Iness Rychlik
„Ciało to moje płótno, a nagość – symbol wolności, ekspresji i siły”
02 sierpnia 2025
tekst: Agnieszka Kowalska
zdjęcia: Iness Rychlik; pierwsze zdjęcie: Ruth Borchard
Iness Rychlik to polska artystka zajmująca się tworzeniem autoportretów, w których celebruje kobiece ciało. Pomimo inspiracji filmami kostiumowymi, są to obrazy bardzo osobiste, których częstym motywem jest osamotnienie, ból, nagość oraz szkodliwość utartych ról społecznych. Wykorzystuje siebie jako „żywe płótno” – zaczerwienienia (z powodu rzadkiej choroby skóry i nadwrażliwości na dotyk czy temperaturę) umożliwiają jej tworzenie wzorów na ciele. Mieszka i pracuje w Manchesterze. Jej fotografie wystawiane są w USA i Europie – od Paryża po Szwajcarię. W Lublinie w ramach Wschodniego Festiwalu Fotografii do sierpnia pokazywano jej prace na wystawie „Iness Rychlik Photography”. Zaś pod koniec lipca jej „Sztuka w epoce cyfrowego purytanizmu” z 2022 roku (obok) została nominowana do nagrody Ruth Borchard Self-Portrait Prize 2025. Można ją oglądać do 7 września w Galerii Sztuki i Muzeum Russell-Cotes w Bournemouth, obok dzieła prerafaelitów.
— Pokazujesz publicznie swoją intymność. Nigdy nie czujesz wstydu?
— Nie odczuwam wstydu, ponieważ mam zdrową granicę komfortu, którą szanuję i której nie zamierzam przekraczać. Ponadto jako artystkę fascynują mnie metafory oraz symbolizm – środki wyrazu pozwalające na niedopowiedzenia.
— Jesteś narcystyczna? Ktoś kiedyś, kto też robi nagie autoportrety, powiedział o sobie, że jest „nieśmiałym ekshibicjonistą”. Zgadzasz się z takim określeniem?
— Oba określenia są mi obce. Z definicji ekshibicjonizm wiąże się z rozchyleniem płaszcza w celu czerpania seksualnej przyjemności. Celem fotografii, mojej wielkiej miłości, jest przede wszystkim kreatywna autoekspresja. Puszczeniem oka wobec takich interpretacji jest moja praca „Ekspozycja” z 2020 roku.
— Czy w swojej twórczości specjalnie szukasz kontrowersji?
— Szukam ukojenia – nierzadko poprzez eksplorację motywów, które mnie uwierają. W obecnym klimacie politycznym mówienie głośno o doświadczeniach kobiet uważane jest albo za temat przemielony i niewarty już uwagi, albo za kontrowersyjny.
— Czy nagimi zdjęciami chcesz uwodzić odbiorców? Bez nagości nie mogłabyś opowiadać o tym, co chcesz przekazać?
— Obcowanie z nagością jest ważną częścią mojej konceptualnej sztuki z wielu powodów. Po pierwsze, staje w kontrze do niewyszukanego, pozbawionego wyobraźni sposobu portretowania kobiecego ciała, na który już się napatrzyliśmy. Po drugie, jest dla mnie formą osobistego wyzwolenia – sposobem na rozliczenie się z dorastaniem w konserwatywnej polskiej społeczności.

