To nie jest zwykły wywiad. To rozmowa ucznia z Mistrzem. Małgorzata Wakuluk – z wykształcenia choreografka, z pasji fotografka. Inicjatorka Stowarzyszenia Polish Women Photographers, które promuje twórczość polskich fotografek – zanim zaczęła robić zdjęcia, marzyła o nauce w Akademii Fotografii Tomasza Tomaszewskiego. Mistrz jest bowiem nie tylko wybitnym fotoreporterem, ale i niezwykłym edukatorem. Uczy tam fotografii, ale przede wszystkim sposobu patrzenia na świat. I że wszystko zaczyna się od człowieka, a nie od aparatu.
Do Akademii dostała się w 2017 roku. Tak wspomina: – Rok minął błyskawicznie, a ja miałam wciąż ogromny niedosyt. Zostałam więc na kolejny rok. Program był w dużej mierze podobny, ale nigdy się nie nudziłam, bo nauczyciel za każdym razem potrafił otworzyć nowe drzwi. Takiej dawki wiedzy, nie tylko fotograficznej, ale także filozoficznej, humanistycznej i zwyczajnie życiowej, nie otrzymałam później od nikogo. To właśnie on nauczył mnie płynąć pod prąd, być uważną na drugiego człowieka, nie dać się zwieść pozorom i ufać własnej wrażliwości. To on jako pierwszy dostrzegł, że noszę w sobie historię, którą powinnam opowiedzieć. Zachęcił mnie również do wyjazdu do Indii i fotografowania społeczności Dalitów. I tak narodził się projekt „Touch Untouchables”, który do dziś pozostaje jednym z najważniejszych projektów w moim życiu. Pamiętam wykłady, do których Tomek był zawsze perfekcyjnie przygotowany. Pamiętam rozmowy, które zostawały w głowie na długo po zakończeniu zajęć. Gdybym mogła, studiowałabym tam bez końca.
Nauki Tomaszewskiego są niczym dekalog:
– Widzieliśmy już wiele takich samych obrazów i historii na zdjęciach, w telewizji czy filmach. Szukajmy więc nie tego, jak coś wygląda, ale tego, jak można to pokazać w zupełnie nowy sposób.
– Zdjęcie, które nie wywiera żadnego wpływu ani nie skłania do refleksji, jest tylko pustym kadrem.
– Bardzo uważnie planuję wszystkie ujęcia, dlatego nie używam trybu zdjęć seryjnych. Zawsze wykonuję pojedyncze zdjęcie. Gdy naciskam spust migawki, muszę wiedzieć, dlaczego to robię. Muszę mieć powód: coś musi mnie zaskoczyć lub zachwycić.
– Świetne zdjęcie powinno zawierać sekret lub metaforę. Gdy tworzysz coś tajemniczego, staje się to bardziej wartościowe. Podobnie jest z fotografią.
– Zdjęcie o wszystkim jest o niczym.
– Osiągnięcie perfekcji polega na minimalizmie, redukowaniu zdjęcia do najbardziej podstawowych elementów i przekazywaniu odpowiedniego znaczenia. Na zdjęciach chcę osiągnąć taki efekt, aby nie można było z nich usunąć nic więcej, nawet koloru.
– Dąż do tego, aby innym zrozumienie zdjęcia zajęło zaledwie ułamek sekundy.
Skarbnica myśli, wskazówek i pouczeń Mistrza jest tak duża i wartościowa, że uczestniczący w jego warsztatach z całego świata chłoną tę wiedzę, wychodząc poruszonymi i odmienionymi. Wakuluk przez lata to obserwowała – aż zapragnęła, by porozmawiać z Tomaszewskim nie tylko jako jego studentka, ale również jako osoba próbująca zrozumieć fenomen jego twórczości. Spotkali się dwukrotnie i rozmawiali przez wiele godzin. LIBERTYN.eu publikuje fragment tych spotkań.
