Bywa, że biografia artysty jest ciekawsza niż jego sztuka, albo odwrotnie. Tymczasem w przypadku Tamary Łempickiej mamy i to, i to. Na jedno i drugie ciężko zapracowała.
Marzyła o karierze pianistki i z wielką determinacją ćwiczyła grę na fortepianie. Ale po jakimś czasie nie chciała grać Chopina, chciała Chopinem zostać. A skoro talentu muzycznego zabrakło, przerzuciła się na malarstwo. „Moim celem nigdy nie jest kopiowanie. Ale stworzenie nowego stylu” – mawiała. I wykreowała królową art déco – Tamarę Łempicką. Niezwykle utalentowaną artystkę i sprytną, zuchwałą i pragnącą sukcesu kobietę biznesu.
Malowanie obrazów stało się jej zawodem, konfabulowanie na swój temat – sposobem na przetrwanie. Zacierała po sobie ślady. Ujawniała pojedyncze wątki swej biografii, inne przemilczała. Wiodła bujne życie, ale światu pokazywała tylko to, co chciała i jak chciała. Nawet rodzina nie znała prawdy…
Zafascynowana nią reżyserka Julie Rubio, 20 lat odkrywała to, co Tamara chciała ukryć. Aż nakręciła opowieść o jednej z najważniejszych, choć niedocenianych, malarek XX wieku, jak zauważa – pierwszy pełnometrażowy dokument o niej, który zatytułowała „Prawdziwa historia Tamary Łempickiej. Historia przetrwania” (zobaczcie zwiastun).
Film, który od 10 kwietnia jest pokazywany w całych Stanach Zjednoczonych i wciąż jest wyświetlany w polskich kinach oraz w innych krajach na świecie, wykracza poza paryski okres świetności Łempickiej, pokazując jej hollywoodzką erę i udrękę późniejszych lat, kiedy moda na jej malarstwo minęła, a z dawnego stylu życia pozostały tylko przyjęcia, które organizowała dla gości, którzy nawet nie znali jej dokonań.
Na szczęście Rubio przedstawia dorobek artystki, który przetrwał blisko stulecie, nawet gdy popadła w zapomnienie. I przedstawia dowody, że jej śmiałe portrety zachwycają nowe pokolenie, a ją samą stawiają obok innej fascynującej kobiety świata sztuki: Fridy Khalo.
Skąd ta nowa fascynacja Łempicką? – Bo jej podejście do obyczajowości, seksualności, emancypacji, niezależności jest bardzo współczesne – reżyserka tłumaczy Amelii Kuchcie w wywiadzie dla LIBERTYN.eu, w którym opowiada także o kulisach pracy nad dokumentem i tajemnicach jego bohaterki.
To było w latach 90., ona już nie żyła od ponad dekady. A ja pierwszy raz w życiu widziałam jakikolwiek jej obraz i dowiedziałam się o jej istnieniu.
Ta sztuka przemówiła do mnie w sposób niezwykle głęboki i bardzo osobisty. Tego dnia dowiedziałam się, że na twórczość Tamary wpłynęły jej relacje zarówno z mężczyznami, jak i kobietami. To mnie poruszyło, ponieważ spotykałam się także z dziewczynami, w jednej byłam zakochana, ale nie miałam pojęcia o istnieniu biseksualizmu. Dorastałam w małym miasteczku w Kalifornii i nie znałam nikogo, kto odczuwałby pociąg seksualny wobec zarówno mężczyzn, jak i kobiet; mówiono mi, że biseksualizm nie istnieje – jest się albo homo, albo hetero.
Dzięki historii życia Łempickiej i jej sztuce, która tak intymnie przedstawia kobiety, uświadomiłam sobie, że jestem biseksualna. To był też moment samoakceptacji. Tamara pokazała mi, że nie musimy wybierać tylko dlatego, że ktoś nam mówi, jak mamy żyć. Zrozumiałam po prostu, że miłość to miłość.
Od 18 lat jestem żoną mężczyzny, Blake’a Wellena, i jest to monogamiczna relacja, ale to nie zmienia mojej seksualności.
Kiedy poznałam Marisę i Victorię de Lempicką, wnuczkę i prawnuczkę Tamary, i po raz pierwszy usłyszałam intymne historie o Tamarze, od razu wiedziałam, że muszę nakręcić ten film. To było 20 lat temu.
