Gdy Jacob Elordi pojawia się w pierwszych scenach „Frankensteina” w zaśnieżonej Arktyce – jako jakaś bestia o nadludzkiej mocy i morderczych zapędach – widać wyraźnie, że 28-letni aktor urodził się do tej roli. Ale o mało do tego nie doszło. Dziewięć tygodni przed rozpoczęciem zdjęć do filmu Andrew Garfield – który miał zagrać stwora u boku Oscara Isaaca w roli Victora Frankensteina – musiał zrezygnować z powodu konfliktu terminów. Szansę wykorzystał Elordi – z talentem przemienił się w tragiczną postać, która w powieści science fiction Mary Shelley została porzucona przez ludzkość z powodu swojej ogromnej i nieznośnej fizycznej deformacji.
– Wiem, że wiele osób w prasie chwali, jak dobrze Elordi spisał się fizycznie do tej roli, mając 195 cm wzrostu i piękne długie kończyny. Tak, był dla mnie wspaniałym płótnem do zabawy i pracy nad tym stworem. Ale jest w tym też dusza – Mike Hill, szef działu charakteryzacji „Frankensteina”, mówi w rozmowie z amerykańskim magazynem „Elle”.
Znany z ról przystojniaków aktor miał mnóstwo czasu na przygotowanie się do roli Potwora na krześle charakteryzatora – transformacja wymagała maratonów trwających 10 godzin. Potrzebne były 42 elementy przyklejane na całe ciało. Zmycie makijażu zajmowało około 90 minut, a do usunięcia wszystkiego wykorzystano dmuchaną saunę w przyczepie Elordiego.
– Bez cierpliwości Jacoba nie byłoby to możliwe. Nie narzekał. Ale wiem, że był w nim wewnętrzny niepokój – zapewnia Hill, który jeszcze przed rozpoczęciem zdjęć poprosił go o rozmowę na Zoomie, aby ostrzec przed wyczerpującym procesem. – Powiedziałem: „Słuchaj, Jacob, będziesz nienawidził mojej twarzy o 2 w nocy, kiedy będę się nad tobą pochylał, a ja będę nienawidził twojej, bo ty nienawidzisz mojej” – wspomina Hill. Ku jego zaskoczeniu i radości, nigdy do tego nie doszło – zostali przyjaciółmi.
Mimo tych wszystkich zabiegów Potwór z filmu Guillermo del Toro – który po raz pierwszy pojawił się w kulturze ponad 200 lat temu dzięki Mary Shelley – przeszedł swego rodzaju lifting. Nie jest zielonoskóry, nie ma tępych rysów twarzy, płaskiej czaszki i skręcanego śrubami karku. Jego skóra jest biała jak kość słoniowa, inspirowana alabastrowymi posągami rzeźbionymi przez Starych Mistrzów, ze szwami, które imitują atrakcyjne kontury. Duże, brązowe oczy Elordiego pozostały nietknięte, bez cienia pod oczami w stylu zombie. Według charakteryzatora, toczyły się dyskusje na temat dodania sztucznych rzęs, ale uznali, że te prawdziwe aktora są wystarczająco długie.
To skromniejsza, bardziej ludzka interpretacja jednego z najbardziej rozpoznawalnych potworów w historii kina. – Przez dekady zastanawiałem się, jak przedstawić tę postać w mojej własnej wersji – Hill, zagorzały fan tej historii i samozwańczy „Frankenhead”, wyznaje CNN. – To, co znaliśmy do tej pory, trochę wyleciało w powietrze.
Kiedy zamykamy oczy i wyobrażamy sobie monstrum stworzone przez Victora Frankensteina, prawdopodobnie witają nas opadające powieki i zielona skóra brytyjskiego aktora Borisa Karloffa, wydłużona kwadratowa głowa i wystające śruby (zastosowanie tych ostatnich podobno pozostawiło trwałe blizny na szyi Karloffa). Twarz, stworzona przez Jacka Pierce’a, ówczesnego głównego charakteryzatora Universal Studios, na potrzeby filmu z 1931 roku, była na tyle przerażająca, że jej wpływ trwał prawie 100 lat. Ostatecznie jednak padła ofiarą sukcesu, tracąc na sile z każdym kolejnym powieleniem, aż w końcu, jak to ujął Hill, wisienka na torcie Pierce’a została zredukowana do „pudełek po płatkach śniadaniowych i zabawek”.
W ciągu ostatnich 20 lat filmowcy starali się zdystansować od wszechmocnego uścisku wersji potwora wykreowanego przez Pierce’a – pokazując istoty o skórze o odcieniu prawdziwego człowieka, które, choć naznaczone bliznami i oszpecone, nie mają żadnego podobieństwa do Karloffa. – Wszyscy próbują przebić to, co już zostało zrobione – deklaruje Hill.
