Toprojekt: „Najważniejsze w pracy architekta to wystawianie faktur”
20 lutego 2026
tekst: AMK
zdjęcia: Joo Joostberens
Karol Wawrzyniak z mamą, Joanną, która wraz z mężem Markiem Wawrzyniakiem założyła Toprojekt
Toprojekt: „Najważniejsze w pracy architekta to wystawianie faktur”
20 lutego 2026
tekst: AMK
zdjęcia: Joo Joostberens
Toprojekt: „Najważniejsze w pracy architekta to wystawianie faktur”

Toprojekt to firma rodzinna. Marek i Joanna Wawrzyniakowie założyli ją 35 lat temu, a z czasem dołączył ich syn, Karol. Dziś biuro w Rybniku jest także domem Karola – na dole pracuje, u góry mieszka. On jest też „twarzą” pracowni, która imponuje nie tylko dorobkiem i nagrodami, ale i biznesowym podejściem. – Najważniejsze w pracy architekta to wystawianie faktur – powtarza. I to on oprowadził nas po dokonaniach Toprojekt, zaczynając opowieść od tego, jak jako kilkulatek został architektem: rysując „piony wentylacyjne”… Oto nasz nowy cykl „Polska architektura współczesna”, w którym prezentujemy najwybitniejsze pracownie.

Toprojekt to doświadczona i nagradzana pracownia ze Śląska. Architektura to dla nich sposób na życie. I rodzina – wszystko się od niej zaczyna i na niej kończy.

– Początki biura to 1991 rok, zbiegają się z urodzinami mojej siostry, ja miałem wtedy pięć lat. Ale tak naprawdę trwa to znacznie dłużej… Dlatego, że już mój dziadek był architektem i gdyby on nie był architektem, nie wiadomo, czy moja mama by nim została, a jakby nie, to nie wiadomo, czy rodzice by się poznali na studiach architektonicznych w Gliwicach i w ogóle może firmy by nie było – śmieje się Karol Wawrzyniak, architekt i współwłaściciel pracowni Toprojekt, którą Marek i Joanna Wawrzyniakowie założyli w Rybniku.

Karol wychowywał się w pracowni. Dziś pracuje razem z rodzicami ramię w ramię, ale był czas, kiedy chciał uciec od nich jak najdalej. Najpierw wyjechał na studia na Politechnice Warszawskiej. – Później pojechałem do Brukseli, żeby być jeszcze dalej, a następnie do Japonii, bo chyba dalej się już nie dało – wspomina z uśmiechem.

Niekomfortowo czuł się w pozycji syna szefa i szefowej: – Wydawało mi się, że jest w tym coś niewłaściwego. Myślenie o takim średniowiecznym podejściu do życia, w którym rzemiosło jest przekazywane z ojca na syna, niespecjalnie było dla mnie atrakcyjne. Chciałem pokazać, że sam sobie jestem sterem, żeglarzem i okrętem. I sam zasługuję na sukces.

Dziś tak jest zespolony z rodzinną pracownią, że mieszka w… biurze. Na dole pracuje, na piętrze mieszka z żoną i malutką córeczką. W sumie biuro zatrudnia 9 osób, w tym konstruktora i pięcioro architektów. Jednym z nich jest Anna Wawrzyniak, jego siostra.

W rodzinnym talencie siła. W dorobku mają wiele projektów ważnych dla regionu, ale pracują w całej Polsce (według ich wizji realizowany jest m.in. nowy dworzec kolejowy w Częstochowie, nowy ośrodek Izby Lekarskiej w Gdańsku czy siedziba Starostwa Powiatowego w Toruniu). W środowisku Toprojekt jest bardzo ceniony – np. Dom Rudy w Rudach oraz projekt Przedszkola w Żorach nominowano do Nagrody im. Miesa van der Rohe, jednego z najbardziej prestiżowych wyróżnień w dziedzinie architektury na świecie. A wśród klientów mają opinię tych, których projekty „da się wybudować”. – Rolą architekta jest przedstawienie atrakcyjnej wizji, która jednak osadzona jest w realiach i możliwościach finansowych klienta – skromnie objaśnia Marek Wawrzyniak.

Siedziba firmy mieści się w piętrowej willi z czasów dwudziestolecia międzywojennego

Opowieść o tej architektonicznej rodzinie to dowód na to, że mimo intensywnego zawodu można zachować równowagę między pracą a życiem prywatnym, że można łączyć pasję z biznesem. Ale to konkretna strategia działania. Karol coś o tym wie i w naszym filmie rzeczowo opowiada nie tylko o biznesie.

O konflikcie: 

Cała nasza działalność jest oparta na ciągłym konflikcie, szczególnie z ojcem. Mamy różne poglądy na wiele spraw, ale też w wielu sytuacjach się rozumiemy i zgadzamy. To działa falami, to znaczy czasami mamy więcej wspólnego oglądu rzeczywistości, a czasami gdzieś zaczynamy się rozmijać. W konfliktowych sytuacjach staramy się jednak wracać do tego, żeby patrzeć na rzeczy, które nas łączą. Udaje nam się, jak do tej pory, te konflikty zażegnywać, ale przy naszych charakterach to bardzo, bardzo trudne.

Mamy nawet wypracowaną przez lata metodę. Jeżeli zgadzamy się co do jakiegoś rozwiązania, co znaczy, że jest przekonujące dla obydwu pokoleń, to być może jest to dobry pomysł. To nasz wewnętrzny audyt, więc konflikt ma też pozytywny aspekt.

