Posłuchaj
Czasów, kiedy mama i tata byli, przynajmniej pozornie, zupełnie zwyczajnym związkiem, Alysia Abbott nie pamięta. Skończyły się w 1973 roku, przed jej trzecimi urodzinami: Barbara Binder Abbott zginęła w wypadku samochodowym. Miała zaledwie 27 lat. – Moi dziadkowie byli tak zdruzgotani, że ukryli jej wszystkie zdjęcia. Gdy byłam dziewczynką, znalazłam je przeszukując głębiny ich szaf – wspomina.
Po śmierci matki wraz z ojcem Stevem Abbottem przeniosła się z Georgii w stanie Atlanta do San Francisco w Kalifornii. Zamieszkali w dzielnicy Haight Ashbury, kolebce amerykańskiego ruchu LGBT, która do dziś przyciąga kontrkulturalne grupy ludzi spragnionych dawnej hipisowskiej atmosfery. Steve mieszkał już tam kiedyś przez pół roku, gdy wyjechał z domu, zostawiając na chwilę żonę i niespełna 2-letnią córkę.
– Gdy się urodziłam, był młodym mężczyzną, który przeżył całe dzieciństwo w głębokim zawstydzeniu, ukrywając przed światem swój homoseksualizm. Poznał moją matkę i oboje robili to, do czego skłaniała ich tamta epoka – eksperymentowali. Ojciec odkrył swoje nowe życie i jego możliwości, ale matka zginęła tragicznie. Tata został sam ze mną i ze swoją nowo odkrytą seksualnością – Alysia, dziś pisarka, opowiadała w wywiadach promujących wspomnienia z dzieciństwa, które opisała w książce „Tęczowe San Francisco. Wspomnienia o moim ojcu” (w wersji angielskiej „Fairyland”).
Po śmierci żony wdawał się w rozmaite romanse z mężczyznami, choć wcześniej też nie był wierny, bo pozostawali z Barbarą w otwartym związku. Ze zmiennym szczęściem próbował sił w gejowskich kręgach literackich jako poeta i pisarz, bywał lekkoduchem. Był też kochającym ojcem. Choć jego metody wychowawcze były mało konwencjonalne, by nie powiedzieć – spontaniczne i nieprzemyślane. W roli opiekunów i niań występowali zaś zmieniający się wciąż i nie mniej barwni współlokatorzy, drag queen, amatorzy przebieranek i kolejni kochankowie.
Zdjęcie: archiwum prywatne
Zdjęcie: archiwum prywatne
Zdjęcie: archiwum prywatne
Nic dziwnego, że Alysia – dziś 55-latka, która mieszka w Cambridge w USA ze swoją rodziną – zamiast matki pamięta Eddiego Body, chłopaka taty. Wyjątkowego, bo z nim jedynym udało się jej nawiązać głębszą relację, choć, jak wspomina: „Rankiem w łóżku taty widziałam różnych facetów – przystojnych, śmiesznie wyglądających, niemal zawsze wysokich, szczupłych i młodych”.
BARDZO SIĘ KOCHALI
Pamięta też, że gdy już była nastolatką i razem z ojcem chodzili do Café Flore na Castro Street – centrum gejowskiego San Francisco lat 70. i 80. – ojciec nie chciał, żeby mówiła do niego „tato”. „Mów Steve” – prosił w obawie, że „daddy” odstraszy wszelkich potencjalnych kochanków. „Dobrze, tato” – odpowiadała, ale nigdy nie spełniała jego prośby. Inni mogli go sobie nazywać Steve, ona chciała w nim widzieć ojca.