Ogromną satysfakcję daje mi obserwowanie ludzi zdeterminowanych. Sukces zależy od kilku rzeczy: zaangażowania, determinacji właśnie i gotowości do podważania samego siebie. Ja sam też często próbuję kwestionować własny pomysł. Sprawdzić, czy ma sens. To tak, jak z dochodzeniem do prawdy, przez tezę i antytezę.
Przez Akademię przewinęło się już ponad dwustu uczestników. Niektórzy osiągnęli coś, co zwykło się nazywać karierą, ale dla mnie ważniejsze jest to, czy poczuli sens tego, co robią, czy spotkania wystarczająco pobudziły świadomość.
Wiele osób mówi mi później, że zmienił się ich sposób myślenia o świecie. I to daje poczucie, że ten wysiłek miał sens. Bowiem trudno mówić o szczęśliwym życiu, jeśli nie zostawia się po sobie jakiegoś dobra, a ja mogę dzielić się tylko tym, co posiadam, czyli wiedzą i doświadczeniem.
Jednocześnie doskonale jednak rozumiał moje potrzeby. Mówił mi, że dobrze, iż mam te ciągoty artystyczne, i że w takiej sytuacji powinienem pamiętać, iż każdy cywilizowany i wykształcony człowiek ma dwie ojczyzny. Jedna to jego własna, a druga to Włochy.
I coś w tym jest. Mają światło. Mają poczucie piękna. Potrafią cieszyć się życiem. Jak patrzysz na małe włoskie miasteczko popołudniową porą, gdzie na ławeczce siedzą starsi mężczyźni, oparci o laski, to nawet sam sposób, w jaki są skomponowani, może człowieka wprowadzić w stan nirwany. Tam wszystko się zgadza. Buty wypastowane, spodnie wyprasowane w kant, marynarka pasuje do koloru koszuli, bardzo często jest jeszcze krawat. Wyglądają tak, jak mężczyzna wyglądać powinien. Nawet pasek do spodni ma znaczenie.
Ojciec powtarzał mi, że jeśli tylko komuna cudem przydzieli mi paszport, to moim psim obowiązkiem będzie natychmiast spróbować tam pojechać i to wszystko zobaczyć. A póki co, mam kupować książki, oglądać malarstwo renesansowe i uczyć się patrzenia. Uczyć się piękna.
Dla mnie fotografia jest sposobem odczuwania świata. A ponieważ odczuwanie i myślenie są ze sobą powiązane, to zaczynasz rozumieć, że fotografia jest po prostu innym sposobem myślenia o świecie.
Gdybym potrafił to, co czuję dobrze opisać, pewnie nie dźwigałbym tego sprzętu i nie niszczył kręgosłupa, tylko podróżowałbym z piórem i notesem. Chociaż to pewnie wzbudzałoby większe podejrzenie niż aparat, bo kiedy masz go na piersi, to od razu wiadomo, po co przyszedłeś. I dlatego tak radośnie korzystam z myśli Elliotta Erwitta, że cały sens robienia zdjęć polega na tym, że nie musisz tłumaczyć rzeczy słowami.
Chociaż przyznaję, że nie wierzę, aby fotografia miała istotny wpływ na nasze poglądy dotyczące sensu życia czy cywilizacji, gdyż niczego nie tłumaczy, a jedynie pokazuje, to jednocześnie widzę, że posiada wystarczającą siłę perswazji, żeby nas przekonywać, korygować.
Ale takich zdjęć jest niewiele. Szczególnie jeśli chodzi o współczesną fotografię. Mam bowiem nieodparte wrażenie, że żyjemy w świecie – może to zabrzmi brutalnie – pewnej bezradności twórczej, anemii, impotencji. Jesteśmy chyba pierwszym pokoleniem, które nie zaproponowało niczego naprawdę nowego.
Zawsze uważałem, że nowoczesne technologie zabijają w nas człowieczeństwo. Zamiast skupić się na treści i dopasować do niej formę, zaczęliśmy zajmować się wyłącznie formą.
