Irmina Walczak
„Zostawiam na chwilę matkę z boku, by dać miejsce fotografce”
26 maja 2025
tekst: Małgorzata Wakuluk
zdjęcia: Irmina Walczak
Polka Irmina Walczak jest mamą trójki dzieci, fotografką i nomadką. Od siedmiu lat razem z partnerem życiowym (Brazylijczykiem Sávio Freire) i dziećmi mieszka w kamperze, przemierzając nie tylko Europę i fotografując codzienne życie swoich bliskich w podróży. Projekt fotograficzny przedstawia intymność rodziny, relację z naturą i pozycję dziecka we współczesnym społeczeństwie. Zbiór pierwszych prac – opublikowany w Brazylii w 2016 roku pod tytułem „Retratos pra Yayá” (obok) – opowiadał o dzieciństwie bez konsumpcjonizmu, telewizji i technologii, a przede wszystkim o wolności. Od tamtej pory życie w drodze dla Irminy to sposób na zbudowanie bliskości i rozbudzenie w dzieciach ciekawości świata. To także macierzyństwo przez 24 godziny na dobę, które polega na obserwacji i towarzyszeniu, uważności i czułości. Oraz tego fotografowaniu.

Ukończyła iberystykę na Uniwersytecie Warszawskim, a doktorem nauk społecznych została na Uniwersytecie w Brasilii. Przez lata prowadziła badania w zakresie oceny polityki kulturowej, wykorzystując podejście etnograficzne i antropologiczne. Ale, gdy została mamą, to był punkt zwrotny.

Chciała, żeby jej macierzyństwo było inne od wzorców, które obserwowała w dzieciństwie spędzanym w latach 80. i 90. w Polsce, i tych, które widziała w dorosłości. Chciała być bliska, uważna i harmonijnie łączyć pracę z opieką nad rodziną. Razem z partnerem wpadli na pomysł domu na kółkach, który miał pozwolić swobodnie podróżować młodym rodzicom z dziećmi, dostosowywać się do rytmu projektów artystycznych i pracy (dziś oboje są fotografami), a co najważniejsze, sprawiać, żeby zawsze byli razem.

Nie mieli pomysłu ile ma to trwać, tymczasem życie nomadów wciąż się toczy. A przy okazji powstaje projekt fotograficzny, w którym zgłębiają aspekty relacji rodzinnych, intymności i życia codziennego, a także roli matki: jak macierzyństwo jest wpisane w kobiece ciało i jak kształtuje tożsamość kobiety.

Projekt fotograficzny to coś więcej niż zdjęcia. To zaproszenie do spojrzenia na życie z innej perspektywy. „Mniej ekranów i więcej gliny, mniej zakupów i więcej zabawy, mniej rzeczy i więcej wrażeń. Ekspresyjne, wzruszające, szczere i odważne zdjęcia pokazują proste życie – to niczym podróż do miejsca, o którym w dobie wyścigu w konsumpcyjnym świecie dawno zapomnieliśmy” – ocenił portal fotograficzny LensCulture.

Pełne narracji, autentyczności i naturalnego piękna zdjęcia przyniosły Irminie wiele wyróżnień. Jest finalistką Meitar Award for Excellence in Photography (Izrael, 2020) i LensCulture Portrait Award (USA, 2016) oraz zdobywczynią Head On Portrait Prize (Australia, 2018) i Revela-t (Hiszpania 2021).

Ale czasem spotyka ją też krytyka. Żyjąca w aucie rodzina z trójką dzieci to dla wielu ludzi patologia. Inni zarzucają jej, że nie dała swoim dzieciom wyboru, że narzuciła im własny sposób życia. Jej zdaniem to, że dzieci żyją tak, jak ich rodzice, jest naturalne. A ona ten sposób uważa za najbardziej wartościowy. „Czy rodzice w wielkich miastach, którzy pracują w korporacjach i posyłają swoje dzieci do szkół z zajęciami od rana do późnego popołudnia, nie narzucają im swojego wyboru?” – pyta retorycznie.

Zdaje sobie jednak sprawę, że bliskość, którą daje im rodzinne życie w kamperze, wkrótce może okazać się więzieniem. Dzieci dorosną, będą miały inne potrzeby. Coś trzeba będzie zmienić. Ale na tym etapie chce, jak deklaruje, pozwolić im na bycie sobą.

Na razie pokazuje na zdjęciach i dziecięcą zabawę, i nudę, ale też nagie ciało. „Bardziej niż golizna, szokują mnie zdjęcia dzieci wystylizowanych na dorosłych” – powtarza uprzedzonym.

Jest matką nietuzinkową, która z empatią i mądrością pokazuje, że bycie rodzicem polega na byciu: blisko i bliżej. A dla innych rodziców, którzy pragną dla swoich pociech dzieciństwa wolnego od technologii i w bliskim kontakcie z naturą, jest inspiracją – mogą w jej historii rozpoznać siebie.