Dziś myśli, że prosił o to też dlatego, że zapewne chciał ją wychować inaczej, niż sam był wychowywany: lepiej, mniej represyjnie, bez konserwatywnej otoczki, która dała mu tak popalić, kiedy sam był dzieckiem. Był bardzo szczupły i kobiecy, za co w szkole był ścigany i pobity przez swoich „przyjaciół”, którzy myśleli, że robią mu przysługę. Zanim został otwarcie homoseksualnym poetą, Steve Abbott był nieśmiałym katolikiem mieszkającym w Lincoln w Nebrasce. „Chcę żyć tak, jak czuję, co (niestety?) jest sprzeczne z normą. Pozwólcie mi pojechać do Kalifornii, poznać świat, Europę – pozwólcie mi ŻYĆ życiem, a zamiast tego widzę, jak jestem gaszony przez to coś „brzydkiego” we mnie. (…) Widziałem dziś piękną głowę chłopca, którego pamiętam z All-State. Młodzieniec wyrósł tak pięknie, że aż zaparło mi dech w piersiach… A ja siedzę tu, jak nieudacznik, spętany łańcuchami porażki” – tak pisał w swoim dzienniku zaledwie cztery dni po ukończeniu 18 lat.
Siedem lat później, już razem z żoną (robiła wtedy magisterkę z psychologii i pracowała w klinice), brał udział w wiecach pokojowych w Atlancie, działał na rzecz zakończenia wojny w Wietnamie i równych praw kobiet, apelował o tolerancję dla mniejszości seksualnych. Gdy ich córka była niemowlęciem, ubierali ją w ubrania neutralne płciowo. – I lubili patrzeć, jak obcy ludzie wiercą się, bo nie wiedzą, jak się do mnie zwracać bez różowych i niebieskich znaków rozpoznawczych – wspomina Alysia ze śmiechem.
Po śmierci żony, gdy publikował już swoje artykuły i komiksy w alternatywnych tygodnikach, postanowił zrobić „rewolucję” i zostać w pojedynkę homoseksualnym ojcem. – Gdyby dzisiaj ktoś tak chował dziecko, jak on mnie, to trafiłby do więzienia – mówię to jako matka. Do szkoły jeździłam sama, autobusem przez pół miasta, zostawałam sama na noc w domu, ojciec brał narkotyki, czego wtedy nie uważano jeszcze za coś złego i uzależniającego – to wszystko jest nie do pomyślenia ze współczesnej perspektywy. Część mnie wzbraniała się przed opisaniem wszystkiego: a może lepiej nie ujawniać tego czy tamtego, bo tata wyjdzie na nieodpowiedzialnego, krótkowzrocznego samoluba. A część mówiła: ale on przecież naprawdę taki był. I w tym wszystkim szalenie mnie kochał, podejmował decyzje z miłości, chciał dla mnie lepszego dzieciństwa niż to, którego sam doświadczył – zapewnia po latach.
Zdjęcie: archiwum prywatne
Zdjęcie: archiwum prywatne
Zdjęcie: archiwum prywatne
Mógł poprosić ciotkę, żeby adoptowała jego córkę, by ta dała jej spokojne mieszczańskie dzieciństwo. Nie był przecież gotów, by się nią zaopiekować, ale tak bardzo ją kochał, że podjął trud rodzicielstwa, które dla niego było przecież szczególnym wyzwaniem. Jak wspomina Alysia, nie mieli pieniędzy, w domu był ciągle bałagan, a jednak to był ciepły, kochający dom. – Z arytmetyki wynika, że żyję już dłużej bez ojca, niż żyłam z nim. A jednak ciągle myślę o tym, jak komfortowo się z nim czułam, jakie to było przyjazne i oczywiste być obok niego – opowiadała promując swoje wspomnienia. – Bardzo się kochaliśmy.
W tamtych latach nie było czegoś takiego jak homoseksualni rodzice. Żyli więc w samotności. Bez poczucia bezpieczeństwa, bo gdy się włączyło telewizję i posłuchało tego, co w czasach wczesnego AIDS mówiono o gejach, to można się było wystraszyć. Alysia latami ukrywała przed światem, że ojciec jest homoseksualny, unikała tematu. Dopiero w liceum jej ulżyło. Okazało się, że Steve Abbott jest cool, dobrze pisał, miał zawsze coś ciekawego do powiedzenia, był poetą, wydawcą kontrkulturowych magazynów, robił wywiady z Allenem Ginsbergiem, był osobowością artystyczną San Francisco, prawdziwym intelektualistą. Koledzy z jej szkoły, którzy go poznali, byli nim zachwyceni, imponował.