Chciałabym, aby nagość przestała kojarzyć się z czymś wulgarnym lub wywoływać nerwowy chichot. Kiedyś na lekcji w liceum pokazano nam „Szał uniesień” Władysława Podkowińskiego. Szczególnie zapadł mi w pamięć szyderczy uśmiech mojego kolegi, ale także mój absolutny zachwyt widokiem nagiej kobiety, z rozwichrzonym włosem, ujeżdżającą dzikiego konia. Mój autoportret „Nieokiełznanie” jest nawiązaniem zarówno do tego dzieła, jak i prawdziwej sytuacji. Nagość jest symbolem wolności, ekspresji i siły.
— Twoje prace skupiają się na ciele, czasem całkowicie je ukrywają, a czasami pokazujesz wszystko. Intryguje Cię idea pokazywania i ukrywania?
— Tak, nagość jest dla mnie ważnym środkiem wyrazu, ale nigdy nie pojawia się w moich pracach na siłę. Muszę czuć, że jest naturalna i stanowi potrzebny element opowieści. Jak sama zauważyłaś, na niektórych fotografiach moje ciało jest w zupełności zakryte. Wszystko zależy od koncepcji.
— Chodzi tylko o ciało? Czy Twoje zdjęcia mają jakiś podtekst, przesłanie?
— Moje zdjęcia zawsze niosą ze sobą jakieś przesłanie – w fotografii najbardziej kocham możliwość opowiadania historii. Nie jest to nigdy nagość dla samej nagości.
— Autoportrety to sposób na odzyskanie własnego wizerunku i własnego ciała? Inni mogą Ci zarzucić uprzedmiotowienie kobiety i jej ciała. Co Cię pociąga w autoportretach?
— Uważam, że takie zarzuty stanowią powierzchowną i niesprawiedliwą interpretację moich fotografii. Autoportrety to przepiękna dziedzina, w której czuję się w stu procentach swobodnie. Stojąc zarówno za aparatem, jak i przed nim, to ja decyduję jakie historie pragnę opowiadać oraz w jaki przedstawiam swoje ciało. Jeśli ukazuję nierówność płci, robię to w sposób świadomy i krytyczny. Nawet sam proces twórczy pozwala mi na połączenie się z moim ciałem i przełamanie dysocjacji, wywołanej faktycznymi doświadczeniami uprzedmiotowienia oraz napaści. Mimo ciężkiej tematyki, celebruję ciało jako narzędzie artystycznego wyrazu.
— Która część kobiecego ciała fascynuje Cię najbardziej?
— Fascynuje mnie wszystko, co krągłe; szczególnie w kontraście z ostrymi przedmiotami.
— Czy sztuka zawsze zaczyna się od samej siebie?
— Sztuka zaczyna się od samej siebie, ale nie ziści się w wyjałowionej próżni. Oprócz czerpania z własnych uczuć i doświadczeń, staram się stale pielęgnować w sobie kreatywną przestrzeń; poprzez czytanie, chodzenie na wystawy, oglądanie filmów i seriali. Jest to dla mnie sposób życia.
— Jak to jest być dla siebie samej muzą i bohaterką prac jednocześnie?
— Taki układ idealnie wpasowuje się w moją osobowość. Zarówno w życiu osobistym, jak i artystycznym, unikam bycia zależną od osób, z którymi nie mam silnej więzi. Proces twórczy jest dla mnie intymną sferą, do której nie dopuszczam przypadkowych osób. Daje mi to wielką swobodę i niezależność.
— Skoro Ty sama jesteś bohaterką zdjęć, a Twoje ciało narzędziem, to cały czas jesteś w pracy? Wciąż myślisz o koncepcji kolejnego zdjęcia?
