Franta Group: „Raczej nie mam sobie do zarzucenia wielkich grzechów”
18 lutego 2026
tekst: AMK
zdjęcia: Joo Joostberens
Franta Group: „Raczej nie mam sobie do zarzucenia wielkich grzechów”
18 lutego 2026
tekst: AMK
zdjęcia: Joo Joostberens
Franta Group: „Raczej nie mam sobie do zarzucenia wielkich grzechów”

Maciej Franta architekturę ma w genach. Podczas imienin Aleksandra Franty, twórcy katowickich kukurydz i gwiazd, cały świat architektoniczny meldował się w domu jego dziadka. – Wtedy czuło się, że środowisko katowickie to jedna wielka architektoniczna rodzina. To była integralna część naszego życia, zgodnie z powiedzeniem, że architektura to nie zawód, tylko los, styl życia – mawiają Frantowie. Dzieci Aleksandra, Piotr i Anna, zostali architektami. Jego synowa Ewa, wnukowie Julian i Maciej również nimi są. Chyba nie ma w Polsce architektonicznej rodziny o takiej skali oddziaływania. – Nie odcinam się od mojego dziedzictwa, ale od początku idę własną drogą – mówi założyciel Franta Group. A w naszym nowym cyklu „Polska architektura współczesna”, w którym prezentujemy najwybitniejsze pracownie, Maciej pokazuje na to dowód. I to nie jeden.

Śląsk i architektura to jego tożsamość. Niemal nie da się ich rozdzielić.

– Śląsk jest miejscem, w którym czuję się najlepiej. To miejsce, z którego pochodzę, miejsce bezpieczeństwa, otwartości ludzkiej i życzliwości – mówi urodzony w Chorzowie Maciej Franta, który w tym mieście ma także siedzibę pracowni Franta Group, którą założył w 2010 roku. I od tamtej pory stworzył jedne z najwybitniejszych nowych budynków w aglomeracji śląskiej, w tym Villę Reden w Chorzowie, Żorro w Żorach, czy Cosmo w Chorzowie. Zdążył zebrać za nie wiele nagród w Polsce i na świecie, a także zdobyć tytuł Architect of the Year 2021 w konkursie organizowanym przez The Architecture Community i trafić na listę 40 najbardziej obiecujących młodych architektów świata w plebiscycie „40 Under 40” organizowanym przez The European Centre.

Choć w czasie studiów architektonicznych współpracował z rodzicami, Piotrem i Ewą, w ich pracowni Franta & Franta (m.in. jego praca dyplomowa była ich wspólnym projektem konkursowym – na Centrum Edukacji i Sportu w Mysiadle, i wygrała), dwa lata później ich drogi zawodowe się rozeszły. Chciał iść własną drogą. I nawet teraz, gdy pracuje nad dziedzictwem swojego dziadka, Aleksandra Franty, jednego z najważniejszych architektów powojennej Polski, robi to po swojemu. Aleksander w latach 70. XX wieku współtworzył katowickie „Gwiazdy”, a wnuk zbuduje na osiedlu gwiazdę ósmą. Choć będzie dopełnieniem, na pewno nie powieleniem.

– Architektura to u nas w rodzinie niezwykle popularny zawód, ale nie oznacza to w moim przypadku kontynuacji wprost, a wręcz przeciwnie – to budowanie zupełnie nowej i swojej drogi. Nazwisko to odpowiedzialność, ale i szansa, żeby zrobić coś więcej, inaczej – podkreśla stanowczo.

Jest ich w rodzinie kilkadziesiąt osób: praktyków, teoretyków, profesorów. Tradycję rozpoczął Ludwik Panczakiewicz, który zaprojektował m.in. Halę Mirowską i wiele kamienic w Warszawie. Jednak największy wpływ na architekturę polską miał bez wątpienia jego dziadek, który zaprojektował np. osiedla Gwiazdy i Tysiąclecia w Katowicach, w tym słynne wieżowce „kukurydze”, oraz ustrońskie „piramidy” wpisane do „World’s Architecture of XXth Century”, czyli w poczet najlepszej światowej architektury XX wieku.

Aleksander Franta (zmarł w 2019 roku) był zresztą bardzo ważny w życiu wnuka. I choć Maciej „nie podjął rękawicy, którą dziadek rzucił na rynek dawno temu” – jak zapewnia – to jednak czasem łapie się na tym, że odnajduje u siebie pomysły, które on wdrażał.