Na długo przed tym, jak Elordi pojawił się w kadrze, del Toro postawił jeden konkretny warunek. Powiedział do swojego stałego współpracownika, z którym pracował m.in. przy „Kształcie wody”, „Zaułku koszmarów” i „Gabinecie osobliwości”: – Mike, robię „Frankensteina”. Jeśli nie stworzysz Potwora, nie zrobimy tego filmu. Więc wszystko zależy od ciebie.
Hill łatwo się zgodził. Pierwowzór z 1931 roku jest ulubionym dziełem zarówno Hilla, jak i del Toro. Reżyser tę pierwszą filmową ekranizację książki zobaczył, gdy miał 7 lat, i od tamtej pory podążał za tą wizją. Jak wyznał na konferencji prasowej w sierpniu podczas tegorocznego festiwalu w Wenecji, odkąd został reżyserem „marzył, by nakręcić własną wersję, ale czekał aż technicznie będą ku temu odpowiednie warunki”.
Gdy już zasiadł za kamerą, nie był przywiązany do wizerunku Karloffa. Hill tym bardziej. – Moim największym zmartwieniem było: czy ludzie zaakceptują zupełnie nowe monstrum – wyznaje charakteryzator.
Del Toro już na początku ustalił podstawowe zasady, czego należy unikać. Krzykliwe rany nie wchodziły w grę, nie chciał też, żeby Potwór wyglądał jak ofiara wypadku drogowego. – Frankenstein buduje przecież człowieka, a nie potwora. Jego stwór został skrojony na miarę, zaprojektowany i zszyty po kawałku – charakteryzator ocenia w rozmowie z „Variety”. Del Toro chciał oddać XIX-wieczną scenerię, dlatego Hill czerpał inspirację z podręczników z epoki – a także z przedmiotów, takich jak głowa frenologiczna (model przedstawiający mapę mózgu, oparty na pseudonaukowej teorii frenologii, która zakłada, że różne obszary mózgu odpowiadają za konkretne cechy i umiejętności).
Zamiast widocznych szwów, reżyser chciał płynnych linii. Po kilku szkicach zatwierdzonych przez del Toro, Hill zabrał się do pracy, formując glinę na wydrukowanym w 3D skanie ciała Elordiego. W swoim warsztacie formował nową istotę od podstaw – często przy zgaszonym świetle i grzmotach wydobywających się z głośników. – Nie chciałem słyszeć samochodów, telewizji ani YouTube’a. Musiałem żyć w latach 50. XIX wieku – opowiada o warunkach przypominających pracę szalonego naukowca.
Ostatecznie wymyślił geometryczny, kolorowy wzór różnych sekcji mięśni, który – jak sobie wyobrażał – mógłby wykorzystać Victor Frankenstein do zbudowania swojego stworzenia, niczym w systemie „malowania po numerach”. – Zależało mi głównie na tym, żeby wyglądał na dzieło człowieka, misternie uformowane, a nie zrekonstruowane i naprawione – wyznaje Hill. – Jeśli w tej opowieści przesadzisz z efektami wizualnymi, zniszczysz iluzję – przekonuje.
Niektóre z 42 silikonowych elementów – 12 na głowie, 30 na ciele – które nakładano na ciało Elordiego, zabarwiono na niebiesko-zielono, co stanowiło dyskretne nawiązanie do pracy Pierce’a, inne na żółto, nawiązując do opisu w książce. Hill przesadził z niektórymi elementami sylwetki, takimi jak ramiona Elordiego czy wydatny nos i brwi, aby go „postarzyć” (aktor w czasie kręcenia filmu miał 26 lat), ale większość twarzy aktora pozostała łatwo rozpoznawalna. – Ma tak dobrą strukturę kości, po co ją ukrywać? – chwali. Dodaje, że szczególnie przydatny był podbródek Australijczyka, bo przyklejanie sztucznych podbródków jest zawsze uciążliwe.
Piękno zawsze było celem Frankensteina podczas tworzenia Potwora. W opowieści Shelley z 1818 roku wybiera on najlepsze cechy z kilku zwłok, szukając wizualnej harmonii, ale mu się to nie udaje – tworzy coś „nieziemskiego w swojej brzydocie”. W 2025 roku jednak odnosi sukces.
– Frankenstein próbuje zrobić porsche. Nie kombi. Próbuje stworzyć coś najpiękniejszego – podkreśla Hill.
Postać Hilla i del Toro opiera się na ludzkiej anatomii, jest bliższa prozie Mary Shelley niż wcześniejszym hollywoodzkim interpretacjom. Dzieła sztuki były kolejnym kluczowym źródłem inspiracji. Reżyser cytował Caravaggia, odwołując się do mrocznego, romantycznego charakteru, który ma w sobie coś teatralnego. Czerwień i zasłony, których używa barokowy „mistrz światłocienia”, a także świetlista biel skóry, to wszystko nawiązuje do wosku i anatomii tego, co robił charakteryzator w nowej wersji „Frankensteina”.
