Julie Rubio
„Czy była zwykłą kobietą? Właściwie była tylko królową”
15 kwietnia 2026
tekst: Amelia Kuchta
zdjęcia: Blake Wellen (Julie Rubio); Tamara de Lempicka Estate LLC (Tamara Łempicka)
Tamara była pierwszą „gwiazdą popu” XX stulecia – tak uważa niemiecki projektant mody, Wolfgang Joop, który jest wielkim kolekcjonerem Łempickiej, obok Madonny, Jacka Nicholsona i Barbry Streisand. Już 100 lat temu wiedziała, jak wykorzystać media na swoją korzyść. Wykreowała personę, którą ludzie byli zainteresowani i zaintrygowani; każdy chciał mieć jej sztukę, a mężczyźni… ją samą. Znała chwyty marketingowe, zanim one powstały. Wiedziała, że aby odnieść sukces jako artystka i zarabiać krocie, musiała się wypromować. Była geniuszem – bo zrobiła to sama. Ale tak konfabulowała na swój temat, że większość faktów się nie zgadza. Reżyserka Julie Rubio w filmie „Prawdziwa historia Tamary Łempickiej. Historia przetrwania” postanowiła udowodnić jej kłamstwa. Z sukcesem…

Bywa, że biografia artysty jest ciekawsza niż jego sztuka, albo odwrotnie. Tymczasem w przypadku Tamary Łempickiej mamy i to, i to. Na jedno i drugie ciężko zapracowała.

Marzyła o karierze pianistki i z wielką determinacją ćwiczyła grę na fortepianie. Ale po jakimś czasie nie chciała grać Chopina, chciała Chopinem zostać. A skoro talentu muzycznego zabrakło, przerzuciła się na malarstwo. „Moim celem nigdy nie jest kopiowanie. Ale stworzenie nowego stylu” – mawiała. I wykreowała królową art déco – Tamarę Łempicką. Niezwykle utalentowaną artystkę i sprytną, zuchwałą i pragnącą sukcesu kobietę biznesu.

Malowanie obrazów stało się jej zawodem, konfabulowanie na swój temat – sposobem na przetrwanie. Zacierała po sobie ślady. Ujawniała pojedyncze wątki swej biografii, inne przemilczała. Wiodła bujne życie, ale światu pokazywała tylko to, co chciała i jak chciała. Nawet rodzina nie znała prawdy…

Zafascynowana nią reżyserka Julie Rubio, 20 lat odkrywała to, co Tamara chciała ukryć. Aż nakręciła opowieść o jednej z najważniejszych, choć niedocenianych, malarek XX wieku, jak zauważa – pierwszy pełnometrażowy dokument o niej, który zatytułowała „Prawdziwa historia Tamary Łempickiej. Historia przetrwania” (zobaczcie zwiastun).

Film, który od 10 kwietnia jest pokazywany w całych Stanach Zjednoczonych i wciąż jest wyświetlany w polskich kinach oraz w innych krajach na świecie, wykracza poza paryski okres świetności Łempickiej, pokazując jej hollywoodzką erę i udrękę późniejszych lat, kiedy moda na jej malarstwo minęła, a z dawnego stylu życia pozostały tylko przyjęcia, które organizowała dla gości, którzy nawet nie znali jej dokonań.

Na szczęście Rubio przedstawia dorobek artystki, który przetrwał blisko stulecie, nawet gdy popadła w zapomnienie. I przedstawia dowody, że jej śmiałe portrety zachwycają nowe pokolenie, a ją samą stawiają obok innej fascynującej kobiety świata sztuki: Fridy Khalo.

Skąd ta nowa fascynacja Łempicką? – Bo jej podejście do obyczajowości, seksualności, emancypacji, niezależności jest bardzo współczesne – reżyserka tłumaczy Amelii Kuchcie w wywiadzie dla LIBERTYN.eu, w którym opowiada także o kulisach pracy nad dokumentem i tajemnicach jego bohaterki.

— Twoje pierwsze spotkanie z Tamarą to było odkrycie jej twórczości, ale i Twojej seksualności. Dlaczego?
— Miałam 21 lat, gdy znalazłam się w Miami, w hotelu Americana. Wystawiali tam prace Tamary Łempickiej, której nazwisko absolutnie nic mi nie mówiło. Ale stałam oczarowana wibrującymi od kolorów i z wyrazistymi postaciami, zmysłowymi obrazami. Po prostu mnie porwały. „O Boże, co to jest?” – zachwycona pytałam samą siebie.

To było w latach 90., ona już nie żyła od ponad dekady. A ja pierwszy raz w życiu widziałam jakikolwiek jej obraz i dowiedziałam się o jej istnieniu.

