Oto kilka rad, które usłyszycie podczas pracy z Davidem. „Nakręćmy to od razu, zanim wszyscy stracimy chęć do życia”, albo: „Teraz spróbujmy takiego ujęcia, na którym będzie ostrość”. Lub: „Chcę, żebyście się dobrze bawili, ale nie zapominajcie, że od tego są soboty i niedziele” – tak Brad Pitt dowcipkuje, opowiadając o reżyserze, z którym kręci swój czwarty filmy w karierze. Właśnie rozpoczęły się zdjęcia w Los Angeles, a aktor wrócił do roli kaskadera Cliffa Bootha z „Pewnego razu w… Hollywood”.
Po raz pierwszy spotkali się przy okazji filmu „Siedem” z 1995 roku, który był przepustką do kariery dla obydwu. Potem współpracowali jeszcze przy „Podziemnym kręgu” oraz „Ciekawym przypadku Benjamina Buttona”. Polubili się na tyle, że chętnie spotykają się także prywatnie. Aktor jest stałym bywalcem wieczorków filmowych organizowanych przez Davida Finchera, na których reżyser bez przerwy komentuje oglądane filmy i drobiazgowo rozkłada je na czynniki pierwsze. Ma laserowy wskaźnik, którym np. zakreśla część muru w górnym fragmencie ujęcia i z dezaprobatą ocenia, że obraz w tym miejscu jest zbyt jasny.
– Jest jednym z najzabawniejszych ludzi, jakich kiedykolwiek poznałem. Cały czas mamrocze pod nosem. To ujęcie było dobre. To nie wyszło. Po co takie rozwiązanie? Ustabilizuj obraz!. To jak oglądanie meczu footballu amerykańskiego z Billem Belichickiem” – mówi ze śmiechem aktor, porównując przyjaciela do trenera drużyny New England Patriots.
Ale te drobne złośliwości, to tak naprawdę dowód na podziw, jaki ma do Fincha, jak nazywają Finchera przyjaciele i bliscy współpracownicy. – Pracując z nim, przekonasz się, jak smakuje doskonałość. Jego filmy zawsze kwestionowały nasze poczucie bezpieczeństwa. Jak sam mówi: „Jeśli nie żonglujemy piłami łańcuchowymi, wyrządzamy sobie krzywdę”. Wielu z nas nie zna niezliczonych innowacji technicznych, jakie wniósł do naszej branży i jak wielu operatorom i młodym reżyserom pomógł w rozwoju karier. Być może nie zdawałeś sobie sprawy, kiedy ostatnim razem upajałeś się swoim ulubionym serialem, że możesz za to podziękować Davidowi, bo to on i Netflix jako pierwsi wypuścili cały sezon „House of Cards”, a nie w odcinkach. I że to też on stworzył przycisk pomijania intro, którego prawdopodobnie często używasz – wyliczał Pitt, gdy dwa lata temu na gali LACMA Art + Film wręczał przyjacielowi nagrodę.
Zdjęcie: Netflix
BRAD PITT TO ZAŁATWIŁ
Teraz Pitt, Fincher i Netflix łączą siły. Reżyser, który 5 lat temu podpisał z tą platformą streamingową umowę na wyłączość na cztery lata, niedawno przedłużył ją do 2027 roku. Choć nie ujawniono wysokości kontraktu, wiadomo, że dostał pełną swobodę twórczą; do tej pory skorzystał z niej tworząc dwa sezony serialu „Mindhunter” oraz dwa filmy – „Mank” i „Zabójca”.
Zastanawiał się nad kolejnymi projektami: westernem „Bitterroot”, serialowym prequelem „Chinatown”, remake’iem filmu Alfreda Hitchcocka „Nieznajomi z pociągu” oraz „Squid Game: America”, czyli amerykańską wersją hitu Netflixa, koreańskiego serialu „Squid Game”. Zmienił plany, gdy Brad pojawił się u niego ze scenariuszem Quentina Tarantino. Chodzi o rozszerzoną o nowe wątki historię znaną z „Pewnego razu w Hollywood”, filmu, który w 2019 roku zarobił blisko 400 mln dol. na całym świecie. Tym razem czarujący kaskader Cliff Booth został główną postacią. Nic dziwnego, że aktorowi – który za tę rolę dostał jedynego Oscara – tak zależało na realizacji filmu, a skoro Tarantino się rozmyślił, namówił go, by wyciągnął scenariusz z szuflady po to, by na stołku reżysera zasiadł Fincher.
