędzy, ale nigdy nie zostanie za nie doceniona: – Było to ze mną przez te wszystkie lata, aż w końcu mnie to zniszczyło. Do tego stopnia, że myślałam, że to już koniec, że może zrobiłam już wszystko, co miałam zrobić. I gdy byłam w najgorszym punkcie mojej kariery, dostałam ten śmiały, odważny, nieszablonowy, absolutnie szalony scenariusz pod tytułem „Substancja”. Świat w ten sposób powiedział mi, że to jeszcze nie koniec.
Moore była stałym bywalcem Złotych Globów w latach 90. i 2000., gdy zdobyła nominacje za romans „Uwierz w ducha” i film telewizyjny „Gdyby ściany mogły mówić”, ale nagrodę zdobyła dopiero w tym roku. W „Substancji” gra kobietę, która zamienia swoje ciało na młodszą, piękniejszą wersję siebie. Mrocznie satyryczny film, napisany i wyreżyserowany przez Coralie Fargeat, uchwycił aktualny problem na temat kobiet, starzenia się i mediów.
– Jestem tak bardzo wdzięczna Coralie za jej zaufanie – powiedziała Moore, po czym podziękowała także swoim agentom i wszystkim, którzy „wierzyli w nią, gdy sama w siebie nie wierzyła”. – W momentach, gdy myślimy, że nie jesteśmy wystarczająco mądre, ładne, chude, odnoszące sukcesy lub po prostu nie reprezentujemy sobą wystarczająco dużo, wiedz, że poznasz swoją wartość tylko wtedy, jeśli przestaniesz ją ciągle oceniać – zakończyła.
JAK BRAZYLIJKA POKONAŁA NAJWIĘKSZE AKTORKI HOLLYWOOD
Ale jeszcze większą niespodziankę zrobiła wszystkim brazylijska aktorka Fernanda Torres. Nie tylko wygrała w kategorii „najlepsza aktorka w filmie dramatycznym”, ale pokonała w niej faworytki – największe hollywoodzkie gwiazdy: Angelinę Jolie, Nicole Kidman, Kate Winslet, Tildę Swinton i Pamelę Anderson. – Boże, niczego nie przygotowałam – wyznała, patrząc na publiczność ze sceny. – To niesamowity rok dla występów kobiet. Jest tu tak wiele aktorek, które tak bardzo podziwiam.
Statuetkę dostała za rolę w filmie „Wciąż tu jestem”, opartym na prawdziwej historii Eunice Paiva, której mąż, kongresmen, w latach 70. został porwany i zamordowany podczas brazylijskiej dyktatury wojskowej. Kobieta przez ponad dwie dekady walczyła o oficjalne uznanie jego śmierci. – To samo, co dzieje się teraz na świecie, z tak wielkim strachem. I to jest film, który pomaga nam zastanowić się, jak przetrwać w takich niespokojnych czasach – mówiła.
Matkę aktorki, Fernandę Montenegro, nominowano w tej samej kategorii w 1999 roku za film „Dworzec nadziei”. – I oczywiście chcę tę nagrodę zadedykować mojej mamie. Nie macie pojęcia, ale ona tutaj była 25 lat temu. To dowód, że sztuka może przetrwać przez całe życie – dodała.
Torres została pierwszą Brazylijką w historii, która zdobyła nagrodę dla najlepszej aktorki dramatycznej. Jej matka, która ma teraz 95 lat, pojawia się we „Wciąż tu jestem” jako starsza wersja Eunice. A sam film jest brazylijskim kandydatem do Oscara w kategorii „Najlepszy film międzynarodowy”.
JAK COLIN FARRELL STAŁ SIĘ PŁÓTNEM
Pierwsze Złote Globy w karierze dostała też Anna Sawai („Szōgun”) w kategorii „Najlepsza aktorka w serialu dramatycznym”. – Dziękuję za głosowanie na mnie, chociaż ja sama każdego dnia głosowałabym na Kathy Bates – powiedziała skromnie serialowa Mariko.
„Szōgun”, serial osadzony w XVII-wiecznej Japonii, zdominował kategorie telewizyjne, wygrywając również wśród seriali dramatycznych, a także zdobywając historyczne zwycięstwa dla głównego aktora męskiego, Hiroyukiego Sanady i drugoplanowego aktora męskiego, Tadanobu Asano.