Ta sztuka przemówiła do mnie w sposób niezwykle głęboki i bardzo osobisty. Tego dnia dowiedziałam się, że na twórczość Tamary wpłynęły jej relacje zarówno z mężczyznami, jak i kobietami. To mnie poruszyło, ponieważ spotykałam się także z dziewczynami, w jednej byłam zakochana, ale nie miałam pojęcia o istnieniu biseksualizmu. Dorastałam w małym miasteczku w Kalifornii i nie znałam nikogo, kto odczuwałby pociąg seksualny wobec zarówno mężczyzn, jak i kobiet; mówiono mi, że biseksualizm nie istnieje – jest się albo homo, albo hetero.
— Ona zmieniła to myślenie?
— Im bardziej zgłębiałam życie Tamary, odkrywałam jej biseksualność. Dowiedziałam się, że miała dwa małżeństwa, ale wiele jej modelek było jej kochankami, a jej najdłuższą, 30-letnią miłością była Ira Perrot, jej najlepsza przyjaciółka.

Dzięki historii życia Łempickiej i jej sztuce, która tak intymnie przedstawia kobiety, uświadomiłam sobie, że jestem biseksualna. To był też moment samoakceptacji. Tamara pokazała mi, że nie musimy wybierać tylko dlatego, że ktoś nam mówi, jak mamy żyć. Zrozumiałam po prostu, że miłość to miłość.

Od 18 lat jestem żoną mężczyzny, Blake’a Wellena, i jest to monogamiczna relacja, ale to nie zmienia mojej seksualności.
— Lata później poznałaś rodzinę Tamary. To był kolejny przypadek.
— Przyjaciółka zaprosiła mnie na małą wystawę prac Tamary w Galerii Weinstein w San Francisco, żebym poznała rodzinę artystki. Szukali kobiety, która napisałaby scenariusz i wyreżyserowała film o życiu ich sławnej babki i prababki. Widzieli jeden z moich filmów „Impression” o obrazie Degasa „Gwałt”…

Kiedy poznałam Marisę i Victorię de Lempicką, wnuczkę i prawnuczkę Tamary, i po raz pierwszy usłyszałam intymne historie o Tamarze, od razu wiedziałam, że muszę nakręcić ten film. To było 20 lat temu.
— Tak długo trwały prace nad „Prawdziwą historią Tamary Łempickiej. Historią przetrwania”?
— Rodzina chciała, by o Tamarze powstał film fabularny. Ja miałam napisać scenariusz, zdobyć finanse na produkcję i reżyserować.

Wiele się potem wydarzyło. Victoria i ja zaczęłyśmy razem pisać scenariusz, potem powódź zniszczyła wiele materiałów, spadkobierczynie sprzedały prawa do filmu komuś innemu, wciąż nie było pieniędzy, a na końcu spadł na świat Covid.
— Ty się nie poddałaś.
— W międzyczasie nakręciłam „East Side Sushi” i inne filmy, wystąpiłam w serialu i byłam bardzo zajęta pracą, ale nigdy nie porzuciłam marzenia o tym filmie.

Co mnie motywowało? Ludzie nie wiedzieli, kim była Tamara Łempicka! Trudno w to uwierzyć, ale była zapomniana. Wielu widziało jej obraz „Autoportret w zielonym Bugatti”, ale nie znało nazwiska malarki. W Stanach Zjednoczonych, dokąd uciekła z Paryża, nigdy nie odbyła się retrospektywa jej prac w poważnym muzeum. W młodości była wielką gwiazdą, ale pod koniec życia jej sztuka wyszła z mody. Chciała jeszcze ratować swoją popularność, próbując sił w innych malarskich stylach, lecz bezskutecznie. A gdy zmarł jej drugi mąż, ostatecznie porzuciła malowanie i wyjechała do Meksyku. Jej prace kolekcjonowali Jack Nicholson, Barbra Streisand i Madonna, ale jej sława ograniczała się głównie do znawców i wielbicieli art déco, co w historii sztuki stanowi jedynie dodatek do globalnego rynku sztuki.

Wszystko zmieniło się dopiero podczas jednej z londyńskich aukcji w 2020 roku, kiedy płótno „Portret Marjorie Ferry” z 1932 roku zostało sprzedane za 21,1 miliona dolarów.
— Obraz znalazł się wśród bestsellerów 2020 roku. Jako jedyna kobieta na liście wyprzedziła m.in. Pissarra i Giacomettiego. Dziś Łempicka ma trzecią najwyższą cenę sprzedaży aukcyjnej wśród artystek, po Georgii O’Keefe i Fridzie Kahlo. Media na nowo odkryły fenomen Tamary.
— A ja postanowiłam wrócić do projektu. Jednak pandemia sprawiła, że świat stanął. To, że nie załamałam rąk, to zasługa mojej znajomej, która zasugerowała mi nakręcenie filmu dokumentalnego i ominięcie ograniczeń, jakie narzucał film fabularny.