Ratujemy się, dołączając do miałkiego, banalnego obrazka słowny opis. Często zbyt długi. Taki, który mówi o rzeczach, których w samym obrazie w ogóle nie ma. Pisany niechlujnie, z błędami, bez przecinków tam, gdzie powinny być, z użyciem słów wyświechtanych, zmarłych z przegrzania, nieposiadających znaczeń.
Moim zdaniem, młode pokolenie fotografów w tej chwili nie ma nic ciekawego do powiedzenia. Dlatego upatrują szansy w różnych sztuczkach, które dostaliśmy za darmo jako element programów komputerowych. Za bardzo zachłysnęli się technologią. Dzisiaj wszystko jest tak niesamowicie łatwe, że nie trzeba żadnej wiedzy, żeby stworzyć obraz, który wygląda dziwnie albo efektownie. To – jak nas uczy profesor Tadeusz Gadacz, wybitny filozof – cywilizacja ułatwień, cywilizacja prawego kciuka, wystarczającego do wysyłania sms-ów.
To trochę jak obrazy drukowane na tapetach, które wieszamy w mieszkaniach. Tam nie może być nic skomplikowanego, bo ludzie czuliby się zagrożeni. To taka wizualizacja Syberii kultury.
To pokazuje też, że pokolenie telefonu komórkowego nie zajmuje stanowiska wobec świata. Po prostu płynie razem z nim. Myślę, że głos artystów, który kiedyś był głosem elity, po prostu się rozmył. Od elity dostawaliśmy rzeczy najlepsze. Elita była wyjątkowa, wykształcona, oryginalna, umiejąca myśleć krytycznie i dlatego była w stanie zaoferować coś, co reprezentowało wartość. Dzisiaj ten głos rozpłynął się w demokratycznym szumie wszystkich, którzy zostali dopuszczeni do tego, żeby wypowiadać się na każdy temat. Bo jeśli ktoś mówi, że „wszyscy jesteśmy artystami”, to przepraszam bardzo, ale z tego nie może wyniknąć nic dobrego. Może wszyscy jesteśmy w stanie zrobić ostre zdjęcie. Bez żadnej wiedzy naciskasz guzik telefonu i powstaje technicznie poprawny obraz.
Ale czy to będzie fotografia, która wywoła refleksję? Która poruszy emocje?
Zamiast tego mamy białe ściany i tak zwaną sztukę nowoczesną.
Nie sądzę, żebyśmy oferowali dziś coś naprawdę oryginalnego i ciekawego. Ale to też jest przejaw schyłku każdej epoki. A wiadomo, czym kończy się każda cywilizacja. Śmiercią.
Być może jesteśmy właśnie na takim zakręcie. Być może zmierzamy w stronę samozagłady. I być może będziemy pierwszą cywilizacją, która zniszczy się na własne życzenie. Bo to, co mogłoby nas jeszcze uratować, jest po prostu ekonomicznie nieopłacalne. Więc nikt się tym nie zajmuje. Ale patrząc na historię, widzę pewien powtarzający się mechanizm. Zanim dochodzi do całkowitej zagłady, zawsze pojawia się jakaś niezależna myśl. Być może więc i tym razem pojawi się ktoś, kto po prostu nie wiedział, że czegoś nie można lub nie opłaca się zrobić i po prostu zrobi to.
Na to liczę.
Otóż, przeżyłem ostatnio coś niezwykłego. Poproszono mnie, żebym na bardzo prestiżowym festiwalu fotograficznym został jurorem. Było wiele kategorii. Ja podszedłem do tego pokornie. Jak zwykle wszystko przeanalizowałem i wybrałem, według mnie, najciekawsze zdjęcia. Miałem opór przed kategorią „zdjęcia wykonane telefonem komórkowym”, ale i w tym wypadku zajrzałem do środka i okazało się, że i tam znalazłem sporo bardzo ciekawych fotografii, więc również dokonałem wyboru.