– Zrezygnowałem z reżyserowania „Przygód Cliffa Bootha”, bo pomysł, że moim ostatnim filmem będzie sequel, nie wywołał we mnie entuzjazmu – mówi Tarantino. – Uważam, że ja i David Fincher jesteśmy dwoma najlepszymi reżyserami. Zatem fakt, że chce zaadaptować moją twórczość, świadczy o powadze z jaką traktuje mój dorobek.
Tarantino (za scenariusz zainkasował 20 mln dol.) i Pitt są również producentami „Przygód Cliffa Bootha”. Szczegóły dotyczące fabuły pozostają tajemnicą (wiadomo tylko, że akcja będzie rozgrywać się w latach 70. XX wieku), jak również to, w kogo wcielają się pozostali aktorzy, m.in. Scott Caan, Elizabeth Debicki, Carla Gugino i Holt McCallany. Być może najlepszym wyznacznikiem tego, jak będzie wyglądać kontynuacja „Pewnego razu w… Hollywood”, jest wybór ulubionego operatora reżysera, Erika Messerschmidta. Oryginał nakręcił Robert Richardson z rozmachem, ale i lekkością. Współpraca Messerschmidta z Fincherem skłania się ku surowej, mrocznej estetyce, więc świat „Przygód Cliffa Bootha” może wyglądać inaczej.
Oficjalna data premiery nie została jeszcze ogłoszona. A skoro produkcja dopiero się rozpoczęła, pewnie znajdzie się w harmonogramie premier Netflixa na 2026 rok. My już teraz przypominamy dokonania 63-letniego reżysera i opowiadamy jak do nich doszło.
GEORGE LUCAS BYŁ JEGO SĄSIADEM
Nie od razu dano mu szansę. – Hollywood zawsze udaje, że cię nie zauważa. W dziwny sposób musisz być w Los Angeles wystarczająco długo, zanim ktokolwiek zda sobie sprawę, że traktujesz to poważnie. Ostatnią rzeczą, jaką chcą zrobić, to dać szansę tym, którzy nie zamierzają być oddani ich sprawie – mówił na początku kariery.
A przecież on filmowi był oddany od zawsze. Urodził się w Denver w Kolorado, ale w wieku dwóch lat przeniósł się z rodzicami do Kalifornii. Jako dziecko robił zdjęcia i rysował. Już wtedy chciał zostać artystą i garściami zużywał długopisy ojca, nieustannie przegrywając w konkursach zanim zrezygnował z rysowania. Aż w końcu namówił rodziców, żeby dali mu kamerę filmową.
Czy był moment eureki, kiedy zdał sobie sprawę, że chce reżyserować? – Wtedy, gdy zobaczyłem reportaż zza kulis kręcenia „Butch Cassidy i Sundance Kid”, gdzie narratorem był reżyser, George Roy Hill. I po raz pierwszy dotarło do mnie, że filmy nie dzieją się w czasie rzeczywistym. Miałem około siedmiu lat i pomyślałem: „Co za fajna praca. Możesz iść na plan, trenować konie, wysadzać pociągi i spędzać czas z Katharine Ross” (śmiech) – opowiada.
Pomogło też miejsce. Mieszkał w hrabstwie Marin w czasie, gdy kręcono tam „Ojca chrzestnego” i „Kandydata”, a jego sąsiad, George Lucas, na końcu ulicy robił „Amerykańskie graffiti”, a potem „Gwiezdne wojny”. Filmy tworzył tam też Michael Ritchie czy Phil Kaufman, plan filmowy był wszędzie. Wszyscy z jego kolegów chcieli być filmowcami. I on też.
Ale nie chodził do szkoły filmowej, jak wielu rówieśników. Wybrał pracę w pokrewnym biznesie: na przykład przez trzy lata pracował w firmie Lucasa, Industrial Light & Magic. – Wolałem pracować jako specjalista od efektów specjalnych, bo można było dobrze zarobić na życie i było to lepsze niż wydawanie 35 tys. dolarów rocznie na naukę w szkole filmowej. Po drugie, jedyną szkołą filmową, która mnie interesowała, był Uniwersytet Południowej Kalifornii, ale każdy film, który tam robisz, jest ich własnością. Pomyślałem: „Nie wiem, czy chcę im płacić za posiadanie moich filmów” – mówi.
