Tomasz Tomaszewski
„Właśnie dlatego dobre fotografie są najczęściej milczące”
20 czerwca 2026
tekst: Małgorzata Wakuluk
zdjęcia: Tomasz Tomaszewski
Autorytet, nie tylko fotograficzny. Jeden z najwybitniejszych fotoreporterów na świecie, dla którego fotografia to narzędzie filozoficznej refleksji i artystycznego wyrazu. Tomasz Tomaszewski – fizyk z wykształcenia – jest artystą, który od ponad 50 lat patrzy na świat przez obiektyw aparatu, nie tylko dokumentując rzeczywistość, ale także głęboko ją interpretując. Jest wieloletnim współpracownikiem „National Geographic”; zaś jego publikacje m.in. „Cyganie polscy”, „To, co trwałe. Górale, tradycja i wiara”, „Ostatni. Współcześni Żydzi polscy”, „Niezwykła Hiszpania”, „W Centrum” czy „W poszukiwaniu Ameryki” zyskały rozgłos w Polsce i na świecie. Był również jurorem prestiżowego konkursu fotografii prasowej World Press Photo. Za wybitną twórczość został odznaczony medalem Zasłużony Kulturze Gloria Artis.

To nie jest zwykły wywiad. To rozmowa ucznia z Mistrzem. Małgorzata Wakuluk – z wykształcenia choreografka, z pasji fotografka. Inicjatorka Stowarzyszenia Polish Women Photographers, które promuje twórczość polskich fotografek – zanim zaczęła robić zdjęcia, marzyła o nauce w Akademii Fotografii Tomasza Tomaszewskiego. Mistrz jest bowiem nie tylko wybitnym fotoreporterem, ale i niezwykłym edukatorem. Uczy tam fotografii, ale przede wszystkim sposobu patrzenia na świat. I że wszystko zaczyna się od człowieka, a nie od aparatu.

Do Akademii dostała się w 2017 roku. Tak wspomina: – Rok minął błyskawicznie, a ja miałam wciąż ogromny niedosyt. Zostałam więc na kolejny rok. Program był w dużej mierze podobny, ale nigdy się nie nudziłam, bo nauczyciel za każdym razem potrafił otworzyć nowe drzwi. Takiej dawki wiedzy, nie tylko fotograficznej, ale także filozoficznej, humanistycznej i zwyczajnie życiowej, nie otrzymałam później od nikogo. To właśnie on nauczył mnie płynąć pod prąd, być uważną na drugiego człowieka, nie dać się zwieść pozorom i ufać własnej wrażliwości. To on jako pierwszy dostrzegł, że noszę w sobie historię, którą powinnam opowiedzieć. Zachęcił mnie również do wyjazdu do Indii i fotografowania społeczności Dalitów. I tak narodził się projekt „Touch Untouchables”, który do dziś pozostaje jednym z najważniejszych projektów w moim życiu. Pamiętam wykłady, do których Tomek był zawsze perfekcyjnie przygotowany. Pamiętam rozmowy, które zostawały w głowie na długo po zakończeniu zajęć. Gdybym mogła, studiowałabym tam bez końca.

Nauki Tomaszewskiego są niczym dekalog:
– Widzieliśmy już wiele takich samych obrazów i historii na zdjęciach, w telewizji czy filmach. Szukajmy więc nie tego, jak coś wygląda, ale tego, jak można to pokazać w zupełnie nowy sposób.
– Zdjęcie, które nie wywiera żadnego wpływu ani nie skłania do refleksji, jest tylko pustym kadrem.

– Bardzo uważnie planuję wszystkie ujęcia, dlatego nie używam trybu zdjęć seryjnych. Zawsze wykonuję pojedyncze zdjęcie. Gdy naciskam spust migawki, muszę wiedzieć, dlaczego to robię. Muszę mieć powód: coś musi mnie zaskoczyć lub zachwycić.
– Świetne zdjęcie powinno zawierać sekret lub metaforę. Gdy tworzysz coś tajemniczego, staje się to bardziej wartościowe. Podobnie jest z fotografią.
– Zdjęcie o wszystkim jest o niczym.
– Osiągnięcie perfekcji polega na minimalizmie, redukowaniu zdjęcia do najbardziej podstawowych elementów i przekazywaniu odpowiedniego znaczenia. Na zdjęciach chcę osiągnąć taki efekt, aby nie można było z nich usunąć nic więcej, nawet koloru.
– Dąż do tego, aby innym zrozumienie zdjęcia zajęło zaledwie ułamek sekundy.

Skarbnica myśli, wskazówek i pouczeń Mistrza jest tak duża i wartościowa, że uczestniczący w jego warsztatach z całego świata chłoną tę wiedzę, wychodząc poruszonymi i odmienionymi. Wakuluk przez lata to obserwowała – aż zapragnęła, by porozmawiać z Tomaszewskim nie tylko jako jego studentka, ale również jako osoba próbująca zrozumieć fenomen jego twórczości. Spotkali się dwukrotnie i rozmawiali przez wiele godzin. LIBERTYN.eu publikuje fragment tych spotkań.

— Ta rozmowa jest dla mnie spotkaniem z człowiekiem, który dużo zmienił w moim myśleniu o fotografii, ale też o życiu. Czy zastanawiasz się czasem, jak bardzo wpływasz na ludzi?
— To nie jest powód, dla którego uczę. Oczywiście jest mi miło, kiedy widzę rezultaty, ale głównym powodem jest poczucie obowiązku. Jeśli człowiek zdobył doświadczenie, powinien się nim dzielić. I w ogóle dzielić się powinien.

