Nizio Design International: „Róbmy swoje – dla przyszłości, nie dla strachu przed krytyką”
23 lutego 2026
tekst: AMK
zdjęcia: Joo Joostberens
Mirosław Nizio w autorskiej galerii w Warszawie
Nizio Design International: „Róbmy swoje – dla przyszłości, nie dla strachu przed krytyką”
23 lutego 2026
tekst: AMK
zdjęcia: Joo Joostberens
Nizio Design International: „Róbmy swoje – dla przyszłości, nie dla strachu przed krytyką”

W polskiej architekturze nie ma drugiego takiego. Artysta, przedsiębiorca, dizajner, rzeźbiarz, malarz, projektant wnętrz i mebli, restaurator, mecenas kultury, założyciel teatru i galerii, twórca wystaw m.in. Muzeum Powstania Warszawskiego czy Polinu. No i nagradzany architekt, który od ponad 20 lat szefuje własnej pracowni w Warszawie, Nizio Design International. Jedna z gazet nazwała go „człowiekiem renesansu 2.0.”, inna – „Polish prince, czyli książę dizajnu”. Kim jest Mirosław Nizio? I dlaczego ma tak dużo wcieleń? W naszym nowym cyklu „Polska architektura współczesna”, w którym prezentujemy najwybitniejsze pracownie, sam o tym opowiada…


Nie planował wyjazdu do Nowego Jorku z komunistycznej Polski, tak jak niemal przypadkowo wrócił do już demokratycznej ojczyzny. W wakacje 2001 roku zrobił sobie dłuższy urlop, poleciał do Hiszpanii i Portugalii, potem do Polski. Niespodziewanie zaproszono go do prywatnego konkursu architektonicznego na zaprojektowanie domu jednorodzinnego w Warszawie. Wynajął od brata małe biuro i zaczął projektować.

Chciał zostać na chwilę i wrócić, by dalej rozwijać karierę i życie osobiste. Ale z Nowego Jorku nadeszły wieści o zamachu na World Trade Center. Postanowił z daleka zobaczyć, co się będzie działo za oceanem. Skończył konkursowy projekt i uznał, że warto zostać. Bo dużo może się tu zdarzyć. – I faktycznie niedługo później otrzymałem zlecenie na udział w tworzeniu wnętrza muzeum obozu zagłady w Bełżcu, realizowanego we współpracy z amerykańskim biurem Gary & Associates. To był impuls, aby zacząć tworzyć pracownię, która od lat rozrasta się w kamienicy w Warszawie – wspomina 62-letni Mirosław Nizio.

W przyszłym roku Nizio Design International będzie obchodziło 25-lecie. I naprawdę będzie miało co świętować. Ma na koncie tak znane realizacje, jak m.in. wystawa stała w Muzeum Historii Żydów Polskich Polin, Mauzoleum Martyrologii Wsi Polskich w Michniowie nagrodzone w European Property Awards, Stara Kopalnia – Centrum Nauki i Sztuki na Dolnym Śląsku oraz Centrum Bajki i Animacji w Bielsku-Białej nominowane do nagrody im. Miesa van der Rohe, najważniejszej nagrody dla europejskiej architektury. Zaś sam twórca uzbierał osobiste laury, jak choćby Złoty Krzyż Zasługi, Medal „Zasłużony Kulturze Gloria Artis”, czy Medal SARP „Bene Merentibus” za promowanie architektury i sztuki.

Przebył długą drogę z rodzinnego Biłgoraju, z warsztatu stolarskiego swojego ojca i dziadka. Wśród zapachu mahoniu i dębu, jako dziecko obserwował, jak powstają meble. Poczuł, że to jego świat, za którym chce podążać. A gdy jako 14-latek sam zaczął strugać drewniane figurki, postanowił sprzedawać je na targu w Lublinie. Z sukcesem.

– Rzemieślnicza praca, doświadczenia z pracy u ojca – to wszystko ma dla mnie bardzo dużą wartość i przekłada się na to, co robię teraz – zapewnia. – Choć w tamtym okresie nigdy nie myślałem o projektowaniu ani kreowaniu obiektów wielkiej skali czy przestrzeni urbanistycznych.