ZACZĄŁ OD MADONNY
Ale i tak w końcu trafił do Hollywood. Przeprowadził się w 1984 roku, trzy lata później miał już swoją firmę Propaganda Films i robił reklamy i teledyski. – To brzmi głupio, ale byłem w Hollywood przez sześć lub siedem lat i czułem się, jakbym był tam od zawsze. Ale prawie 10 lat robiłem komercję zanim ktokolwiek dał mi szansę na zrobienie filmu. Wolałbym, by było inaczej – nie kryje.
Ale miało to swój wielki atut. – W świecie muzyki gwiazda jest jednocześnie finansistą: jeśli nakręcisz teledysk Madonny i wydasz milion dolarów, to ona za niego zapłaci. Nie wytwórnia płytowa. Wytwórnie płytowe udawały, że za to płacą, ale tak naprawdę szło to z tantiem. W większości przypadków osoby wydające pieniądze wiedziały, jakie są jej mocne i słabe strony. Wtedy moim zadaniem było jak najlepsze przełożenie tego na formę wizualną. Artyści, z którymi pracowałem, inwestowali we mnie, a ja inwestowałem w nich.
Klipy emitowane w muzycznej stacji MTV, które wówczas robił, to jedne z najbardziej kultowych w historii. Jak choćby dla Madonny („Vogue” i „Express Yourself”), Michaela Jacksona („Who Is It”), Stinga („Englishman in New York”), Aerosmith („Janie’s Got a Gun”) czy George’a Michaela („Freedom”). Kręcił je w czasach, gdy teledyski traktowano poważnie. Dziś ludzie ich nie oglądają, wolą Spotify.
– Cóż, publiczność, którą zgromadziło MTV – z perspektywy czasu, to był ten czas i to miejsce. Pamiętajcie, Beatlesi też kręcili teledyski – po prostu nazywali je „Help!” – śmieje się. – Tęsknię za tym – i nie sądzę, żebyśmy kiedykolwiek to jeszcze zobaczyli – za tym, że miałem 22 lata i szkicowałem pomysły na serwetce. Cztery dni później firma, z którą współpracowałem, otrzymywała 125 tys. dolarów, a ja mogłem brać się za robotę. Kręciłem klip w tydzień, a trzy tygodnie później był emitowany w MTV – wspomina z sentymentem. I dodaje, nie kryjąc złośliwości: – A dziś? Wystarczy nakręcić reklamę i aż 19 osób siedzi na składanych krzesełkach reżyserskich, każda z własnym monitorem do podglądu. Świat się zmienił.
Mówi, że po prostu dorastał w naprawdę interesującym czasie. – Od trzeciej klasy kręciłem filmy na taśmie 16 mm i co roku na zajęciach filmowych dawali piosenkę, prosząc: „Zrób do niej film”. Kręciłem więc materiał ze swoimi przyjaciółmi, a potem montowałem. Kiedy pojawiło się MTV, ludzie mówili to samo: „Chcemy, żebyś nakręcił film do tej piosenki”. Wszedłem w to, bo pomyślałem: „To może być jedyna rzecz, którą wiem, jak zrobić” – wspomina.
Traktował kręcenie teledysków jako szkołę filmową. – Choć nienawidzę tego mówić, bo wziąłem miliony dolarów od ludzi, aby to robić. Ale dzień, w którym zaczęli umieszczać w klipie moje nazwisko, był dla mnie okropnym dniem. Po prostu pomyślałem, że to takie fajne, że mogę bezkarnie wypróbować wszystkie moje pomysły i nikt nigdy by… no wiesz, obwiniliby za porażkę Michaela Jacksona – śmieje się.
Dziś docenia tamten dorobek, bo – jak ironizuje – napisy końcowe są podobne do tych w filmie, a klip to po prostu obrazy przycięte do muzyki. Reklam też się nie wypiera. W wieku dwudziestu kilku lat stworzył dochodową niszę jako reżyser wysokobudżetowych reklam telewizyjnych dla marek Nike, Levi’s, Pepsi i Coca-Cola. – Jest takie założenie, że reklamy to po prostu zbliżenia kamery na twarze celebrytów trzymających produkty. Ale niektóre z nich to świetna sztuka. To nie jest sztuka surrealistycznego malarstwa czy wiersz, ale to sztuka – zapewnia.