Ogromną satysfakcję daje mi obserwowanie ludzi zdeterminowanych. Sukces zależy od kilku rzeczy: zaangażowania, determinacji właśnie i gotowości do podważania samego siebie. Ja sam też często próbuję kwestionować własny pomysł. Sprawdzić, czy ma sens. To tak, jak z dochodzeniem do prawdy, przez tezę i antytezę.

Przez Akademię przewinęło się już ponad dwustu uczestników. Niektórzy osiągnęli coś, co zwykło się nazywać karierą, ale dla mnie ważniejsze jest to, czy poczuli sens tego, co robią, czy spotkania wystarczająco pobudziły świadomość.

Wiele osób mówi mi później, że zmienił się ich sposób myślenia o świecie. I to daje poczucie, że ten wysiłek miał sens. Bowiem trudno mówić o szczęśliwym życiu, jeśli nie zostawia się po sobie jakiegoś dobra, a ja mogę dzielić się tylko tym, co posiadam, czyli wiedzą i doświadczeniem.
— A długo dojrzewałeś do roli edukatora?
— To jest trwający proces, szczególnie, że ja sam także się uczę. Wydawało mi się, że powinienem pójść na socjologię i tak zakończyć edukację, ale miałem ojca radykała, który powiedział, że co prawda żyję w kraju zniewolonym, ale w domu panuje jednak wolność, więc mogę sobie wybrać dowolne studia, pod warunkiem, że będzie to fizyka albo filozofia. Reszta jest nauką zawodu i będę miał na to czas później.

Jednocześnie doskonale jednak rozumiał moje potrzeby. Mówił mi, że dobrze, iż mam te ciągoty artystyczne, i że w takiej sytuacji powinienem pamiętać, iż każdy cywilizowany i wykształcony człowiek ma dwie ojczyzny. Jedna to jego własna, a druga to Włochy.
— Włochy?
— Bo, jak mówił, Pan Bóg, który tworzył wszechświat, nie był sprawiedliwy i Włochom dał więcej. A może nawet trochę za dużo.

I coś w tym jest. Mają światło. Mają poczucie piękna. Potrafią cieszyć się życiem. Jak patrzysz na małe włoskie miasteczko popołudniową porą, gdzie na ławeczce siedzą starsi mężczyźni, oparci o laski, to nawet sam sposób, w jaki są skomponowani, może człowieka wprowadzić w stan nirwany. Tam wszystko się zgadza. Buty wypastowane, spodnie wyprasowane w kant, marynarka pasuje do koloru koszuli, bardzo często jest jeszcze krawat. Wyglądają tak, jak mężczyzna wyglądać powinien. Nawet pasek do spodni ma znaczenie.

Ojciec powtarzał mi, że jeśli tylko komuna cudem przydzieli mi paszport, to moim psim obowiązkiem będzie natychmiast spróbować tam pojechać i to wszystko zobaczyć. A póki co, mam kupować książki, oglądać malarstwo renesansowe i uczyć się patrzenia. Uczyć się piękna.
— A kiedy zrozumiałeś, że fotografia jest dla Ciebie czymś więcej niż tylko Twoim zawodem?
— To się zmieniało bardzo powoli, zanim przekształciło się w wiedzę. Na początku miałem dość naiwne przekonanie, że fotografia ma w sobie jakąś nadprzyrodzoną moc. Z czasem pojąłem jednak, że ten moment olśnienia jest jednak wynikiem wiedzy, świadomości i doświadczenia. Oczywiście akceptuję intuicję, ten cudowny przebłysk, gdy nagle rzeczy z niewiadomych powodów stają się klarowne, choć trudne do nazwania. Ale nawet wtedy, gdy decyzja była natychmiastowa i nie było czasu pomyśleć, to widzę, że stoi za tym wszystko, co wcześniej zrozumiałem, że to raczej wiedza pozwala mi zobaczyć. Widzisz to, na co kierujesz wzrok, a kierujesz na to, co potrafisz nazwać, co pojmujesz.

Dla mnie fotografia jest sposobem odczuwania świata. A ponieważ odczuwanie i myślenie są ze sobą powiązane, to zaczynasz rozumieć, że fotografia jest po prostu innym sposobem myślenia o świecie.

Gdybym potrafił to, co czuję dobrze opisać, pewnie nie dźwigałbym tego sprzętu i nie niszczył kręgosłupa, tylko podróżowałbym z piórem i notesem. Chociaż to pewnie wzbudzałoby większe podejrzenie niż aparat, bo kiedy masz go na piersi, to od razu wiadomo, po co przyszedłeś. I dlatego tak radośnie korzystam z myśli Elliotta Erwitta, że cały sens robienia zdjęć polega na tym, że nie musisz tłumaczyć rzeczy słowami.

Chociaż przyznaję, że nie wierzę, aby fotografia miała istotny wpływ na nasze poglądy dotyczące sensu życia czy cywilizacji, gdyż niczego nie tłumaczy, a jedynie pokazuje, to jednocześnie widzę, że posiada wystarczającą siłę perswazji, żeby nas przekonywać, korygować.