ŻYCIE POZA NORMĄ
Przyznaje, że ojcu można było mnóstwo zarzucić, ale nie to, że jej nie kochał. – Cały czas czułam, że jestem miłością jego życia i nie miałam pojęcia, ile dla mnie poświęcił. Nie miał partnera, był i został sam. Jestem przekonana, że właśnie po to, by nie tworzyć sytuacji, w której będę się czuła przez kogokolwiek zagrożona – mówiła po latach zdradzając, że pisał o tym w swoich dziennikach.
Eddie Body, chyba najpoważniejsza miłość Steve’a, był jedynym, który z nimi mieszkał. Przywiązała się do niego i nie mogła zrozumieć, dlaczego zniknął. Ojciec to czuł i wolał później nie mieszać jej w głowie: z nikim już nigdy nie związał się na poważnie. – Rozumiem to, a jednocześnie dziś bardzo mnie boli, że był tak samotny. Zarazem wiem, że z tego wyrzeczenia skorzystałam. Miałam go całego dla siebie. I równocześnie nigdy nie było go dosyć. Ciągle mi go brakowało, zwłaszcza kiedy byłam zupełnie mała – opowiada.
Szukał sposobów na to, jak jej pomóc, swoje emocjonalne życie odsuwając na bok. Widząc, że potrzebuje matki, próbował tworzyć białe związki z samotnymi matkami lesbijkami. Po paru miesiącach takie eksperymenty kończyły się fatalnie, musieli się wyprowadzać. – Niektórzy mogliby zapytać: „Jak ty to wszystko przetrwałaś?”. Ale dlaczego miałabym nie przetrwać? Mój ojciec nigdy mnie nie nadużył emocjonalnie, nie skrzywdził. Nigdy też nie myślałam, że miałam fatalne dzieciństwo. Myślę raczej, że było po prostu trudne, czułam się dziwna i odstająca od reszty – zapewnia.
Zdjęcie: archiwum prywatne
Zdjęcie: archiwum prywatne
A była taka – jak tłumaczy – bo jej tata był gejem, bo nie miała mamy, bo nie miała rodzeństwa, bo nie mieli pieniędzy i mieszkała w norze, a uczyła się w prywatnej szkole. Ojciec był bałaganiarzem, bo był artystą i płeć nie gra tu roli. Jako pięciolatkę zostawiał samą w domu na noc, myśląc, że nauczy ją w ten sposób samodzielności. Nie wiedziała, kiedy sobie wyprać ubranie, koleżanki jej mówiły, że powinna zacząć używać dezodorantu itp. – w tamtych czasach rodzice, także ci heteroseksualni, wychowywali dzieci, pozostawiając je samym sobie. Współcześnie rzecz nie do wyobrażenia. Przyznaje, że jeśli Steve popełniał błędy, to naiwne. Czy mógłby być bardziej odpowiedzialny? Z pewnością. Ale ona też mu nie ułatwiała.
To ma się nijak do współczesnych rodzin gejowskich. Jeśli para mężczyzn będzie chciała zapewnić dobry dom małej dziewczynce, to poprosi o pomoc babcię, ciocię czy przyjaciółkę. Albo zwyczajnie pójdzie do księgarni, obłoży się książkami i się douczy, wyszuka specjalistyczne strony w internecie. W czasach Steve’a tego wszystkiego nie było. Żyli poza normą: ale nie widzi przyczyn w orientacji ojca, ale raczej w tym, że było to środowisko artystyczne i styl życia odbiegający od restrykcyjnych, mieszczańskich rodzin. „Często leżeliśmy z tatą w parku na trawie wśród grup wędrowców. W latach 70. życie bez celu, a nawet bycie bezdomnym, nadal uważano bardziej za wybór filozoficzny niż efekt nędzy” – pisze w książce „Tęczowe San Francisco. Wspomnienia o moim ojcu”.