Hit Netflixa „Reniferek” zdobył dwie statuetki: za serial limitowany i za drugoplanową rolę kobiecą (Jessica Gunning). Nagrodę przyjął jego twórca, scenarzysta, gwiazda i producent wykonawczy, Richard Gadd. – To szaleństwo widzieć was wszystkich tutaj, to szaleństwo. Nie mogę w to uwierzyć. Sposób, w jaki przyjęliście ten serial, jest niewiarygodny – powiedział, zwracając się do gości gali.
Gadd gra samego siebie, a historia jest oparta na jego prawdziwych doświadczeniach ofiary prześladowania. – Wiele osób pyta mnie, dlaczego tak mroczny serial odniósł taki sukces. I myślę, że ludzie potrzebowali historii, które mówią o bolesnych konsekwencjach bycia niekonsekwentnym człowiekiem. Przez jakiś czas w telewizji panowało przekonanie, że historie, które są zbyt mroczne i skomplikowane, nie sprzedadzą się i nikt ich nie obejrzy, więc mam nadzieję, że „Reniferek” rozwiał tę teorię. Zwłaszcza teraz, kiedy świat jest w takim stanie, w jakim jest, a ludzie naprawdę się zmagają z tragediami, potrzebujemy historii, które mówią o skomplikowanej i trudnej naturze naszych czasów – zakończył przemowę.
Jednak Szkot w walce o statuetkę dla najlepszego aktora w limitowanej serii przegrał z Irlandczykiem – Colinem Farrellem, który olśnił rolą Pingwina, czarnego charakteru Batmana, w serialu HBO o tym samym tytule. Na scenie Farrell zażartował, że „nie ma komu dziękować”, bo „zrobił wszystko sam”. Po chwili, wspominając trzy godziny, które każdego ranka zajmowało mu dopasowanie charakteryzacji i kostiumu, aby uczynić z niego otyłego złoczyńcę, powiedział z uśmiechem: – Rano piłem czarną kawę, słuchałem muzyki z lat 80. i stałem się płótnem dla genialności tej drużyny. Jestem tutaj dzięki talentom tych ludzi. I tak, od teraz w mojej karierze będzie już tylko protetyka z dużą ilością makijażu.
Posunął się nawet do podziękowania oddanemu pracownikowi serwisu, który pomógł mu zachować chłód pod wszystkimi tymi ciężkimi warstwami kostiumu, zapewniając mu stały dopływ wody kokosowej.
Odniósł się tym samym do wcześniejszych opowieści o przemianie w Pingwina, w której pomagali mu najlepsi specjaliści; gdy wyznał, że to był pierwszy raz w historii jego pracy jako aktora, kiedy przychodził przed ekipą i wychodził po nich: „Zazwyczaj aktorzy mają łatwo. Przychodzimy po wszystkich, wychodzimy przed wszystkimi i jesteśmy przepłacani. Ale tym razem ja byłem przed wszystkimi, zaczynaliśmy o wpół do czwartej, o piątej rano, a wychodziliśmy o dziewiątej lub dziesiątej wieczorem”.
JAK FILM KRĘCONY W POLSCE DAŁ MU NAJLEPSZĄ RANDKĘ Z ŻONĄ
Dla Farrella to trzecia statuetka Złotych Globów w karierze, dla Kierana Culkina druga. Po wygraniu nagrody telewizyjnej na zeszłorocznej ceremonii („Sukcesja”), tym razem 42-latek został nazwany najlepszym aktorem drugoplanowym za rolę w komedii „Prawdziwy ból”, kręconej w Polsce i z polską ekipą (m.in. autorem zdjęć jest Michał Dymek). Gra niepokornego kuzyna Jessego Eisenberga (napisał scenariusz i wyreżyserował film), z którym podróżuje po Polsce, aby uczcić pamięć babci.
Na scenie w hotelu Beverly Hilton zaczął od wykrzyczenia nazwiska kolegi aktora. – Moja żona i ja wypiliśmy kieliszek tequili z Mario Lopezem. Zdecydowanie to czuję! Całe przemówienie zniknęło! – mówił ze śmiechem.
Odniósł się też do swoich początków, gdy nominowano go za rolę w filmie „Ucieczka od życia” z 2002 roku. – Pierwszym uznaniem, jakie otrzymałem jako aktor, była nominacja do Złotych Globów, gdy byłem właściwie dzieckiem. Teraz to najlepsza randka, jaką kiedykolwiek miałem z żoną – żartował.