Ale takich zdjęć jest niewiele. Szczególnie jeśli chodzi o współczesną fotografię. Mam bowiem nieodparte wrażenie, że żyjemy w świecie – może to zabrzmi brutalnie – pewnej bezradności twórczej, anemii, impotencji. Jesteśmy chyba pierwszym pokoleniem, które nie zaproponowało niczego naprawdę nowego.
— Jaki jest Twój pogląd na kondycję fotografii humanistycznej?
— Ta zanika. Tak to czuję. Fizycznie wręcz czuję, że to znika z horyzontu.

Zawsze uważałem, że nowoczesne technologie zabijają w nas człowieczeństwo. Zamiast skupić się na treści i dopasować do niej formę, zaczęliśmy zajmować się wyłącznie formą.

Ratujemy się, dołączając do miałkiego, banalnego obrazka słowny opis. Często zbyt długi. Taki, który mówi o rzeczach, których w samym obrazie w ogóle nie ma. Pisany niechlujnie, z błędami, bez przecinków tam, gdzie powinny być, z użyciem słów wyświechtanych, zmarłych z przegrzania, nieposiadających znaczeń.

Moim zdaniem, młode pokolenie fotografów w tej chwili nie ma nic ciekawego do powiedzenia. Dlatego upatrują szansy w różnych sztuczkach, które dostaliśmy za darmo jako element programów komputerowych. Za bardzo zachłysnęli się technologią. Dzisiaj wszystko jest tak niesamowicie łatwe, że nie trzeba żadnej wiedzy, żeby stworzyć obraz, który wygląda dziwnie albo efektownie. To – jak nas uczy profesor Tadeusz Gadacz, wybitny filozof – cywilizacja ułatwień, cywilizacja prawego kciuka, wystarczającego do wysyłania sms-ów.
— Współcześni fotografowie i fotografki nastawiają się bardziej na efekt niż na to, że mają coś ważnego do przekazania?
— Nawet nie wiem, czy na efekt. To są nowi ludzie, którzy mają doskonale rozpoznany rynek. Znają pojęcie self-promotion. Wiedzą, na co rynek reaguje, więc robią zdjęcia, o których wiadomo, że zwrócą uwagę, bo reprezentują wygodną prostotę.

To trochę jak obrazy drukowane na tapetach, które wieszamy w mieszkaniach. Tam nie może być nic skomplikowanego, bo ludzie czuliby się zagrożeni. To taka wizualizacja Syberii kultury.

To pokazuje też, że pokolenie telefonu komórkowego nie zajmuje stanowiska wobec świata. Po prostu płynie razem z nim. Myślę, że głos artystów, który kiedyś był głosem elity, po prostu się rozmył. Od elity dostawaliśmy rzeczy najlepsze. Elita była wyjątkowa, wykształcona, oryginalna, umiejąca myśleć krytycznie i dlatego była w stanie zaoferować coś, co reprezentowało wartość. Dzisiaj ten głos rozpłynął się w demokratycznym szumie wszystkich, którzy zostali dopuszczeni do tego, żeby wypowiadać się na każdy temat. Bo jeśli ktoś mówi, że „wszyscy jesteśmy artystami”, to przepraszam bardzo, ale z tego nie może wyniknąć nic dobrego. Może wszyscy jesteśmy w stanie zrobić ostre zdjęcie. Bez żadnej wiedzy naciskasz guzik telefonu i powstaje technicznie poprawny obraz.

Ale czy to będzie fotografia, która wywoła refleksję? Która poruszy emocje?
— Kiedy uczyłam się u Ciebie, stale powtarzałeś, że fotografia musi być w prawdzie. A dziś mam wrażenie, że tej prawdy coraz częściej w niej brakuje. Czy ktoś taki jak James Nachtwey w ogóle odnalazłby się w tych czasach?
— Trudno mi sobie wyobrazić, jak on dzisiaj myśli o rzeczywistości. Fizycznie jeszcze daje radę, choć ma kilka szrapneli w nogach. Ale jego kondycja psychiczna może już nie pozwalać na takie szaleństwo. Rozmawiałem z nim zresztą. Chciałem sprowadzić jego wystawę „Memoria” do Polski, ale ostatecznie się to nie udało. I to mnie bardzo zdziwiło, bo wydawało mi się, że nie ma lepszego miejsca niż Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie, żeby pokazać coś tak ostatecznego, jak jego fotografia. Myślałem, że to będzie proste. Skrzynie z pracami były gotowe i zdeponowane w Sztokholmie. To przecież niedaleko. A jednak się nie udało.

Zamiast tego mamy białe ściany i tak zwaną sztukę nowoczesną.
— To brzmi tak, jakbyśmy przestali potrzebować fotografii, która pokazuje prawdę. Takiej, która mówi o rzeczach ważnych, dziejących się tuż obok nas, o rzeczywistości, której nie trzeba wymyślać ani dopisywać do niej znaczeń. Wszystko zaczyna wyglądać podobnie, obrazy tworzone głównie po to, żeby zatrzymać uwagę na kilka sekund.
— Ludzie zajmują się powielaniem. Robieniem tego, co uzyskało więcej lajków na Instagramie czy na Facebooku, bo obecnie najważniejsza jest klikalność. A przecież postęp bierze się z negacji, nie z powielania.

Nie sądzę, żebyśmy oferowali dziś coś naprawdę oryginalnego i ciekawego. Ale to też jest przejaw schyłku każdej epoki. A wiadomo, czym kończy się każda cywilizacja. Śmiercią.

