2 marca 1991 roku Serge Gainsbourg zasnął w swoim łóżku na drugim piętrze mieszkania przy 5 bis rue de Verneuil w Paryżu i nigdy się nie obudził. W wieku 62 lat zmarł na drugi zawał serca. Dla całej Francji jego śmierć była zarówno szokująca, jak i nie zaskakująca. Żył ostro, nigdy się nie oszczędzał i nieustannie prowokował. A to się przekładało na sukces zawodowy. Jego 16 albumów studyjnych to 12 złotych płyt, do tego pięć podwójnych złotych płyt i sześć platynowych. Najsłynniejszy singiel „Je t’aime… moi non plus” – podsycany kontrowersjami wokół orgazmicznych jęków Jane Birkin – sprzedał się w ponad milionie egzemplarzy. Do dziś jego fani potrafią wyrecytować z pamięci przynajmniej niektóre teksty – czasem zabawne, czasem zjadliwe, często oburzające – jakie napisał dla siebie i grupy kobiet, z którymi pracował i z którymi spał przez lata. „Był naszym Apollinaire’em, naszym Baudelaire’em” – oznajmił prezydent Francji, François Mitterand, żegnając słynnego barda, pamiętanego nie tylko jako największy francuski muzyk XX wieku, ale także jako ikona popkultury.
Ciało artysty odkryła następnego popołudnia francuska modelka i aktorka Bambou – jego ostatnia partnerka, choć już z nim nie mieszkała. Córka Gainsbourga, Charlotte, usłyszała wiadomość o śmierci ojca w telewizji i od razu pobiegła do rodzinnego domu. – Był martwy, zimny i nikt nie potrafił go dotknąć. Nie sądzę, żeby Bambou się odważyła – 52-letnia dziś Charlotte, która jest znaną na świecie aktorką i piosenkarką, wspomina w rozmowie z „Wall Street Journal”. – Nawet nie zadawałam sobie żadnych pytań, po prostu położyłam się obok niego, jak byśmy byli małymi zwierzętami. Ktoś rozsądny pewnie by powiedział: „Nie, tego się po prostu nie robi”. Ale miałam 19 lat i nikt nie mógł mi mówić, co mam robić. To był mój ojciec.
Kiedy zmarł, bardzo intensywnie przeżywała jego żałobę. Poprosiła, żeby go zabalsamowano. – Nie myślałam wtedy zbyt trzeźwo i być może nie był to zdrowy wybór, ale przynajmniej pozwolił mi spędzić z nim jeszcze kilka dni. Wszystko, co się z nim wiązało, stało się święte, nawet paczka gitanów czy skrawek papieru, na którym coś nabazgrał. W ten sposób udawałam, że nie odszedł. Dziś, gdy patrzę na jego dom zatrzymany w czasie, czuję, że on nadal tam jest – wyznaje „Financial Times”.
SERGE KOCHAŁ TO MIEJSCE
Dwupiętrowy budynek położony przy cichej ulicy w dzielnicy Saint-Germain-des-Près od 1968 roku do śmierci Gainsbourga był jego rezydencją. Później został zamknięty. Elewację pokryły graffiti i rysunki będące hołdem dla autora „Je t’aime moi non plus”.
Charlotte – która mieszkała przy 5 bis rue de Verneuil do dziewiątego roku życia ze swoją matką Jane Birkin i przyrodnią siostrą Kate, zanim jej rodzice się rozstali – od czasu do czasu tam wracała. – Zaglądałam tam, ale niezbyt często. Na początku było to bardzo bolesne. Potem trochę mniej. Ale zawsze było to stresujące – mówi.