Wspaniały pomysł: to będzie łatwiejsze i dużo tańsze – pomyślałam. Zaczęliśmy pracę w 2020 roku, w samym środku pandemii. Pomogli mi mąż, który pracował przy większości moich filmów, oraz mój 29-letni syn, który był m.in. montażystą.
— Rodzina Tamary chętnie dzieliła się informacjami i materiałami archiwalnymi?
— Moją największą troską przed rozpoczęciem pracy było upewnienie się, że rodzina zrozumie, że to dokument, który zupełnie różni się od filmu fabularnego, na którym się skupiali.

Nie mieli wpływu na kształt wypowiedzi rozmówców. Powiedziałam im, że podążam za historią i że nie zawsze będzie to to, czego chcą i w sposób, w jaki chcą. Zgodzili się, ale oczywiście zdarzały się momenty, kiedy się kłóciliśmy. Ale, gdy obejrzeli ostateczną wersję, film im się spodobał. Powiedziano mi: „Tamara daje ci swoje błogosławieństwo z góry”. To było miłe.

Dali mi bardzo dużą wolność artystyczną, więc pod wieloma względami jest to moje spojrzenie na historię Tamary.
— Co Cię tak w niej zafascynowało?
— Jej siła. Nie tylko tworzyła piękno, ona tworzyła samą siebie, raz po raz, mimo ogromnych przeciwności. Jej życie toczyło się na tle rewolucji, emigracji, wojny i przesiedleń. To ją ukształtowało, dlatego mój film w dużej mierze opowiada o woli przetrwania. Zrozumienie świata, w którym żyła, pozwala lepiej pojąć odwagę, ambicję i śmiałość jej wyborów.

W czasie pracy nad dokumentem doświadczyłam ogromnej osobistej straty, zmarły moja mama i najlepsza przyjaciółka. Były momenty, gdy wszystko mnie przytłaczało i wtedy myślałam o Tamarze, o tym, przez co przeszła i jak potrafiła zamienić ból w coś pięknego.
— Tamara także Cię bardzo zaskoczyła. A przy okazji rodzinę Łempickich. Niespodzianką okazało się jej żydowskie pochodzenie i data urodzin inna niż oficjalna.
— O tak! Gdy zaczynałam film, nie wiedziałam, że Tamara będzie miała inne nazwisko i inną datę urodzin.

Kopałam przez prawie 20 lat. Pojawiły się sugestie, że Tamara może być Żydówką, że jej ojciec był Żydem, ale widziałam tylko mnóstwo plotek, nic konkretnego. Rodzina ciągle powtarzała mi, że nie ma aktu urodzenia ani chrztu. Po prostu wiedziałam, że w jej historii kryje się coś więcej. Jako reżyserka poczułam odpowiedzialność i pewnego rodzaju powołanie, by stworzyć pełniejszy i bardziej uczciwy portret tego, kim naprawdę była.

Mam tysiące obserwujących w social mediach, więc w czasie pandemii zamieściłam post, by ktoś z Polski mi pomógł. Skontaktował się ze mną Artur Stępiński, który powiedział, że mieszka bardzo blisko cmentarza żydowskiego w Warszawie, gdzie pochowana jest jej rodzina. Marissa, wnuczka Tamary, powiedziała, że ​​nikt z nich tego nie wie.
— Artur przysłał Ci zdjęcia i wideo grobów Bernarda i Klementyny Dekler, jej dziadków.
— Był wytrwały i pomimo mrozów w Polsce odwiedził cmentarz, szukając tych grobów. To było bardzo ważne, bo babcia ukształtowała Tamarę. Gdy ojciec zostawił rodzinę, Tamara z matką i rodzeństwem zamieszkała u dziadków. To babcia uczyła ją, by realizowała swoje marzenia, że ma w sobie moc, że może sięgać po cokolwiek sobie wyobrazi.

Po śmierci dziadków Łempicka trafiła do domu wujostwa Stifferów w Petersburgu. Tam po raz pierwszy zaznała, tak poszukiwanego przez siebie luksusu i życia wyższych sfer. Tam uczyła się w Akademii Sztuk Pięknych. Wieczorami chadzała na koncerty, recitale i do teatru. Na jednym z przyjęć poznała polskiego arystokratę, Tadeusza Łempickiego. I za niego wyszła. Wtedy zmieniła nazwisko.
— Gdy dotarłaś do aktu chrztu, to zmieniło wszystko.
— Najpierw skontaktowała się ze mną dziennikarka Monika Krajewska, która miała dowód – publikację – że rodzice Tamary przeszli z judaizmu na katolicyzm. Zaproponowała wymianę tych informacji w zamian za moje nagranie z cmentarza.