Wiele się potem wydarzyło. Victoria i ja zaczęłyśmy razem pisać scenariusz, potem powódź zniszczyła wiele materiałów, spadkobierczynie sprzedały prawa do filmu komuś innemu, wciąż nie było pieniędzy, a na końcu spadł na świat Covid.
Co mnie motywowało? Ludzie nie wiedzieli, kim była Tamara Łempicka! Trudno w to uwierzyć, ale była zapomniana. Wielu widziało jej obraz „Autoportret w zielonym Bugatti”, ale nie znało nazwiska malarki. W Stanach Zjednoczonych, dokąd uciekła z Paryża, nigdy nie odbyła się retrospektywa jej prac w poważnym muzeum. W młodości była wielką gwiazdą, ale pod koniec życia jej sztuka wyszła z mody. Chciała jeszcze ratować swoją popularność, próbując sił w innych malarskich stylach, lecz bezskutecznie. A gdy zmarł jej drugi mąż, ostatecznie porzuciła malowanie i wyjechała do Meksyku. Jej prace kolekcjonowali Jack Nicholson, Barbra Streisand i Madonna, ale jej sława ograniczała się głównie do znawców i wielbicieli art déco, co w historii sztuki stanowi jedynie dodatek do globalnego rynku sztuki.
Wszystko zmieniło się dopiero podczas jednej z londyńskich aukcji w 2020 roku, kiedy płótno „Portret Marjorie Ferry” z 1932 roku zostało sprzedane za 21,1 miliona dolarów.
Wspaniały pomysł: to będzie łatwiejsze i dużo tańsze – pomyślałam. Zaczęliśmy pracę w 2020 roku, w samym środku pandemii. Pomogli mi mąż, który pracował przy większości moich filmów, oraz mój 29-letni syn, który był m.in. montażystą.
Nie mieli wpływu na kształt wypowiedzi rozmówców. Powiedziałam im, że podążam za historią i że nie zawsze będzie to to, czego chcą i w sposób, w jaki chcą. Zgodzili się, ale oczywiście zdarzały się momenty, kiedy się kłóciliśmy. Ale, gdy obejrzeli ostateczną wersję, film im się spodobał. Powiedziano mi: „Tamara daje ci swoje błogosławieństwo z góry”. To było miłe.
Dali mi bardzo dużą wolność artystyczną, więc pod wieloma względami jest to moje spojrzenie na historię Tamary.
W czasie pracy nad dokumentem doświadczyłam ogromnej osobistej straty, zmarły moja mama i najlepsza przyjaciółka. Były momenty, gdy wszystko mnie przytłaczało i wtedy myślałam o Tamarze, o tym, przez co przeszła i jak potrafiła zamienić ból w coś pięknego.
Kopałam przez prawie 20 lat. Pojawiły się sugestie, że Tamara może być Żydówką, że jej ojciec był Żydem, ale widziałam tylko mnóstwo plotek, nic konkretnego. Rodzina ciągle powtarzała mi, że nie ma aktu urodzenia ani chrztu. Po prostu wiedziałam, że w jej historii kryje się coś więcej. Jako reżyserka poczułam odpowiedzialność i pewnego rodzaju powołanie, by stworzyć pełniejszy i bardziej uczciwy portret tego, kim naprawdę była.
Mam tysiące obserwujących w social mediach, więc w czasie pandemii zamieściłam post, by ktoś z Polski mi pomógł. Skontaktował się ze mną Artur Stępiński, który powiedział, że mieszka bardzo blisko cmentarza żydowskiego w Warszawie, gdzie pochowana jest jej rodzina. Marissa, wnuczka Tamary, powiedziała, że nikt z nich tego nie wie.
Po śmierci dziadków Łempicka trafiła do domu wujostwa Stifferów w Petersburgu. Tam po raz pierwszy zaznała, tak poszukiwanego przez siebie luksusu i życia wyższych sfer. Tam uczyła się w Akademii Sztuk Pięknych. Wieczorami chadzała na koncerty, recitale i do teatru. Na jednym z przyjęć poznała polskiego arystokratę, Tadeusza Łempickiego. I za niego wyszła. Wtedy zmieniła nazwisko.
Potem dotarłam do aktu chrztu Tamary, który potwierdził, że prawdziwe personalia Tamary Górskiej brzmiały Tamara Rozalia Hurwitz. Okazało się, że jej dziadkowie byli średnio zamożnymi Żydami, matka była Polką z żydowskimi korzeniami, a ojciec rosyjskim Żydem. To było szokujące! Bo to tak, jakby nagle okazało się, że Picasso nie nazywa się Picasso!