Z okazji Dnia Matki w wywiadzie dla LIBERTYN.eu opowiada m.in. o nomadycznym życiu, dokumentowaniu codzienności rodziny i intymności, zdradza też, gdzie przebiega granica matczynej autocenzury…

— Od lat fotografujesz swoje dzieci, dokumentując codzienność Waszego życia w kamperze. Ten projekt, choć bardzo osobisty, porusza też uniwersalne pytania o dzieciństwo, wolność, obraz i granice intymności. Jak narodził się pomysł?
— W 2017 roku przyjechałam z rodziną do Polski. Ja, mój partner Sávio i dwójka dzieci. Po 15 latach spędzonych w Brazylii, zapragnęłam wrócić do kraju. Bez większego planu i prognoz jak długo miałoby to trwać. Zależało mi na tym, by moje dzieci nie czuły się obco w Polsce, ale znajdowały w sobie pewne połączenie z miejscem, które jest częścią mnie, mojej tożsamości.

W Brazylii stworzyliśmy i opublikowaliśmy wspólnie projekt dokumentujący pierwsze lata dzieciństwa naszej najstarszej córki – Yasmin. “Retratos pra Yayá”, czyli „Portrety dla Yasmin”, zdobył w Brazylii wierną publiczność, a my świadomość, że poruszane w nim kwestie dzieciństwa wolnego od technologii i w bliskim kontakcie z naturą są ważne społecznie i odzwierciedlają pragnienie wielu rodziców.

Przyjazd do Polski zmienił bardzo dużo, ale nie zmienił w nas przeświadczenia, że zapis naszego wspólnego życia jest czymś, co będzie nam towarzyszyć bez względu na okoliczności. Pierwszy rok naszego pobytu w Polsce spędziliśmy w podróży po kraju, w czym bardzo pomocny okazał się leciwy van mojego taty. Zaadoptowaliśmy go w bardzo prosty sposób i doświadczyliśmy minimalizmu, jakiego nigdy wcześniej sobie nie wyobrażaliśmy. Wiem, że zabrzmi to banalnie, ale poczuliśmy na własnej skórze, że do szczęścia niewiele nam potrzeba. Po narodzinach naszego trzeciego dziecka, zdecydowaliśmy, że van jest już za mały na naszą rodzinę i kupiliśmy kampera, mercedesa z 1983 roku, który jest naszym domem do dziś. Możemy uznać, że tak rozpoczął się świadomy etap naszego życia nomadów. Jest to też początek naszego projektu fotograficznego o życiu w drodze.
— Jesteś matką, nomadką, fotografką. Każdą z tych ról planowałaś?
— W Polsce studiowałam iberystykę i w przyszłości miałam zostać tłumaczką. Po magisterce pojechałam do Brazylii, by zrobić doktorat. Tuż przed obroną urodziłam córkę i, aby dokumentować nowe życie, sięgnęłam po aparat. Pierwszy raz od liceum, od czasu, gdy zaczęłam się interesować fotografią.

Kiedy Yasmin skończyła dwa lata postanowiliśmy uciec z dużego miasta, bo chcieliśmy, by żyła w kontakcie z naturą, z dala od nadmiaru bodźców zewnętrznych i technologii. Wynajęliśmy dom na obrzeżach stolicy, blisko puszczy. I tam ją fotografowaliśmy: chcieliśmy, by powstała opowieść o dziecku, które odkrywa świat, a ogród i przyroda są dla niego przestrzenią do zabawy.
— Tam urodziło się też Wasze drugie dziecko, syn Kajetan. Wtedy jeszcze nie podróżowaliście?
— Kiedy byłam w ciąży z naszym drugim dzieckiem, nadal mieszkaliśmy w Brazylii. Tym razem do porodu postanowiłam lepiej przygotować się psychicznie i duchowo, by uniknąć cesarskiego cięcia, które miałam za pierwszym razem. W czasie ciąży wspierał mnie duchowy mentor. Gdy zaczęłam czuć skurcze, w nocy rozpaliliśmy ognisko w naszym ogrodzie; tylko ja, mój partner i nasza córka. Spaliśmy jak niemowlęta, wiedząc, że następny dzień będzie wyczerpujący. Tym razem zdecydowaliśmy, że będzie nam towarzyszyć położna w domu. Zdecydowanie chciałam rodzić naturalnie. Wiedzieliśmy, że położna w razie problemów skorzysta ze szpitala. Wynajęliśmy wannę i ustawiliśmy ją w salonie naszego domu. Ponieważ dom był w środku lasu i był całkowicie przeszklony, otoczenie było idealne.

W drodze urodziło się nasze trzecie dziecko, więc o nim można w pełni powiedzieć, że jest nomadą. Wtedy już podróżowaliśmy vanem. Postanowiłam pojechać do Polski, żeby urodzić. W ten sposób mogłam lepiej komunikować się z położną, a przyjaciółka doula, która mówi po portugalsku, mogła tłumaczyć wszystko dla mojego partnera, jeśli było to konieczne.

