Można śmiało powiedzieć, że Michael Gericke jest jednym z najbardziej wpływowych grafików na świecie. Potrafi zręcznie zamieniać zapadające w pamięć obrazy na symbole miejsc i uczuć. Jego prace obejmują całą gamę wystaw, plakatów, książek, kampanii i identyfikacji wizualnych, a on sam poprzez grafikę pomaga też zdefiniować przestrzeń publiczną nie tylko w Nowym Jorku. Bo jak mało kto potrafi działać na styku obrazów, komunikacji i przestrzeni miejskiej. I robi to z elegancką prostotą.
Dowód? Nawet jeśli o nim nie słyszeliście, jego prace prawdopodobnie zapisały się w Waszej podświadomości. To on stoi za projektami wizualnymi taki miejsc, jak: One World Trade Center, Hudson Yards, The Vessel, nowa stacja Penn Station, City Point (modne nowe centrum Brooklynu), Rockefeller Center, National Design Museum Cooper Hewitt, The Skyscraper Museum (Nowy Jork), lotnisko Jewel Changi z wewnętrznym ogrodem i ogromnym wodospadem oraz Marina Bay Sands (Singapur), nowe muzeum Guggenheima w Abu Zabi, port lotniczy w Bombaju, lotnisko Pearson w Toronto, hotel Hankyu (Japonia), czy stadion NFL Arizona Cardinals. Tworzył też wizuale dla akcji One Laptop Per Child, która zapewnia tanie komputery dzieciom w trudnej sytuacji na całym świecie, logo wytwórni filmowej 21. Century Fox i mistrzostw świata w piłce nożnej w 1994 roku. Słynna jest też jego praca graficzna dla AIA (American Institute of Architects) i Centrum Architektury. A to tylko wierzchołek góry lodowej.
Gericke od czterech dekad robi wszystko, by jego praca nigdy nie padła ofiarą przerostu formy nad treścią, ale była połączeniem obydwu. – Moja praca jest tak ekscytująca, bo na różne sposoby staje się częścią pop-kultury i codziennego życia. Zawsze odczuwam dreszczyk emocji, bo po okresie spontanicznego tworzenia, efekt natychmiast wystrzeliwuje w świat, jest oglądany przez innych, a potem znika – opowiada 65-letni grafik.
Kariera Michaela Gericke to wynik połączenia umiejętności, entuzjazmu i serii przypadkowych spotkań. Gdyby sprawy potoczyły się inaczej, mógłby nigdy nie trafić do Pentagramu. Dorastał w „małym miasteczku rolniczym” – jak sam mówi – na Środkowym Zachodzie w amerykańskim stanie Wisconsin, gdzie jego ojciec prowadził lokalny bank. – Chciał, żebym był człowiekiem biznesu, ale w liceum moim nauczycielem sztuki był indyjski mistrz garncarstwa i dzięki niemu bardzo zainteresowałem się ceramiką… Moim marzeniem było zdobycie dyplomu magistra sztuk pięknych i nauczanie sztuki lub ceramiki – wspomina.
Na Uniwersytecie Wisconsin zmienił jednak zdanie. Gdy profesor z zajęć „Wprowadzenie do designu” odchodził na emeryturę ze stanowiska dyrektora ds. projektowania w liniach lotniczych United Airlines, gdzie pracował z wybitnym grafikiem Saulem Bassem, zasugerował zdolnemu studentowi, by przemyślał przyszłą karierę. Powiedział, że chociaż „ceramika jest dobrym zajęciem dla artysty, trzeba być wyjątkowo utalentowanym, aby zrobić karierę” i że „obecnie design jest całkiem interesujący”.
Gericke, zakochany w kształtach samolotów, zmienił kierunek studiów na projektowanie graficzne. Jednak nigdy nie wszedł do świata latających maszyn. Po ukończeniu uczelni nie chciał iść od razu do „prawdziwej pracy”, przeniósł się do Kolorado i postanowił przez rok być nauczycielem jazdy na nartach. Długo w tym nie wytrwał. – Bo spotkałem dwóch facetów, którzy założyli własne biuro projektowe w Boulder w Kolorado, obaj z doświadczeniem u prawdziwych ikon: Charlesa i Ray Eamesów. I dali mi pracę – opowiada w magazynie „AIGA Eye on Design”.
Pracował w ich firmie projektowej Communication Arts osiem lat, dopóki Colin Forbes, znany brytyjski grafik i jeden ze współzałożycieli Pentagramu, którego podziwiał od dawna, nie złożył mu wymarzonej propozycji. Forbes przeniósł się z Londynu w 1980 roku, aby otworzyć biuro w Nowym Jorku, „przeżywając swego rodzaju kryzys wieku średniego”, jak opowiada po latach Michael Bierut (najdłużej pracujący partner w USA). To Forbes wymyślił wytyczne dotyczące wyboru partnerów z czterema głównymi kryteriami: muszą być w stanie rozwijać biznes, muszą mieć krajową renomę, muszą generować zysk i ogólnie być otwartymi ludźmi. Ta niezwykła struktura, w ramach której grupa partnerów jest właścicielami i zarządza firmą, obowiązuje do dziś.