Dla rodziny to też było ogromne zaskoczenie. Tamara kłamała, ukrywała pewne rzeczy, ponieważ próbowała chronić swoją rodzinę przed prześladowaniami i okrucieństwem Holokaustu. Odkrycie postawiło ją w zupełnie innym świetle. Bo okazało się, że nie ukrywała swojego żydowskiego pochodzenia z próżności, to była strategia przetrwania. Europejski antysemityzm osiągnął wtedy apogeum, rodził się faszyzm. Myślę, że doświadczyła antysemityzmu i bała się o swoje życie.
Po co się odmłodziła? Kuratorka Gioia Mori z Włoch, czołowa ekspertka od twórczości Łempickiej, z którą się kontaktowałam w trakcie prac nad dokumentem, twierdziła, że to z czystej próżności. Ale też z powodów symbolicznych. Frida Kahlo, na przykład, zmieniła datę urodzenia z 1907 na 1910, ponieważ był to rok rewolucji. Tamara zaś chciała być kobietą nowoczesności nowego stulecia, nie chciała urodzić się w XIX wieku.
I ostatni powód, bo uwielbiała kłamać. Kiedy przyjechała do Paryża, powiedziała, że jej brat zmarł, ale to nieprawda, był komunistą i pozostał w Rosji, czego nie chciała zaakceptować.
Nie pokazałam jej jako kłamczuchy, ale raczej kogoś, kto znalazł sposób na to, by przeżyć. Była naprawdę niesamowita, odważnie pokonywała bariery. Była prawdziwym wzorem samodzielnej kobiety, która osiągnęła sukces dzięki własnej determinacji i wysiłkowi. Była pionierką. Otworzyła drzwi artystkom i kobietom w ogóle. Jako pierwsza wprowadziła w życie wiele rzeczy, z których korzystamy także dzisiaj: co oznacza bycie ikoną, jak się wypromować, z kim rozmawiać…
Nigdy nie widziano jej bez makijażu, bez zrobionych włosów, niesamowitych strojów, kapelusza czy biżuterii. No i zawsze pachniała francuskimi perfumami. Chodziła jak tancerka – z wyprostowanym kręgosłupem, odchylonymi do tyłu ramionami”
Jako uchodźczyni straciła swoje legendarne życie w Petersburgu. Gdy jej mąż Tadeusz trafił do więzienia politycznego po wybuchu rewolucji październikowej, podobno wdała się w romanse z wpływowymi osobami w Rosji, by go uwolnić. W 1918 roku całej rodzinie, wraz z malutką córeczką Marią Krystyną, którą nazywali Kizette, udało się wyjechać do Francji. W Paryżu szukała sposobu na utrzymanie całej trójki, malując portery bogatej burżuazji. Gdy Łempicki ją porzucił, sama wychowywała córkę. Miała liczne romanse, stworzyła swój wizerunek kobiety niezależnej, wolnej, pewnej siebie.
Tak samo jak kształtowała swoje życie, kreowała też twórczość. Malowała katolików i antysemitów, kochanków i kobiety, zarówno elegancko ubrane, jak i całkowicie rozebrane. Była pierwszą artystką, która kiedykolwiek malowała naturalnych rozmiarów portrety nagich kobiet przez pryzmat kobiecego spojrzenia. Prowokacyjny sposób, w jaki je przedstawiała, był wówczas uważany za skandaliczny. Jeden z krytyków nazwał ją złośliwie „perwersyjną Ingres”, odnosząc się do malarza neoklasycznego Jean-Auguste-Dominique Ingresa, słynącego z kobiecych aktów. Mimo to jej wyjątkowy styl uczynił ją jedną z najbardziej pożądanych portrecistek paryskiej elity.
Była mistrzowsko zaaranżowaną, przyciągającą tłumy osobowością w obłoku perfum, z karmazynowymi ustami i paznokciami, ubraną w kreacje Madame Grès, Paula Poireta i Schiaparelli. Większość jej biżuterii pochodziła z Europy lub Nowego Jorku. Opowiadała wnuczkom, że po tym, gdy straciła wszystko, i zaczęła malować, by zarabiać na życie, po każdym sprzedanym obrazie kupowała sobie diamentową bransoletkę. I nie przestawała malować, dopóki nie miała bransoletek od nadgarstka po łokieć. Bransoletki nie były po to, żeby się popisywać; były oznaką zabezpieczenia.