Uprzedzenie do reklam i uznawanie ich za niegodny filmowca gatunek przypisuje snobizmowi. – Królują pewne truizmy, które wszyscy przyjmujemy. Piękni ludzie są głupi. Inteligentni mają potencjał zła i powinni być obserwowani. Reklamy mają jedynie sprzedawać, a zatem muszą być złe. Ale najlepsze reklamy są antykorporacyjne. Nigdy więc nie pomyślałem: „Och, »Podziemny krąg« to moja szansa, by zemścić się na tych wszystkich ludziach, ponieważ nigdy nie zrobiłem niczego, czego nie chciałem – deklaruje.
Nawet dziś, gdy jest legendą Hollywood, nie ma dla niego znaczenia, co kręci: – Jestem reżyserem. Kręcę teledyski. Kręcę reklamy. Mógłbym filmować w teatrze na żywo. Kręciłbym nawet musicale albo otwarcie Igrzysk Olimpijskich. Kręcenie reklamy telewizyjnej nie jest dla mnie gorszą pracą. Po prostu angażuje się inne mięśnie.
Zdjęcie: Merrick Morton / Netflix
JEST KINO I JEST FILM
David Fincher lubi przechadzać się po przypominającym fortecę, hollywoodzkim studiu o powierzchni 1 tys. m², które kupił w 2002 roku – to najbliższe miejsce, do którego ma ze swojego domu. Mawiają, że jest tak wielkie jak jego talent, tak rozległe jak jego wyobraźnia.
I nie ma w tym przesady. Choć nakręcił „zaledwie” 13 filmów, jest jednym z najwybitniejszych współczesnych twórców filmowych, a wszystkie jego produkcje są wyjątkowe, przebojowe i przede wszystkim wytrzymują próbę czasu. Co więcej, są „fincherowskie” – widzowie mogą od razu poznać, kto jest ich autorem, dzięki szczególnym cechom. Oprócz charakterystycznego stylu wizualnego (który obejmuje ujęcia ze statywu, dyskretne oświetlenie, zieloną tonację i powtarzające się użycie cieni), praca reżysera często opiera się na intensywnej narracji, w której odbijają się ważne tematy społeczne, tj. samotność, wyobcowanie, feminizm, nihilizm, a nawet odczłowieczenie.
Echa tych problemów znajdziecie m.in. w filmach „Siedem”, „Podziemny krąg”, „Zodiak”, „The Social Network”, „Dziewczyna z tatuażem”, „Zaginiona dziewczyna”, „Zabójca” czy serialach „Mindhunter” i „House of Cards”.
Wielokrotnie w karierze udowadniał, że potrafi zrobić coś więcej niż tylko wywołać niepokój, perfekcyjnie wyreżyserowanymi thrillerami o seryjnych mordercach, ale niemal w każdym jego obrazie mamy do czynienia ze złem. – Uważam, że ludzie to zboki. To fundament mojej kariery – śmieje się. – Czy kiedykolwiek nakręcę kolejny film z seryjnym mordercą? Nigdy nie mówię nigdy. Nie tego szukam. Ale też nie chcę tego unikać.
Czemu w większości z jego filmów ludzie okłamują się nawzajem? Uważa, że to problem uniwersalny: ludzie na ogół kłamią częściej niż kiedyś. A przynajmniej „przyzwyczaili się do ulepszania swoich niedociągnięć”. – W epoce social mediów ludzie są na okładkach własnego „Rolling Stone’a” czy „Vogue’a”; mogą podejmować decyzje, które rzucają lepsze światło na to, co osiągnęli. Chodzi mi o to, że kiedy ludzie dokumentują wszystko w swoim życiu i pokazują światu, istnieje tendencja do edytowania. Niewielu ludzi mówi: „Wstałem dzisiaj, byłem samotny, masturbowałem się” – opowiada.
Jest wszechstronnym artystą, ale prawdą jest, że nieustannie krąży wokół skomplikowanej ludzkiej natury. Filmowy portret podwójnej osobowości z 1999 roku przedstawia Eda Nortona jako młodego yuppie i Brada Pitta jako jego dzikie alter ego. Podczas kręcenia filmu Fincher identyfikował się z Nortonem, aspirując do bycia Pittem. Do dzisiaj tak się czuje. – Na ekranie i poza nim Brad jest najlepszym facetem. Gdybym mógł być kimkolwiek, byłbym Bradem Pittem. Nawet gdybym nie mógł wyglądać jak on. Po prostu być nim – zachwyca się.
