W zawodzie architekta – jak często podkreśla – mnóstwo jest wzlotów i upadków, ale mimo to przez ponad 35 lat pracy nigdy nie żałował, że wybrał taką drogę. Choć skończył architekturę na Politechnice Warszawskiej i w amerykańskim Detroit, zaczynał jeszcze w czasach PRL, zdobył wiele nagród, w tym architekta roku 2019, to dziś mówi wprost: – Mam wątpliwości, czy jestem jeszcze architektem, myślę, że nie. Mam wykształcenie architektoniczne, ale przede wszystkim jestem szefem dużej firmy. To dziś moja praca i pasja. Moja firma to projekt mojego życia.
Architektura zainteresowała go na początku liceum: zaczął pobierać lekcje rysunku od wziętego warszawskiego architekta. I to właśnie tam po raz pierwszy zobaczył, jak wygląda pracownia architektoniczna „od kuchni”. A na studiach postanowił przyjrzeć się z bliska dzieła wielkich amerykańskich architektów, takich jak Frank Lloyd Wright czy Louis Sullivan. Dzięki półrocznemu wyjazdowi w 1981 roku do Stanów Zjednoczonych na wymianę studencką. – Wtedy nie tylko nauczyłem się innego spojrzenia na architekturę, ale i zobaczyłem zupełnie inny świat – wspomina.
Krótko po powrocie do kraju rozpoczął pracę w APA PP, czyli w ówczesnych Autorskich Pracowniach Architektury, które były państwowym przedsiębiorstwem. Po upadku komuny przekształciły się w spółdzielnię, a potem rozdzieliły na szereg niezależnych pracowni o zupełnie innych nazwach. Wojciechowski już wtedy miał klientów, więc postanowił zawrzeć w niej swoje nazwisko.
Pod koniec lat 90. pracownia, którą założył, zaprojektowała m.in. pierwszą siedzibę telewizji TVN i pierwszy w swoim portfolio nowoczesny biurowiec – Saski Crescent. Początek XXI wieku to czas projektów ogromnych kompleksów biurowych na Wschodzie, m.in. White Square i White Garden Office Center w Moskwie czy kijowskiego Unitu. W tym samym czasie w Polsce Wojciechowski współtworzył m.in. warszawskie centrum handlowe Blue City oraz The Park, zespół biurowców Alchemia w Gdańsku, czy warszawskie Skyliner, Port Praski i Elektrownia Powiśle. Jest też biurowiec firmy Sylva w Wielu – pierwszy drewniany biurowiec, zaprojektowany przez jego firmę.
– Nie zawsze musi powstać ikona, ale zawsze musi powstać budynek ponadczasowy – Wojciechowski nie kryje swojej filozofii. I przytacza historię jednej z najsłynniejszych architektek w historii: Zaha Hadid pod koniec życia powiedziała, że gdy zaczynała, chciała tworzyć budynki jak pojedyncze diamenty, ale jak nabrała doświadczenia, zależało jej przede wszystkim, by łączyły, tworzyły nowy krajobraz, współtworzyły nowoczesne miasta i życie ich mieszkańców. Czyli magia, która się dzieje między nimi.
– To jest bardzo mądre. Bo życie większości z nas rozgrywa się w przestrzeniach komercyjnych, a nie w perełkach architektury: chodzimy do kawiarni, pracujemy w normalnych biurach, mieszkamy głównie w mieszkaniach opracowanych przez deweloperów. Dlatego my staramy się pracować nad zwykłymi, porządnymi budynkami, które stanowią o jakości naszego życia – wyjaśnia, dlaczego zajmują się głównie projektami mieszkań, domów, biur i centrów handlowych.
Choć szef pracowni mieszka w Warszawie, najchętniej ucieka na swoją działkę pod miastem. Natura i ekologia są dla niego ważne prywatnie, ale i zawodowo. APA Wojciechowski to pierwsze w Polsce biuro architektoniczne, które dołączyło do United Nations Global Compact, największej na świecie inicjatywy ONZ na rzecz społecznej odpowiedzialności biznesu i wspierania zrównoważonego rozwoju.
To nie tylko marketing. Gdy odwiedziliśmy Wojciechowskiego z kamerą, nie tylko opowiadał o konkretnych przykładach działania ekologicznego, ale sami się o tym przekonaliśmy na własnej skórze – gdy nagle światło gasło, mają bowiem samoregulowane oświetlenie.
O ekologii:
Ekologiczne podejście to nasza pasja. Zainteresowaliśmy się tym ponad 10 lat temu, dziś w tym zakresie przeszkoleni są prawie wszyscy pracownicy, wiele osób to prawdziwi zapaleńcy. Wykorzystujemy szarą wodę, segregujemy śmieci, nie używamy jednorazowych plastikowych naczyń, wiele osób – w tym ja – dojeżdża do firmy rowerami.
W pracy działamy w myśl zrównoważonego rozwoju, bo bardzo często projektujemy budynki z największymi deweloperami i mamy realny wpływ na efekt końcowy. Nie robimy już projektów bez ekologicznych certyfikatów. Wszystko musi być jednak racjonalne. Nie jesteśmy misjonarzami, dostosowujemy się do potrzeb klientów, a wśród nich mamy całe spektrum postaw. Jedni traktują to jako pańszczyznę, inni jako długofalową inwestycję, dla jeszcze innych to szczera potrzeba.