Absolutnie nie zgadza się jednak z opinią, że dziecko powinno być wychowywane przez kobietę i mężczyznę, bo wtedy nie będzie za żadnym z nich tęskniło. – Ale co wtedy powiemy o samotnych rodzicach, o samotnych matkach i ojcach? Że nie są dobrzy? – pyta. – Najważniejsze, żeby dzieci się czuły kochane, a ja tak czułam.
CHOROBA I ŚMIERĆ
Alysia z dzisiejszej perspektywy – gdy sama jest matką córki i autystycznego syna – żałuje, że nie była lepszą, bardziej kochającą córką. Zwłaszcza wtedy, gdy ojciec w wieku 42 lat zakaził się wirusem HIV, co wtedy oznaczało wyrok śmierci. Był młody, wiedział, że umiera, przygotowywał się na to, ale nie mówił nic dorastającej córce, by jej nie obciążać. Mroczna wersja trafiała tylko do jego pamiętnika. Odstawił wtedy narkotyki i alkohol, zaczął pływać, medytować. Próbował trzymać się życia, ludzie dowiadujący się o śmiertelnej chorobie często tak reagują.
– I bardzo musiał się męczyć: „powiedzieć mi, czy nie mówić? A jeśli mówić, to w jaki sposób?”. I ostatecznie ta rozmowa się nigdy nie odbyła. Nie mogę się z tym pogodzić. Byłam wtedy nieznośna, jak każdy nastolatek. Może gdybym wiedziała, mogłabym zachowywać się choć trochę inaczej? – zastanawia się dzisiaj.
Zdjęcie: W.W. Norton
Zdjęcie: archiwum prywatne
Dlatego hołd ojcu i ich wyjątkowej relacji oddała w książce, którą opublikowała 20 lat po jego śmierci, gdy była już absolwentką literatury faktu na New School University oraz pisarką i krytyczką publikującą m.in. w „Guardianie, „New York Timesie”, „Wall Street Journal” czy „Washington Post”. Własne wspomnienia skonfrontowała w niej z dziennikami i wierszami zmarłego ojca. Książka „Fairyland: A Memoir of My Father” w 2013 roku była bestsellerem „New York Timesa”, zdobyła kilka nagród, przetłumaczono ją na kilka języków, w tym polski (wydana przez wydawnictwo Czarne).
Po książkę sięgnął fotograf Andrew Durham, znany z fotosów z planu filmów Sofii Coppoli. To ona mu ją dała, znając jego historię. Stracił ojca geja z powodu AIDS w tym samym roku, co Alysia swojego, i choć jego dorastanie z matką było bardziej konserwatywne niż to Alysii ze Stevem, w „Fairyland” znalazł wiele osobistych wątków. I postanowił ją zekranizować. Szczęśliwie prawa do książki zaraz po jej premierze kupiła American Zoetrope, firma należąca do rodziny Coppolów. Sofia tak się nią zachwyciła, że zaczęła prace nad scenariuszem niemal natychmiast po uzyskaniu praw do książki. Porzuciła jednak wstępną wersję na rzecz Durhama, który przejął rolę scenarzysty oraz reżysera filmu. Sama została producentką.
– Myślę, że Andrew zrobi wciągający i wzruszający film na temat, którego nigdy wcześniej nie widziałam w kinie – reżyserka „Między słowami” powiedziała magazynowi „Hollywood Reporter” kilka lat temu.
Alysia, która jest współzałożycielką projektu The Recollectors, poświęconego pamięci rodziców zmarłych na AIDS i wspieraniu dzieci, które po nich zostały, też poparła Durhama: – Wierzę, że z powodu osobistych doświadczeń podejdzie do tej produkcji z wrażliwością. Zapewnił mnie, że nie będzie ona wyglądała jak „Witaj w klubie”. On i Sofia to naprawdę dobry duet. Chciałam kogoś, kto nie postrzegałby tego jako tylko dzikiej historii geja, ale jako związek między córką a ojcem. Coppola w swoich filmach jest bardzo wrażliwa na doświadczenia młodych kobiet, a to jest opowieść o młodej kobiecie i jej relacji z ojcem. To nie jest historia Harveya Milka i nie chodzi tu o działalność polityczną w ruchu wyzwolenia gejów w San Francisco.