Zdjęcie: 20th Century Fox
Zdjęcie: 20th Century Fox
Dziś „Podziemny krąg” jest kultowy. Ale wówczas nie odniósł kasowego sukcesu w kinach. – Otwierał festiwal filmowy w Wenecji i myślę, że stwierdzenie, że ludzie go nie znosili, byłoby niedopowiedzeniem. Ujmijmy to tak: najmłodszą osobą na seansie był Giorgio Armani – śmieje się reżyser.
Potem wyszedł na DVD i wszystkim się spodobał. Autor zrzuca winę na wytwórnię Fox, która wydała na film 67 milionów dolarów i chciała na nim jak najwięcej zarobić. – To duża kwota, nie mogli jej stracić. Zaczęli mówić: „Hm, »Fight Club«, więc chodzi o walkę” i reklamy filmu sprzedawali w World Wrestling Federation. Powiedziałem im: „Tłum, który idzie na walki WWF, poczuje się trochę nieswojo. Z pewnością w pierwszy weekend w kinach będą mówić: „Stary, to było gejowskie”. Mieliśmy więc pocztę pantoflową, która zadziałała przeciwko nam, film po prostu poszedł do kibla i nikt go nie widział. Został sprzedany niewłaściwej grupie – tłumaczy.
Dziś, twierdząc, że jest kino i są filmy, mówi: – Kino jest robione dla publiczności, a film jest robiony zarówno dla publiczności, jak i dla twórców filmu. Myślę, że „Gra” to kino, a „Podziemny krąg” to film – wyjaśnia.
Czy to czyni je mniej ważnymi i osobistymi? – Nie, ponieważ jak każdy ojciec zabiłbym za swoje młode. Jest genialne dziecko, grzeczne dziecko i problematyczne dziecko. Twoje dzieci są różne i wszystkie wymagają od ciebie innych rzeczy. To nie znaczy, że kochasz je mniej – filozofuje.
FILM, KTÓREGO NIENAWIDZI
Ten wylew ojcowskiej miłości Finchera jest sprzeczny z jego wyraźną niechęcią do „Obcego 3”, jego pierwszego i – jak się okazało – problematycznego dziecka.
Przez większość ostatnich 30 lat „Obcy 3” był uważany za klapę, wielkie rozczarowanie po sukcesach poprzedników („Obcy” z 1979 roku i „Obcy – decydujące starcie” z 1986 roku) oraz za najgorszy film w serii. Był słynną, trudną produkcją. Kilku reżyserów przychodziło i odchodziło na etapie preprodukcji, scenariusz ulegał ciągłym zmianom podczas kręcenia filmu, a debiutant – wówczas młody reżyser teledysków, David Fincher – toczył codzienne bitwy z producentami o twórczą kontrolę.
Po doniesieniach o niepokojach na planie, opinia publiczna i prasa były przygotowane na katastrofę, ale zamiast tego obraz został przyjęty tylko z lekkim rozczarowaniem. Film zarobił na całym świecie 159 milionów dolarów, niewiele mniej niż 183 mln jego poprzednika. Nie był uwielbiany przez krytyków, ale trudno go potępiać. Słynny krytyk Roger Ebert nazwał go „najlepiej wyglądającym złym filmem, jaki kiedykolwiek widział”, co jest reprezentatywne dla jego ówczesnego postrzegania kina tego gatunku. Był jednak na tyle udany, że dał początek kolejnym kontynuacjom, do dziś ma też rzeszę żarliwych fanów.
Ale jego reputacja doznała śmiertelnej rany w 2009 roku, kiedy sam Fincher wyparł się filmu. – Wiele osób nienawidzi „Obcego 3”, ale nikt nie nienawidzi go bardziej niż ja – ogłosił. Nie jest jasne, czy miał na myśli doświadczenie związane z kręceniem filmu, czy gotowy produkt (jeśli w ogóle mógł je oddzielić), ale słowa na dobre przylgnęły do filmu. W 1992 roku to był najdroższy pełnometrażowy debiut reżyserski w historii (jego budżet wynosił 50 mln dol.) i jego autor woli, by raczej tak był zapamiętany.