Budownictwo jest odpowiedzialne za wielką część śladu węglowego. Oczywistym zatem jest wykorzystywanie budynków na nowo – to co Aaron Betsky, znany amerykański krytyk architektury, nazywa „rethinking the buildings”, wymyślanie budynków na nowo. Stawiamy zatem na ponadczasowość, niestarzejące się lub łatwo odnawialne materiały, mniej szkodliwe zamienniki, roślinność, gdzie tylko można itd.
Trzeba pamiętać, że każde budowanie jest, jak to mówił Betsky, gwałtem na naturze. Natura się nie pyta nas, czy budować, czy nie, po prostu przechodzimy i budujemy, narzucamy jej swoją wolę. Tym bardziej nie chcemy projektować według ostatniej mody, by wzbudzić zachwyt środowiska i krytyki. Budynek musi przetrwać dekady, kiedy już nie jest młody, świeży, a jeszcze nie jest vintage. Ujmując aforystycznie: „make a classic, not a bestseller”.
Oprócz estetyki i ekologii pozostaje jeszcze ekonomia. Jestem przekonany, że poza nielicznymi wyjątkami każdy projekt musi mieć podstawy komercyjne. Budynek jest piękny tylko wtedy, gdy żyje i jest wypełniony ludźmi. Architektura to tworzenie ram do życia.
O idolu:
Oczywiście, mając na uwadze, że żyjemy z dużych, komercyjnych projektów, bardzo trudno mi wskazać jedno nazwisko, czy jedno biuro architektoniczne, które byłoby dla nas inspiracją. Najbliżej mi do Davida Chipperfielda – bardzo odpowiada mi jego architektura, która harmonijnie łączy nowoczesność i tradycję, charakteryzując się odważnymi geometrycznymi formami. Jednak nie staramy się mieć konkretnych mistrzów, czy koncentrować się na jednym stylu. Siłą tego biura nie jest szef tego biura.
Szymon Wojciechowski o pracy jednego z największych biur architektonicznych w Polsce
Z wizytą w pracowni w Warszawie
O stylu:
Mój wkład twórczy w to, co projektujemy, jest minimalny. Moją rolą jest inspirowanie, rozmawianie, korygowanie pomysłów pracowników, bo mocą pracowni jest tylko i wyłącznie zespół, fantastycznych, kreatywnych indywidualności. Firma nazywa się APA Wojciechowski tylko dla wygody. Prowadzą ją wraz ze mną wspólnicy i partnerzy, łącznie pracuje u nas 120 osób.
To nie jest biuro autorskie, to biuro gromadzące rozmaite indywidualności i co za tym idzie, nie ma jednolitego stylu. I jestem z tego dumny.
O flagach:
Do niedawna mieliśmy trzy biura w Warszawie i jedno w Trójmieście. Teraz główna siedziba jest jedna – mieści się na Pradze-Południe. Jedno z ważnych tutaj miejsc to wiszące na pierwszym piętrze flagi: pokazują aktualny stan narodowości naszego zespołu. W firmie pracują bowiem: Argentynka, Amerykanin, Meksykanin, troje Włochów, Białorusinka, Rosjanin i czworo Ukraińców.
Uważamy, że taki miks kulturowy zawsze bardzo pomaga, bo ci ludzie byli kształceni inaczej, pod innymi wpływami i systemami wartości, dlatego mają inne spojrzenie na architekturę, na problemy. Poza tym mówią w różnych językach; czasami jest to fantastyczne, jak możemy do klienta skierować kogoś, kto płynnie mówi w jego języku.
O płci:
Zdecydowanie mamy dużo więcej kobiet niż mężczyzn. To jest śliski temat do wypowiadania się, bo są różne życzenia wśród załogi. Jedni chcieli więcej dziewczyn, drudzy więcej chłopaków, ale tak naprawdę siłą tej firmy są kobiety.
Nie staram się patrzeć na płeć, tylko na człowieka. Tak się składa, że dziewczyny są bardzo pracowite, bardzo kreatywne, w każdej dziedzinie tutaj brylują, od koncepcji do projektów wykonawczych, i tak się złożyło, że w zespole jest prawie 70 procent dziewczyn. Badaliśmy też różnicę płac między płciami, tak zwany gender gap. Z tego co pamiętam, to u Normana Fostera faceci kilka lat temu zarabiali o 23 procent więcej od pań, w APA zarabiają tylko o 3 procent więcej niż ich koleżanki z pracy, czyli można powiedzieć, że gender gapu w zasadzie u nas nie ma.
O ego:
Przez swoje 43 lata pracy zobaczyłem, jak się produkuje wafelki, pampersy i pralki. Byłem w zaprojektowanym przez nas sejfie bankowym, którego dwutonowe drzwi były tak doskonale wyważone, że można je było przesuwać jednym palcem. Projektowaliśmy m.in. boiska, muzeum, teatry, 260-metrowe wieżowce i 6-poziomowe podziemia. Rysowaliśmy obiekty od Houston w Teksasie po Aszchabad w Turkmenistanie, a budowaliśmy od Wrocławia po Moskwę (o czym staramy się nieco zapomnieć). Jaki inny zawód to umożliwia? Jak go nie kochać?
Uważam się za szczęściarza. Uprawiam jeden z najwspanialszych zawodów świata i czerpię z tego ogrom przyjemności. Największą jest obserwowanie, jak życie toczy się w przestrzeniach, które w jakiejś części stworzyłem. Nie jestem szczególnie religijny, ale wtedy się czuję najbliżej Boga. Na szczęście dla rozmiarów mojego ego, to tylko krótkie chwile… ﹡