O fakturach:

Czasem myślę, że te różnice polegają na tym, że zanim ojciec zaczął działalność architektoniczną, to prowadził też m.in. zajęcia plastyczne dla niepełnosprawnych dzieci, wydawał różne albumy fotograficzne, jakieś wydawnictwa, dlatego, że jest także po Akademii Sztuk Pięknych. Mówi, że najlepszym narzędziem projektowym jest ołówek „jako najkrótsze połączenie z głową”. Zakłada to, że projekt powstaje przez namysł.

Czasami pewnie tak jest. Ja może nie będę mówił, że najlepszym narzędziem jest Excel, no bo oczywiście, że nie jest, ale wydaje mi się, że najważniejsze w pracy architekta to wystawianie faktur. Brzmi brutalnie? Ale biznes nie jest przeciwieństwem architektury, to narzędzie do jej realizacji. Bez stabilnych finansów nie stworzymy dobrej architektury, zwłaszcza długoterminowo.

Ale muszę też zaznaczyć, że w historii naszej pracowni wielokrotnie walczyliśmy o jakość architektury i przestrzeni, mimo że walka ta była biznesowym absurdem.

O wspólnym projekcie:

Większość, prawie wszystkie projekty robimy razem. Ale ciężko w sytuacji, w której się wzrasta w firmie, znaleźć ten, który jako rodzina po raz pierwszy zrobiliśmy wspólnie. Pamiętam, że czasami przychodziłem i w photoshopie plamkowałem jakieś rzeczy na asfalcie do wizualizacji, no ale trudno powiedzieć, że to był mój pierwszy projekt w biurze.

Jest jednak rodzinna anegdota. Było to w czasie, kiedy jeszcze nie umiałem za dobrze mówić i posługiwałem się pojedynczymi wyrazami. W naszym domu kartek i ołówków było zawsze pod dostatkiem, dlatego jedną z ulubionych moich zabaw było rysowanie. Pewnego razu rodzice trochę zaniepokojeni zauważyli, że kubusiem, czyli grubym ołówkiem, z przejęciem zacząłem rysować na kartce grube czarne krechy. To raczej nie jest normalne u dziecka, więc zapytali: „Karolku, co ty tam tak rysujesz?”. „Piony wentylacyjne” – odparłem z pełną powagą.

Nie miałem jeszcze pełnej świadomości, że to moje architektoniczne początki. I choć później planowałem zdawać na ASP, ostatecznie wylądowałem na architekturze.

O ulubionym projekcie:

Pomimo naszych wygranych konkursów albo nagrodzonych projektów, ja właściwie do każdego z nich albo mogę się przyczepić, albo coś mi się w nich nie podoba. Widzę naszą działalność jako pasmo porażek, natomiast nie tracę entuzjazmu i cały czas wydaje mi się, że warto następny projekt robić. I tyle.

Ale chyba nie mam ulubionego. Chcemy, żeby kolejny był lepszy od poprzednich. Chcemy, żeby nowy projekt nas zaskoczył.

O ściganiu się:

Narcystyczne dążenie do sławy architektów trafiło na żyzny grunt czasów mediów społecznościowych. Studenci często wybierają temat pracy dyplomowej przez pryzmat tego, co będzie dobrze się „sprzedawało”. Celem nie powinna być sława, tylko chęć zrobienia czegoś fajnego. Każdy element zaprojektowany z zaangażowaniem może dawać satysfakcję, bez względu na skalę i rangę problemu. Taka postawa najlepiej chroni przed zawodowym wypaleniem.

Warto ścigać się przede wszystkim samemu ze sobą, bo architektura to nie bieg przez płotki, gdzie można zdobyć złoty medal.

O wyborze:

Studiowałem i pracowałem w różnych miejsach i wszędzie mi się podobało: w Warszawie było super, w Brukseli świetnie, Japonia była naprawdę fantastyczna. To były ważne doświadczenia, rozważałem nawet przeprowadzkę z Polski na stałe. Ale przyszedł moment decyzji – między tym, czy sadzić wiele drobnych roślin i obserwować, jakie każda z nich ma kolory, albo obserwować, jak rośnie roślina, którą zasadzili rodzice. Wybrałem to drugie.

Czy to była dobra decyzja, czy zła, nigdy nie będę wiedział. Po prostu się jej trzymam. Tyle.

O misji:

Architektura daje bardzo dużo możliwości nawiązywania relacji społecznych z klientami, tworzenia dla nich najlepszych przestrzeni. I ten wątek interpersonalny i służby jest coraz bardziej dla mnie istotny.

Kiedy pod koniec budowy okazuje się, że klienci w architekturze się rozsmakowali i zaczynają widzieć w niej dużo, dużo więcej niż na początku współpracy i zaskakują mnie pozytywnie swoimi wyborami i obserwacjami, daje mi to niesamowitą satysfakcję. Bo ktoś się rozsmakował w tym, co dla mnie w życiu jest tak ważne. No, zabrzmi to bardzo patetycznie, ale architektura to jest po prostu moje życie. Nie tylko zawód.

Wydaje mi się, że gdybym zaczął pracować w firmie, która się zajmuje czymś zupełnie innym, dalej byłbym architektem.

Projekt dofinansowany ze środków KPO inwestycja A2.5.1, w ramach umowy nr 804/KPO.GRANTY/NIMIT/2025

Kopiowanie treści jest zabronione