Pewnego dnia przyszło jej do głowy, żeby zamienić lokal w rezydencję dla artystów lub go sprzedać. Ale wykluczyła obie opcje. Kilka lat temu rozważała projekt z architektem Jeanem Nouvelem: witrynę, która z ulicy umożliwiłaby obejrzenie wnętrza niczym domek dla lalek. Kolejny pomysł, który również został odrzucony. Kiedyś nawet myślała o ponownym zamieszkaniu w tym miejscu. Jej mąż – reżyser Yvan Attal – zaśmiał się: „Żartujesz?”, i uznała, że zostawi wszystko bez zmian. Ostatecznie potrzeba było ponad trzech dekad, żeby zmieniła zdanie. – To nie przypadek, że minęło aż tyle czasu – mówi. – Moje stosunki z ojcem w ciągu tych lat były bardzo skomplikowane – nie mogłam go naprawdę opłakiwać, przebywać w domu, który zawsze przenosi mnie w czasy 1991 roku, i w którym czułam, że w każdej chwili może wrócić. Nie jestem szalona, ale nawet nie chciałam słuchać jego muzyki ani oglądać jego zdjęć czy filmów.
Serge kochał to miejsce. Trafił tam dzięki swojemu ojcu, Josephowi Gainsbourgowi, klasycznie wykształconemu muzykowi, który po ucieczce przed bolszewikami z Ukrainy z matką Serge’a, Olią, zarabiał na życie śpiewaniem i graniem na pianinie w paryskich barach. Po rozstaniu z drugą żoną Serge mieszkał w czymś w rodzaju internatu dla artystów i zlecił ojcu znalezienie mieszkania w odpowiedniej części miasta. Joseph zobaczył w gazecie „Le Figaro” ogłoszenie o małym budynku w 7. dzielnicy i zadzwonił do syna.
W tym czasie Serge zarabiał już całkiem nieźle m.in. jako piosenkarz. Hit „Le Poinçonneur des Lilas” o kasjerze biletów w metrze, który gubi się podczas całodniowego dziurkowania biletów, już 10 lat wcześniej przyniósł ma sławę, gdy śpiewał: „Małe dziurki, małe dziurki, małe dziurki!”. To dlatego zużyte bilety metra zaśmiecają grób Gainsbourga na cmentarzu Montparnasse.
Odnosił także znaczące sukcesy, pisząc popowe hity dla wielu francuskich gwiazdek. Jego największą zdobyczą była Brigitte Bardot, która w wieku 34 lat była u szczytu sławy – i był to niezły erotyczny balsam dla kogoś, kto jako żydowski dzieciak z dużymi uszami i nosem zawsze nienawidził swojego wyglądu.
Gdy Gainsbourg i Bardot pojawili się pod adresem 5 bis rue de Verneuil, tłum ustawiający się w kolejce, aby przejść przez przejście na ulicy, rozstąpił się, aby ich przepuścić – dzięki niej, a nie jemu. Serge zakochał się w tym miejscu od pierwszego wejrzenia. Niedługo potem Brigitte wychyliła się przez okno na drugim piętrze i oznajmiła gapiom: „Dom jest sprzedany”.
„TYLKO BRUDNI LUDZIE SIĘ MYJĄ”
Jako młody student kierunków artystycznych Gainsbourg spędził noc w paryskim mieszkaniu Salvadora Dalego przy rue de l’Université i był pod wrażeniem panującej tam wystudiowanej atmosfery przypadkowego zaniedbania. W tym samym duchu przystąpił do budowy „miłosnego gniazda dla nocnych marków”.
Podobnie jak Dalí, powiesił na ścianach czarny materiał. Trudno mu było znaleźć lodówkę ze szklanymi drzwiami do maleńkiej kuchni i zadał sobie wiele trudu, aby zamówić odpowiednią, nisko zawieszoną wannę, choć prawie nigdy się nie kąpał (bidet zaspokajał jego skromne potrzeby w zakresie higieny osobistej. „Tylko brudni ludzie się myją” – mawiał). Na koniec był niezmiernie dumny z tego, czego dokonał. „Wygląda na nieporządek, ale w rzeczywistości właściwie wszystko liczone jest według bardzo specyficznych rytmów: tu przekątnych, tu krzywych, nigdy linii równoległych. Zrobiła to nie jakaś miła dekoratorka, to ja!” – chwalił się.