To lekcja, którą reżyser słynący z obsesji na punkcie kontrolowania każdego aspektu filmu, wykorzystał do nakręcenia kilku wielkich arcydzieł ostatnich 30 lat.
Fincher nigdy nie zmienił zdania na temat „Obcego 3”. W 2003 roku Fox wypuścił „Assembly Cut”, w którym próbował zrekonstruować wizję reżysera dotyczącą filmu, który został pocięty na kawałki po pokazach testowych. Obsada i ekipa pomogli stworzyć nową wersję, ale sam twórca nie brał w niej udziału i twierdzi, że nigdy jej nie oglądał. – Najwięcej uczę się na własnych błędach. Nie wiem, czego się nauczyłem dzięki „Obcemu 3” poza walką o swoją wizję – wyznaje.
Do dziś ma opinię „trudnego”. Bill Mechanic, były prezes Fox, który w 1999 roku dał zielone światło dla „Podziemnego kręgu”, wyjawia: – Z zasady jest nieposłuszny. Kwestionuje autorytety, kwestionuje decyzje.
PROCES 25 DUBLI
Dla reżysera tak skupionego na precyzji i perfekcji, tego typu opinie są niczym komplementy. Broni słowa „perfekcjonista”, które często towarzyszy jego nazwisku, bo uważa, że jest ono nadużywane, obok słów „ostry” i „wymagający”. – Hejterzy są zbyt leniwi, żeby wymyślić prawdziwe słowo. „Perfekcjonista” to grzeczny sposób na powiedzenie „kompulsywny”. I nie uważam, żebym był perfekcjonistą. To termin używany przez ludzi, którzy nie mają pojęcia, jak powstają filmy. To balet bez prób. Nie możesz przećwiczyć zdjęć. Musisz przyjść na plan i wykonać ten taniec. A do tego jest tak wiele rzeczy, które mogą stanąć między tobą a pomysłem – zjeża się.
Doświadczył tego m.in. na planie „Zaginionej dziewczyny”. Kiedy pojawił się Tyler Perry, tak zareagował na kolejnego dubla: „Żartujesz? Zrobimy jeszcze jeden? Po co?”. Ale wielu aktorów, choć narzeka na niezliczoną ilość ujęć, czasem 50 lub więcej na jedną scenę, każdy z nich podporządkowuje się wizji mistrza. Rooney Mara, która zagrała główną rolę w „Dziewczynie z tatuażem”, ujęła to tak: – Wiele razy chciałam zrobić coś inaczej, ale z reguły nikt z nas po prostu nie ma lepszych pomysłów od niego.
Zdjęcie: 20th Century Fox
On tak to widzi: – Nie robimy kolejnego dubla, bo coś było nie tak. Robimy kolejny, bo myślę, że gdzieś w przyszłości zostanie popełniony błąd – kiedy wszyscy się znudzą – który będzie bardziej przypominał ludzkie zachowanie niż to, co obecnie odgrywa. Jeśli uda mi się sprawić, że aktor zapomni o swojej postaci, natknę się na coś, co sprawi, że wszyscy powiedzą: „O! To zawsze jest najlepsze ujęcie, kiedy aktor zaczyna upadać na twarz”.
Po chwili wzrusza ramionami: – W najlepszym razie i tak dostajesz 60 procent tego, czego chcesz.
Czego szuka w tym ciągłym powtarzaniu: – Najpierw szukam technicznej precyzji, potem wiarygodności w aktorstwie, a na końcu połączenia tych dwóch elementów. Szukam zaskoczenia, intrygi, dziwności. Czegoś, o czym wcześniej nie pomyślałem. Szukam skazy, która sprawia, że wszystko wydaje się dziać dokładnie tak, jak powinno. Chcę wyjść poza fikcję. I czasami osiągnięcie tego celu zajmuje trochę czasu.
Powtarza, że niewiele jest rzeczy tak wymagających współpracy jak kręcenie filmu. – Hollywood jest winny stworzenia mitu, że wszystko jest robione według bardzo rygorystycznych standardów i nikt nie robi kroku naprzód, nie znając skutków. Ale prawda jest taka, że to bardziej jak moda haute couture: tworzysz coś wyjątkowego. I musi to trafić na wybieg, a wystarczająco dużo ludzi musi klaskać, robić zdjęcia i sprzedać bilety warte 100 milionów dolarów – podsumowuje.