— Fotografia jest dla mnie przede wszystkim ukojeniem, a nie czymś, o czym myślę w kategoriach etatowej pracy (którą zresztą posiadam). Zdarza mi się być przytłoczoną strumieniem pomysłów, ale to wynika raczej z tego, jak działa moja głowa, a nie z faktu, że używam własnego ciała jako narzędzia artystycznego wyrazu. Aktorka wciąż posługuje się głosem i mimiką, gdy po planie idzie kupić mleko do jutrzejszej kawy.
— Inspirację czerpiesz z epoki wiktoriańskiej. Skąd zainteresowanie XIX wiekiem u dziewczynki z małej polskiej miejscowości?
— 
Szukałam ucieczki od rzeczywistości i znalazłam przystań w wyimaginowanych światach XIX-wiecznych powieści oraz ich adaptacji filmowych. Ta inspiracja towarzyszy mi prawie od samego początku fotograficznej drogi. W czasach nastoletnich przymuszałam moje dwie biedne siostry do przebierania się w babcine suknie i rozstawiałam je na prerafaelickie modły. Byłam młodziutką dziewczyną i uciekałam od negatywnych emocji poprzez konstrukcję bajkowych światów. W dorosłości zaczęłam wychodzić im naprzeciw, szukając piękna we własnych lękach i słabościach. W moich pracach pojawiły się nici porozumienia między XIX-wieczną nierównością płci, a uprzedmiotowieniem, którego doświadczyłam sama w XXI wieku.
— Czy z powodu tych podobieństw między epokami często używasz antyków lub kostiumów w stylu vintage, aby tworzyć mocne wizualne wypowiedzi?
— Jestem ogromnie zafascynowana rozbieżnością epoki wiktoriańskiej i dostrzegam podobieństwa do niepokojących nastrojów, które towarzyszą nam dzisiaj. XIX wiek – ogromny postęp technologii oraz rewolucji przemysłowej, a także przerażająca nierówność płciowa. Konwenanse społeczne interesują mnie najbardziej – był to nawet temat mojej prezentacji maturalnej, a następnie bardziej wnikliwej dysertacji na uczelni w Edynburgu. Dla kobiety małżeństwo oznaczało koniec namiastek niezależności – mężowi przysługiwało całkowite prawo do jej zarobków oraz jej ciała. Kobiety nie miały prawa posiadania własności, bo same nią były. Nasze feministyczne prababki wykonały kawał katorżniczej pracy. A mimo to, w 2025 roku – erze sztucznej inteligencji i latania w kosmos dla uciechy – miliony kobiet nie mają prawa do decydowania o własnym ciele, a mizoginistyczne treści cieszą się wiralową aprobatą.
— Zdjęciem „Granice subtelności” (z krwią w kształcie Polski na białej sukience) wypowiedziałaś się przeciwko zakazowi aborcji w Polsce. Często za pomocą zdjęć zabierasz głos w sprawach politycznych?
— „Granice subtelności” to najtrudniejsze zdjęcie w mojej karierze, przede wszystkim ze względu na skalę burzy, jaka mnie po nim spotkała. Mimo to jestem z niego dumna i patrząc z perspektywy czasu, także zafascynowana mocą fotografii – jej zdolnością do jednoczenia ludzi wokół wspólnego celu. Widzieć tę fotografię na transparentach było nieopisanym uczuciem.