Być może jesteśmy właśnie na takim zakręcie. Być może zmierzamy w stronę samozagłady. I być może będziemy pierwszą cywilizacją, która zniszczy się na własne życzenie. Bo to, co mogłoby nas jeszcze uratować, jest po prostu ekonomicznie nieopłacalne. Więc nikt się tym nie zajmuje. Ale patrząc na historię, widzę pewien powtarzający się mechanizm. Zanim dochodzi do całkowitej zagłady, zawsze pojawia się jakaś niezależna myśl. Być może więc i tym razem pojawi się ktoś, kto po prostu nie wiedział, że czegoś nie można lub nie opłaca się zrobić i po prostu zrobi to.

Na to liczę.
„Sukces zależy od dobrych decyzji. Dobre decyzje zależą od doświadczenia. Doświadczenie bierze się ze złych decyzji”
— Czy naprawdę tylko w tej nieświadomości, co wolno a czego nie opłaca się robić, można jeszcze upatrywać przełomu?
— Większość naprawdę wartościowych rzeczy bierze się jednak ze świadomości człowieka, czyli z jego wiedzy. Tymczasem obecnie tak pędzimy, że mało kto poświęca czas na własną edukację. Zachłysnęliśmy się łatwością narzędzi, które dostaliśmy. Wśród nich jest oczywiście AI.

Otóż, przeżyłem ostatnio coś niezwykłego. Poproszono mnie, żebym na bardzo prestiżowym festiwalu fotograficznym został jurorem. Było wiele kategorii. Ja podszedłem do tego pokornie. Jak zwykle wszystko przeanalizowałem i wybrałem, według mnie, najciekawsze zdjęcia. Miałem opór przed kategorią „zdjęcia wykonane telefonem komórkowym”, ale i w tym wypadku zajrzałem do środka i okazało się, że i tam znalazłem sporo bardzo ciekawych fotografii, więc również dokonałem wyboru.

Nie potrafiłem znaleźć w sobie argumentu, który przekonałby mnie, żeby zająć się kategorią „sztuczna inteligencja”. A taka kategoria w konkursach już istnieje. Sumienie mnie jednak dręczyło, więc pomyślałem: „dobrze, nie będę wybierał w tej kategorii, ale przynajmniej zobaczę, co to jest”. Przejrzałem te obrazy i byłem wstrząśnięty. Absolutnie wstrząśnięty.

Poziom banału był niewyobrażalny. Technicznie doskonałe obrazy, pozbawione treści, o poziomie mentalności początkującego licealisty. I co więcej, po obejrzeniu dwudziestu takich prac miałem wrażenie, że ciągle patrzę na to samo.
— Powtarzalność.
— …i efekciarstwo. Dlatego chcę to podkreślić jeszcze raz: sztuczna inteligencja jest sztuczna.

Jeśli nie masz wiedzy, świadomości i niczego oryginalnego do powiedzenia, nie trzeba tego od razu ogłaszać całemu światu. To wszystko niestety szybko wychodzi na jaw, szczególnie kiedy używasz algorytmu i narzędzi AI. Fotografia, przynajmniej od ostatnich 20 lat, przestała już odczarowywać świat i pokazywać, jak wygląda. To już zostało zrobione. Ona zaczęła bardziej reprezentować samego twórcę. Oglądając zdjęcia, dowiadujemy się więcej o autorze niż o świecie, który pokazuje. Bo ten świat już znamy. Natomiast w przypadku tej kategorii, jest on przez autora przetłumaczony, zreinterpretowany. I teraz, kiedy patrzysz na te obrazy generowane przez AI, wychodzi na jaw, jak banalne potrafią być osobowości autorów.

Ale to jest też kolejny wątek: o umiejętności czytania fotografii. Nie każdy dostrzeże tę banalność i też nie musi każdemu przeszkadzać.
— Problemem nie są chyba narzędzia, tylko to, że coraz częściej przestajemy przez nie samodzielnie myśleć i szukać głębiej.
— Absolutnie. To jedno z największych zagrożeń. Przestajemy używać mózgu, który szybko się rozleniwi i po prostu obumrze. Tylko, że w przeciwieństwie do żołądka nie da nam znać, że jest pusty.

Używamy głównie płatów czołowych, gdzie gromadzimy najbardziej podstawową wiedzę. Ale żeby dojść do refleksji, trzeba połączyć to z tym, co jest głębiej, z tyłu, tam, gdzie gromadzone są najciekawsze doświadczenia. Jeśli nie używasz tej drugiej części, ona po prostu obumiera.

Dużo czytam o mózgu i śledzę najnowsze badania. David Eagleman na przykład, jeden z najlepszych neurobiologów, pokazuje w badaniach zanik aktywności mózgu u amerykańskiej młodzieży, która żyje z ekranem telefonu. Ich świat ma wielkość tego ekraniku, bo nie potrzeba żadnej refleksji, wysiłku, żeby wpisać coś w Google i od razu dostać odpowiedź.
— Czy w świecie, w którym reportaż fotograficzny praktycznie zniknął z prasy, media przestały potrzebować pogłębionych historii, widzisz jeszcze szansę na jego powrót?
— Myślę, że reportaż wbrew pozorom ciągle żyje. To wynika z naszych autentycznych, głębokich potrzeb. Są wciąż ludzie, którzy myślą, mają własne zdanie i chcą je wyrazić. Czują sprzeciw wobec kierunku, w którym zmierza cywilizacja, i chcą zabrać głos. Robią to często za własne pieniądze, ponosząc koszty, czasem cierpiąc.

