Gdynia, a konkretniej jej modernistyczne centrum, zostało wpisane na prestiżową listę światowego dziedzictwa UNESCO. Pod koniec lipca eksperci uznali, że gdyńska architektura i cały układ urbanistyczny są dobrem o wyjątkowej wartości w skali całego globu. To wielki sukces miasta, bo na liście wśród 25 miejsc rozsianych po całym świecie są m.in. grecka góra Olimp, XVIII-wieczne włoskie teatry i budynki autorstwa Alvara Aalto, jednego z najwybitniejszych fińskich architektów.
Jedna gdynianka z tego wyróżnienia cieszy się najmocniej – architektka i projektantka wnętrz, Justyna Kropidłowska. Bo stworzyła zapach betonu modernizmu ze śródmieścia Gdyni i teraz wszyscy mogą go nie tylko powąchać, ale i zabrać do domu. – Genialnie się wpisuje w wyróżnienie UNESCO, choć stworzyłam go zanim lista została ogłoszona. Niech idzie w świat! – nie kryje radości.
To nie jedyny zapach Gdyni, który wykreowała. Powstała cała mapa lokalnych woni.
– Na stole w jadalni mojego mieszkania i mojej pracowni mieszałam olejki, miksowałam je, dodawałam, odejmowałam… Dorzucając szczyptę swoich wspomnień i sentymentów związanych z każdym z miejsc… I tak po pół roku pracy powstała mapa pokazująca, jak pachnie moje miasto – tłumaczy.
I, co najważniejsze, jest to pierwsza na świecie interaktywna mapa olfaktoryczna jakiejkolwiek metropolii. – Sprawdzałam. Są artyści, którzy pracują z zapachem jako formą instalacji w przestrzeniach galeryjnych. Czytałam o tym, że są artystki, które stworzyły mapy zapachu jakiejś dzielnicy. Wiem, że była mapa stworzona dla Londynu, ale nie dołączono do niej zapachu w formie wąchania. Nie ma na świecie żadnej innej interaktywnej mapy, do której można podejść i powąchać dany obszar wskazany na grafice. Wydaje się to nieprawdopodobne, ale nikt wcześniej na to nie wpadł – mówi.
1.
Nie zaczęło się od wzniosłej idei. Po prostu szukała pomysłu na to, żeby dostać stypendium artystyczne Miasta Gdyni. Główkowała, co może być na tyle kreatywne, że będzie atrakcyjne dla jury i dla niej, aż wymyśliła zapachową mapę, z którą mieszkańcy będą mogli wejść w osobisty kontakt.
– Stypendium dostał tomik poezji – wspomina zdziwiona. – Uznałam, że z tą kreatywnością w konkursie było coś nie tak, i postanowiłam sama zdobyć pieniądze na projekt, by mimo wszystko go zrealizować.
Wybrała te miejsca, które, jej zdaniem, są ważne dla Gdyni, turystów, ale i dla niej, mieszkanki od 20 lat. Podzieliła miasto na sześć stref.
2.
– Zaczęłam od portu, bo na jego terenach – przy nabrzeżu indyjskim, czyli skupisku kontenerów, łańcuchów i suwnic – projektuję dość duży obiekt. Port o świcie. To nie jest port rybny, to są smary, ropa, łańcuchy, rdza, to po prostu fetor maszyn, lekki smrodek stoczni. Ciekawe miejsce – opowiada malowniczo.
Schodząc trochę niżej jest modernistyczne śródmieście. – Ulice są jednokierunkowe, nie ma korków i w upale czuć kurz odbijający się w promieniach słońca od wapiennych elewacji budynków i modernistycznych struktur. To bardzo kuszące… Nie bez kozery UNESCO przyszpiliło to uważnością – wyjaśnia, co skusiło ją do stworzenia własnej interpretacji lokalnego modernizmu i stworzenia zapachu promieni słonecznych zakurzonych wapienną skałą.