Odwiedziliśmy go w przedwojennej kamienicy z czerwonej cegły na warszawskiej starej Pradze. Wnętrze przypomina nowojorskie lofty, duża przestrzeń, sufit podtrzymują drewniane stropy, a właściciel w ubraniach własnego projektu. Tutaj odwiedził go kiedyś aktor John Malkovich, to tutaj prowadzi galerię, fundację i teatr, organizuje głośne wydarzenia artystyczne. Ma blisko z pracy – pracownia, w której zatrudnia kilkadziesiąt osób, jest piętro wyżej.

Architekt w swoim biurze w Nizio Design International

– Interesują mnie projekty zaangażowane społecznie i kulturowo – oprowadzając nas po wnętrzu galerii, tłumaczy, skąd tyle jego wcieleń.

O przedsiębiorczości:

Mój ojciec był nie tylko rzemieślnikiem, lecz także artystą. Prowadził warsztat w Biłgoraju, gdzie ciężko pracował, tworząc piękne, oryginalne meble. Odpowiadał za wszystko: projekt, wykonanie i sprzedaż tego, co sam wykonał. Jednocześnie wychowywał czterech synów. Ja jako jedyny miałem aspiracje artystyczne. Bywałem w zakładzie ojca, wpatrywałem się w to, co robi, rzeźbiłem w drewnie, malowałem, rysowałem. Ojciec sam zaprojektował i wybudował dom rodzinny. Z drewna wykonywał niemal wszystko: od okien, drzwi i schodów, po całe budynki. Chłonąłem od niego każdą rzecz.

Zanim zacząłem studia na warszawskiej ASP pod koniec lat 80., uczyłem się w szkole plastycznej w Nałęczowie, gdzie ten zmysł artystyczny w pewnym sensie się kształtował. Tam, pod okiem pierwszych mistrzów, tworzyłem bujane fotele i kosze z wikliny, projektowałem zabawki, meble, elementy sztuki użytkowej oraz ozdoby do domu i ogrodu. Za taki wyrób artystyczny, w zależności od wartości zużytego materiału, dostawałem 50 zł, czyli równowartość dzisiejszych 500.

Tej nuty przedsiębiorczości nauczył mnie ojciec. Był bardzo wymagający zarówno dla pracowników, jak i dla synów. Ale pokazał mi, że na rzemiośle można nieźle zarabiać. Od początku więc myślałem o sztuce jako elemencie utrzymania i zarobkowania. Nie kupowałem wizji biednego artysty.

O Nowym Jorku:

Chciałem się rozwijać, ciągnęło mnie do świata wielkich światowych mistrzów, dlatego przeniosłem się do Nowego Jorku. Miałem zostać pół roku, a zostałem ponad dekadę. Żeby przetrwać i opłacić studia w Fashion Institute of Technology zająłem się renowacją antyków i półdosłownym kopiowaniem mebli z XVIII i XIX wieku, współpracowałem też jako konserwator z prestiżowym Metropolitan Museum od Art, gdzie odbywa się słynna Met Gala.

Potem zatrudniłem się w SCR Designs & Associates International, które specjalizowało się w projektach wnętrz biurowych dla instytucji finansowych – to były modne industrialne przestrzenie. W 1996 roku założyłem własną pracownię, zajmując się z grubsza tym samym. Przez 13 lat działalności na rynku amerykańskim współpracowałem z takimi markami jak Merrill Lynch, BMW, Mercedes, Oscar de la Renta, a moja sztuka zaprowadziła mnie do domów takich osobowości, jak Liza Minnelli czy Martha Stewart.

O tęsknocie:

Jestem bardzo blisko związany ze swoją rodziną, a żyjąc w USA bez zielonej karty, nie mogłem odwiedzić Polski. Mamy i braci pierwszy raz w życiu nie widziałem tak długo. Bardzo tęskniłem. Harmonia między pracą a domem jest dla mnie ważna, więc, gdy przyszło mi wybierać kraj albo emigracja, wybrałem Polskę.