Pytanie tylko, czy istnieje jeszcze przestrzeń, w której można to pokazać. Z tym jest coraz gorzej.

Nadzieją pozostaje Internet, ale on nie ma takiej siły oddziaływania, jaką miały kiedyś wielkie magazyny. W Europie „Stern” czy „Paris Match”, w Ameryce „Newsweek”, „Time”, a wcześniej jeszcze „Life” i „Look”. Nakłady były wielomilionowe, a siła rażenia tych materiałów wizualnych była niewyobrażalna. Potrafiły doprowadzić niemal do upadku rządów.
„Łatwiej zrobić dobry materiał fotograficzny o czymś, do czego ma się lekko negatywny stosunek”
— Dochodzimy do momentu, w którym znikają gazety i coraz mniej jest miejsc gotowych publikować dłuższe formy. Większość portali pisze dziś bardzo krótko, mając świadomość, że uwaga człowieka kończy się po kilku sekundach.
— Moim zdaniem, przeczytanie czegokolwiek dłuższego w Internecie jest po prostu trudne. Nasz mózg nie jest jeszcze gotowy na tego typu doświadczenie, czyli na oglądanie rzeczy w świetle przechodzącym, a nie odbitym. Osobiście, jeśli znajduję tekst, który uznaję za ciekawy, natychmiast go drukuję.

Selekcji zdjęć też nie robię na ekranie komputera. Drukuję je w formie małych wglądówek i wtedy chaos, który próbuję uporządkować, jest łatwiejszy do opanowania. Na ekranie, mimo mojego doświadczenia, popełniłbym z pewnością bardzo dużo błędów.

W „National Geographic” nikt nie ośmiela się edytować zdjęć wyłącznie na ekranach komputerów, mimo że mamy tam najlepsze monitory i najlepsze komputery. Wszystko nadal jest drukowane i układane na ścianie.
— W Akademii często powtarzałeś, żeby przy selekcji zdjęć do materiału wracać następnego dnia. Bo emocje, w jakich budujemy historię, mają ogromny wpływ na to, jak ją widzimy.
— Jeśli popełnisz błąd i następnego dnia wrócisz do materiału, ten błąd sam zaczyna się zgłaszać. Widać, że coś nie działa, że nie ma spójności.

Miałem ostatnio takie doświadczenie. Przyjechała do mnie osoba z wieloma zdjęciami. Rozłożyliśmy je na stole. Pokazałem jej prosty mechanizm, kilka kroków, i powiedziałem: „jeśli będziemy się tego trzymać i nie będziemy niczego przyspieszać, zobaczysz, że ten chaos da się opanować”. Po trzech godzinach mieliśmy materiał złożony z trzydziestu kilku zdjęć. Połowę odrzuciliśmy. I nagle pojawiła się historia. Z początkiem, rozwinięciem i puentą, jak w greckiej tragedii. Na ekranie komputera byłoby to niemożliwe, lub dużo trudniejsze i zapewne gorsze.
— Często rozróżniasz zdjęcie i fotografię. Na czym polega różnica?
— Żyjemy dziś w świecie obrazków. Czegoś, co najprościej można by nazwać kiczem. Kicz jest jednoznaczny, łatwo rozpoznawalny, natychmiast czytelny. Nie prowadzi do wniosków ani refleksji. Pozbawiony jest też innej treści, czyli myśli. To jest właśnie zdjęcie. Ono przede wszystkim uwodzi nasze zmysły. Oczywiście są też zdjęcia użytkowe, pragmatyczne. Takie, które informują, pokazują rzeczywistość, coś dokumentują. One mają swoją funkcję i są potrzebne.

Ale fotografia jest czymś zupełnie innym.

Definicji jest pewnie nieskończenie wiele, ale dla mnie fotografia to obraz, który dostarcza mi rozpoznawalnych elementów. Po chwili wiem, na co patrzę. Drzewo jest drzewem, oko jest okiem, dłoń jest dłonią, trąba słonia jest trąbą słonia. Nie jest to na tyle udziwnione, żebym zaczął się zastanawiać, czy to na pewno trąba słonia, czy może szlauch do podlewania ogrodu. To jest warstwa informacyjna, którą francuski filozof, krytyk kultury i jeden z najważniejszych myślicieli XX wieku, Roland Barthes, nazwał studium.

Później zaczyna się coś znacznie ważniejszego. Znaczenie tych elementów przestaje być oczywiste. Patrzysz na obraz i zaczynasz się zastanawiać, dlaczego wygląda właśnie tak i co to może znaczyć.
— A jaką fotografią Ty sam się zajmujesz?
— Fotografią dziennikarską, dokumentalną. Czyli taką, która pokazuje świat takim, jakim jest, a nie takim, jakim ja chciałbym, żeby był. Moim zadaniem jest, żeby fotografia była przezroczysta. Żebym niczego nie tworzył, nie konfabulował i nie zmieniał rzeczywistości, którą odbieram jak iluzję, choć bardzo upartą. Nie wiem nawet, czy świat naprawdę istnieje, mam co do tego wątpliwości, ale staram się być uczciwy. Najważniejsze – nie kłamać.