Używając swojego ciała jako płótna, często zabieram głos, opowiadając o własnych doświadczeniach i wpisując je w szerszy kontekst społecznej debaty o prawie do cielesnej autonomii.
— Seksualność i okrucieństwo mieszają się w Twoich zdjęciach. Jaki jest powód?
— Sądzę, że oba te tematy mają wspólny pierwiastek, który mnie interesuje – władzę i poczucie kontroli, zarówno nad sobą, jak i innym człowiekiem.
— Od delikatnych motyli po zmysłową tkaninę – wśród bólu przedstawionego na fotografiach przewija się też motyw ukojenia. Dlaczego?
— Jakkolwiek patetycznie by to nie zabrzmiało, wyrażenie wewnętrznej szamotaniny uczuć – szczególnie tych najtrudniejszych – przynosi ogromne ukojenie. Fotografia stała się dla mnie formą autoterapii.

Kiedy pochłania mnie proces twórczy, odczuwam mniejszy ból i dyskomfort związany z moją chorobą skóry (dermatografia, czyli reakcja alergiczna skóry na ucisk, zadrapanie, potarcie w postaci pojawiających się zaczerwień – przyp. red.), co może wydawać się paradoksalne, ponieważ celowo ją rozdrażniam. Czuję też, jak ustępują inne chorobowe objawy – dysocjacja, czy zaburzenia lękowe. Sztuka jest dla mnie świętością i szczęśliwym miejscem, choć niepozbawionym elementów dzikiej frustracji.
— Czy ból jest piękny?
— Nie uważam, aby sam w sobie był piękny, jednak jest dla mnie źródłem fascynacji i bodźcem do wiwisekcji. Jeśli coś mnie kłuje, staram się znaleźć i wydobyć drzazgę.
„Odczuwam potrzebę celebrowania kobiecego ciała jako potężnego narzędzia artystycznego wyrazu. Nie istnieję dla przyjemności męskiego odbiorcy, któremu zawadzają moje feministyczne poglądy. Pragnę przede wszystkim opowiadać historie, a często przewijającym się motywem jest osamotnienie, zgubna miłość oraz szkodliwość utartych ról płciowych. A jeśli konkretna praca ukazuje przewagę mężczyzny, robię to w sposób świadomy i krytyczny”
— Czy istnieje związek między bólem emocjonalnym a bólem fizycznym, który przedstawiasz na zdjęciach? I ile w tych portretach jest Twojego bólu i Ciebie samej?
— Moje ciało nosi ciężar moich emocjonalnych doświadczeń. Ból – szczególnie ten, który staramy się tłumić – zawsze wypłynie na powierzchnię i uderzy wielką falą. Dla mnie najzdrowszą formą radzenia sobie z nim jest właśnie sztuka. Wplatanie mojej (niegdyś skrywanej) choroby skóry w fotografię przynosi mi wewnętrzny spokój. Fizyczne ślady na skórze symbolizują coś głębszego we mnie samej: smutek, wstyd, gniew, rozpacz, ale nade wszystko, niezłomność.
— Autoportrety, na których ukazujesz swoją chorobę skóry, to jak praca na „żywym płótnie”. Wymaga wielu dni eksperymentów?
— Postrzegam swoje ciało jako żywe płótno, a z tym wiąże się wiele wyzwań fizycznych i logistycznych. Sama sesja właściwa może trwać zaledwie parę godzin, ale wymaga wcześniej ogromnego nakładu pracy podczas prób i zdjęć testowych.

Każdy autoportret traktuję jako osobną pracę – zagadkę czy równanie, które muszę rozwiązać. Czasami rysuję na skórze tępym ołówkiem, by wywołać reakcję, innym razem odciskam na niej przedmioty. Bywa też, że łączę obie techniki, co jest niezwykle skomplikowaną sprawą. Rysunki zaczynają się pojawiać po około 10 minutach, co zmusza mnie do działania na wyczucie. Odciski, wręcz przeciwnie – zachowują wyrazistą formę przez minutę. Po serii prób moja skóra szybko zmienia się w zaczerwienione, nieczytelne pole. Wymaga ona czasu na reset, aby wrócić do stanu czystej karty. W dniu zdjęciowym muszę być dobrze przygotowana, bo po prostu nie mam możliwości zaczęcia od nowa; moje okno czasowe jest bardzo wąskie.

Choć ten proces potrafi być frustrujący, daje mi też poczucie, że odzyskuję kontrolę – zarówno nad swoją chorobą, jak i nad własnym ciałem.
— Tę nadwrażliwość skóry jako nastolatka często próbowałaś ukryć. Jak doszło do tego, że ze swojej choroby zrobiłaś sztukę?
— Nie było jednego konkretnego momentu przełomu. Z czasem zauważyłam, że szczególnie pociąga mnie sztuka, która łączy wrażliwość z siłą. Wraz z upływem lat nabrałam pewności siebie i odwagi, aby uciszyć swojego wewnętrznego krytyka i eksperymentować do woli, bez żadnych osądów czy oczekiwań. Zaczęłam oswajać swoją wrażliwość, zarówno tę fizyczną, jak i podskórną.
— Czego używasz do robienia znaków na swojej skórze?
— Na przestrzeni lat zdarzyło mi się używać naprawdę dziwnych przedmiotów. Ten proces wymaga sporo kreatywnego myślenia. Co może przypominać wzory heksagonalne pszczelego ula? Oto silikonowa podstawka pod gorący garnek. Co może wyglądać jak sztylet, ale nie jest niebezpiecznym ostrzem? Mały nóż do papieru.