Jednak żadna położna nie chciała mnie przyjąć. Przeszukałam całą Polskę, aż znalazłam starszą położną, która podjęła wyzwanie po moich licznych prośbach. Pojechaliśmy do jej rodzinnego miasta i wynajęliśmy mieszkanie Airbnb na miesiąc. To był najspokojniejszy poród, jaki kiedykolwiek miałam. Byliśmy tak zrelaksowani w tym mieszkaniu, którego nie znaliśmy, słuchając płyt winylowych, które nie były nasze, że Sávio zdołał nawet sfotografować kilka momentów. W ten sposób urodziła się Elinor, nasza córka. Wśród rodziców i rodzeństwa, które ciekawie obserwowało wszystko, co się działo. Zdecydowaliśmy się na poród lotosowy. Pozwoliliśmy, aby pępowina pękła naturalnie. Umieściliśmy łożysko w pojemniku z grubą solą i olejkiem eterycznym z lawendy. Dzieci dodały suszone kwiaty różnych gatunków. Tak więc minęły 3 dni, zanim pępowina wyschła i pękła naturalnie. Zakopaliśmy łożysko w ogrodzie, który nie był nasz. Kiedy nadszedł czas oddania kluczy, mogliśmy zobaczyć zdziwienie na twarzy właściciela mieszkania, gdy dowiedział się, że urodziliśmy w jego salonie.
— Podróżnicze życie zaczęliście, gdy na świecie była jeszcze dwójka dzieci. A impulsem stała się fotoksiążka o Yasmin. Dlaczego?
— Opublikowaliśmy ją dzięki crowdfundingowi – w przedsprzedaży z tysięcznego nakładu kupiło ją 300 osób. Czuliśmy z Sávio ogromną wdzięczność, dlatego postanowiliśmy pojechać do każdej z tych osób, które nas wsparły, i wręczyć osobiście egzemplarz.

Zaplanowaliśmy podróż na sześć miesięcy. Szybko więc podjęliśmy decyzję, że utrzymywanie domu na stałe nie ma sensu. Chcieliśmy też na dłużej przyjechać do Polski. Wyruszyliśmy zwykłym samochodem, podróżując po Brazylii, odwiedzając przyjaciół, spotykając się z naszymi fanami i ostatecznie zarażając się bakcylem życia nomady.

Nic z tego nie było do końca zaplanowane. Na początku myślałam o osiedleniu się w Polsce. Ale szybko zdałam sobie sprawę, że to nie jest miejsce, w którym chcę mieszkać. Minęła więcej niż dekada od mojego wyjazdu do Brazylii i nic, nawet ja sama, nie było takie samo. Dlatego od tamtej pory nasza podróż wciąż trwa.
— Życie w kamperze, w ciągłym ruchu, poza systemem – to marzenie o wolności, ale też ogromne wyzwanie. Jak wpływa to na Waszą rodzinę i Twoją praktykę artystyczną? Czy wolność zawsze oznacza lekkość?
— 
Myślę, że w definicję życia wpisane są wyzwania i trudności. Życie w kamperze bywa niebiańsko lekkie i inspirujące, ale bywa również wymagające. Żyjemy w podróży, co nie jest równoznaczne z wiecznymi wakacjami. Poza koniecznością zadbania o wodę, energię czy utylizację śmieci, w podróży pracujemy, a dzieci realizują program edukacji domowej. Ja prowadzę zajęcia rozwojowe dla fotografek, publikuję magazyn fotograficzny, a także współtworzę kobiecy kolektyw, w ramach którego tworzymy fotografie, ale także wystawy czy publikacje. Wszystko to wymaga czasu i energii.

Myślę jednak, że te 8 lat nauczyło nas, jak organizować codzienność tak, by wszyscy bez stresu i z poczuciem spełnienia wykonali swoje obowiązki, ale i skorzystali z możliwości, które oferują odwiedzane przez nas miejsca. Pamiętam, że na początku to wrażenie konieczności skorzystania z pewnych okazji było bardzo silne. Wydawało nam się, że musimy zobaczyć wszystkie mijane po drodze atrakcje, odwiedzić każde muzeum. Z czasem nauczyliśmy się odpuszczać. Porzuciliśmy bycie turystami na co dzień i dbamy bardziej o równowagę całości rodzinnego systemu.

Przemieszczamy się wolno i z długimi postojami w miejscach, gdzie jest nam dobrze. W większości są to miejscówki z dala od zgiełku miast. Dbamy o to, żeby każdy miał okazję do uprawiania sportu i kontaktu z rówieśnikami. Często spędzamy czas w mikro komunach z innymi podróżnikami, które tworzą się na plażach, leśnych parkingach czy przy skate parku. Spędzamy wspólnie czas, dzielimy się opieką nad dziećmi, wymieniamy się książkami i pożyczamy sobie mąkę na szklanki. Jesteśmy sobie sąsiadami. Po kilku, kilkunastu dniach rozjeżdżamy się każdy w swoją stronę z planami na kolejne możliwe wspólne bycie razem. W innych momentach zapuszczamy się w nieturystyczne głusze, gdzie możemy polegać jedynie na ludności lokalnej, czasami bez werbalnego kontaktu. Zazwyczaj doświadczamy wtedy życzliwości i wzruszającej hojności. Są to spotkania, z których wychodzimy z wielką nadzieją.
— Co jest najlepszego w życiu w drodze?
— Nieoczekiwane. To, że ​​dni się nie powtarzają i że następnego dnia może wydarzyć się coś zupełnie nowego. Tracimy poczucie kontroli. Bez względu na to, jak bardzo planujemy i wierzymy, że jesteśmy panami własnego losu, jest to złudne. Podróż pokazuje ci to każdego dnia.