Najpierw przyjechałem na urlop. Szukałem możliwości pracy, bezskutecznie. Więc spakowałem walizki i z biletem powrotnym w ręce piłem porto na pożegnanie z przyjaciółmi. Wtedy zadzwonił inwestor. Zostałem, żeby zaprojektować dla niego klasycyzującą willę w warszawskim Wilanowie. Po zamachu na WTC wstrzymane zostały inwestycje na Wall Street, które przygotowywałem. A w Polsce miałem kolejne zlecenia…

O przełomie:

Jest kilka przełomowych projektów w mojej karierze, a dwa z nich są od lat na mojej prywatnej liście „obiektywnie najważniejszych”. To pewnego rodzaju kroki milowe – i dla polskiego muzealnictwa, i dla mnie jako architekta i człowieka.

Pierwszy to wystawa stała Muzeum Powstania Warszawskiego, drugi to wystawa stała Muzeum Polin. Oba miejsca są w stolicy, oba w czołówce najchętniej odwiedzanych przez publiczność. Ta pierwsza była projektem pionierskim, który na długie lata zmienił w Polsce myślenie o tym, jak może wyglądać muzeum. Ten drugi, to największa tego typu realizacja w Polsce, w której wiele elementów powstawało prototypowo, od podstaw, dzięki wysiłkowi znakomitej ekipy twórców: kuratorów, historyków, architektów, grafików. Projekty ekspozycyjne o takiej skali to absolutny unikat, więc tym większa jest duma z udziału w takim przedsięwzięciu.

Zaś projekt Mauzoleum Martyrologii Wsi Polskich w Michniowie, który został uznany za jeden z najciekawszych projektów muzealnych na świecie, przypieczętował moją obecność jako architekta i wizjonera poruszającego się w obszarze architektury narracyjnej, która jest istotą mojej filozofii projektowej.

O łatce:

Kilka ważnych muzealnych projektów w życiu zrobiłem – tego nie da się ukryć. Ale nie boję się łatki „Mirosław Nizio – architekt od muzeów”, raczej jestem wdzięczny za to, że mogłem się w tej dziedzinie rozwijać i pracować z ludźmi, których miałem szansę zarazić swoją pasją i wizją architektury, którzy mi zaufali i dali możliwość realizacji projektów.

Ale te muzealne obiekty to tylko wycinek naszej działalności. Jako studio architektoniczne pracowaliśmy przy złożonych projektach rewitalizacyjnych, kulturalnych, rekreacyjnych. A pod marką Nizio Interior tworzymy też meble: powstają unikatowe sprzęty, tworzone zgodnie z ideą „3xR: recycle, reuse, remake”. Ta działalność to ukłon w stronę rodzinnej tradycji.

Poza tym, nie boję się etykietek. Wyznaję zasadę, że nie powinniśmy budować architektury tylko w kontekście obaw o ocenę, gdyż to nie służy rozwojowi. Róbmy swoje – dla przyszłości, nie dla strachu przed krytyką.

O wzorze:

Wspieram artystów i początkujących twórców, chcąc odwdzięczyć się światu, bo jako młody człowiek bez umiejętności mówienia po angielsku w obcym kraju i mieście potrzebowałem wsparcia. Miałem szczęście, że ludzie, widząc moją pasję i upór, sami wyciągnęli do mnie rękę. Pomagali – czasami finansowo, ale przede wszystkim mentorsko. Czułem, że się mną zaopiekowano.

Cały czas poruszam się w świecie sztuk interdyscyplinarnych, teatru, muzyki, sztuki. Skupiam się na tym, co daje mi przyjemność, rozwijam firmę i siebie osobiście. Jestem w swoim żywiole i zamierzam to wszystko jeszcze długo robić. Mam dobry wzór. Wybitny amerykański architekt Philip Johnson pracował do końca życia, a zmarł w wieku 99 lat.

Projekt dofinansowany ze środków KPO inwestycja A2.5.1, w ramach umowy nr 804/KPO.GRANTY/NIMIT/2025

Kopiowanie treści jest zabronione