Nie potrafiłem znaleźć w sobie argumentu, który przekonałby mnie, żeby zająć się kategorią „sztuczna inteligencja”. A taka kategoria w konkursach już istnieje. Sumienie mnie jednak dręczyło, więc pomyślałem: „dobrze, nie będę wybierał w tej kategorii, ale przynajmniej zobaczę, co to jest”. Przejrzałem te obrazy i byłem wstrząśnięty. Absolutnie wstrząśnięty.
Poziom banału był niewyobrażalny. Technicznie doskonałe obrazy, pozbawione treści, o poziomie mentalności początkującego licealisty. I co więcej, po obejrzeniu dwudziestu takich prac miałem wrażenie, że ciągle patrzę na to samo.
Jeśli nie masz wiedzy, świadomości i niczego oryginalnego do powiedzenia, nie trzeba tego od razu ogłaszać całemu światu. To wszystko niestety szybko wychodzi na jaw, szczególnie kiedy używasz algorytmu i narzędzi AI. Fotografia, przynajmniej od ostatnich 20 lat, przestała już odczarowywać świat i pokazywać, jak wygląda. To już zostało zrobione. Ona zaczęła bardziej reprezentować samego twórcę. Oglądając zdjęcia, dowiadujemy się więcej o autorze niż o świecie, który pokazuje. Bo ten świat już znamy. Natomiast w przypadku tej kategorii, jest on przez autora przetłumaczony, zreinterpretowany. I teraz, kiedy patrzysz na te obrazy generowane przez AI, wychodzi na jaw, jak banalne potrafią być osobowości autorów.
Ale to jest też kolejny wątek: o umiejętności czytania fotografii. Nie każdy dostrzeże tę banalność i też nie musi każdemu przeszkadzać.
Używamy głównie płatów czołowych, gdzie gromadzimy najbardziej podstawową wiedzę. Ale żeby dojść do refleksji, trzeba połączyć to z tym, co jest głębiej, z tyłu, tam, gdzie gromadzone są najciekawsze doświadczenia. Jeśli nie używasz tej drugiej części, ona po prostu obumiera.
Dużo czytam o mózgu i śledzę najnowsze badania. David Eagleman na przykład, jeden z najlepszych neurobiologów, pokazuje w badaniach zanik aktywności mózgu u amerykańskiej młodzieży, która żyje z ekranem telefonu. Ich świat ma wielkość tego ekraniku, bo nie potrzeba żadnej refleksji, wysiłku, żeby wpisać coś w Google i od razu dostać odpowiedź.
Pytanie tylko, czy istnieje jeszcze przestrzeń, w której można to pokazać. Z tym jest coraz gorzej.
Nadzieją pozostaje Internet, ale on nie ma takiej siły oddziaływania, jaką miały kiedyś wielkie magazyny. W Europie „Stern” czy „Paris Match”, w Ameryce „Newsweek”, „Time”, a wcześniej jeszcze „Life” i „Look”. Nakłady były wielomilionowe, a siła rażenia tych materiałów wizualnych była niewyobrażalna. Potrafiły doprowadzić niemal do upadku rządów.
Selekcji zdjęć też nie robię na ekranie komputera. Drukuję je w formie małych wglądówek i wtedy chaos, który próbuję uporządkować, jest łatwiejszy do opanowania. Na ekranie, mimo mojego doświadczenia, popełniłbym z pewnością bardzo dużo błędów.
W „National Geographic” nikt nie ośmiela się edytować zdjęć wyłącznie na ekranach komputerów, mimo że mamy tam najlepsze monitory i najlepsze komputery. Wszystko nadal jest drukowane i układane na ścianie.
Miałem ostatnio takie doświadczenie. Przyjechała do mnie osoba z wieloma zdjęciami. Rozłożyliśmy je na stole. Pokazałem jej prosty mechanizm, kilka kroków, i powiedziałem: „jeśli będziemy się tego trzymać i nie będziemy niczego przyspieszać, zobaczysz, że ten chaos da się opanować”. Po trzech godzinach mieliśmy materiał złożony z trzydziestu kilku zdjęć. Połowę odrzuciliśmy. I nagle pojawiła się historia. Z początkiem, rozwinięciem i puentą, jak w greckiej tragedii. Na ekranie komputera byłoby to niemożliwe, lub dużo trudniejsze i zapewne gorsze.