Potem dotarłam do aktu chrztu Tamary, który potwierdził, że ​​prawdziwe personalia Tamary Górskiej brzmiały Tamara Rozalia Hurwitz. Okazało się, że jej dziadkowie byli średnio zamożnymi Żydami, matka była Polką z żydowskimi korzeniami, a ojciec rosyjskim Żydem. To było szokujące! Bo to tak, jakby nagle okazało się, że Picasso nie nazywa się Picasso!

Dla rodziny to też było ogromne zaskoczenie. Tamara kłamała, ukrywała pewne rzeczy, ponieważ próbowała chronić swoją rodzinę przed prześladowaniami i okrucieństwem Holokaustu. Odkrycie postawiło ją w zupełnie innym świetle. Bo okazało się, że nie ukrywała swojego żydowskiego pochodzenia z próżności, to była strategia przetrwania. Europejski antysemityzm osiągnął wtedy apogeum, rodził się faszyzm. Myślę, że doświadczyła antysemityzmu i bała się o swoje życie.
— Kłamała też w sprawie daty urodzin.
— Nowo odkryte dokumenty potwierdziły też to, czego rodzina akurat się spodziewała. Tamara rzeczywiście nie mówiła prawdy co do swojego wieku. Całe życie utrzymywała, że urodziła się w 1900 roku, a w rzeczywistości miało to miejsce sześć lat wcześniej, 16 czerwca. Nawet jej córka nie miała o tym pojęcia.

Po co się odmłodziła? Kuratorka Gioia Mori z Włoch, czołowa ekspertka od twórczości Łempickiej, z którą się kontaktowałam w trakcie prac nad dokumentem, twierdziła, że to z czystej próżności. Ale też z powodów symbolicznych. Frida Kahlo, na przykład, zmieniła datę urodzenia z 1907 na 1910, ponieważ był to rok rewolucji. Tamara zaś chciała być kobietą nowoczesności nowego stulecia, nie chciała urodzić się w XIX wieku.

I ostatni powód, bo uwielbiała kłamać. Kiedy przyjechała do Paryża, powiedziała, że ​​jej brat zmarł, ale to nieprawda, był komunistą i pozostał w Rosji, czego nie chciała zaakceptować.
— Jak udało Ci się odnaleźć pośród sprzecznych informacji, pomijanych faktów, luk w jej życiorysie?
— Największym problemem było oddzielenie faktów od mitów, które przez lata narosły wokół jej postaci. Opowiadanie prawdziwej historii to ogromna odpowiedzialność, zwłaszcza tak złożonej osoby.

Nie pokazałam jej jako kłamczuchy, ale raczej kogoś, kto znalazł sposób na to, by przeżyć. Była naprawdę niesamowita, odważnie pokonywała bariery. Była prawdziwym wzorem samodzielnej kobiety, która osiągnęła sukces dzięki własnej determinacji i wysiłkowi. Była pionierką. Otworzyła drzwi artystkom i kobietom w ogóle. Jako pierwsza wprowadziła w życie wiele rzeczy, z których korzystamy także dzisiaj: co oznacza bycie ikoną, jak się wypromować, z kim rozmawiać…
„Czy była zwykłą kobietą? Właściwie była tylko królową. Tak ją traktowano: rodzina, jej przyjaciele i służba, która u niej pracowała. Wszystko, czego chciała, dostawała.
Nigdy nie widziano jej bez makijażu, bez zrobionych włosów, niesamowitych strojów, kapelusza czy biżuterii. No i zawsze pachniała francuskimi perfumami. Chodziła jak tancerka – z wyprostowanym kręgosłupem, odchylonymi do tyłu ramionami”
— Była geniuszem marketingu. Gdyby była mężczyzną, w jej czasach uważano by ją za drugiego Picassa lub Dalego.
— Kreowała swoje życie równie świadomie jak sztukę. Była pionierką budowania marki osobistej i z każdym nowym miejscem robiła to od nowa.

Jako uchodźczyni straciła swoje legendarne życie w Petersburgu. Gdy jej mąż Tadeusz trafił do więzienia politycznego po wybuchu rewolucji październikowej, podobno wdała się w romanse z wpływowymi osobami w Rosji, by go uwolnić. W 1918 roku całej rodzinie, wraz z malutką córeczką Marią Krystyną, którą nazywali Kizette, udało się wyjechać do Francji. W Paryżu szukała sposobu na utrzymanie całej trójki, malując portery bogatej burżuazji. Gdy Łempicki ją porzucił, sama wychowywała córkę. Miała liczne romanse, stworzyła swój wizerunek kobiety niezależnej, wolnej, pewnej siebie.