W zeszłym roku zaczęłam rozwijać swoją praktykę i uczyć się projektowania oraz druku 3D na własną rękę. To daje mi właściwie nieograniczone możliwości; projektuję i drukuję, dostosowując przedmioty dokładnie do wymiarów swojego ciała.
— Czy w postprodukcji wiele zmieniasz w zdjęciach?
— Postprodukcja jest dla mnie naturalnym, kolejnym etapem procesu twórczego. Podpatrując operatorów filmowych, wyrobiłam w sobie nawyk fotografowania w neutralnych barwach, co daje mi większą swobodę przy późniejszej korekcji kolorów – tę część pracy szczególnie lubię. Charakterystyczne ślady na skórze rejestruję natomiast w obiektywie (w przeciwieństwie do grafik, które bazują na tworzeniu znaków od zera w Photoshopie czy z promptami AI).
— Twój proces artystyczny wymaga ogromnego nakładu czasu oraz pracy. Składa się z wielu etapów, łącznie z reaserchem. Możesz o nich opowiedzieć?
— Po pierwszym kreatywnym impulsie, pomysły szybko zapisuję i hoduję w swojej głowie jak w szklarni. Troszczę się o nie i regularnie podlewam. Staram się być cierpliwa, aby nie zerwać przedwcześnie wątłych malutkich listków. Niektóre pomysły dojrzewają miesiącami, a nawet latami.

Inspiruje mnie wszystko. Jestem osobą dość świadomą swoich emocji, a dodatkowo otwartą na różne bodźce zewnętrzne. Nie mówię tylko o „szlachetnych” źródłach inspiracji, takich jak obcowanie z arcydziełami sztuki – potrafię znaleźć coś interesującego w fotelu na targu staroci, który czasy świetności ma już dawno za sobą. Każda praca zaczyna się od innego impulsu, a dla mnie prawdziwa kreatywność polega na łączeniu pozornie niezwiązanych ze sobą elementów w jedną spójną opowieść.

Kiedy jestem gotowa, rozpoczynam czasochłonny proces poszukiwania bądź tworzenia rekwizytów oraz zdjęć próbnych. Robię wiele ujęć w różnych konfiguracjach podczas zdjęć próbnych. Podczas zdjęć właściwych, najczęściej używam szybkiego tempa migawki, wykonując wiele ujęć w krótkich odstępach czasu.
— Zdjęcia robisz w improwizowanym domowym studiu. Pracujesz sama?
— Tak, chociaż przeważnie towarzyszy mi mój mały zwierzyniec. Tu kot splącze przygotowane wcześniej wstążki, tam pies ucieknie z rajstopami pod łóżko. Najczęściej jednak śpią w najlepsze, kompletnie niewzruszone moim emocjonalnym performansem.

A mój mąż? Ma świetne oko i bardzo cenię jego zdanie, jednak podczas samego tworzenia zdjęć najlepiej czuję się sama. To jest czas tylko dla mnie.

Moje sesje wymagają dużo energii fizycznej i emocjonalnej. Gdy wychodzę ze stanu skupienia i twórczego „flow”, zazwyczaj jestem wyczerpana – niezależnie od tego, czy koncepcja poszła bezbłędnie, czy wymaga więcej pracy. Nic nie uczy pokory tak, jak sprzątanie po sesji, która nie poszła zgodnie z planem. Aby wrócić do siebie, biorę gorący prysznic (nawet, jeśli jest trzecia po południu), robię pielęgnację twarzy i idę na drzemkę ze zwierzakami.

Ponieważ ja sama jestem dla siebie narzędziem pracy, dbam o siebie przede wszystkim na poziomie zdrowia i samopoczucia, aby mieć energię na realizację swoich pomysłów. Dwa lata temu poddałam się operacyjnemu usunięciu ognisk endometriozy, która od lat konsekwentnie niszczyła jakość mojego życia – był to dla mnie przełomowy moment. Chcę być silna i mieć wigor, aby być w stanie wywijać się w dziwne pozy i nosić światła bez zadyszki.
— Od razu wiesz, że zrobiłaś dobry portret?
— Przy każdej fotografii, którą udaje mi się stworzyć z powodzeniem, pojawia się moment, gdy wszystkie elementy kreatywnej układanki wskakują na swoje miejsce. Czasem obraz jest bliski mojej pierwotnej wizji, innym razem efekt bywa zaskakujący. Zawsze jednak słucham swojej intuicji.