Staram się absolutnie trzymać z dala od fałszu. I szukać piękna w tym, co w rzeczach jest niezbędne. I kiedy bardzo się na tym skupiam, mam wrażenie, że dopiero wtedy te rzeczy zaczynają istnieć. Jakby fotografia powoływała je do życia. Dzięki temu powstają obrazy, których większość ludzi nigdy by nie zobaczyła, gdyby nie te kadry.
— Gdyby nie zostały przez Ciebie zauważone.
— Tak. I towarzyszy mi to za każdym razem, kiedy wychodzę fotografować. Dlatego robię bardzo mało zdjęć. Czego wszystkim życzę.

To nie jest kwestia „strzelania” serią. Za każdym razem zadaję sobie pytanie: czy to ma treść? Czy to mnie naprawdę zadowala? I szukam wszystkiego, co psuje formę. Staram się to usunąć z kadru. Fotografia to eliminacja, redukcja, ujmowanie. Tak długo usuwam zbędne elementy z kadru, aż osiągam stan, w którym nie można już nic więcej usunąć, aby było lepiej, aby uzyskać pożądaną harmonię, do której tak bardzo dążę.
— Ale nie w Photoshopie.
— Tylko poprzez zmianę pozycji, podejście bliżej, zmianę kąta widzenia, zanim ostatecznie nacisnę migawkę.
— Wiele razy mówiłeś, że fotografia potrafi ocalić ludzką godność. Czy równie łatwo może ją człowiekowi odebrać?
— Tak, oczywiście.

Ja bardzo rzadko korzystam z formalnych zgód, bo nie fotografuję przeciwko ludziom. Większość moich zdjęć powstaje w przestrzeni publicznej. Ale kiedy wchodzisz w przestrzeń prywatną, bardzo osobistą, trzeba być niezwykle ostrożnym. Pilnować tego, aby zdjęcia nie były używane w nowym, innym kontekście. Wtedy zmieniają znaczenie i tym można łatwo skrzywdzić.

Wydaje mi się, że jeśli naprawdę widzisz człowieka w drugim człowieku, jeśli potrafisz odczuwać współczucie i empatię, to rzadko będziesz robić zdjęcia, które świadomie go krzywdzą. Fotografia może być mocna, radykalna, nawet drapieżna, ale nie powinna odbierać człowiekowi człowieczeństwa.

Dla mnie istnieje ogromna różnica między obrazem, który epatuje cierpieniem, a obrazem, który prowokuje do refleksji. Jeśli fotografia pomaga nam coś zrozumieć, zatrzymać się, skorygować własne zachowanie, wtedy pojawia się w niej pewne nadrzędne dobro. I chyba właśnie tam przebiega dla mnie granica.

Kiedy fotografuję ludzi, mam poczucie, że oni bardzo dobrze wyczuwają emocje i intencje fotografa. Wolą mieć obok siebie kogoś, komu naprawdę zależy i kto się nimi przejmuje, niż kogoś o zimnym sercu jak zupa w przydrożnym zajeździe, którego nic nie obchodzi, poza tym, żeby zrobić zdjęcie. Jeżeli patrzysz na kogoś, widzisz w nim osobę, człowieka i przejmujesz się jego losem, to moim zdaniem po pierwsze zwrócisz uwagę na zupełnie inne elementy i naciśniesz migawkę w innym momencie, niż kiedy będziesz widzieć w nim aktora, którego trzeba przyłapać na najbardziej efektownym geście.

To właśnie różni fotografię dokumentalną od ulicznej, street photography. Ta pierwsza wymaga empatii, zaangażowania, stanowiska. Ta druga wynika z naszego oportunizmu, z nastawienia jedynie na własny sukces.
— Mam wrażenie jednak, że we współczesnej fotografii brakuje empatii.
— Widzę dziś wiele zdjęć perfekcyjnie skonstruowanych, technicznie znakomitych, ale jednocześnie niewyobrażalnie zimnych. Nie ma w nich troski o drugiego człowieka ani prawdziwego przejęcia się jego losem. Mam raczej wrażenie, że oglądam w odbiciu ego fotografa, który jest zainteresowany głównie doraźną korzyścią.

Przy fotografii dokumentalnej szczególnie ważna jest intelektualna uczciwość. Nie konfabulować, nie oszukiwać zdjęciami. W kontekście dziennikarskim to imperatyw.

Jeśli zaś zajmujesz się sztuką, która jak wiadomo jest sztuczna, to to w ogóle przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie. Możesz wtedy zmienić kolor włosów, oczu, kształt twarzy i tak dalej.

Jednocześnie widzę, że bardzo popularne dzisiaj zdjęcia uliczne są doskonale skonstruowane, bardzo nowoczesne, bardzo efekciarskie i jednocześnie chłodne jak kurczak w galarecie. Więc nie działają. Nie mogą być efektywne, dlatego że nie wywołują rzeczy podstawowej, jaką jest emocja. Nie doprowadzają do emocji wystarczającej, żeby chcieć to zdjęcie zapamiętać i na podstawie refleksji skorygować własne życie. To jest jakaś anemia dotycząca dużego procentu fotografii, która dzisiaj powstaje.

One oczywiście ujawniają oryginalny, wizualny talent autora, często piękno i różnorodność codziennego życia, jego ukrytą poezję, ale przez swoje zaskakujące podobieństwo, które pochodzi z tej samej motywacji, stają się dla mnie często męczącym, monotonnym i powtarzalnym doświadczeniem, prowadzącym najczęściej jedynie do refleksji nad zdolnościami fotografa.