Inną piękną rzeczą w podróżowaniu jest to, że możesz odkrywać siebie na nowo każdego dnia. Kiedy mieszkamy w jednym miejscu i spotykamy tych samych ludzi, przyjmujemy pewien sposób bycia, zachowania. I bardzo trudno jest nam to zmienić. Czujemy, że ludzie, którzy nas znają, nie akceptują zmiany. Są przyzwyczajeni do naszego sposobu bycia. W podróży wszystko może być inne. Kiedy codziennie spotykasz nowych ludzi i miejsca, o wiele łatwiej odkryć siebie na nowo. Bez własnych lęków i bez osądów innych. W końcu czujesz się wolny, by być tym, kim chcesz być. I zmieniać się, kiedy uważasz, że powinieneś się zmienić. To mnie zachwyca.
— Pierwsze podróże stały się też początkiem fotograficznego zapisu życia Waszej rodziny. Jak na trasie fotografia funkcjonuje w Waszym życiu?
— Zdecydowaliśmy się fotografować nas, nasze życie, co ma dla mnie wartość zapisu wspomnień, pamięci. Te fotografie najczęściej powstają spontanicznie, bo zależy mi na złapaniu intymności.

Kiedy zaczynałam robić zdjęcia, myślałam o pojedynczych zdjęciach, kadr po kadrze. Nie zależało mi zbytnio na zestawie obrazów. Z czasem zrozumiałam, że obraz powinien być częścią większej opowieści. Jak rozdział w książce. Nie ma sensu pisać doskonałego rozdziału, który jest oderwany od reszty książki. Z obrazem jest tak samo. Każde zdjęcie jest więc rozdziałem, który wyraża coś w ramach całej historii i pomaga odbiorcy zrozumieć moją narrację. Różnica polega na tym, że kiedy buduję obrazy, niekoniecznie robię to w kolejności chronologicznej. Moją historię można uporządkować na różne sposoby, a moje ostatnie zdjęcie niekoniecznie będzie ostatnim zdjęciem historii, którą chcę opowiedzieć.

Wchodząc bardziej szczegółowo w serię o podróży, staramy się opowiedzieć ją z punktu widzenia kogoś, kto mieszka w drodze. W tym przypadku świat jest naszym domem. Zatem nie zależy nam tak bardzo na pokazywaniu atrakcji turystycznych lub krajów, przez które przejeżdżamy. Chcemy pokazać życie, które prowadzimy, życie jak każde inne, ale w ruchu. Skupiamy się głównie na naszej relacji ze światem wokół.
— Dzieci wiedzą, że robicie im zdjęcia do jakiegoś projektu?
— Dzieci nie myślą o tym zbyt wiele. Chwila robienia zdjęcia to dla nich moment radości, gdy mogą wchodzić w interakcję ze swoimi rodzicami i czuć, że mają naszą pełną uwagę. Ponadto każdy narzuca zasady, jakie chce. Na przykład dwoje najmłodszych nigdy nie lubiło być fotografowanymi, gdy płaczą. Najstarszemu nigdy to nie przeszkadzało. Nasz syn również nie lubi przerywać tego, co robi, aby zrobić zdjęcie. Więc kończymy, by uszanować ograniczenia i ich pragnienia.
„Pomimo, iż fotografuję moje dzieci, zawsze mam gdzieś z tyłu głowy pragnienie uchwycenia nie ich samych, ale pewnych zachowań, schematów, elementów kultury, które one same reprezentują lub w których biorą udział. Dokonując zapisu ich dzieciństwa, chcę opowiadać o dzieciństwie jako takim i o świecie, w którym żyją oraz sposobie w jaki w nim funkcjonują”
— Mawiasz, że dzieciństwo powinno być „własne, nie przejęte przez dorosłych”. Co to znaczy dla Ciebie jako matki i fotografki?
— Wiemy, że zrozumienie i wartość dzieciństwa zmienia się w zależności od kultury i ewoluuje w czasie. W kulturze zachodnioeuropejskiej, od czasów renesansu, dzieci powoli zdobywały uznanie i wartość jakie do tej pory im negowano. I wszystko rozwijało się w bardzo ciekawym kierunku. Niestety kapitalizm zawłaszczył sobie dzieciństwo, tak jak i wszelkie inne etapy i sfery naszego życia.

Okres, który powinien być czasem wolnego odkrywania, poznawania świata i budowania własnej osobowości stał się treningiem przed wielkimi zawodami życia – kto wyprodukuje więcej. Wszystko, co system proponuje naszym dzieciom, musi mieć jakiś konkretny cel, jakąś metę i materialną nagrodę. W ten sposób zabijamy w nich radość, którą możemy czerpać z procesów, a te są fundamentalne w pracy kreatywnej. Co więcej, wszelkie aktywności adresowane do dzieci są organizowane przez dorosłych. Dzieci stały się małymi maszynami wykonującymi polecenia. Nie mówię tu o poleceniach, które mają zapewnić dziecku bezpieczeństwo czy zrównoważony rozwój, ale o tych, które mają budować i zarządzać sferą, w której dzieci są specjalistami, czyli zabawą!