Ale fotografia jest czymś zupełnie innym.
Definicji jest pewnie nieskończenie wiele, ale dla mnie fotografia to obraz, który dostarcza mi rozpoznawalnych elementów. Po chwili wiem, na co patrzę. Drzewo jest drzewem, oko jest okiem, dłoń jest dłonią, trąba słonia jest trąbą słonia. Nie jest to na tyle udziwnione, żebym zaczął się zastanawiać, czy to na pewno trąba słonia, czy może szlauch do podlewania ogrodu. To jest warstwa informacyjna, którą francuski filozof, krytyk kultury i jeden z najważniejszych myślicieli XX wieku, Roland Barthes, nazwał studium.
Później zaczyna się coś znacznie ważniejszego. Znaczenie tych elementów przestaje być oczywiste. Patrzysz na obraz i zaczynasz się zastanawiać, dlaczego wygląda właśnie tak i co to może znaczyć.
Staram się absolutnie trzymać z dala od fałszu. I szukać piękna w tym, co w rzeczach jest niezbędne. I kiedy bardzo się na tym skupiam, mam wrażenie, że dopiero wtedy te rzeczy zaczynają istnieć. Jakby fotografia powoływała je do życia. Dzięki temu powstają obrazy, których większość ludzi nigdy by nie zobaczyła, gdyby nie te kadry.
To nie jest kwestia „strzelania” serią. Za każdym razem zadaję sobie pytanie: czy to ma treść? Czy to mnie naprawdę zadowala? I szukam wszystkiego, co psuje formę. Staram się to usunąć z kadru. Fotografia to eliminacja, redukcja, ujmowanie. Tak długo usuwam zbędne elementy z kadru, aż osiągam stan, w którym nie można już nic więcej usunąć, aby było lepiej, aby uzyskać pożądaną harmonię, do której tak bardzo dążę.
Ja bardzo rzadko korzystam z formalnych zgód, bo nie fotografuję przeciwko ludziom. Większość moich zdjęć powstaje w przestrzeni publicznej. Ale kiedy wchodzisz w przestrzeń prywatną, bardzo osobistą, trzeba być niezwykle ostrożnym. Pilnować tego, aby zdjęcia nie były używane w nowym, innym kontekście. Wtedy zmieniają znaczenie i tym można łatwo skrzywdzić.
Wydaje mi się, że jeśli naprawdę widzisz człowieka w drugim człowieku, jeśli potrafisz odczuwać współczucie i empatię, to rzadko będziesz robić zdjęcia, które świadomie go krzywdzą. Fotografia może być mocna, radykalna, nawet drapieżna, ale nie powinna odbierać człowiekowi człowieczeństwa.
Dla mnie istnieje ogromna różnica między obrazem, który epatuje cierpieniem, a obrazem, który prowokuje do refleksji. Jeśli fotografia pomaga nam coś zrozumieć, zatrzymać się, skorygować własne zachowanie, wtedy pojawia się w niej pewne nadrzędne dobro. I chyba właśnie tam przebiega dla mnie granica.
Kiedy fotografuję ludzi, mam poczucie, że oni bardzo dobrze wyczuwają emocje i intencje fotografa. Wolą mieć obok siebie kogoś, komu naprawdę zależy i kto się nimi przejmuje, niż kogoś o zimnym sercu jak zupa w przydrożnym zajeździe, którego nic nie obchodzi, poza tym, żeby zrobić zdjęcie. Jeżeli patrzysz na kogoś, widzisz w nim osobę, człowieka i przejmujesz się jego losem, to moim zdaniem po pierwsze zwrócisz uwagę na zupełnie inne elementy i naciśniesz migawkę w innym momencie, niż kiedy będziesz widzieć w nim aktora, którego trzeba przyłapać na najbardziej efektownym geście.