Kolejna strefa? Dzielnica Kamienna Góra, położona wzdłuż bulwaru gdyńskiego, gdzie bogaci kapitanowie, którzy przed laty przypływali z rejsów z dolarami, budowali wille. – Tam czuć duch modernizmu, bez dwóch zdań. Ale jest też wilgoć z powodu bezpośredniego sąsiedztwa nabrzeża, dlatego chciałam, żeby w moim projekcie było czuć stęchliznę piwnic Kamiennej Góry. Zwłaszcza, że prywatnie lubię zapachy trochę mszyste, nieco zapyziałe, ziemiste – śmieje się. – To jest też ciekawe dla odbiorcy. Stworzyłam woń, która może ich zabrać emocjonalnie, psychicznie i nawet mentalnie do tych piwnic.
To jedyne miejsce na mapie zapachowej Gdyni, które jest zamknięte pod ziemią, bo reszta jest na zewnątrz, jak np. Klif Orłowski, który wszyscy w mieście kochają. Także Kropidłowska. Gdy jej dzieci były małe, to tam spacerowali, tam do dziś jeździ na targ. To przepiękny teren, z lasem, plażą, parkiem z zespołem pałacowym wpisanym do rejestru zabytków.
– I dlatego stworzyłam „oddech klifu”, zapach, który się kojarzy bardziej z lasem niż z plażą, bo chciałam podkreślić, że mieszkamy na granicy parku krajobrazowego. Są tu więc nuty mokrego lasu, mchu i zawilgoconych kamyczków, bo w naszych lasach nadmorskich słońce szybko zachodzi i zamiast suszy mamy wilgoć – snuje opowieść pełną aromatów.
Tuż obok klifu jest molo w Orłowie, które poza sezonem jest atrakcyjnym miejscem dla gdynian. Kameralne, bardzo przyjazne. – A ja mam sentyment do drewnianych pomostów nasiąkniętych wodą, bo jak byłam mała, to z tatą pływałam na żaglówkach i smrodek zawilgoconej mariny po prostu kocham. Uznałam, że zapach „molo po burzy” to niezbędnik na mojej mapie. No i wyszedł w punkt. Zajeżdża ozonem, ale jednocześnie wodorostami, jest dość intensywny, choć nie przykry – ocenia jego autorka.
Ostatnim pachnidłem jest „wiatr znad Bałtyku”: – Czyli powiew bryzy, ale takiej z glonami, nie czystej, plażowej i sielskiej, tylko takiej, jak to w Bałtyku, raczej sinice, zimno i mroczno.
3.
Jak się pracuje nad zapachami miejsc, bo przecież to nie ma nic wspólnego z perfumami dla ludzi? – Nie musiałam nigdzie specjalnie jechać, żeby wąchać i nad tym dywagować, bo te miejsca znam z życia codziennego. Zapach noszę w swoich synapsach – zapewnia.
Ale sam proces był złożony. Zrobiła konspekt, w którym m.in. zapisała, jakie akordy chciałaby, żeby się pojawiły w danej strefie. Przykładem może być „beton modernizmu” – jej ulubiony.
Opowiada: – Wapień jest bliski memu sercu, bo jako architekt pracuję dużo z kamieniem naturalnym, jestem też rzeczoznawcą diamentów. Gdy jadę do kamieniołomu, czuję, że kamień nie jest bezwonny. Skała, kurz i leciutkie molekuły, unoszące się wokół wapienia i generujące zapach. Wiedziałam, że chcę kurz. I trochę światła. To się wydaje bardzo abstrakcyjne, no bo jak pachnie światło, jak pachnie kurz. Pomagają olejki. Jednym z moich ulubieńców jest zapach korzenia irysa. To on w woni modernizmu zrobił całą robotę.
„Beton modernizmu” składa się, podobnie jak pozostałe, z kilkunastu olejków. Kropidłowska wybiera i miesza je intuicyjnie. Wyciska kropelkę na bloter (cienki papierek, na którym testuje się zapachy), potem dołącza kolejne olejki. Stawia na te, które w danej strefie najbardziej do niej przemawiają. Sprawdza jak ze sobą działają i dołącza następne. A później idzie na żywioł – wlewa coś do menzurki i miesza. Tak powstaje zapach.
Proces jest dość czasochłonny. I uwaga, są takie nuty zapachowe, syntetyczne molekuły, których jeden procent może zaważyć na całej kompozycji zapachowej. Jedna kropla na załóżmy 20 mililitrów. Dodanie jej może kompozycję zniszczyć, bo molekuła jest tak potężna.