Moja pewność siebie nie wynika z przekonania, że to, co tworzę, jest „dobre” w powszechnym rozumieniu. Wynika z przekonania, że wiem, dlaczego tworzę: z wewnętrznej, niepowstrzymanej potrzeby ekspresji i autoterapii. Wątpliwości są wpisane w życie artystki, ale nigdy, przenigdy nie chciałam się wycofać. Czuję w sobie żywioł ognia i palącą miłość do fotografii.
— Świat wciąż jest pruderyjny, zwłaszcza teraz mamy powrót do prawicowego radykalizmu. Spotyka Cię krytyka, a nawet hejt, z powodu pokazywania swojej nagości? Jak sobie z nią radzisz?
— Takie sytuacje zdarzają się zarówno z powodu pokazywania nagości, jak i wyrażania swoich poglądów. Z największym hejtem (nie krytyką) spotykam się w kontekście mojej głośnej fotografii pro-choice, nawet lata po fakcie. Zdarzyło mi się usłyszeć, że zasłużyłam sobie na wieloletnie cierpienie przez endometriozę. Nie mogłabym szczerze powiedzieć Ci, że wszystko spływa po mnie jak po kaczce, jednak moja wieloletnia miłość do fotografii jest tak wielka, że nic nie jest w stanie nią zachwiać. Ponadto mam wokół siebie grono bliskich mi osób, jak i wspaniałą internetową społeczność.
— Jaką najgorszą opinię usłyszałaś o swoich pracach?
— Doświadczyłam już całego wachlarza reakcji: od poczucia zrozumienia i zachwytu, poprzez oburzenie, aż po ostentacyjną lub rzeczywistą obojętność. Ale najgorsze opinie o moich pracach nie są warte powtarzania – często wynikają z powierzchownej oceny lub braku chęci zrozumienia.
„Autoportrety są w mojej naturze – cenię sobie niezależność i nie chcę polegać na innych osobach, szczególnie jeśli nie łączy nas bliska więź”
— A jaka była najlepsza ocena?
— Dzięki fotografii udało mi się stworzyć nić porozumienia między własnymi doświadczeniami, a doświadczeniami obcych osób – szczególnie kobiet – z różnych stron świata. Poruszające są dla mnie wiadomości, że moje autoportrety kogoś dotknęły lub pomogły komuś zaakceptować swoją dermatografię.
— Czy niepokazywanie twarzy na Twoich fotografiach to sposób na stworzenie dystansu czy wręcz przeciwnie?
— Niepokazywanie twarzy to świadoma decyzja, która pozwala innym łatwiej utożsamić się z moimi doświadczeniami. Fascynuje mnie używanie innych środków wyrazu, takich jak język ciała czy grading w postprodukcji, które oddają emocje w sposób bardziej subtelny i podskórny.
— Czasami Twoja twórczość jest bardzo niepokojąca. Czy uważasz, że sztuka powinna mieć jakieś granice?
— Sztuka nie powinna mieć sztucznie narzuconych granic, o ile nie krzywdzi drugiego człowieka ani innych istot. Próby cenzurowania emocji czy niewygodnych obrazów wyrządzają większą szkodę niż najbardziej bezkompromisowa sztuka. Znaleźliśmy się w momencie, kiedy tak wiele mówi się o przełamywaniu tabu zdrowia psychicznego, a jednak słowa takie jak „napaść” czy „trauma” są cenzurowane. Uważam, że takie praktyki tylko pogłębiają stygmatyzację.
— Czy z biegiem lat wyrażanie siebie poprzez pracę stało się dla Ciebie łatwiejsze?
— Jestem bardziej świadoma i pewna siebie, a jednocześnie moje pomysły stają się coraz dziwniejsze, a także bardziej ambitne pod względem realizacyjnym. Coraz wyżej stawiam sobie poprzeczkę, ale taka korpomowa nie jest chyba odpowiednim wyrażeniem. Czuję wręcz, że dzięki introspekcji schodzę coraz niżej i niżej w głąb siebie i muszę pracować nad swoim wizualnym słownictwem, aby móc się wyrazić w elokwentny sposób.
— Pokazujesz młode, szczupłe ciało. Nie boisz się procesu starzenia się? Planujesz zmiany ciała z powodu wieku też fotografować?
— Nie boję się starzenia, gdyż postrzegam swoje ciało w kategorii narzędzia wyrazu, a nie produktu z datą przydatności do spożycia. Planuję fotografować, dopóki starczy mi zdrowia i sił.
— Jak Twoje wykształcenie filmowe (w Screen Academy Scotland w Edynburgu) wpłynęło na sposób, w jaki opowiadasz historie?
— Na studiach przede wszystkim nauczyłam się dostrzegać wszystkie elementy sceny filmowej, a nie tylko światło czy kompozycję. W Polsce uczyliśmy się o środkach wyrazu w literaturze, ale na temat kinematografii ciężkie podręczniki milczały jak zaklęte. W Edynburgu zaczęłam szczególnie doceniać pracę scenografów, którzy z kilku udawanych ścian potrafią stworzyć wiarygodną przestrzeń, która może nam wiele powiedzieć o bohaterce historii.