To właśnie różni fotografię dokumentalną od ulicznej, street photography. Ta pierwsza wymaga empatii, zaangażowania, stanowiska. Ta druga wynika z naszego oportunizmu, z nastawienia jedynie na własny sukces.
Przy fotografii dokumentalnej szczególnie ważna jest intelektualna uczciwość. Nie konfabulować, nie oszukiwać zdjęciami. W kontekście dziennikarskim to imperatyw.
Jeśli zaś zajmujesz się sztuką, która jak wiadomo jest sztuczna, to to w ogóle przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie. Możesz wtedy zmienić kolor włosów, oczu, kształt twarzy i tak dalej.
Jednocześnie widzę, że bardzo popularne dzisiaj zdjęcia uliczne są doskonale skonstruowane, bardzo nowoczesne, bardzo efekciarskie i jednocześnie chłodne jak kurczak w galarecie. Więc nie działają. Nie mogą być efektywne, dlatego że nie wywołują rzeczy podstawowej, jaką jest emocja. Nie doprowadzają do emocji wystarczającej, żeby chcieć to zdjęcie zapamiętać i na podstawie refleksji skorygować własne życie. To jest jakaś anemia dotycząca dużego procentu fotografii, która dzisiaj powstaje.
One oczywiście ujawniają oryginalny, wizualny talent autora, często piękno i różnorodność codziennego życia, jego ukrytą poezję, ale przez swoje zaskakujące podobieństwo, które pochodzi z tej samej motywacji, stają się dla mnie często męczącym, monotonnym i powtarzalnym doświadczeniem, prowadzącym najczęściej jedynie do refleksji nad zdolnościami fotografa.
Jeszcze dochodzi do tego nadmierna stylizacja zdjęć. Miałkie obrazy ratowane są przez sztuczki Photoshopa.
Zostanie to odwrócone, ponieważ przestrzeń zostanie wypełniona superatrakcyjnymi zdjęciami, w których udział wzięły AI, algorytm i preset.
Dlatego tak ważna jest myśl Herberta, żeby płynąć pod prąd do źródła, bo z prądem płyną śmieci. Wystarczy dziś otworzyć Internet, żeby zobaczyć tysiące niemal identycznych zdjęć. Jakby zostały zrobione przez jedną osobę. I to jest również świadectwo lęku przed własną oryginalnością. Ludzie chyba nie wierzą, że ją posiadają.
Panuje też terror opinii publicznej, paraliżujący strach przed wyrażaniem własnych niekonwencjonalnych myśli i odnoszę często wrażenie, że samo myślenie jest w zaniku, że zastępuje je aplikacja Google, że świat staje się głupszy.
Jak tłumaczył nam Lem, kiedy jeszcze żył, głównym dowodem na to, że istnieje cywilizacja pozaziemska, jest to, że nie próbuje się z nami skontaktować.
Kicz eliminuję natychmiast, bez żadnego poczucia bólu. I tego jest po prostu najwięcej.
Zdjęcie bardzo często pozostaje na poziomie alegorii, symbolu, rzadko metafory. Jednocześnie także potrafi być niezwykle użyteczne, kiedy budujemy reportaż, książkę, wystawę czy esej fotograficzny. Pokazuje miejsce, ludzi, relacje, czynności. Jest wtedy niezbędnym elementem narracji. Zachowuję jedynie najlepsze.
Raz na jakiś czas zdarza się jednak coś więcej. Rodzaj epifanii. Objawienia. I wtedy taki obraz uzyskuje u mnie miano fotografii. Taki obraz posiada zarówno tajemnicę wizualną, jak i intelektualną. Fascynuje mnie i prowokuje do myślenia, ale nigdy nie daje ostatecznej odpowiedzi. Na tym polega wielkość fotografii, że ona właściwie nigdy się nie kończy. Jest trampoliną dla wyobraźni.