Tak samo jak kształtowała swoje życie, kreowała też twórczość. Malowała katolików i antysemitów, kochanków i kobiety, zarówno elegancko ubrane, jak i całkowicie rozebrane. Była pierwszą artystką, która kiedykolwiek malowała naturalnych rozmiarów portrety nagich kobiet przez pryzmat kobiecego spojrzenia. Prowokacyjny sposób, w jaki je przedstawiała, był wówczas uważany za skandaliczny. Jeden z krytyków nazwał ją złośliwie „perwersyjną Ingres”, odnosząc się do malarza neoklasycznego Jean-Auguste-Dominique Ingresa, słynącego z kobiecych aktów. Mimo to jej wyjątkowy styl uczynił ją jedną z najbardziej pożądanych portrecistek paryskiej elity.
— Powiedziała kiedyś: „malowałam i królów, i prostytutki”…
— …ale też „Nie ma cudów, jest tylko to, co sama zrobisz”, co wyraża jej silną wiarę w dążenie do sukcesu. Świetny przykład. Tamara nie miała Bugatti, jeździła żółtym Renault. Ale kiedy poproszono ją o autoportret, zdecydowała się na wybór Bugatti, bo był to najdroższy samochód owych czasów. Liczył się wizerunek.
— Dbała o PR, udzielając wywiadów i robiąc sobie zdjęcia w wyrafinowanych kreacjach.
— Była bodaj pierwszą artystką, która zatrudniła jednych z najwybitniejszych fotografów portretowych swoich czasów, aby udokumentowali jej atelier, jej ubrania znanych projektantów, jej wspaniałe diamentowe bransoletki i, co najważniejsze, jej niezaprzeczalną urodę. Dzięki temu jest bardzo obecna nawet teraz.

Była mistrzowsko zaaranżowaną, przyciągającą tłumy osobowością w obłoku perfum, z karmazynowymi ustami i paznokciami, ubraną w kreacje Madame Grès, Paula Poireta i Schiaparelli. Większość jej biżuterii pochodziła z Europy lub Nowego Jorku. Opowiadała wnuczkom, że po tym, gdy straciła wszystko, i zaczęła malować, by zarabiać na życie, po każdym sprzedanym obrazie kupowała sobie diamentową bransoletkę. I nie przestawała malować, dopóki nie miała bransoletek od nadgarstka po łokieć. Bransoletki nie były po to, żeby się popisywać; były oznaką zabezpieczenia.

Lubiła też sama projektować swoje stroje wieczorowe – długie tuniki z pasującymi kapeluszami – wycinając jeden papierowy wykrój, który idealnie pasował, a następnie powielała go na różnych, lejących tkaninach jerseyowych, szytych przez jej krawcową.

Znała się na współczesnej fotografii, designie i modzie. W swoim domu kolekcjonowała szklane wazony i flakony perfum René Lalique’a, fotografie Jacques’a-Henri Lartigue’a i Brassaï’a i wiele innych. Dbała o przyjaźnie ze znamienitymi osobowościami swoich czasów, bo zawsze myślała o tym, jak prasa ją odbierze i jak zostanie zapamiętana. Nie miała nic przeciwko, gdy często pojawiała się w rubrykach towarzyskich gazet.
— Jakie, Twoim zdaniem, przesłanie Tamara przekazuje współczesnym kobietom?
— Zerwij łańcuchy, które cię krępują. Podążaj za swoimi marzeniami i spraw, by się spełniły. Tamara łamała schematy i żyła na własnych zasadach. To nadal inspiruje.

Była charyzmatyczna. Znała kilka języków, żyła pełnią życia, emanowała urzekającą aurą tajemniczości. I, co najważniejsze, stawiała czoła przeciwnościom losu z zimną krwią i determinacją. Choć była niezależna, potrafiła zadbać o siebie także poprzez dobry ożenek. Drugi raz wyszła za mąż za niezwykle bogatego barona Raoula Kuffnera de Diószegh, pochodzącego z dawnej części Austro-Węgier. Ale, gdy zrozumiała zagrożenie ze strony Hitlera, potrafiła szybko porzucić wygodne życie w Paryżu – wiedziała, że straciłaby życie, gdyby miasto zajęta armia niemiecka. Wyjechała w porę i uratowała życie mężowi, nalegając, by również uciekał. Na szczęście Stany Zjednoczone zaoferowały im azyl w 1939 roku, a ostatecznie także obywatelstwo.