Lubiła też sama projektować swoje stroje wieczorowe – długie tuniki z pasującymi kapeluszami – wycinając jeden papierowy wykrój, który idealnie pasował, a następnie powielała go na różnych, lejących tkaninach jerseyowych, szytych przez jej krawcową.
Znała się na współczesnej fotografii, designie i modzie. W swoim domu kolekcjonowała szklane wazony i flakony perfum René Lalique’a, fotografie Jacques’a-Henri Lartigue’a i Brassaï’a i wiele innych. Dbała o przyjaźnie ze znamienitymi osobowościami swoich czasów, bo zawsze myślała o tym, jak prasa ją odbierze i jak zostanie zapamiętana. Nie miała nic przeciwko, gdy często pojawiała się w rubrykach towarzyskich gazet.
Była charyzmatyczna. Znała kilka języków, żyła pełnią życia, emanowała urzekającą aurą tajemniczości. I, co najważniejsze, stawiała czoła przeciwnościom losu z zimną krwią i determinacją. Choć była niezależna, potrafiła zadbać o siebie także poprzez dobry ożenek. Drugi raz wyszła za mąż za niezwykle bogatego barona Raoula Kuffnera de Diószegh, pochodzącego z dawnej części Austro-Węgier. Ale, gdy zrozumiała zagrożenie ze strony Hitlera, potrafiła szybko porzucić wygodne życie w Paryżu – wiedziała, że straciłaby życie, gdyby miasto zajęta armia niemiecka. Wyjechała w porę i uratowała życie mężowi, nalegając, by również uciekał. Na szczęście Stany Zjednoczone zaoferowały im azyl w 1939 roku, a ostatecznie także obywatelstwo.
Para wypłynęła do Nowego Jorku, następnie zamieszkała w Hollywood, wróciła do Nowego Jorku, a po śmierci barona w 1961 roku Tamara przeniosła się do Houston, a ostatecznie do Cuernavaca w Meksyku. Była wtedy znana jako baronowa Kuffner – większość z towarzystwa nigdy nie poznała jej artystycznego pseudonimu.
Najpierw straciła swój pierwszy kraj, Rosję, podczas rewolucji bolszewickiej i uciekła do Paryża. Jej drugi mąż był Żydem i osobą biseksualną i przeczuwając, co przyniesie nazizm, opracowała dla nich plan ucieczki. Straciła część rodziny w Holokauście. I gdy już mieszkała w willi w Beverly Hills, a trwała II wojna światowa, malowała uchodźców, głodnych, brudnych i smutnych. Mogła po prostu nadal malować bogaczy i arystokratów, ale nie. A pieniądze ze sprzedaży przyznała na pomoc tym ludziom. Była prawdziwą artystką. I miała serce.
Nigdy nie miałam niczego tak cennego. To takie wyjątkowe, bo znam tę historię i wiem, jak ważna dla Tamary była Ira. Opowiadam o ich związku w filmie. Tamara namalowała Irę dwanaście razy i te portrety należą do jej najbardziej ikonicznych, a ja mam ten pierwszy.
Jej wsparcie było naprawdę inspirujące, dało mi motywację, której potrzebowałam, żeby kontynuować. Gdy wątpiłam, powtarzałam sobie, że jeśli Barbra Streisand wierzyła w ten film, to ma to wartość i pracowałam dalej.
Angelica zagrała artystkę w najdłużej granej sztuce w Los Angeles „Tamara: the living movie”, która była fantastyczna, ludzie musieli czekać miesiącami na bilety, przyjeżdżały gwiazdy… Na scenie nosiła biżuterię Tamary i zieloną sukienkę w stylu tej z obrazu „La Belle Rafaëla” z 1927, jednego z najbardziej zmysłowych i ikonicznych aktów Tamary, przedstawiający jej muzę i kochankę poznaną w Lasku Bulońskim.
Obraz kupił Jack Nicholson, z którym Angelica była wówczas w związku. I to on podarował jej biżuterię Łempickiej i zieloną sukienkę, którą założyła na rozdanie Oscarów w 1985 roku, kiedy zdobyła statuetkę dla najlepszej aktorki za „Honor Prizzich”.