Dzięki tym trzem prostym kategoriom łatwiej jest mi zdecydować, czy obraz pomaga budować historię, czy spełnia swoją funkcję i czy posiada w sobie coś więcej.
Bo najlepsze fotografie robią z nami dokładnie to samo, co muzyka. Przenoszą nas w stan trudny do nazwania. Jest to być może rodzaj nirwany, Wszystko na zdjęciu jest rozpoznawalne, a jednocześnie znaczenia tego obrazu nie potrafimy do końca zamknąć językiem.
To prowadzi jeszcze do jednej rzeczy: do ciszy w fotografii. Uwielbiam ją. I wydaje mi się, że to właśnie cisza sprawia, że fotografia przetrwała i tak bardzo różni się od obrazu ruchomego. W kinie czas narzuca reżyser. W fotografii nikt mi nie mówi, jak długo powinienem oglądać obraz. Mogę patrzeć sekundę albo godzinę. I właśnie dlatego dobre fotografie są najczęściej milczące.
Nawet czymś poważniejszym niż wrażliwość. Nazwałbym to tożsamością, jaką kobieta sobą reprezentuje. Nie mam żadnych wyrzutów sumienia, że coś takiego odczuwam. Ona różni się od tej, którą my dysponujemy. I całe szczęście.
Muszę przyznać się, że nie potrafiłem długo tego rozpoznać, także w pracy. Jak choćby w przypadku Zofii Rydet, o której ostatnio jest bardzo głośno w świecie fotografii. Ona była moją koleżanką w Związku Polskich Artystów Fotografików. Robiła również kolaże, doskonałe zresztą. Pamiętam to i wywołuje to we mnie pewien ból, ponieważ bardzo jej dokuczałem, a nie miałem do tego żadnych uprawnień. Mówiłem: „Zosiu, proszę Ciebie, masz legitymację artysty fotografa, to do czegoś zobowiązuje. Nie można ludzi fotografować tak, żebym ja przez pół godziny zastanawiał się, czy oni żyją, czy sfotografowałaś już umarłych, siedzących bez ruchu. I nie można ich oświetlać fleszem na wprost, bo to uwłacza godności artysty, członka ZPAF-u. Zrób coś z tym, odbij przynajmniej flesz od sufitu”.
Aż któregoś dnia zobaczyłem serię „Zapisu socjologicznego” i oniemiałem. Dopiero wtedy uzmysłowiłem sobie, że zwracałem jedynie uwagę na formę, w ogóle nie myśląc o przekazie, który wynikał ze złączenia tych zdjęć ze sobą. To był dla mnie szok. Dlatego cieszę się ogromnie, że choć pośmiertnie Rydet staje się artystką uznaną na świecie.
To, kto jest uznany i dlaczego, to jest oddzielny temat na rozmowę. My uczymy się historii fotografii na przykładzie dosłownie kilku nazwisk, podczas gdy osób, w tym kobiet, niezwykle utalentowanych, były zapewne setki, jeśli nie tysiące. I odeszły w cieniu, nigdy nierozpoznane. Przykładem może być kobieta, której zdjęcia zostały przypadkowo odkryte w pudełkach.
Jestem bardzo za tym, żeby wspierać kobiety, namawiać je do odwagi i do tego, żeby nie próbowały upodobniać się do kogokolwiek. Żeby reprezentowały własną odmienność i własny sposób patrzenia. Bo Wy, mam wrażenie, nie doświadczacie świata w taki sam sposób jak mężczyźni, dzięki czemu wszyscy na tym korzystamy.
Mam zeszyt pełen tematów, które chciałbym zrozumieć i sfotografować. Dla mnie aparat jest trochę jak szybkobieżna winda do rozumienia świata. Nie znam lepszego narzędzia. Dlatego nie wyjeżdżam „robić zdjęć”. Jadę raczej sfotografować problem, którego nie rozumiem, albo zrozumiałem i chcę go przedstawić. Aparat pomaga mi myśleć.
Mam takich tematów wystarczająco dużo na trzy kolejne życia… ﹡