Zdumiewa mnie, jak my dorośli jesteśmy aroganccy i pretensjonalni! Do tego mamy hopla na punkcie rozwoju w dzieciach autonomii, kreatywności i umiejętności rozwiązywania problemów, wszak specjaliści powtarzają nam, że są to podstawowe umiejętności przyszłości. Tylko, że my nagminnie wyręczamy dzieci w zadaniach i sytuacjach, które takie umiejętności naturalnie rozwijają. Wyręczamy je, by potem proponować zajęcia, które mają ich tego uczyć i frustrujemy się, że cały ten cyrk nie działa. Kiedy mówię o nieprzejmowaniu dzieciństwa przez dorosłych, myślę właśnie o nietykaniu wolności, wrażliwości, wyobraźni i entuzjazmu płynącego z kontaktu z naturą, które dzieci noszą w sobie i których doświadczają. No i wolnej, niezorganizowanej zabawie, bo ona jest świątynią dzieciństwa.
— Twoje zdjęcia są szczere, pozbawione stylizacji, a jednocześnie bardzo estetyczne. Przypominają podejście Sally Mann [cenionej artystki amerykańskiej, w latach 90. poruszającej w swojej twórczości temat rodziny, którą pokazywała przez 10 lat, fotografując dorastanie swoich dzieci: Jessie, Emmetta i Virginii, zazwyczaj nago – red.], ale są też zupełnie inne. Jak radzisz sobie z porównaniami do niej, z tematyką kontrowersji, cenzury, granic pokazywania dzieci w sztuce?
— Porównanie moich prac do fotografii Sally Mann jest dla mnie wielkim komplementem. Sally jest prekursorką intymnego zapisu dzieciństwa. Bardzo bliskie jest mi obcowanie w naturze i z naturą, które często jest tematem bądź tłem obrazów z jej, kultowego już, albumu „Immediate Family” oraz propagowana przez jej prace wolność.

Myślę, że album, który stworzyliśmy w Brazylii, nieświadomie tworzony był pod wpływem twórczości Mann. Były to w większości fotografie czarno-białe, portrety Yasmin w przestronnym i dzikim ogrodzie naszego domu na przedmieściach Brasilii, stolicy kraju. Wraz z naszą dojrzałością fotograficzną, stworzyliśmy własny język dokumentowania relacji i doświadczeń rodzinnych.

Wielowymiarowość dzieciństwa i silnie naznaczona wolność, w tym też wyrażona nieskrępowaną cielesnością, są wciąż elementami łączącymi nasze prace z twórczością Mann i właśnie tymi, które wzbudzają najwięcej kontrowersji.
— „Pokazywanie intymności to nie pornografia, ale sztuka zaufania” – to Twoje słowa. Czy ten poziom zaufania to coś, co można świadomie zbudować; czy raczej coś, co się wydarza, kiedy jesteśmy naprawdę blisko?
— I jedno, i drugie. W moim rozumieniu relacje bliskości są oparte na czasie, uważności i entuzjazmie. Zaufanie zaś jest rezultatem tej „pracy”. Zdarza się, że w podróży poznajemy osoby fascynujące. Spędzamy z nimi dzień lub kilka, żywiąc się ich wiedzą, doświadczeniem czy cudownym poczuciem humoru. Takie spotkanie jest czymś pięknym, co się wydarza, ale to od naszego zainteresowania drugim człowiekiem i czasu, który mu poświęcimy, będzie zależeć, czy zbudujemy relację. Wspólne przeżywanie jest tutaj kluczem. To wraz z nim rodzi się przyjaźń. Obserwujemy, co możemy powierzyć tej drugiej osobie. W jakich sytuacjach możemy na nią liczyć.

W przypadku relacji rodzice-dzieci nie jest inaczej, z jedną znaczącą różnicą: odpowiedzialność za stworzenie silnej relacji, a wraz z nią zaufania, leży po stronie dorosłych. Dla dzieci naturalne jest naśladowanie. Poprzez kopiowanie zachowań i wypowiedzi uczą się i socjalizują. Jeśli więc rodzic pokaże dziecku drogę szczerej otwartości i bliskości, dziecko naturalnie nią pójdzie.

Myślę, że moje dzieci ufają mi, bo czują, że one same, ale także ich sprawy, są dla mnie ważne. I ja robię wszystko, by tego zaufania nie zawieść. W wysoce dynamicznym świecie, w jakim żyjemy, nie zawsze jest to zadanie łatwe. Ogólnodostępna informacja jest błogosławieństwem, ale fake newsy i wszechobecne opinie podawane za prawdy, powodują, że łatwo tracimy grunt pod nogami i kwestionujemy własne wartości, wybory i nawyki. Na szczęście podróż na każdym niemal kroku uczy mnie wsłuchiwania się w siebie i ufania intuicji. Staram się ignorować szum zewnętrznego świata i częściej patrzeć na to, co odnajduję w sobie, a także w mojej relacji z dziećmi.
— Na początku roku Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Teksasie, pod wpływem środowisk konserwatywnych, zamknęło wystawę Sally Mann. Republikańscy urzędnicy zaapelowali o wszczęcie dochodzenia w sprawie zdjęć nagich dzieci, które porównali do pornografii dziecięcej. Ostatecznie prokurator okręgowy nie podjął kroków prawnych przeciwko muzeum. Pojawiły się głosy o powrocie do „moralnej histerii”, ale też pytania o odpowiedzialność instytucji, o cenzurę i autocenzurę w fotografii dzieci. Jako artystka, która porusza się w tej wrażliwej przestrzeni, co myślisz o ataku prawicowych polityków?
— Gdy pierwszy raz o tym usłyszałam, odniosłam wrażenie podróży w czasie. Z powrotem do lat 90., kiedy Mann po raz pierwszy pokazywała swoje prace z tej serii i gdy musiała ich bronić, apelując: „Zbyt często nagość, nawet dziecięca, jest mylona z seksualnością, a obrazy są mylone z działaniami”.

