Mówi o sobie, że jest produktem lokalnym. Zawsze podkreśla: – Jako Ślązak wiem, skąd jestem. Wiem, gdzie się wychowywałem. Tutejsza architektura wciąż jest dla mnie inspiracją.
Przemo Łukasik jest jednym z najbardziej cenionych i rozpoznawalnych architektów w Polsce. Na Śląsku mieszka i pracuje, chętnie tu wrócił także po studiach w Paryżu (w École d”Architecture Paris-Villemin) i stażu w paryskich pracowniach takich ikon architektury, jak Jean Nouvel i Odile Decq. W 1997 roku wspólnie z Łukaszem Zagałą założył autorską pracownię Medusa Group, która dziś ma biura w Bytomiu, w Warszawie i w Dubaju.
Medusa Group to biurowce, przestrzenie publiczne, mieszkania, osiedla, wnętrza, grafika, przedmioty użytkowe. Na bramie wejściowej do ich siedziby w Bytomiu mają napis głoszący, że są studiem zaangażowanym w interdyscyplinarne projekty związane ze sztuką, architekturą, sztukami wizualnymi i urbanistyką.
Zdobyli wiele nagród za swoje wybitne projekty: trzykrotnie Grand Prix w konkursie Architektura Roku Województwa Śląskiego (za budynek biurowy Wasko w Gliwicach, budynek biurowy firmy Infinite Dreams w Gliwicach i TechPark Kanlux w Radzionkowie), liczne nominacje do europejskiej Nagrody im. Miesa van der Rohe, Nagrodę Architektoniczną Prezydenta m.st. Warszawy za najlepszy budynek użyteczności publicznej dla warszawskiej Akademeia Highschool, a także Nagrodę Roku SARP 2022 w kategorii Budynek biurowy, oświaty lub administracji za .KTW w Katowicach. Do najbardziej znanych realizacji studia należą też hotel Nobu Warsaw czy wnętrza zmodernizowanej hali Koszyki w Warszawie. W 2024 roku doceniono ich wkład Honorową Nagrodę SARP.
Bez nich polska współczesna architektura nie wyglądałaby tak dobrze. Odwiedziliśmy więc ich z kamerą w dawnym magazynie z czerwonej cegły w Bytomiu, gdzie mają siedzibę. A Przemo (»”Przemysław” to imię dla Urzędu Miasta i Urzędu Skarbowego, „Przemo” jest dla wszystkich przyjaciół«) nie tylko nas po niej oprowadził. Bo to architekt, którego kocha kamera, ale przede wszystkim niebywały gawędziarz…
O początku:
Urodziłem się w Chorzowie, mieszkam w Bytomiu. W 1997 roku wróciłem po studiach w Paryżu do Polski. Zostawiłem tam wielu przyjaciół, z którymi mam kontakt do dziś. To była piękna historia i niezapomniana lekcja życia, ale uznałem, że jeśli mam robić coś na własną odpowiedzialność, na swój rachunek, to muszę wrócić. Łukasz Zagała myślał tak samo.
O przyjaźni:
Łukasz jest przede wszystkim moim przyjacielem. Poznaliśmy się już na pierwszym roku studiów na Wydziale Architektury Politechniki Śląskiej w Gliwicach. Wtedy żaden z nas nie podejrzewał, że zaowocuje to współpracą przez trzydzieści kolejnych lat. Byliśmy w różnych grupach, więc mijaliśmy się na korytarzu czy w kolejce po wpis do indeksu. Pierwszą dłuższą rozmowę odbyliśmy w drodze na plener rysunkowy do Bielska-Białej czerwonym maluchem Łukasza, jednak dopiero na drugim roku studiów, kiedy projektowaliśmy domy jednorodzinne, zaczęliśmy nawzajem oglądać swoje projekty i patrzeć, kto jak myśli. Od tego czasu nasze rozmowy koncentrowały się już przede wszystkim na architekturze. Tak zostało do dziś.
Jesteśmy trochę jak beton i stal. Powiedzmy, że przez moją rudą brodę, to ja jestem tą nieco skorodowaną stalą zbrojeniową, a Łukasz betonem. Razem tworzymy żelbet, łącząc różne cechy charakteru, osobiste doświadczenia i w ten sposób, od lat odporni jesteśmy na ściskanie i zginanie zarazem.