Nie idzie na łatwiznę, postanowił stworzyć swój styl, swój architektoniczny świat zupełnie od podstaw. W naszym wideo opowiada, jak trudne i jednocześnie łatwe to było. My pokazujemy, że mu się to fantastycznie udało.

O nazwisku:

Z całą pewnością w mojej pracy zawodowej dziedzictwo rodziny tak naprawdę mi nie pomagało, ponieważ jako młody, ambitny architekt ze swoją własną pracownią wkraczałem w świat, który był już w jakiś sposób nastawiony do dziedzictwa mojego nazwiska. To nigdy nie jest łatwe, bo jeżeli ma się już jakąś opinię wśród ludzi, to ona zazwyczaj w tym trudnym zawodzie, który polega na nieustannym podnoszeniu się z potknięć, nigdy nie dodaje skrzydeł. Bardzo często spotykałem się z sytuacją, w której mnie znano, a raczej moje nazwisko, a ja nie rozumiałem, dlaczego miałem coś utrudnione, albo ktoś nie chciał współpracować, bo od razu wyobrażał sobie, że moje usługi będą super drogie. Bardzo trudno było przebić się przez tę ścianę.

Z drugiej strony, oczywiście, obcowanie z rodziną architektów było inspirujące, bądź budowało poczucie świadomości świata architektury i w ogóle świata przestrzeni wokół mnie; choć z rodzicami czy z dziadkiem nie rozmawialiśmy dużo o architekturze.

O dziadku:

Miałem dużo szczęścia, że mogłem być i rozmawiać z dziadkiem zarówno jako dziecko, jak i później. Miałem z nim bardzo bliski, emocjonalny kontakt, poświęcał mi wiele czasu. Chodziliśmy po górach, on mi coś tłumaczył, ale prawie nie opowiadał o swojej pracy, o konkretnych projektach, raczej o filozofii, kosmosie, wierze, przyrodzie, o postrzeganiu krajobrazu, przestrzeni. Dopiero w dorosłym życiu zrozumiałem, jak wiele wartościowych myśli mi wtedy przekazał, w tych zwykłych, pozornie niewinnych rozmowach podczas wycieczek. Dziś łapię się na tym, gdy jestem np. w trakcie realizacji jakiegoś projektu, i okazuje się, że jest w nim identyczny sposób myślenia, jaki dostrzegam w jego dorobku.

Z dorobkiem dziadka miałem też inny kontakt: wychowałem się na Osiedlu Tysiąclecia, w budynku, który zaprojektował ze swoim zawodowym partnerem, Henrykiem Buszką i resztą zespołu, a w dorosłym życiu, wracając do Katowic po studiach architektonicznych w Krakowie, jakiś czas mieszkałem w innym w budynku na tym osiedlu – na 24. piętrze w „kukurydzy”. Niesamowitym ich atutem jest wysokość i widok z okna oraz układ mieszkań: każde ma dwa balkony, duże przeszklenia.

O Villi Reden:

Dziadek podczas projektowania stawiał w centrum człowieka, jego potrzeby i komfort. Światło, przestrzeń, zieleń były ważniejsze niż kształt budynków. Sam nie uświadamiałem sobie, jak bardzo nasiąknąłem tymi ideami, aż zaprojektowałem Villę Reden, budynek mieszkalny w Chorzowie, i zobaczyłem, że na nowy sposób, w mniejszej skali i w nowych realiach, intuicyjnie kierowałem się tu podobnymi ideami.

Ale pomysł wziął się po prostu z prostej filozofii myślenia o tym, jak chciałbym mieszkać, co jest ważne, co jest jakością życia w mieszkaniu, co jest w ogóle ważne w projektowaniu tej najtrudniejszej dziedziny, którą jest mieszkaniówka. No właśnie ten świat zewnętrzny. Idea projektu wyszła od pytania, dlaczego to, co jest takie przyjemne na wakacjach, nie miałoby nam towarzyszyć na co dzień. Postawiliśmy więc na zewnętrzne przestrzenie buforowe pomiędzy światem wewnętrznym a zewnętrznym, czyli multitarasy, salony letnie, jak je nazywamy często, czyli realną, dodaną przestrzeń zewnętrzną, przestrzeń funkcjonalną o dużej powierzchni, która daje jakość życia.