DORASTANIE RÓWNOLEGŁE
Prace nad filmem trwały niemal dekadę, bo trudno było znaleźć na niego pieniądze. 21-dniowe zdjęcia odbyły się dopiero w 2022 roku, rok później po raz pierwszy pokazano go publiczności – na festiwalu filmów niezależnych Sundance. – To historia o równoległym dojrzewaniu – tak reżyser, dla którego to fabularny debiut, mówił wtedy o „Failryland”.
Zdjęcie: Lionsgate
Zdjęcie: Lionsgate
Durham przez 1,5 godziny przedstawia historię dorastania Alysii w San Francisco, w otoczeniu przyjaciół jej ojca w latach 70. i 80. – Jeśli cokolwiek wiecie o społeczności gejów w tamtych czasach, to wielu mężczyzn, którzy ujawnili swoją orientację seksualną w latach 70., w okresie ruchu wyzwolenia gejów, przechodziło drugą młodość, ponieważ stłumili tę pierwszą. Alysia, dorasta, tak jak Steve dorasta po raz drugi. Obserwujemy więc, jak te dwa światy zderzają się i łączą – tłumaczył.
Film rozpoczyna się w 1974 roku nocną rozmową telefoniczną, w której oszołomiony Steve (gra go Scott McNairy) dowiaduje się, że jego żona Barbara zginęła w czołowym zderzeniu z ciężarówką, jadąc z pacjentem, którego leczyła z powodu depresji o skłonnościach samobójczych. Ich pięcioletnia córka Alysia (Nessa Dougherty) wciąż nie może pojąć nagłej nieobecności matki, kiedy ojciec swoim rozklekotanym pomarańczowym garbusem zabiera ją do San Francisco. Odrzuca sugestię teściowej, nazywanej Muncą (Geena Davis), że dziewczynce byłoby lepiej z dziadkami, i wbrew jej woli wyjeżdża z córką, by zacząć od nowa.
W nowym mieście Alysia otrzymuje szybką lekcję, gdy wprowadzają się do wspólnego domu z ćpunką Paulette (Maria Bakalova), queerowym Johnnym (Ryan Thurston) i wyluzowanym, grającym na gitarze Eddiem (Cody Fern), który zajmuje tu kanapę, ale ma żonę w Jackson. Nie powstrzymuje go to przed pójściem do łóżka ze Stevem, co Alysia zdaje się odbierać z tą samą mieszanką ciekawości i dojrzałości, którą wnosi do każdego odkrycia w życiu z imprezową bohemą.
W zabawnej rozmowie telefonicznej, w której Munca wypytuje ją o życie w San Francisco, z entuzjazmem opowiada o swojej nowej rodzinie, wspominając o bliskości z Johnnym, który nosi sukienki. „Czy twój tata też nosi sukienki?” – pyta babcia, wyraźnie sztywniejąc. „Już nie. Teraz jest chłopczycą” – odpowiada radośnie wnuczka.
Steve, Eddie i Alysia są wkomponowani w archiwalne nagrania przedstawiające Castro jako wioskę tętniącą życiem gejów i wczesne parady równości, gdy wydarzenie to nazywano Dniem wolności gejów. Reżyser wplata też ważne kulturowo, choć dla nas Polaków mniej znane, momenty w wiadomości radiowe – jak inicjatywa referendalna mająca na celu zakazanie gejom i lesbijkom pracy w kalifornijskich szkołach publicznych; zabójstwo Harveya Milka; krucjata Anity Bryant przeciwko homoseksualizmowi i jej rola w Komisji ds. cytrusów na Florydzie, która skłoniła Steve’a do zdjęcia soku pomarańczowego ze stołu podczas śniadania.