JAK NIKT MIAŁ NIE OBEJRZEĆ TEGO FILMU
Tymczasem Adrien Brody, który również zaczynał młodo (zdobył Oscara dla najlepszego aktora w wieku 29 lat za rolę w „Pianiście” ponad 20 lat temu i nadal utrzymuje rekord najmłodszego zwycięzcy w tej kategorii), był bliski łez po wygraniu swojej pierwszej statuetki Złotych Globów (raz ją przegrał, właśnie będąc nominowanym z „Pianistą”). – Był taki czas, nie tak dawno temu, kiedy czułem, że ten moment może już nigdy mi się nie przydarzyć, więc dziękuję – wyznał.
Aktor jest kluczową postacią w „Brutaliście” o ocalałym z Holokaustu, cenionym węgierskim architekcie, który przez dziesięciolecia w powojennej Ameryce pada ofiarą toksycznego i kontrolującego go patrona (Guy Pearce). Nic dziwnego, że Brody w swojej przemowie odniósł się do własnych imigranckich korzeni. Jest synem fotografki Sylvii Plachej, Węgierki czesko-żydowskiego pochodzenia oraz nauczyciela historii Elliota Brody’ego, który ma korzenie polsko-żydowskie. Jego pradziadek był polskim Żydem, który wyemigrował do USA przed II wojną światową.
– Ta historia jest tak naprawdę podróżą postaci, która bardzo przypomina podróż mojej matki i moich przodków uciekających przed wojną i przybywających do tego wspaniałego kraju. Jestem tak wiele winien mojej matce i dziadkom za ich poświęcenie i chociaż nie wiem, jak wyrazić wszystkie wyzwania, z którymi się zmierzyliście i których doświadczyliście, i wielu ludziom, którzy zmagali się z imigracją do tego kraju, mam nadzieję, że ten film trochę was podniesie na duchu i da wam głos – powiedział wzruszony, a oboje jego rodzice siedzieli na widowni.
Niskobudżetowy, skromny „Brutalista” okazał się sensacją wieczoru – zdobył trzy nagrody. Adrien Brody wygrał w kategorii „Najlepszy aktor w filmie dramatycznym”, Brady Corbet został ogłoszony najlepszym reżyserem, a sam obraz uznano za najlepszy film dramatyczny.
Reżyser spędził siedem lat nad przeniesieniem historii na ekran i tracił wiarę, że mu się uda. Ciągle słyszał zarzuty, że historyczny epos, który bada doświadczenia imigrantów po II wojnie, nie jest produkcją kasową. – Nikt nie prosił o trzyipółgodzinny film o architekcie z połowy XX wieku – zażartował na scenie, trzymając statuetkę. – Powiedziano mi, że tego filmu nie można rozpowszechniać, że nikt go nie obejrzy, że nie odniesie sukcesu. Nie mam z tym problemu. Ale chcę wykorzystać to, że tu stoję, jako okazję do podniesienia na duchu twórców filmowych… Filmy nie istnieją bez nich. Proszę, wspierajmy filmowców.
I dodał: – Szczere podziękowania za nadanie naszemu filmowi większej widoczności dzięki takiemu uznaniu. To niezwykle znaczące dla filmu takiego jak ten, który kiedyś, kilka miesięcy temu, miał zerowe szanse. Setki bardzo oddanych ludzi pracowało nad nim przez lata przed, w trakcie i po jego realizacji.
Uhonorował również trzy osoby, które stracił podczas kręcenia „Brutalisty”: swojego dziadka, brata dziadka i swojego przyjaciela, producenta Kevina Turena. – Nie stałbym tu dziś wieczorem, gdyby nie ich wpływ – zadeklarował.
JAK „PRZYWÓDCA KARTELU” PRZEMAWIAŁ WPROST DO PREZYDENTA USA
O jedną statuetkę więcej od „Brutalisty” zdobył hiszpańskojęzyczny musical o baronie narkotykowym, który sfingował własną śmierć i poddał się operacji zmiany płci, by żyć jako transkobieta. „Emilia Pérez” wygrała w dwóch kategoriach: „Najlepszy film komediowy/musical” oraz „Najlepszy film nieanglojęzyczny”, pokonując tym samym polsko-duńsko-szwedzką koprodukcję „Dziewczyna z igłą”. Poza tym, Zoe Saldaña doceniona została za najlepszą drugoplanową rolę filmową, a śpiewana przez nią „El Mal” została najlepszą piosenką. Tym samym roztańczona komedia stała się filmem wieczoru.