O Żorro:

Podobne zasady staraliśmy się wdrożyć w znacznie mniejszym projekcie, w Żorro w Żorach, który kontrastuje z otoczeniem koszmarnych budynków z wielkiej płyty, wskazując dokładnie odwrotną drogę do wartości związanych z kreowaniem przestrzeni do życia. Choć to budynek deweloperski, był bardzo tani, bo zamiast stosować kosztowne, „luksusowe” materiały, skupiliśmy się na zaprojektowaniu przede wszystkim wygodnych mieszkań i dodatkowej zewnętrznej przestrzeni do życia: wyposażyliśmy każdy lokal w duże tarasy, które w lecie znacznie zwiększają powierzchnię mieszkalną, powodują, że mieszkanie staje się miejską namiastką domu z małym ogrodem. Na dachu dodatkowo jest żywy ogród.

Wydaje mi się, że dziś tarasy i ogrody letnie są naszym elementem rozpoznawczym. Te tarasy zewnętrzne, ten świat, który był mi bliski, świat podróży, gdzie obserwowałem tego typu obiekty, jak w Nowym Orleanie, albo na Kostaryce, albo w ogóle w krajach, gdzie ludzie żyją w dużym stopniu na zewnątrz. My w Polsce żyjemy w środku, chronimy się od świata i ja staram się zmieniać to naszymi projektami – żebyśmy żyli na zewnątrz trochę więcej.

Okazuje się, że w nieoczywistych lokalizacjach w Polsce bardzo chętnie inwestorzy zapewniają takie rozwiązania. Mam czasem wrażenie, że im mniejsze miasto, tym chętniej to z nami robią.

O Śląsku:

Choć studiowałem też w USA, a staż odbyłem w pracowni Gensler w Nowym Jorku, bez żalu wróciłem na Śląsk. Kocham Śląsk, to jest moja mała ojczyzna. Autentyczność to jest bardzo silny element tego miejsca, tu wszyscy są dla siebie bardzo mili, superżyczliwi, prawdziwi, a najlepsze, że to się nie zmienia. Jak się wejdzie do sklepu, to wszyscy mówią po śląsku, ja też trochę umiem mówić gwarą, czasem rozmawiam w tym języku z kolegami…

Śląsk od wielu lat tworzy najlepszą architekturę, to zagłębie najlepszych architektów w Polsce. Swoje pracownie mają tu choćby Robert Konieczny, Tomasz Konior czy Medusa Group. Co jest takiego w tej aglomeracji, że tylu dobrych architektów tu pracuje? Za czasów PRL Śląsk był oczkiem w głowie władzy. Generał Jerzy Ziętek, wojewoda śląski, komunista, miał wizję stworzenia z tego regionu bardzo nowoczesnego miejsca. Wiedział, że do tego potrzebni są architekci. Zjeżdżała tu inteligencja lwowska, warszawska, krakowska. Powstawały szkoły w wielu dziedzinach, rozwijały się architektura, sztuka, plakat. Mamy teraz tego pokłosie.

O „Ładnie”:

Chciałbym słyszeć o architekturze w radiu, marzy mi się, żeby debatowali o niej politycy. O zwykłych budynkach i przestrzeniach, z których na co dzień korzystamy, jak są projektowane, czego im brakuje, co w nich się udało, co zmienić na lepsze. To źle, że zostawiamy tę debatę tylko w hermetycznym świecie architektonicznym. Nasza rola nie powinna ograniczać się tylko do projektowania budynków, do dokumentacji technicznej, czyli wykonawców rysunków.

Z upływem czasu odczuwam większą odpowiedzialność za poziom debaty architektonicznej w Polsce, dlatego zostałem współtwórcą inicjatywy, która ma to zmienić, która chce przywrócić widzenie architektury jako części kultury. Fudacja „Ładnie” to cała grupa wspaniałych architektów – staramy się organizować wydarzenia, spotykać się z inwestorami i politykami, ale także być aktywni choćby w mediach społecznościowych. Chcemy być spikerami spraw miejskich.

O grzechu:

Nie mam powodów do wstydu. Raczej nie pozwoliłem sobie na to, żebym żałował któregokolwiek z naszych budynków. Nigdy projekt nie jest jednak idealny. Twórca jest najbardziej krytyczny wobec swojego dzieła i wie o tym, że pewne rzeczy mógłby zrobić lepiej.

Nie mam też ulubionego projektu. Choć bardzo sobie cenię Villę Reden, lubię ją, bo po prostu wiem, że się świetnie sprawdziła. Bardzo się cieszę ze wszystkich projektów, które udaje nam się robić. I raczej nie mam sobie do zarzucenia wielkich grzechów.

Projekt dofinansowany ze środków KPO inwestycja A2.5.1, w ramach umowy nr 804/KPO.GRANTY/NIMIT/2025

Kopiowanie treści jest zabronione