Tymczasem od ponad 30 lat zdjęcia jej dzieci są publikowane i wystawiane w wiodących instytucjach kulturalnych w kraju i na świecie, są też publicznie dostępne online, w tym na stronach internetowych Smithsonian American Art Museum i Guggenheim Museum. Nie mogę więc pozbyć się wrażenia, że jest to kolejna decyzja z serii „Show Must Go On”, typowa dla pewnej grupy amerykańskich polityków. Niestety mocno wpływająca na twórców i ich decyzje.
— Czy czujesz, że presja społeczna wpływa dziś na sposób, w jaki możemy opowiadać o dzieciach? I czy ten przypadek mówi coś także o przyszłości fotografii rodzinnej?
— Jako artyści chcemy podważać paradygmaty, pokazywać to, co nieoczywiste czy istniejące poza mainstreamem, ale zdecydowanie nie chcemy tłumaczyć się z naszych działań artystycznych w sądzie.
— Jesteś nie tylko fotografką, ale też antropolożką. Jak ta perspektywa wpływa na Twoje patrzenie i na Twoje bycie z aparatem w ręku?
— Myślę, że pomimo iż fotografuję moje dzieci, zawsze mam gdzieś z tyłu głowy pragnienie uchwycenia nie ich samych, ale pewnych zachowań, schematów, elementów kultury, które one same reprezentują lub w których biorą udział. Dokonując zapisu ich dzieciństwa, chcę opowiadać o dzieciństwie jako takim i o świecie, w którym żyją oraz sposobie w jaki w nim funkcjonują.
— Byłaś kiedyś blisko decyzji, by czegoś nie pokazać? Gdzie przebiega Twoja granica autocenzury?
— Od lat mam zasadę nie publikowania w mediach społecznościowych fotografii, na których moje dzieci są nagie, również częściowo. Rzadko wysyłam je również do publikacji w prasie czy na konkursy festiwalowe. Wiem, że jest to temat bardzo delikatny, bowiem wielowymiarowy. Z jednej strony są moje przekonania, wartości i to jak postrzegam dzieciństwo i jego prawa, z drugiej strony, rzeczywistość, która wymyka się wszelkiej kontroli.
„Utrzymanie równowagi między tradycją, intuicją i kreatywnością, jednocześnie kształtując naszą tożsamość jako rodziców doświadczających poprzez podróże nowego wszechświata, było wyzwaniem”
— Jak często myślisz o wizerunku dziecka w kontekście zdjęć, które robicie z Sávio?
— Podejmowanie decyzji za nasze dzieci nigdy nie było i nie jest łatwe. Nie mam na myśli ignorowania naszej odpowiedzialności jako rodziców, chodzi o odpowiedzialność artystyczną.

Sztuka, fotografia, która chce prowokować pewne refleksje, nie może poddać się presji.
— Powtarzasz, że decydując się z Sávio na taki styl życia i fotografowanie go, chcieliście przekroczyć własną perspektywę jako rodziców i pozwolić innym rozpoznać siebie w Waszej historii. Nigdy nie miałaś wątpliwości, że to słuszne?
— Wraz z narodzinami Yasmin w 2011 roku uświadomiliśmy sobie, że naszym, rodziców, największym atutem jest czas; ta percepcja stała się horyzontem naszych wyborów. Wybraliśmy więcej doświadczeń, niespieszne codzienne życie, obecność i bliskość. Jednak wytyczenie własnej ścieżki oznacza podążanie nieznaną trasą, zanurzanie się we własnej kruchości, oddawanie się błędom – lub raczej lekcjom, których trzeba się nauczyć. Utrzymanie równowagi między tradycją, intuicją i kreatywnością, jednocześnie kształtując naszą tożsamość jako rodziców doświadczających w podróży nowego wszechświata, było wyzwaniem. Ale nigdy nie żałowaliśmy.
— Jak godzicie nomadyczne życie ze szkołą dzieci?
— Cała trójka uczy się w systemie edukacji domowej. Polskie prawo na to pozwala. Co roku, a dokładniej w czerwcu, musimy wracać do Polski na egzaminy końcowe. W praktyce nigdy nie naciskamy na nasze dzieci, aby się uczyły. Dzieci mają naturalną ciekawość, dorośli mają tendencję do jej niedoceniania.