Kiedy się na dobre wprowadził, brakowało tylko Bardot, która wróciła do swojego niemieckiego męża, Guntera Sachsa. Podczas ich 86-dniowej idylli – Serge policzył – napisał dla Bardot odę do cielesnej miłości, której nie zdążył wydać: „Je t’aime…moi non plus”. Dosłowne tłumaczenie – „Kocham cię… ja też nie” – nie ma większego sensu . We Francji wyrażenie to jest często używane jako skrót określający związek miłości i nienawiści.
Tytuł nie był powodem zamieszania. Większą część utworu, trwającego mniej więcej cztery minuty, pochłonęło udawanie przez Bardot orgazmu tak przekonująco, że jej wytwórnia płytowa wpadła w panikę, podobnie jak ona. Wysłała Gainsbourgowi desperacki telegram: „Serge, błagam, abyś wstrzymał wydawanie »Je t’aime«”. Zrobił to, ale na szczęście piosenka nie umarła. Została wydana w 1969 roku i zaśpiewana, jeśli można to tak nazwać, przez Jane Birkin. Gainsbourg poznał tę młodą Brytyjkę na planie filmowym i wkrótce zostali kochankami. Wykonała utwór oktawę wyżej niż Bardot, aby „brzmieć jak mały chłopiec”, jak wyznała po latach „Guardianowi”. Osoby, które słyszały obie wersje, zwykle się z tym zgadzają: Birkin miała lepszy orgazm.
W Wielkiej Brytanii piosenka zajęła pierwsze miejsce. Tymczasem Włochy, Hiszpania, Szwecja, Portugalia i Brazylia zakazały jej puszczania. Nawet Francja nie nadawała utworu w państwowych stacjach radiowych. Ludzie zaczęli pytać: Czy Gainsbourg posunął się za daleko? Gainsbourgowi spodobało się to pytanie i ciężko pracował na to swoim kontrowersyjnym zachowaniem, aby wszyscy je zadawali. – Mój ojciec żył swoimi prowokacjami – Charlotte mówi „The Wall Street Journal”. – Nie próbuję szukać wymówek, ale myślę, że one kryją się za jego nieśmiałością, skromnością i niepokojem o życie. Czasami mam wrażenie, że to była zemsta mężczyzny, którego ludzie tak długo uważali za niezbyt przystojnego. Mówił nam: „Przez tyle lat byłem brzydki. Teraz koło się odwróciło”.
Pod koniec lat 70. nadciągnęły czarne chmury. Gainsbourg często był pijany. Zaczął rano popijać kieliszek likieru Pastis, a wieczorem zamawiał już podwójną lub potrójną porcję. Nadmierne picie i wynikająca z alkoholizmu agresja w końcu odstraszyły Jane. Zostawiła go w 1980 roku, zabierając dzieci. Ogarnęło go poczucie winy i nigdy się z nim nie uporał.
Tuż przed śmiercią zasugerował Charlotte, aby przeprowadziła się do 5 bis. Była zdruzgotana po nieudanym romansie. – Nie czułam się dobrze, nie wiedziałam też, jak bardzo był chory. Z mojego planu zajęć wynika, że 28 lutego zjedliśmy kolację. Miał mi dać klucze do 5 bis – to dla niego ogromna sprawa, bo żył zupełnie sam, co było jego świadomą decyzją. Powiedział, że potrzebujemy naprawy naszej relacji, dlatego oferował mi życie u swego boku – wspomina Charlotte. Dwa dni później już nie żył.