O Paryżu:
Pewnego razu przeczytałem w gazecie o możliwości studiowania za granicą. W tym czasie nie było jeszcze takich programów jak Erasmus i studiowanie poza Polską było rzadkością. Poszedłem więc do naszego rektoratu, gdzie powiedziano mi, że jeśli chcę studiować we Francji, powinienem się zgłosić do ambasady w Warszawie.
Klika miesięcy później dostałem informację, że zakwalifikowałem się jako jedyny Polak. Pojechałem do Paryża, a Łukasz dołączył do mnie dwa lata później.
Pobyt w Paryżu był szkołą życia. Dużo zawdzięczam temu okresowi. Żyliśmy głównie architekturą, bagietkami i konserwami, które przywieźli nam nasi rodzice. Żeby dorobić, w weekendy nocami pracowałem w piekarni obok naszego mieszkania. Kiedy nie obsługiwałem klientów, dołączał do mnie Łukasz i do świtu toczyliśmy dyskusje nad naszym dyplomem.
Przemo Łukasik o pracowni Medusa Group
Z wizytą w Bytomiu
O współpracy:
Dyplom broniliśmy już w Polsce w 1997 roku, a zaprezentowaliśmy go w sposób, w jaki nikt wcześniej tego nie robił. Całą strefę ekspozycyjną w holu głównym zakleiliśmy na czarno, aby nie wpadało światło. I wykorzystując doświadczenia z Paryża ustawiliśmy na rusztowaniach kilka telewizorów i rzutników do slajdów. Obok stanęły makiety z przeźroczystego pleksi, a na gigantycznym ekranie, przez projektor wideo, zaprezentowaliśmy naszą pracę w formie filmu. Dostaliśmy wyróżnienie.
I tak postanowiliśmy wyruszyć w dalszą wspólną przygodę, tym razem już pod hasłem „własna pracownia”. Dziś mieszkamy na różnych kontynentach. Łukasz wybrał Dubaj, gdzie prowadzi nasze biuro i skupia się na zagranicznych projektach. Łapiemy się na telekonferencjach, zamiast, jak kiedyś, usiąść przy jednym stole. Obowiązki dzielimy jednak symetrycznie, rozumiemy się i uzupełniamy. A potem do tego, co wydyskutujemy, dołączają jeszcze opinie naszego zespołu i tak powstaje, czasem po długich rozmowach i pracach, finalny projekt.
O misji:
Architekt to nieoczywisty zawód. Podstawą naszego działania jest od zawsze człowiek, jego potrzeby i jego marzenia. To działalność z natury społeczna. Ale paradoksem jest to, że inkluzywność tej profesji, w rzeczywistości kierowana jest do ekskluzywnych klientów. Bo zamożnych.
Ale my nie skupiamy się tylko na „dużych” projektach, które dają duży przychód, pozwalający utrzymać pracownię i zespół przez dłuższy okres. Sięgamy również po małe projekty, które są ważne, dają nam radość, są twórcze i przynoszą świeże spojrzenie. Czasem ofiarujemy coś od siebie, jak np. projekt biblioteczki dla małej szkoły podstawowej. Zdarzają się też projekty, których nikt nam nie powierzył, sami wychodzimy z inicjatywą, bo mamy taką potrzebę. Wiele lat zabiegaliśmy też o rewitalizację Szybu Krystyna w Bytomiu, żeby uratować ten monument historii i dać mu nowe życie.
Cieszymy się, gdy nasze doświadczenie może posłużyć nie tylko inwestorowi, ale i „sprawie”.
O najważniejszym budynku:
Mój dom jest w moim ukochanym Bytomiu. To dawna lampiarnia, oderwana od ziemi, która jak platforma zawisła trzy kondygnacje nad terenem kopalni. To odzyskana i zrehabilitowana strefa poprzemysłowa. Dziś moja przestrzeń, moich najbliższych, która często jest dla mnie punktem odniesienia do innych projektów. Była eksperymentem na sobie samym, na mojej rodzinie, a dzisiaj daje mi odwagę i argumenty, by eksperymentować wraz z moimi klientami.
Bolko_loft to moje miejsce na ziemi. ﹡