Daliśmy naszej najstarszej córce, która ma teraz 14 lat, czas na naukę czytania, aż się tym sama zainteresuje. Zaczęła, gdy miała dziewięć lat, sama. Dziś pochłania jedną książkę za drugą. Wtedy zrozumieliśmy, że czytanie jest ludzką potrzebą, więc jak każdą inną potrzebę należy traktować naturalnie. Najstarsza jest dość zdyscyplinowana i często musimy jej radzić, aby odeszła od książek i żyła prawdziwym życiem na zewnątrz. Uwielbia zwierzęta i miała już krótkie doświadczenie w klinice weterynaryjnej w Turcji, gdzie nawet asystowała przy kilku operacjach. Dziesięcioletni syn zaczął teraz trochę bardziej interesować się czytaniem. Woli ćwiczenia matematyczne i ciągle mówi, że chce budować roboty. Jest bardzo dobrym wspinaczem po drzewach. Zaś najmłodsza, siedmiolatka, jak wszystkie młodsze siostry, uczy się szybciej i już potrafi pisać. Uczyła się sama, obserwując brata.

Nie żeby wszystko było różowe, trudność polega głównie na tym, że nie spełniają swoich wszystkich pragnień edukacyjnych. Yasmin chciała nauczyć się gry na pianinie, ale nie mamy na to miejsca. Więc kupiliśmy jej kilka mniejszych instrumentów do wypróbowania. Kajetan często musi zebrać mnóstwo przedmiotów, aby złożyć swoje maszyny. Wiele przedmiotów, które nie mieszczą się w naszym kamperze, musi zostać wyrzuconych. Życie składa się z wyborów.
— Czemu zrezygnowaliście z tradycyjnej szkoły?
— Filozoficznie rzecz biorąc, nie wierzymy w szkołę taką, jaka jest dzisiaj. Szkoła zachęca do bycia przeciętnym. Jako uczeń musisz poświęcić czas na naukę tego, czego nie lubisz, aby osiągnąć wymaganą średnią we wszystkich przedmiotach. Ponadto szkoła wierzy w wiedzę fragmentaryczną. Musimy myśleć o każdej dyscyplinie osobno. Życie nie jest takie. Jeśli na przykład chcę zbudować własny dom, będę potrzebować dużo wiedzy, aby zrealizować ten projekt. A moje pragnienie zbudowania własnego domu sprawi, że nauczę się tego, czego potrzebuję, aby osiągnąć cel. W szkole dzieci uczą się przedmiotów, nie wiedząc, jak przydatne są rzeczy, których się uczą.

Prawdą jest, że szkoła służy bardziej do utrzymania nas skupionych i zdyscyplinowanych w robieniu rzeczy, którymi nie jesteśmy zainteresowani, niż do nauki rzeczy pożytecznych w przyszłym życiu. Niestety, edukacja domowa utrzymuje tę samą ideę, co tradycyjna szkoła. Trzeba postępować zgodnie z proponowanym programem, który wyrównuje szanse szkoły. Inne jest to, co nas akurat przekonuje, że można zastanowić się nad czasem przeznaczonym na naukę, a dzieci nie będą porównywać się z innymi.

Mówię moim dzieciom, aby poświęcały więcej czasu temu, co lubią robić i robiły minimum wymagane na to, czego nie lubią. Nie odczuwają żadnej presji związanej z ocenami, ale mimo to bardzo mi przykro, że muszą co roku przechodzić przez wystawianie ocen.
— A do robienia im zdjęć przez Was są chętne?
— Na ogół jest to bardziej obserwacja, chociaż czasem prosimy, żeby gdzieś wrócili, zatrzymali się bądź powtórzyli jakieś spojrzenie czy zachowanie. Gdy są zajęci swoimi sprawami, czekamy na kolejną okazję.

Żadne z dzieci nie ma dostępu do technologii i mediów społecznościowych. Dlatego też, ponieważ nie znają tego świata, nie mają żadnego krytycznego myślenia na jego temat. Mamy zasadę, aby nie publikować zdjęć, którymi wyraźnie nie chciałyby się dzielić.
— Jak reagują, gdy ich wizerunki są na wystawach?
— Kiedy zobaczyły swoje zdjęcia na wystawach i festiwalach, spodobał im się ten pomysł i były ciekawe, jak ludzie je odbierają.
— W pandemii stworzyłaś z rodziną projekt „Oasis: In Our Quarantine Yard”. Jakie znaczenie miał ten okres dla Waszego życia i Twojej twórczości?
— Pierwsze miesiące pandemii spędziliśmy w Hiszpanii. Z początku byliśmy zatrwożeni i zdezorientowani jak wszyscy. Dzięki publikacji na Instagramie, otrzymaliśmy pomoc nieznanych nam osób w postaci miejsca, w którym mogliśmy zatrzymać się na czas kwarantanny. Był to dom na wsi z ogromnym ogrodem porośniętym drzewami oliwnymi, figowymi i granatu. Wokół nas, jedynie plantacje pomarańczy, porzucone na ten czas. Była to ujmująca solidarność, która do dziś dnia kojarzy mi się z tamtym okresem.

Z dala od cywilizacji, jeżdżąc na zakupy raz na dwa tygodnie, stworzyliśmy sobie miejsce bardzo spokojne. Zatrzymaliśmy się jak wszyscy, ale przestrzeń jaką mieliśmy do dyspozycji i kontakt z naturą okazały się zbawienne. Był to czas bardzo świadomego tworzenia. Bardzo szybko zrozumieliśmy, jak chcemy opowiedzieć o tym doświadczeniu. Chcieliśmy, by był to sposób sugestywny, aczkolwiek bez użycia symboli, tj. maseczki, rękawiczki czy środki do dezynfekcji. Fakt, iż nie wiedzieliśmy jak długo potrwa izolacja społeczna i w konsekwencji ile czasu spędzimy w tym uroczym miejscu, sprawił, że pracowaliśmy z dużą dyscypliną i planowaniem, które rzadko nam towarzyszy w pracy twórczej.