Dlatego nie obraża się na system gwiazdorski, sam chętnie zatrudnia aktorów z głośnymi nazwiskami. – Michael Fassbender, Brad Pitt, czy Cate Blanchett i Tilda Swinton. Morgan Freeman również należy do tej grupy. Nie mam na myśli tego, że są na okładkach wielu magazynów. Chodzi o to, że mają wewnętrzne zrozumienie sztuki aktorstwa filmowego – i dlatego publiczność w nich inwestuje, kupując bilety. Ponieważ całkowicie oddają się tekstowi. Ponieważ zawsze i wszędzie szukają prawdy. Nieustannie. Nie przejmują się, nawet jeśli nakręcisz tysiąc ujęć. Bo nie cofną się przed wysiłkiem, jeśli efektem końcowym będzie lepszy film – wyjaśnia. I dodaje: – Są inni aktorzy, którzy również są dobrzy, ale nie wzbudzają takiego samego zainteresowania u widzów.
To, że dostaje aktorów, jakich sobie wymarzy, świadczy o dwóch rzeczach. Po pierwsze, o jego determinacji w opieraniu się wszelkim naciskom z zewnątrz, by wybierać gwiazdy zamiast tych, którzy najlepiej pasują do ról (w przypadku „Dziewczyny z tatuażem” wybrał nieznaną Rooney Marę zamiast Carey Mulligan i Scarlett Johansson). Po drugie, wyniki: aktorzy u niego mają często najlepsze role w karierze, co oznacza, że są bardziej skłonni do poddania się jego rygorystycznym metodom pracy. Spędzając czas na planie Finchera, muszą mieć jedną z najważniejszych cech: wytrzymałość. Nie jest niczym niezwykłym, że ujęcie jest powtarzane średnio 25 razy, dopóki reżyser nie będzie zadowolony.
Stara się uchwycić małe chwile, szczęśliwe wypadki, które sprawiają, że film przypomina życie. – To jak oddanie tysiąca rzutów wolnych, by trafić do kosza – zdradza.
Ben Affleck zabiegał o rolę w „Zaginionej dziewczynie” do tego stopnia, że opóźnił produkcję nagrodzonego Oscarem „Argo” w swojej reżyserii. Fincher obsadził go po części dla przyjemności oglądania kogoś tak uprzejmego, a jednocześnie w tak trudnych okolicznościach. – Affleck jest często niedoceniany; jest znacznie mądrzejszy, niż opinia publiczna zdaje sobie sprawę lub wydaje się przyznać. Jest bardzo bystry – mówi Fincher.
Ale pracował też z aktorami, którzy nie przepadali za procesem „25 dubli” – jak Michael Douglas w „Grze” i Robert Downey Jr w „Zodiaku” – choć obaj przyznali, że te role należą do ich najlepszych. Już nigdy ich nie zatrudnił. – Łatwiej jest robić filmy, kiedy ludzie chcą na moim planie być! Poza tym, w czym problem? Przecież cena biletu w kinie nie rośnie wraz z ilością dubli – ucina filmowiec.
KRNĄBRNY ANARCHISTA
– Odniósł wielki sukces w młodym wieku, ale ludzie próbowali mu go odebrać, i wie, jak to jest – mówi o krnąbrności Finchera producent filmowy, Scott Rudin. – Ale to i tak nie skłoniło go do posłuszeństwa. Ma mentalność anarchisty. Lubi wysadzać systemy w powietrze.
Nigdy nie był serdecznym typem, jak twierdzi kilku jego współpracowników: – Jest trudny, zwłaszcza dla ludzi z marketingu i dystrybucji. Ale to wynika z tego, że nie toleruje głupców.
Zapytany o swój sposób bycia – pewność siebie, która może graniczyć z arogancją – Fincher waha się: – Często myślę, że pewność siebie może wyglądać… różnie dla różnych ludzi”. Ale nie uważam się za trudnego. Oczekuje się od nas, że będziemy robić niesamowite rzeczy; to oznacza, że będziemy musieli się nawzajem motywować.