Pewnego dnia ponad dwie dekady później Marisa, wnuczka Tamary, znalazła list, który Kizette, córka Tamary, napisała po tamtej oscarowej gali do Anjeliki – pytając, czy jej tata, Jack Huston nie chciałby wyreżyserować filmu o Tamarze Łempickiej, a jej brat Danny Huston w nim zagrać. Anjelica odpisała: „Przepraszam, ale teraz nie pracuję ani z tatą, ani z bratem. Zamierzam produkować i reżyserować własne projekty”.
Zareagowała po prostu na subtelne uprzedzenie, które wciąż tak głęboko jest zakorzenione – skupienie się na mężczyźnie, a nie na utalentowanej kobiecie. Dlatego, gdy Marisa pokazała mi ten list, postanowiłam napisać do Angeliki i wyjaśnić, że rodzina stara się o film o Tamarze od ponad 40 lat, a ja próbuję to kontynuować i byłabym bardzo wdzięczna, gdyby udostępniła nam swoje nagrania audio. Dostałam je bezzwłocznie.
Zrobiłam też wywiady z ludźmi z Broadwayu, bo 2 lata temu wystawiano tam musical „Łempicka”. A także z marszandami, ekspertami, kolekcjonerami sztuki, bo krytycy wciąż mają problem z poważnym traktowaniem Łempickiej.
Jej najbardziej ikoniczne dzieła pochodzą z lat 20. XX wieku. Wyobraźcie sobie – były tak świeże, inne, że musiały sprawiać wrażenie, jakby statek kosmiczny przyleciał z nimi na Ziemię. Do dziś są tak charakterystyczne, że nie można ich pomylić z niczym innym. Kiedy widzicie obraz Łempickiej, wiecie to, czujecie to i to jest niezaprzeczalne.
Miliarder Warren Buffett mówi, że „kobiety są mężczyznami świata”, tylko muszą wstać z kolan i to zrozumieć. Przecież my, kobiety, stanowimy 51 procent populacji, a nasze głosy wciąż nie są słyszane. Tamara nigdy nie była uległa. Przez cale życie musiała mierzyć się z seksizmem, antysemityzmem, ageizmem – wszystkimi tymi okropnymi „izmami” – i wciąż domagała się, by świat, który nie chciał widzieć kobiet, Żydów, osób LGBTQ+, indywidualistów ani niczego, czym ona była, docenił jej odmienność.
Bycie queerową kobietą na początku XX wieku z pewnością wiązało się z komplikacjami, ale nie przeszkadzało to jej urządzać szalonych imprez, również w paryskim queerowym podziemiu – według historyków miała w tym finansowy cel: rozgłos przyciągał więcej bogatych klientów, którzy zamówią u niej portrety i sowicie zapłacą.
Gdy Streisand sprzedała na aukcji jeden z jej obrazów – „Adam i Ewa” za 1,98 miliona dolarów – dała duży rozgłos Tamarze, zwróciła uwagę na wartość jej dorobku. Wcześniej prace Łempickiej były sprzedawane w piwnicach domów aukcyjnych, a jej dzieła uznawano za zaledwie sztukę dekoracyjną. Od tamtej pory ich ceny wciąż rosną.
W 2020 roku „Portret Marjorie Ferry” poszedł pod młotek za 21,1 miliona, ustanawiając nowy rekord aukcyjny dla niej [to także najdrożej sprzedane dzieło polskiego artysty w historii – przyp. red.]. A trzy miesiące wcześniej „La tunique rose” została sprzedana za 13,3 mln dol. W ub.r. padł kolejny rekord – obraz „La Belle Rafaëla” anonimowy nabywca kupił za 10,1 mln ddol.
Ale prawdą jest, że nadal dzieło artystki można kupić znacznie taniej niż dzieło artysty.
Gdyby żyła, wzięłaby udział w moim filmie, ale domagałaby się dużo większego budżetu (śmiech). I doceniłaby to, że pokazaliśmy złożoność jej życia. A widząc tak duże zainteresowanie na całym świecie, cieszyłaby się, że wciąż fascynuje i prowokuje do rozmów.
Polacy bardzo się tym filmem zainteresowali; myślę, że polska publiczność rozumie Tamarę najlepiej. Łączy się nie tylko z jej sztuką, ale też z jej życiem.
Potrzebujemy więcej takich kobiet, by się wspierać, a nie tylko walczyć ze sobą. ﹡