Para wypłynęła do Nowego Jorku, następnie zamieszkała w Hollywood, wróciła do Nowego Jorku, a po śmierci barona w 1961 roku Tamara przeniosła się do Houston, a ostatecznie do Cuernavaca w Meksyku. Była wtedy znana jako baronowa Kuffner – większość z towarzystwa nigdy nie poznała jej artystycznego pseudonimu.
— Czy są jeszcze jakieś tajemnice otaczające Tamarę, których nie pokazałaś w filmie, a warto je wyjaśnić?
— Wciąż wychodzą na jaw rzeczy sugerujące, że w tej „prawdziwej historii” może być jeszcze więcej. Mam dokumenty, a rodzina potwierdziła, że ​​nie urodziła się w Warszawie, jak podawała, ale w Rosji. Powiedziano mi, że urodziła się w Moskwie, ale równie dobrze może to być Petersburg. Nie mamy pewności. Powiedziano mi, że jej pierwszy mąż tak naprawdę nie był więziony podczas rewolucji bolszewickiej. To przeczyłoby jej przeszukiwaniu więzień i pomaganiu w jego uwolnieniu. Ale nie mam na to niezbitych dowodów. Badania trwają. Trudno w Rosji jest uzyskać jakiekolwiek dokumenty, a w sytuacji obecnej to już szczególnie.
— Jest jakieś dzieło sztuki tej autorki, które ujawnia coś o niej, co ukrywała?
— Wiemy teraz, że pomimo pozorów, Tamara była dręczona wydarzeniami, które rozegrały się za jej życia. „Ucieczka (gdzieś w Europie)” i „Uchodźcy” to jedne ważnych obrazów, który ukazują jej osobiste zmagania.

Najpierw straciła swój pierwszy kraj, Rosję, podczas rewolucji bolszewickiej i uciekła do Paryża. Jej drugi mąż był Żydem i osobą biseksualną i przeczuwając, co przyniesie nazizm, opracowała dla nich plan ucieczki. Straciła część rodziny w Holokauście. I gdy już mieszkała w willi w Beverly Hills, a trwała II wojna światowa, malowała uchodźców, głodnych, brudnych i smutnych. Mogła po prostu nadal malować bogaczy i arystokratów, ale nie. A pieniądze ze sprzedaży przyznała na pomoc tym ludziom. Była prawdziwą artystką. I miała serce.
—  Chciałabyś posiadać jedno z jej dzieł?
— Już mam! Rysunek Łempickiej, który kupiłam na aukcji Christie’s w 2023 roku. To bardzo mały rysunek gwaszem i tuszem przedstawiający Irę Perrot, kochankę Tamary. Christie’s nadało mu datę 1924, ale mógł powstać wcześniej, mniej więcej w czasie, gdy się poznały. Ma na sobie perły, trzyma kwiat i siedzi przy stole z notesem. Wygląda na nieco nostalgiczną.

Nigdy nie miałam niczego tak cennego. To takie wyjątkowe, bo znam tę historię i wiem, jak ważna dla Tamary była Ira. Opowiadam o ich związku w filmie. Tamara namalowała Irę dwanaście razy i te portrety należą do jej najbardziej ikonicznych, a ja mam ten pierwszy.
— Barbra Streisand jest wielką fanką Tamary i ma podobno pięć jej obrazów. Dotarłaś do niej, pracując nad dokumentem?
— Barbra zaczęła kolekcjonować Łempicką z miłości do art déco. Ma niesamowite oko i dostrzegła, jak wyjątkowym talentem jest ta artystka. Podczas pandemii pisała swoją autobiografię i odmówiła wywiadu, ale zaoferowała pomoc. Dała mi zdjęcia swoich obrazów w wysokiej rozdzielczości, które pokazuję w filmie i przez osiem miesięcy jej prawa ręka przekazywała mi niezbędne informacje przez telefon i maila. Prowadziła mnie przez ten film, bo jeśli ktokolwiek naprawdę rozumie Tamarę, to Barbra.

Jej wsparcie było naprawdę inspirujące, dało mi motywację, której potrzebowałam, żeby kontynuować. Gdy wątpiłam, powtarzałam sobie, że jeśli Barbra Streisand wierzyła w ten film, to ma to wartość i pracowałam dalej.
— Jak udało Ci się przekonać Anjelikę Huston, by wystąpiła w filmie i do tego w zielonej sukience i biżuterii Łempickiej?
— O powstawaniu tego filmu mógłby powstać osobny film i byłby równie interesujący i pełen zwrotów akcji. (śmiech)

Angelica zagrała artystkę w najdłużej granej sztuce w Los Angeles „Tamara: the living movie”, która była fantastyczna, ludzie musieli czekać miesiącami na bilety, przyjeżdżały gwiazdy… Na scenie nosiła biżuterię Tamary i zieloną sukienkę w stylu tej z obrazu „La Belle Rafaëla” z 1927, jednego z najbardziej zmysłowych i ikonicznych aktów Tamary, przedstawiający jej muzę i kochankę poznaną w Lasku Bulońskim.