Film bardziej niż na polityce za czasów Reagana skupia się na zmieniającej się relacji między Stevem a córką, szczególnie w okresie, gdy wkracza w lata licealne (wciela się w nią wtedy Emilia Jones). Gdy mała Alysia wydaje się niewzruszona ciągłym napływem chłopaków ojca po wyjeździe Eddiego, nastoletnia Alysia zaczyna się od niej oddalać.
„Fairyland” – zwiastun filmu
Producentem jest Sofia Coppola
Jest wtedy hipsterką kochającą brytyjski pop, z asymetrycznymi włosami i za dużymi kurtkami, a w jej otoczeniu zaczynają krążyć pierwsze pogłoski o „gejowskim raku” i homofobiczne żarty, będące sygnałem zmieniających się wobec społeczności queer nastrojów społecznych. Potem wyjeżdża na studia do Nowego Jorku i na rok do Paryża, gdzie wdaje się w swój pierwszy poważny związek z Francuzem. Jednak podczas wizyt w San Francisco jest świadkiem spustoszeń, jakie niesie AIDS, poznaje też schorowanego młodego mężczyznę, którym opiekuje się jej ojciec w lokalnym hospicjum.
Aż pewnego dnia odbiera telefon z prośbą o pomoc ojcu. Intymność tej ostatniej części jest bez wątpienia wzmocniona przez bliskie paralele między doświadczeniami Abbott i Durhama, który również dorastał w San Francisco w tym samym okresie i po latach wprowadził się do chorego na AIDS ojca, aby opiekować się nim w ostatnich miesiącach jego życia.
SOFIA COPPOLA PRODUCENTKĄ
Film zdobył uznanie krytyków po pokazach na wielu światowych festiwalach. Choć pisali, że jest „nieco przydługi i momentami niepełny”, to chwalili aktorstwo (zwłaszcza McNairy’ego w roli Steve’a) i odwagę w pokazaniu „przełomowej i pełnej zmian epoki przez pryzmat relacji ojciec-córka, która jest równie specyficzna, co uniwersalna” w zabawny i poruszający sposób.
„Ten słodko-gorzki dramat opowiada o niekonwencjonalnym rodzicielstwie i alternatywnych rodzinach. Najmocniej trafi do widzów LGBTQ. Jednak jego finałowy akt pełen emocji przemówi do każdego, kto kiedykolwiek doświadczył szokującego rozliczenia, jakie niesie ze sobą żałoba” – napisał „Hollywood Reporter”. Zaś „Deadline” nazwał „Fairyland” „uniwersalną opowieścią o rodzinie, miłości, pozostaniu wiernym sobie i wspieraniu się nawzajem, gdy najbardziej się to liczy”.
Obraz miał wczoraj uroczystą premierę w Nowym Jorku., a 3 października trafi do kin w USA. – Jestem dumna, że mogę być częścią tego filmu i rzucić światło na różne rodzaje rodzin, bycie wiernym sobie i na to, przez co przeszło nasze pokolenie – Sofia Coppola powiedziała przed pokazem, zaznaczając, że to bardzo ważny temat w obecnych nietolerancyjnych czasach.
– Obrazy z niekonwencjonalnymi historiami trudno zrealizować, ale dzięki niezachwianemu wsparciu Sofii, wszystko w końcu się ułożyło. A teraz wiele dzieci i rodziców może się z tym filmem utożsamić, zwłaszcza, że tak wiele dzieci dorasta teraz w rodzinach homoseksualnych – dorzucił Durham. A magazynowi „High On Films” dopowiedział: – To również uniwersalna historia wielu osób zmagających się ze starzejącym się lub chorym rodzicem. Kiedy trzeba porzucić swoje życie w najgorszym momencie, bo ktoś dzwoni, żeby wrócić do domu i zaopiekować się matką lub ojcem. Rozumiem frustrację, a czasem nawet złość, którą Alysia opisała w książce, dlatego bardzo ważne było dla mnie, żeby okazać zrozumienie dla obu stron. Bo sam tego doświadczyłem. ﹡
Zdjęcie: Lionsgate
Zdjęcie: Lionsgate