Nawet Mechanic twierdzi, że reputacja Finchera jest przesadzona: – Było mnóstwo problemów ze studiem, jak zawsze w przypadku Davida. Zaprosiłem go więc na śniadanie kilka tygodni przed zdjęciami do „Podziemnego kręgu” i ustaliliśmy procedury, a on dotrzymał słowa w stu procentach. Nie było żadnych kontrowersji. To była jedna z najlepszych prac, jakie kiedykolwiek miałem w roli szefa.
W tym samym czasie Fincher zrehabilitował się filmem „Siedem”, który pod wieloma względami zdefiniował jego twórczość: był mroczny, wizualnie odważny i emocjonalnie obojętny. – Byłem pierwszą osobą zatrudnioną do tego filmu – wspomina Morgan Freeman – i pamiętam, jak opowiadał mi o procesie, który chciał zastosować, żeby film był mroczny. Byłem zaintrygowany. Kontroluje położenie kamery, bardzo precyzyjnie; położenie aktorów, bardzo precyzyjnie; położenie świateł, bardzo precyzyjnie. Jednocześnie jest bardzo otwarty na współpracę.
Reżyser raz po raz odmawia spełniania oczekiwań, odmawiając wywiadów i udziału w promocji, a nawet krytykując osoby, które najbardziej go wspierają. Jednak związek z producentką Cean Chaffin, rzuca na niego zupełnie inne światło. Pracują razem od 22 lat i są parą od 19, odkąd Fincher rozstał się z pierwszą żoną po krótkim małżeństwie, którego owocem jest jego jedyna córka. Ona jest tak ciepła i otwarta, jak on potrafi wydawać się chłodny i zdystansowany. – Jesteśmy jak woda i ogień – żartuje Cean. Ale tak naprawdę to ona przypomina o wszystkim, co łatwo przeoczyć u Finchera: o jego całkowitym odrzuceniu hollywoodzkich pułapek; o jego lojalności wobec najbliższych; o jego silnej więzi z rodziną; o jego bezkompromisowym zanurzeniu w pracy.
– Cean bardzo wspiera Davida – mówi Arnold Kopelson, producent m.in. „Siedem”. – Dzięki niej może całkowicie oddać się swojej pasji, jaką jest kręcenie filmów.
Choć jest perfekcjonistą, pogodził się z tym, że istnieje duża przepaść między filmem, który tworzy w swojej głowie, a tym, który powstaje: – Na papierze wszystko wydaje się bardzo proste, dopóki nie wyjmiesz kamery z pudełka. Następnie 90 osób oferuje rozwiązania problemów, które sami stwarzają. W wirze działań próbujesz każdemu wyjaśniać co i jak, jednocześnie mając w sobie strach o to, ile pieniędzy jest wydawanych. Nie sądzę, że kiedykolwiek uda mi się zrobić film tak, jak mam go w głowie.
Komfortowo w roli reżysera poczuł się dopiero po 40-tce: – Powiem to tak: nie ufam nikomu z branży filmowej, kto nie kładzie się spać wieczorem, czując się jak oszust. Długo myślałem: „jutro dostanę telefon i odbiorą mi możliwość robienia tego, co tak bardzo kocham, że robiłbym to nawet za darmo”. Ale potem wychodziłem na plan i robiłem, co mogłem, żeby wyglądać, jakbym tu rządził.
Dziś jest już w elicie tych podziwianych i nagradzanych. Ma Złote Globy, BAFTA, Emmy, Cezara i trzy oscarowe nominacje. Czy nagrody są dla niego ważne? – To nieuczciwe mówić, że nie docenia się uznania od ludzi, którzy wiedzą, jak trudne jest robienie takich rzeczy, jak film. Ale nie leczymy raka. Mamy nadzieję, że po prostu tworzymy rozrywkę i jeśli uda nam się ją podnieść na wyższy poziom, choćby odrobinę, to dobrze. Ale to trudne. Czy wolałbym spędzać czas robiąc coś innego, niż siedzieć niewygodnie na jakieś ceremonii, pocąc się w smokingu i być krytykowanym za moją robotę? Tak, jest wiele innych sposobów na spędzenie czterech godzin życia, które nie powodują takiej samej niestrawności – mówi z charakterystycznym dla siebie sarkazmem. ﹡
_____
Pisząc artykuł korzystałam z wywiadów w „Hollywood Reporter”, „Los Angeles Times”, „Esquire”, „Guardian”, „Variety”, „Faq Magazine”.