Obraz kupił Jack Nicholson, z którym Angelica była wówczas w związku. I to on podarował jej biżuterię Łempickiej i zieloną sukienkę, którą założyła na rozdanie Oscarów w 1985 roku, kiedy zdobyła statuetkę dla najlepszej aktorki za „Honor Prizzich”.
— Brzmi jak scenariusz hollywoodzkiego hitu…
— Ciąg dalszy jest jeszcze lepszy.

Pewnego dnia ponad dwie dekady później Marisa, wnuczka Tamary, znalazła list, który Kizette, córka Tamary, napisała po tamtej oscarowej gali do Anjeliki – pytając, czy jej tata, Jack Huston nie chciałby wyreżyserować filmu o Tamarze Łempickiej, a jej brat Danny Huston w nim zagrać. Anjelica odpisała: „Przepraszam, ale teraz nie pracuję ani z tatą, ani z bratem. Zamierzam produkować i reżyserować własne projekty”.

Zareagowała po prostu na subtelne uprzedzenie, które wciąż tak głęboko jest zakorzenione – skupienie się na mężczyźnie, a nie na utalentowanej kobiecie. Dlatego, gdy Marisa pokazała mi ten list, postanowiłam napisać do Angeliki i wyjaśnić, że rodzina stara się o film o Tamarze od ponad 40 lat, a ja próbuję to kontynuować i byłabym bardzo wdzięczna, gdyby udostępniła nam swoje nagrania audio. Dostałam je bezzwłocznie.
— W Twoim filmie pojawiają się też nigdy wcześniej niepublikowane materiały. Pochodzą od rodziny malarki?
— Przeprowadziłam wywiady z członkami rodziny, dostałam dostęp do archiwum domowego: z dziełami Tamary, które posiadają, a także unikanych zdjęć i filmów kręconych przez męża Kizette. Dają intymne spojrzenie na jej życie, wykraczające poza publiczną personę, i odgrywają kluczową rolę w ukazaniu jej osobistych i zawodowych niuansów.

Zrobiłam też wywiady z ludźmi z Broadwayu, bo 2 lata temu wystawiano tam musical „Łempicka”. A także z marszandami, ekspertami, kolekcjonerami sztuki, bo krytycy wciąż mają problem z poważnym traktowaniem Łempickiej.
— Dostarczając dowodów od czołowych światowych kuratorów, którzy mówią o jej osiągnięciach i dziedzictwie, chciałaś, by Twój film był antidotum na lekceważenie jej sztuki i jej osoby?
— Pragnęłam pokazać o niej prawdę i zmienić stosunek do kobiet-artystek. Kobiety takie jak Tamara Łempicka to wizjonerki, które kształtują lepsze jutro swoją odwagą, kreatywnością i przełamywaniem granic. Była ograniczana przez normy społeczne i marginalizowana. Gdyby była mężczyzną, liczyłaby się tylko jej sztuka, a nie to, z kim sypiała czy jakie narkotyki brała.

Jej najbardziej ikoniczne dzieła pochodzą z lat 20. XX wieku. Wyobraźcie sobie – były tak świeże, inne, że musiały sprawiać wrażenie, jakby statek kosmiczny przyleciał z nimi na Ziemię. Do dziś są tak charakterystyczne, że nie można ich pomylić z niczym innym. Kiedy widzicie obraz Łempickiej, wiecie to, czujecie to i to jest niezaprzeczalne.
— Godne podziwu jest też to, że sama zarządzała swoją karierą. Nie miała nikogo, na kim mogłaby polegać. I to w czasach, kiedy kobiety w ogóle nie pracowały.
— Była bardzo wymagająca – zarówno wobec siebie, jak i wobec otaczających ją ludzi. Była perfekcjonistką w każdym tego słowa znaczeniu. Stawiała zawsze na swoim; musiała być twarda, bo przecież żyła w mocno patriarchalnym świecie.

Miliarder Warren Buffett mówi, że „kobiety są mężczyznami świata”, tylko muszą wstać z kolan i to zrozumieć. Przecież my, kobiety, stanowimy 51 procent populacji, a nasze głosy wciąż nie są słyszane. Tamara nigdy nie była uległa. Przez cale życie musiała mierzyć się z seksizmem, antysemityzmem, ageizmem – wszystkimi tymi okropnymi „izmami” – i wciąż domagała się, by świat, który nie chciał widzieć kobiet, Żydów, osób LGBTQ+, indywidualistów ani niczego, czym ona była, docenił jej odmienność.