„WSZYSCY PRAGNĄ MOJEJ ŻONY”
32 i pół roku po śmierci Serge’a Gainsbourga i dwa miesiące po śmierci Jane Birkin (w wieku 76 lat) – ich córka odsłoni wnętrze domu w ramach Maison Gainsbourg, pierwszej instytucji kulturalnej poświęconej francuskiej ikonie. Pierwsi odwiedzający wejdą w grupach po 10 osób w półgodzinnych odstępach. Bilety na pierwsze 30 tysięcy miejsc wyprzedały się wkrótce po ogłoszeniu daty otwarcia.
Nic dziwnego, od lat jest to miejsce pielgrzymek i świątynia muzyki pop, odwiedzana przez fanów i ciekawskich z całego świata. Do tej pory musieli przebywać wyłącznie na zewnątrz. 20 września po raz pierwszy będą mogli wejść do przestrzeni, o której Serge Gainsbourg kiedyś powiedział tak: „Nie wiem, czy to pracownia, muzeum, salon czy burdel”.
Projekt, wspierany przez dom mody Saint Laurent i jego dyrektora kreatywnego, Anthony’ego Vaccarello, ma także drugi lokal, również przy Rue de Verneuil, ale po drugiej stronie ulicy. O ile 5 bis pozwala zagłębić się w życie intymne mężczyzny, o tyle Musée Gainsbourg pod numerem 14 to aranżacja bardziej formalna pokazująca karierę muzyka – jest tam ponad 450 fotografii, przedmiotów, rękopisów, ubrań, złotych płyt, wycinków prasowych i ręcznych zapisów; okładki magazynów z Jane Birkin i notatka od Gainsbourga mówiąca: „Wszyscy pragną mojej żony”, czy odręczny tekst do utworu „La Javanaise”, który napisał dla piosenkarki Juliette Gréco oraz medal Eurowizji 1965 za „Poupée de cire, poupée de son”. To tu znajduje się również bar Gainsbarre – taką nazwę wymyślił Serge Gainsbourg dla swojego demonicznego alter ego i czasem pod tym pseudonimem nagrywał filmy.
– Wszystko zostało w jego domu bez zmian dzięki temu, że nikt nie wchodził i nie było zbyt dużo światła. Dla mnie bardzo ważne było zachowanie zapachu: perfum Van Cleef, papierosów, alkoholu… – Charlotte kilka dni temu wyjaśniła grupie dziennikarzy, których jako pierwszych gości oprowadziła po Maison Gainsbourg. – To brama do zrozumienia dziedzictwa mojego ojca. Chcę, żeby to było przeżycie – mocny moment, jak oglądanie filmu. On podzielił się już tym, co chce, żebyśmy o nim wiedzieli, więc mam nadzieję, że ten dom wywoła emocje związane z wiedzą, którą ukrywał: jak mieszkał.
Podczas zwiedzania do środka mogą wejść jednocześnie tylko dwie osoby: mogą tam spędzić maksymalnie dziesięć minut. Dom jest stosunkowo mały, biorąc pod uwagę, że mieszkała w nim gwiazda: bardzo zatłoczone ok. 130 m². Może dlatego, że sufity są niskie, korytarze i schody wąskie, ściany czarne, duża część domu jest wyłożona wykładziną lub dywanikami, a przestrzeń jest wypełniona najróżniejszymi przedmiotami i meblami. W salonie, obok brązowego odlewu popiersia Jane Birkin, znajdują się niezliczone małpy (niektóre z nich zawierają ukryte butelki whisky i koniaku) oraz zawadiacki wybór policyjnych odznak, które trzymał na pamiątkę. Stoi fortepian Steinwaya i siedzi mężczyzna z brązu z głową kapusty – to statua naturalnej wielkości autorstwa Claude’a Lalanne’a, którą Gainsbourg kupił w 1976 roku i umieścił na okładce swojego albumu.