Reżyser Jacques Audiard (jeden z najbardziej znanych francuskich filmowców, który zdobył Złotą Palmę za „Imigrantów” 10 lat temu i nominację do Oscara za „Proroka” 25 lat temu) powiedział ze sceny: – Nie mam sióstr, więc może dlatego nakręciłem film o siostrzeństwie. Gdyby na świecie było więcej sióstr, mogłoby być lepiej. Mam nadzieję, że w tych trudnych czasach „Emilia Pérez” będzie światłem.
Jednak to nie on odebrał najważniejszą statuetkę dla swojego dzieła – w kategorii „Najlepszy film komediowy/musical”. Oddał ten przywilej aktorce grającej główną rolę. Karla Sofía Gascón, która jako 46-latka poddała się korekcie płci, a w zeszłym roku przeszła do historii jako pierwsza transpłciowa artystka, która zdobyła nagrodę dla najlepszej aktorki na Festiwalu Filmowym w Cannes, wygłosiła wzruszającą mowę popierającą prawa osób trans.
– Wybrałam te kolory dziś wieczorem – pomarańczowe odcienie mnichów buddyjskich – ponieważ mam dla ciebie wiadomość. Światło zawsze zwycięża nad ciemnością – to proste zdanie już sprawiło, że tłum wiwatował, ale 53-letnia aktorka miała inny przekaz: – Mam ci wiele do powiedzenia, bo możesz chcieć nas wsadzić do więzienia, możesz nas pobić, ale nigdy nie możesz odebrać nam duszy, naszego istnienia, naszej tożsamości.
Znaczenie jej przemówienia było całkowicie jasne, zwłaszcza że do inauguracji prezydenta Donalda Trumpa, który dużą część swojej kampanii zbudował na retoryce antytranspłciowej, pozostały zaledwie dwa tygodnie. Meksyk, gdzie toczy się akcja filmu, ma zaś własne systemowe problemy z przemocą wobec społeczności trans. Nie padły nazwiska, bo Netflix, który kupił film za ok. 12 milionów dolarów i wydał na jego kampanię reklamową kilkakrotnie większą kwotę, zachęcał aktorki do niewypowiadania się na temat bieżących wydarzeń.
Gascón zakończyła, mówiąc drżącym głosem: – Chcę ci powiedzieć: „wygrałam, bo jestem tym, kim jestem, a nie tym, kim chcesz, żebym była”.
Talent koleżanki i jej występ jako serce filmu, doceniła również Saldaña, która wcześniej zdobyła nagrodę dla najlepszej aktorki drugoplanowej w musicalu lub komedii (gra prawniczkę zwerbowaną przez Pérez, aby pomóc jej rozpocząć nowe życie). Stojąc na scenie, powiedziała: – Dzielę się z tobą tą nagrodą, Karla. Nikt inny niż ty nie mógłby zagrać Emilii Pérez – powiedziała.
Historia Karli Sofíi, a niegdyś Carlosa, nadaje autentyczności filmowi. A ona sama, prowadząc kampanię promocyjną, od początku zaznacza, że chce walczyć o prawa i reprezentację osób trans, tym bardziej, że po tej roli zyskała międzynarodową sławę: – Mam nadzieję, że pewnego dnia obudzimy się i będziemy postrzegani jako ludzie z naszymi zaletami i wadami. Ciągle powtarzam to samo: bycie osobą transseksualną, LGBTQ, heteroseksualną, kobietą, mężczyzną, osobą młodą lub starą nie zmieni tego, jak bardzo jesteś nieświadoma lub inteligentna. Co możemy zrobić? Próbować myśleć samodzielnie i starać się być lepszymi ludźmi lub próbować lepiej rozumieć innych ludzi.
Tegoroczne nominacje do Oscara zostaną ogłoszone 17 stycznia. „Emilia Pérez”, która jeszcze pół roku temu była uważana za tykającą bombę, ze względu na swoją drażliwą tematykę – jak przemoc wobec kobiet w Meksyku, oraz wykluczenie osób transpłciowych – teraz jest jednym z faworytów. Podobnie jak „Brutalista”.﹡