Czemu poprzestała na sześciu zapachach swojej mapy? Chodzi o pojemność ludzkiego nerwu nosowego. – Sześć to i tak dużo, bo więcej nie jesteśmy w stanie rozpoznać i przyjąć, nawet w perfumerii. Poza tym, nie wiem, czy byłoby coś jeszcze tak charakterystycznego i atrakcyjnego dla Gdyni, co można byłoby przedstawić w formie zapachu – wyjaśnia.
4.
Gdy już zapachy powstały, trzeba było stworzyć dla nich oprawę. Finansowo wsparła ją dawna klientka, której zaprojektowała dwa domy. Same olejki, które stały się bazą mapy, są bardzo drogie. A jeszcze trzeba było kupić sniffing stations, czyli stacje dyfuzujące zapach, do których można podejść, by poczuć zamknięte w nich wonie. Tu pomógł zaprzyjaźniony stolarz, który stworzył konsole z czarnego dębu z blatami z marmuru, na których stoją dyfuzory. A grafiką zajęła się jej siostra.
Gdy projekt trafił na wystawę w ramach festiwalu sztuki „Sny o Gdyni”, zyskał największy aplauz. Ponad 300 gości, którzy przyszli na wernisaż, stało w kolejce, żeby powąchać. – Byłam ogromnie wzruszona i zaskoczona tak entuzjastycznym odbiorem – relacjonuje autorka. – Festiwal jest rozłożony w 10 lokalizacjach miasta, a w każdej są inni artyści, razem około 40 osób. Gdy w jednej przyznałam się, że to ja zrobiłam mapę zapachową, ktoś aż zakrzyknął: „O Jezu, ona robi największą furorę! Wszyscy są nią zachwyceni”.
Jak tłumaczy ów sukces? – Mapa jest portalem, który przenosi nas w inne miejsca w naszych głowach, w inne miejsca w naszych wspomnieniach, przenosi nas w czasie. To działa na każdego – podsumowuje.
W popularności mapy pomogło też ogłoszenie listy przez UNESCO – od tego dnia przebojem jest przede wszystkim zapach „beton modernizmu”. Wkrótce będzie można go także zabrać do domu, bo pomysłodawczyni planuje stworzyć limitowaną kolekcję i sprzedawać wszystkim chętnym.
– Bo jeśli ktoś na ulicy miałby pachnieć czymś z mojej mapy, to na pewno strukturalno-architektonicznym pomieszaniem kurzu, asfaltu, światła i przestrzeni. Reszta byłaby zbyt kontrowersyjna i trudna dla osób o bardziej wrażliwym nosie – uśmiecha się. – „Beton modernizmu” jest moim numerem jeden i jak tylko powstał, miałam ochotę się nim cała wysmarować.
Zanim zapach trafi do sprzedaży, można go sprawdzić w Galerii Przypływ, gdzie mapa będzie prezentowana do 27 września.
5.
Kropidłowska już wie, że będzie się zapachami zajmować na stałe. W swojej pracowni Astrolabium od dawna tworzy ręcznie wytwarzane świece zapachowe, czasem prowadzi warsztaty zapachów. Interesuje ją aromat jako element tożsamości miejsca; taki związany z interpretacją zdjęć, sztuki, instalacji. Marzy jej się projekt, w którym można dzieło sztuki w formie obrazu połączyć z pachnidłami.
Obecnie przygotowuje się do rozszerzenia mapy zapachowej na inne miasta, nie tylko w Polsce. Pomimo pewnych wątpliwości: – Wydaje mi się, że, aby stworzyć mapę zapachową, trzeba w danym mieście mieszkać, wstawać rano, chodzić na zakupy, na spacer i mocno się zanurzyć w jego tkance. Do tej pory trochę mnie to blokowało, ale wystarczy się bardziej otworzyć…
Dodaje: – W przypadku Gdyni to, że tu żyję, daje mi swobodę, lekkość w tym, że ja wiem – nie, że czuję – że mam pewność, iż to te miejsca są tymi, które budują tożsamość miasta i wiem, jak zinterpretować je olfaktorycznie. ﹡
Kopiowanie treści jest zabronione