Tuż po ukończeniu studiów pracowałam jako asystentka legendarnego scenografa Davida Rogera przy filmie „Żegnaj Christopher Robin” – jego dbałość o szczegóły wywarła na mnie ogromne wrażenie. Te doświadczenia zainspirowały mnie do zwracania uwagi na najmniejsze detale. W moich fotografiach każdy element jest dopracowany i symboliczny. Swoje rekwizyty często robię sama, tak jak np. witraże w „Łasce”.
— W Wielkiej Brytanii mieszkasz 13 lat. Czemu wyjechałaś z Polski?
— Jeszcze jako przykładna uczennica gimnazjum zaczęłam interesować się Wielką Brytanią XIX wieku. Powieści Jane Austen i Charlotte Brontë czytałam do późna w nocy, a od wszelkich ekranizacji nie mogłam oderwać oczu. Tak narodziła się we mnie wielka miłość do sztuki operatorskiej w produkcjach kostiumowych. Kierunek filmowy w szkockim Edynburgu, tak pięknym, mrocznym i historycznym mieście, wydawał się naturalną ścieżką.

Na ostatnim roku studiów napisałam scenariusz i wyreżyserowałam dramat kostiumowy „The Dark Box”, osadzony w XIX-wiecznym Londynie. To opowieść o młodej, stłamszonej kobiecie, która od nieszczęśliwego małżeństwa ucieka w świat fotografii. Aby pokryć koszty edukacji (zwłaszcza tego projektu), pracowałam jako sprzątaczka na dwie zmiany, a w weekendy stałam za barem. Nominacja do Złotej Kijanki na festiwalu Camerimage była dla mnie ogromną nagrodą za cały ten wysiłek i świetnym powrotem do Polski.
— Teraz, od czerwca do sierpnia, miałaś wystawę w Lublinie. Często pokazujesz swoje prace w naszym kraju?
— Chciałabym pokazywać je znacznie częściej, bo mam tu świetną i zaangażowaną publiczność – są ze mną nawet osoby, które śledzą moją twórczość od czasów Photobloga w 2008 roku! Cztery lata temu miałam solową wystawę w Krakowie i było to fantastyczne doświadczenie.
— Masz jeszcze fotograficzne marzenie do zrealizowania?
— Każda następna fotografia jest moim planem i marzeniem. ﹡
Rozmawiała: Agnieszka Kowalska

Kopiowanie treści jest zabronione