Gość zakłada słuchawki i słucha nagrania z szepczącym głosem Charlotte, który go prowadzi. „Oglądaliśmy telewizję podczas jedzenia” – mówi głos, gdy gość jest w kuchni i ogląda stare przetwory i sosy oraz puste butelki po winie, które zostawił Serge. „Zawsze jadł tym samym widelcem. Myślę, że wziął to z Maxima (legendarnej paryskiej restauracji – przyp. red.)”. Gość wchodzi po schodach i odkrywa szafę z ubraniami Gainsbourga: jego marynarkami i krawatami, jego mundurem składającym się z dżinsów i dżinsowej koszuli, jego białymi butami Repetto… zawsze bez skarpetek, nawet jeśli pada śnieg. Obok znajduje się pokój lalek, w którym Charlotte i Serge grali w gry wideo, oraz maleńki gabinet z XIX-wiecznym fotelem dentystycznym, w którym Serge czytał ulubionych XIX-wiecznych autorów – od Baudelaire’a po Edgara Allana Poe. Jest tam biały komputer IBM, na którym pisał, a także traktat o patologii medycznej, który lubił przeglądać. I wypchany pająk. Na korytarzach m.in. zdjęcia Brigitte Bardot naturalnej wielkości oraz Marilyn Monroe, w tym to zrobione w kostnicy w Los Angeles, a także wycinki prasowe dokumentujące skandal wokół jego wersji reggae do francuskiego hymnu narodowego „Marsylianka” z 1979 roku.
Dalej jest łazienka i sypialnia, znana dotychczas tylko jego żonom, dzieciom i kobietom, które dzieliły z nim łoże. Pokój emanuje erotyzmem i bezkompromisowym przepychem: barokowa ławka w kształcie syreny pochodzi prawdopodobnie z burdelu lub teatru, do dziś stoją perfumy Jane Birkin, a na ścianie wisi gobelin ze scenami kanibalizmu. Lampa rzuca miękkie światło na nienaruszone drobiazgi: gumę, lizaki i cukierki o smaku anyżu, które Gainsbourg miał na swoim stoliku nocnym.
Nic dziwnego, że Charlotte początkowo wahała się, czy udostępnić sypialnię publiczności. – Choć jest to coś intymnego, mam nadzieję, że dom zaskoczy ludzi i poczują magię. Nie mam poczucia, że stawiam gości w pozycji podglądacza. Otwieranie tego miejsca i utrzymywanie jego części w tajemnicy nie miało sensu – tłumaczy „Financial Times”. Dziennikarzom na oprowadzaniu po domu powiedziała: – Mam bezwstydną stronę. W mojej rodzinie jest coś skromnego, a jednocześnie bardzo bezczelnego. Zresztą mam wrażenie, że wszyscy wiedzą o nim wszystko. Wcale nie czuję, że zdradzam jego tajemnice.
„WYOBRAŹ SOBIE, ŻE UMIERASZ, CO ONI ZROBIĄ?”
Charlotte Gainsbourg wyjaśniając powody otwarcia domu, opowiada o własnych dzieciach: – Bałam się, że nie będą wiedziały, co z tym zrobić. Dla mnie było to ciężarem przez 32 lata. Powiedziałam samej sobie: „Wyobraź sobie, że umierasz, co oni zrobią?”.
To z pewnością także koniec pewnego rozdziału w jej życiu. – Część mnie jest bardzo dumna, a druga sprawia, że pytam: „Jakie jest tutaj moje miejsce?”. To tak, jakbym nadal chciała być połączona z tym domem, ale jednocześnie tak naprawdę nie jest już on mój – podsumowuje. – Jeśli mój ojciec w jakiś sposób mógł zobaczyć, jak ten projekt nabiera życia, mam nadzieję, że zrozumie, jak bardzo go kocham i jak bardzo kochają go wszyscy ci, którzy uczestniczyli w tym przedsięwzięciu. Ogromnym zaskoczeniem było zobaczyć, jak szaleni są ludzie na jego punkcie. I wyobrażam sobie, że z nim mogło być podobnie.﹡
Kopiowanie treści jest zabronione