Jeszcze dochodzi do tego nadmierna stylizacja zdjęć. Miałkie obrazy ratowane są przez sztuczki Photoshopa.
— I wtedy przestają być fotografią autorską.
— Niedługo dojdziemy do momentu, w którym nie będzie się już podkreślało, że zdjęcie zostało zmanipulowane, tylko przeciwnie – trzeba będzie zaznaczać, że fotografia jest naturalna, prawdziwa i powstała bez Photoshopa czy ingerencji sztucznej inteligencji.

Zostanie to odwrócone, ponieważ przestrzeń zostanie wypełniona superatrakcyjnymi zdjęciami, w których udział wzięły AI, algorytm i preset.
— W efekcie współczesna fotografia coraz częściej jest kopią kopii.
— Nic tak nie pokazuje cofania się w rozwoju jak powielanie cudzych rozwiązań. To nie może prowadzić do niczego dobrego poza prostym wnioskiem: ktoś zrobił to już wcześniej i zrobił to lepiej.

Dlatego tak ważna jest myśl Herberta, żeby płynąć pod prąd do źródła, bo z prądem płyną śmieci. Wystarczy dziś otworzyć Internet, żeby zobaczyć tysiące niemal identycznych zdjęć. Jakby zostały zrobione przez jedną osobę. I to jest również świadectwo lęku przed własną oryginalnością. Ludzie chyba nie wierzą, że ją posiadają.
— Okazuje się, że chyba tego najbardziej boimy się w życiu: jaką decyzję podjąć i dlaczego taką, a nie inną?
— Żeby ludziom ułatwić funkcjonowanie w tym skomplikowanym życiu, od zarania dziejów pojawiały się wspaniałe osobowości, które na samym końcu oferowały nam nową teorię chaosu, wyznaczały kierunek. Byli to wielcy myśliciele: Homer, Platon, Sokrates. I nie chodzi tylko o to, żeby naśladować ich koncepcję. Raczej o to, żeby wzorować się na ich osobowości, która charakteryzowała się umiejętnością oryginalnego, krytycznego myślenia. A ono dzisiaj jest w absolutnym zaniku. Ludzie biorą na wiarę nonsensy, którymi są atakowani przez media społecznościowe. Nie czytają, a jeśli czytają, to nie rozumieją. A jeśli rozumieją, to nie zapamiętują.

Panuje też terror opinii publicznej, paraliżujący strach przed wyrażaniem własnych niekonwencjonalnych myśli i odnoszę często wrażenie, że samo myślenie jest w zaniku, że zastępuje je aplikacja Google, że świat staje się głupszy.

Jak tłumaczył nam Lem, kiedy jeszcze żył, głównym dowodem na to, że istnieje cywilizacja pozaziemska, jest to, że nie próbuje się z nami skontaktować.
— Ty nie masz trudności podczas edycji z decydowaniem o tym, czy to jest zdjęcie, czy może już fotografia?
— Próbuję upraszczać swoje życie zawodowe. To dotyczy również edycji. Żeby ten proces nie zabierał nieskończenie długiego czasu, stosuję trzy kategorie: kicz, zdjęcie i fotografia.

Kicz eliminuję natychmiast, bez żadnego poczucia bólu. I tego jest po prostu najwięcej.

Zdjęcie bardzo często pozostaje na poziomie alegorii, symbolu, rzadko metafory. Jednocześnie także potrafi być niezwykle użyteczne, kiedy budujemy reportaż, książkę, wystawę czy esej fotograficzny. Pokazuje miejsce, ludzi, relacje, czynności. Jest wtedy niezbędnym elementem narracji. Zachowuję jedynie najlepsze.

Raz na jakiś czas zdarza się jednak coś więcej. Rodzaj epifanii. Objawienia. I wtedy taki obraz uzyskuje u mnie miano fotografii. Taki obraz posiada zarówno tajemnicę wizualną, jak i intelektualną. Fascynuje mnie i prowokuje do myślenia, ale nigdy nie daje ostatecznej odpowiedzi. Na tym polega wielkość fotografii, że ona właściwie nigdy się nie kończy. Jest trampoliną dla wyobraźni.

Dzięki tym trzem prostym kategoriom łatwiej jest mi zdecydować, czy obraz pomaga budować historię, czy spełnia swoją funkcję i czy posiada w sobie coś więcej.

Bo najlepsze fotografie robią z nami dokładnie to samo, co muzyka. Przenoszą nas w stan trudny do nazwania. Jest to być może rodzaj nirwany, Wszystko na zdjęciu jest rozpoznawalne, a jednocześnie znaczenia tego obrazu nie potrafimy do końca zamknąć językiem.

To prowadzi jeszcze do jednej rzeczy: do ciszy w fotografii. Uwielbiam ją. I wydaje mi się, że to właśnie cisza sprawia, że fotografia przetrwała i tak bardzo różni się od obrazu ruchomego. W kinie czas narzuca reżyser. W fotografii nikt mi nie mówi, jak długo powinienem oglądać obraz. Mogę patrzeć sekundę albo godzinę. I właśnie dlatego dobre fotografie są najczęściej milczące.
— Jak dziś patrzysz na rolę kobiet w świecie fotografii?
— Świat bez kobiet byłby pomyłką. Jedną wielką, gigantyczną pomyłką. A jeśli jeszcze do kobiet dołożysz muzykę i koniecznie zwierzęta, a najlepiej psy, to właściwie masz już coś pełnego. Nic więcej do szczęścia nie jest potrzebne. Ale na szczęście Wy istniejecie. Ja wiem, że to może jest politycznie niepoprawne, ale odczuwam pewną różnicę, którą jestem zachwycony. Między wrażliwością, jaką Wy sobą reprezentujecie, a tym, co reprezentuje mężczyzna.