Jego Potwór nie zostaje odrzucony ze względu na odrażający wygląd, ale z powodu oczywistej głupoty. Niczym niecierpliwy rodzic karcący swoje dziecko, Victor Frankenstein frustruje się ograniczoną zdolnością mówienia swojego „dzieła”. A kiedy Elizabeth, obiekt westchnień bohatera filmu, grana przez Mię Goth, posuwa się tak daleko, że uważa to nowe stworzenie za atrakcyjne – zazdrość jest ostatnią kroplą, która przepełnia czarę goryczy.
Chociaż niektórzy krytycy kwestionują to fundamentalne odstępstwo od wersji Shelley, inni uważają, że ta nowa postać ma swoje zalety. – To naprawdę fascynujący wybór – dr Jeanne Tiehen, profesor na University College Dublin, która powieść wykłada studentom, ocenia w rozmowie z CNN. – Historia Frankensteina często budzi we mnie pytanie o postęp naukowy. Zbyt szybki postęp, zbyt wczesny postęp. Być może bardziej elegancka istota odzwierciedla rodzaj technologii, z którą obecnie mamy do czynienia na co dzień – sugeruje.
Chociaż Hillowi zależało na tym, aby jego dzieło wyglądało historycznie (na ile to możliwe w science fiction), w minimalistycznym Potworze jest coś wyjątkowo nowoczesnego. W naszym zdominowanym przez obrazy świecie, w którym niemal nieustannie jesteśmy bombardowani pięknymi ludźmi i przedmiotami w internecie, czy bardziej wizualnie przyjemne monstrum jest po prostu produktem kultury, która stała się nietolerancyjna wobec wszystkiego, co nie jest idealne?
Eleanor Johnson, profesor Uniwersytetu Columbia i autorka książki „Scream with Me: Horror Films and the Rise of American Feminism” (2025), uważa, że film udanie „odrzuca oklepany hollywoodzki schemat”. – Hollywood, ponieważ lubi złoczyńców pełnych brzydoty, dołożyło wszelkich starań, aby z czasem uczynić potwora coraz brzydszego – mówi w wywiadzie dla CNN. – To, co bardzo mi się podoba w obsadzie Jacoba Elordiego, to to, że daje nam możliwość postrzegania istoty jako istoty, a nie tylko jako bestię.
Guillermo del Toro apelował do swojej ekipy: – Niech będzie wyglądał jak noworodek, połamana lalka – ale w miarę jak dorasta, staje się człowiekiem. Niech będzie tak ludzki i prawdziwy, jak to tylko możliwe.
Istnieją setki filmów i seriali związanych z Frankensteinem z kreacjami takich aktorów, jak Boris Karloff, Bela Lugosi, Peter Boyle, Christopher Lee czy Robert De Niro – w tym co najmniej 423 filmy fabularne i 204 krótkometrażowe, a także 78 seriali i 287 odcinków telewizyjnych produkcji.
Teraz, gdy najnowsza wizja jest już znana i żywa na naszych ekranach (od kilku dni można ją oglądać na Netflix), Hill rozumie lepiej niż ktokolwiek inny trudną sytuację Frankensteina. Jednak w przeciwieństwie do egoistycznego profesora, on pogodził się ze swoim dziełem: – Nasz Potwór nie mógłby zagrać w filmie z 1931 roku, a Boris Karloff nie mógłby zagrać w naszym. To w porządku, że próbujemy dać nową wersję. I miejmy nadzieję, że stanie się ona częścią Panteonu historii.
Jest szansa. „Frankenstein” Anno Domini 2025 zbiera w większości pochlebne recenzje. „Guillermo del Toro stworzył bombastyczną, ale wartą obejrzenia nową wersję znakomitej powieści Mary Shelley i uczynił z niej majestatyczny melodramat” – ocenił „The Guardian”, który chwali wyjątkowy styl wizualny filmu z nieskończenie dokładnymi detalami z epoki, ale jednocześnie krytykuje dzieło za to, że jest pozbawione głębi. „I dlatego w końcu, nieuchronnie, pod koniec tej rozwlekłej opowieści, dochodzimy do pytania, który z nich jest »prawdziwym« potworem. Odpowiedź wydaje się brzmieć – żaden z nich”.
Sam Elordi, opowiadając w Wenecji, gdzie „Frankenstein” miał premierę, o tym, jak wiele ma z Potwora, odparł: – Pod wieloma względami Potwór, który pojawia się na ekranie, jest najczystszą formą mnie. Jest bardziej mną niż ja sam. ﹡
Kopiowanie treści jest zabronione