Wspólne fotografowanie zawsze nas zbliżało i tym razem nie było inaczej. Rejestrowaliśmy naszą codzienność przepełnioną zawieszeniem i niepewnością, ale także zabawy dzieci, no i otaczającą nas przyrodę. To ona stała się źródłem naszych codziennych wycieczek, badań i inspiracji. Rysowaliśmy wspólnie pod jej natchnieniem, pisaliśmy i toczyliśmy długie wywody o pięknie jej cykliczności, o śmierci.

Z radością mogę podzielić się informacją, że pracuję nad wydaniem albumu, a autorską wersję książki artystycznej będzie można obejrzeć na tegorocznym festiwalu fotograficznym w Arles, który zacznie się w lipcu.
— „Oasis: In Our Quarantine Yard” będzie o pandemii?
— Bardziej o nadziei.
— Prowadzisz także magazyn „Clan”, który publikuje fotografie rodzinne z całego świata. Co chciałaś tym projektem powiedzieć o fotografii rodzinnej? Czy widzisz, że jej znaczenie ewoluuje?
— „Clan” jest magazynem, który definiuje rodzinę, czy też więzy rodzinne w bardzo szeroki sposób. Materiały, które w nim publikujemy, to serie fotograficzne, eseje i wywiady opowiadające historie osób połączonych więzami krwi, małych społeczności czy relacji przyjacielskich. To fotografia rodzinna, która mówi o intymności, ujawnia siłę i wpływ historii rodzinnych na to, jak postrzegamy świat i jak się w nim poruszamy.

Wielu fotografów i fotografek – czy to ze świata mody, fotoreporterów, czy nawet korespondentów wojennych – podczas koronawirusa zwróciło się ku swym rodzinom. Wszyscy byliśmy odizolowani, samoloty odwołane, a agencje reklamowe zamknięte, to właśnie dom i najbliżsi stali się bohaterami wielu serii fotograficznych. Myślę, że był to ważny i bardzo wyjątkowy czas dla fotografii rodzinnej. Zdobyła galerie, sceny wielu konkursów i okładki magazynów. Przypomniała o uniwersalności poruszanych przez nią zagadnień. Wielu artystów wróciło do tematów osobistych, często właśnie związanych z rodziną, jej historią, traumą, itd. Tendencja ta jest wciąż silnie obecna w fotografii współczesnej, która często balansuje na krawędzi dokumentu i fikcji.
— Jakiej przyszłości dla fotografii rodzinnej – i dla obrazu dziecka – życzysz sobie i innym twórcom?
— Nieskrępowanej ideologiami i doceniającej autentyczność; wolnej i kwestionującej, bo, między innymi, taka jest też rola sztuki.
— Ponieważ nasza rozmowa ukaże się w Dniu Matki, chciałabym zapytać Cię na koniec: czym dla Ciebie dziś, w świetle Twojej drogi artystycznej, życia w drodze i świadomych wyborów, jest bycie mamą? Jak zmieniło to Twój sposób patrzenia na świat i fotografowanie?
— Pierwszą córkę urodziłam na ostatniej prostej studiów doktorskich. Byłam w bardzo intensywnym i wymagającym czasie pisania pracy. Cały mój świat kręcił się wokół badań i uczelni. I wszystko to było dla mnie bardzo ważne. Kiedy ona się urodziła, zrozumiałam, że praca naukowa wymaga ode mnie pewnych umiejętności kognitywnych, dyscypliny i koncentracji, ale jest kroplą w porównaniu z oceanem wymagań dziecka. Było to jak porażenie gromem. Od razu zrozumiałam, że to będzie największe wyzwanie mojego życia. I w trakcie tych 14 lat macierzyństwa miewałam chwile wielkiej radości i poczucia spełnienia, ale miałam też momenty wycieńczenia fizycznego i emocjonalnego. I poczucie, że zgubiłam gdzieś siebie. Bo pogodzenie czasu opieki nad dziećmi, szczególnie tymi małymi, z czasem twórczym graniczyło często z szaleństwem.

Ale z drugiej strony to właśnie macierzyństwo zainspirowało mnie do powrotu do fotografii, którą zostawiłam na długi okres studiów. Było i wciąż jest swego rodzaju motywacją. Kiedy fotografuję moje dzieci, próbuję znaleźć w sobie pewien chłód i dystans, które pozwolą mi spojrzeć na nie jako na postacie, które mogą opowiedzieć innym ważną historię. Zostawiam na chwilę „matkę” z boku, by dać miejsce „fotografce”. ﹡
Rozmawiała: Małgorzata Wakuluk | Z wykształcenia choreografka, z pasji fotografka. Inicjatorka Stowarzyszenia Polish Women Photographers, które od 2020 roku promuje twórczość polskich fotografek

Kopiowanie treści jest zabronione