Bycie queerową kobietą na początku XX wieku z pewnością wiązało się z komplikacjami, ale nie przeszkadzało to jej urządzać szalonych imprez, również w paryskim queerowym podziemiu – według historyków miała w tym finansowy cel: rozgłos przyciągał więcej bogatych klientów, którzy zamówią u niej portrety i sowicie zapłacą.
— W dokumencie pokazujesz dane o współczesnej sprzedaży aukcyjnej artystek i przepaść między cenami za obrazy mężczyzn a kobiet.
— Było to dla mnie kluczowe, bo pieniądze mówią.

Gdy Streisand sprzedała na aukcji jeden z jej obrazów – „Adam i Ewa” za 1,98 miliona dolarów – dała duży rozgłos Tamarze, zwróciła uwagę na wartość jej dorobku. Wcześniej prace Łempickiej były sprzedawane w piwnicach domów aukcyjnych, a jej dzieła uznawano za zaledwie sztukę dekoracyjną. Od tamtej pory ich ceny wciąż rosną.

W 2020 roku „Portret Marjorie Ferry” poszedł pod młotek za 21,1 miliona, ustanawiając nowy rekord aukcyjny dla niej [to także najdrożej sprzedane dzieło polskiego artysty w historii – przyp. red.]. A trzy miesiące wcześniej „La tunique rose” została sprzedana za 13,3 mln dol. W ub.r. padł kolejny rekord – obraz „La Belle Rafaëla” anonimowy nabywca kupił za 10,1 mln ddol.

Ale prawdą jest, że nadal dzieło artystki można kupić znacznie taniej niż dzieło artysty.
— Skoro była mistrzynią PR, to pewnie dzisiaj wykorzystałaby media społecznościowe do podbijania swojej popularności i tym samym cen swoich dzieł.
— Na pewno. Tamara rozumiała siłę wizerunku i narracji na długo przed erą cyfrową. Dziś miałaby miliony followerów. I po prostu by się do nich uśmiechała i tworzyła przekaz z głębią i intencją, której często dziś brakuje influencerom.

Gdyby żyła, wzięłaby udział w moim filmie, ale domagałaby się dużo większego budżetu (śmiech). I doceniłaby to, że pokazaliśmy złożoność jej życia. A widząc tak duże zainteresowanie na całym świecie, cieszyłaby się, że wciąż fascynuje i prowokuje do rozmów.
Podobno Tamara do końca życia świetnie mówiła po polsku, a swoim gościom, w czasach, gdy mieszkała już w Ameryce, podawała na przyjęciach… bigos.
— Film „Prawdziwa historia Tamary Łempickiej. Historia przetrwania” po obecności na festiwalach, w końcu trafił do kin na całym świecie, także w Polsce. I zaskoczył Was wielkim zainteresowaniem.
— Myśleliśmy, że to będzie mały film, niskobudżetowy. Zrobiliśmy go przede wszystkim dla amerykańskiej publiczności, która po prostu wcale nie znała Tamary. Ale on sprzedaje się wszędzie: od Katowic i Neapolu po Seul i Sydney! Wszędzie pełne sale, często pokazy są całkowicie wyprzedane, w Polsce nawet 5 dni z rzędu… Mamy owacje na stojąco i bardzo osobiste rozmowy po seansach. Reakcje są bardzo poruszające. I to jest niesamowite.

Polacy bardzo się tym filmem zainteresowali; myślę, że polska publiczność rozumie Tamarę najlepiej. Łączy się nie tylko z jej sztuką, ale też z jej życiem.
— Dlaczego jej historia wciąż rezonuje?
— Problemy tożsamości, płci, seksualności, kreatywności, imigracji i wyzwań społecznych są niezwykle aktualne. Myślę, że ludzie naprawdę rozumieją, że historia się powtarza. Nie chodzi tylko o okropności wojny w Ukrainie czy Gazie [wywiad przeprowadzaliśmy zanim doszło do wojny na Bliskim Wschodzie – przyp.red.], ale też nacjonalizm i narastającą nietolerancję dla wszelkich odmienności. Tymczasem, poznając historię Tamary, dostajemy cenne lekcje, jak radzić sobie z przeciwnościami losu, jak chart ducha czyni nas zwycięzcami, jak poczucie własnej wartości nie pozwala nam się poddać. To inspirujące.
— Zrobiłaś już wiele filmów. Ten jest dla Ciebie najważniejszy?
— Tak. Bo Tamara pokazała mi, żeby się nie poddawać, żeby być lepszą, żeby być wystarczająco silną.

Potrzebujemy więcej takich kobiet, by się wspierać, a nie tylko walczyć ze sobą. ﹡
Rozmawiała: Amelia Kuchta

Kopiowanie treści jest zabronione