Nawet czymś poważniejszym niż wrażliwość. Nazwałbym to tożsamością, jaką kobieta sobą reprezentuje. Nie mam żadnych wyrzutów sumienia, że coś takiego odczuwam. Ona różni się od tej, którą my dysponujemy. I całe szczęście.

Muszę przyznać się, że nie potrafiłem długo tego rozpoznać, także w pracy. Jak choćby w przypadku Zofii Rydet, o której ostatnio jest bardzo głośno w świecie fotografii. Ona była moją koleżanką w Związku Polskich Artystów Fotografików. Robiła również kolaże, doskonałe zresztą. Pamiętam to i wywołuje to we mnie pewien ból, ponieważ bardzo jej dokuczałem, a nie miałem do tego żadnych uprawnień. Mówiłem: „Zosiu, proszę Ciebie, masz legitymację artysty fotografa, to do czegoś zobowiązuje. Nie można ludzi fotografować tak, żebym ja przez pół godziny zastanawiał się, czy oni żyją, czy sfotografowałaś już umarłych, siedzących bez ruchu. I nie można ich oświetlać fleszem na wprost, bo to uwłacza godności artysty, członka ZPAF-u. Zrób coś z tym, odbij przynajmniej flesz od sufitu”.

Aż któregoś dnia zobaczyłem serię „Zapisu socjologicznego” i oniemiałem. Dopiero wtedy uzmysłowiłem sobie, że zwracałem jedynie uwagę na formę, w ogóle nie myśląc o przekazie, który wynikał ze złączenia tych zdjęć ze sobą. To był dla mnie szok. Dlatego cieszę się ogromnie, że choć pośmiertnie Rydet staje się artystką uznaną na świecie.

To, kto jest uznany i dlaczego, to jest oddzielny temat na rozmowę. My uczymy się historii fotografii na przykładzie dosłownie kilku nazwisk, podczas gdy osób, w tym kobiet, niezwykle utalentowanych, były zapewne setki, jeśli nie tysiące. I odeszły w cieniu, nigdy nierozpoznane. Przykładem może być kobieta, której zdjęcia zostały przypadkowo odkryte w pudełkach.
„Bez rozwoju intelektualnego nie ma mowy o rozwoju w fotografii, bo wszystko zaczyna się od rozumienia tego, co fotografujemy. Patrzymy, ale nie dostrzegamy, bo trudno widzieć coś, o czym nie ma się wiedzy”
— Vivian Maier.
— Tak. Ale takich jak Vivian było zapewne znacznie więcej. Ciągle obracamy się wokół zestawu kilkunastu nazwisk. Sally Mann, Julia Margaret Cameron…
— I Diane Arbus.
— Diane Arbus absolutnie zasługuje na miejsce w historii fotografii, ponieważ zrobiła dwie rzeczy przełomowe. Po pierwsze, poszerzyła zakres tematów, którymi fotograf może się zajmować. Przed nią fotografowanie ludzi z marginesu było uznawane za coś niestosownego, wręcz nagannego. Dopiero John Szarkowski, pokazując jej fotografie w MoMA na wystawie „New Documents”, sprawił, że ludzie zaczęli patrzeć na ten świat inaczej. Przez trzy miesiące tłumy stały w kolejce, bo nie mogły uwierzyć w to, co widzą. A druga rzecz to sposób, w jaki ten świat pokazała. Niezwykle intymnie, przejmująco i okrutnie. Jest kimś absolutnie wyjątkowym.

Jestem bardzo za tym, żeby wspierać kobiety, namawiać je do odwagi i do tego, żeby nie próbowały upodobniać się do kogokolwiek. Żeby reprezentowały własną odmienność i własny sposób patrzenia. Bo Wy, mam wrażenie, nie doświadczacie świata w taki sam sposób jak mężczyźni, dzięki czemu wszyscy na tym korzystamy.
— Czy istnieje temat, historia albo miejsce, do którego nadal chciałbyś wrócić z aparatem?
— Mówiąc brutalnie, w moim przypadku wszystko sprowadza się głównie do braku odpowiednich środków, dzięki którym mógłbym nie myśleć o problemach egzystencjalnych, tylko spokojnie zajmować się fotografią. My, fotoreporterzy, przestaliśmy już uprawiać zawód w dawnym rozumieniu tego słowa i jest nam coraz trudniej. Zajmujemy się dzisiaj raczej czynnością, która jest dostępna dla każdego posiadacza smartfona.

Mam zeszyt pełen tematów, które chciałbym zrozumieć i sfotografować. Dla mnie aparat jest trochę jak szybkobieżna winda do rozumienia świata. Nie znam lepszego narzędzia. Dlatego nie wyjeżdżam „robić zdjęć”. Jadę raczej sfotografować problem, którego nie rozumiem, albo zrozumiałem i chcę go przedstawić. Aparat pomaga mi myśleć.

Mam takich tematów wystarczająco dużo na trzy kolejne życia… ﹡
Rozmawiała: Małgorzata Wakuluk

Kopiowanie treści jest zabronione