Bierut wyjaśnił magazynowi „It’s Nice That”: – Podstawową ideą było to, że różni partnerzy w firmie będą mieli różne sposoby podejścia do tego samego problemu i że dzięki bliskiej współpracy będą w stanie znaleźć rozwiązania, które będą ciekawsze niż te, które mogliby znaleźć, gdyby działali osobno.
W tej najbardziej znanej i cenionej agencji projektowania graficznego na świecie Gericke pracuje od 1985 roku. Dziś jest tam nie tylko grafikiem, ale także jednym z partnerów, wraz z takimi legendami branży, jak m.in. Bierut, Paula Scher, Abbott Miller, Luke Hayman, Emily Oberman. Wszyscy partnerzy siedzą razem przy biurkach ustawionych w rzędzie, ciągnącym się wzdłuż lewej ściany dużej przestrzeni, a nieopodal pracują ich pracownicy. Bo każdy partner prowadzi autonomiczne studio projektowe w firmie, każdy partner ma również wyłączną odpowiedzialność za pozyskiwanie klientów i zarządzanie projektami.
W Pentagramie nie ma prywatnych biur, a biurka partnerów, pracowników i stażystów są takiej samej wielkości. – Nasza długowieczność jest świadectwem fundamentalnej zasady, że nie jesteśmy korporacją. Pentagram jest prowadzony przez grupę partnerów, z których wszyscy są grafikami. Nie ma prezesa, kierowników ds. księgowości, czy szefów ds. biznesu – jest to praktyka oparta wyłącznie na projektowaniu. Nasza firma jest bardzo eklektyczna, ponieważ jej kształt i styl w dużej mierze napędzają partnerzy i ich klienci, więc Pentagram ciągle się zmienia, ludzie odchodzą i dołączają nowe talenty – Gericke wyjaśnia nie bez dumy, że pracuje w tak ciekawym miejscu.
Ciągłe dodawanie nowych partnerów to bardzo inteligentny pomysł na to, by się utrzymać i odradzać. Michael Gericke zgadza się, że ta regeneracja jest kluczem do sukcesu Pentagramu. Uważa, że „ciągle zmieniający się zestaw partnerów i ich osobowości” powoduje, że „nie ma tu tak naprawdę jednego, konkretnego stylu”. – W wyniku ciągłego odświeżania się Pentagramu jest ciągła zmiana równowagi, mimo że istniejemy już 40 lat. Za dziesięć lat będzie to inna sytuacja niż dzisiaj, ale dziś jest to inna sytuacja niż dziesięć lat temu – kontynuuje.
Ogromną wartością takiej struktury jest też interakcja między partnerami będącymi na różnych etapach kariery. Wspólnicy wkładają w firmę tyle samo pieniędzy i pobierają takie samo wynagrodzenie, ale ta równość nie zapobiega ciągłym porównaniom między sobą. – Twórcza rywalizacja nas napędza, ponieważ nasi najwięksi fani i krytycy są również naszymi partnerami – ocenia w rozmowie z magazynem „It’s Nice That”. – Ciężko pracujesz, bo praca, którą wykonują pozostali, jest dla ciebie wyzwaniem. Projektowanie to zawód napędzany ego, ale trzeba go połączyć z dzieleniem się firmą, pracą i życiem z ludźmi, których szanujesz i podziwiasz, i popychaniem do miejsca, do którego nie mógłbyś dotrzeć całkowicie sam. To delikatna równowaga i nie jest to zajęcie dla każdego.
Coś w tym jest. Jeden z założycieli, Bob Gill, odszedł od tego, co sam stworzył, a kilka znanych osobistości, w tym Peter Saville i April Greiman, zrezygnowało po kilku latach. Paula Scher, która dołączyła do Pentagramu w 1991 roku i była wówczas jedyną kobietą w zespole, też nie ukrywa, że na początku było trudno i bardzo nieprzyjemnie: – Chodzenie na spotkania partnerów, zwłaszcza tych z Londynu, oryginalnych członków, było dość brutalne. Kiedyś wracałam do domu zapłakana, ale dość szybko zaczęłam się głośno stawiać, bo to był jedyny sposób, by przetrwać w tej grupie mężczyzn.
Dla Gericke Pentagram to spełnienie marzeń. Już na studiach chciał pracować w Nowym Jorku, bo był dla niego światową stolicą designu – gdzie wszystko było możliwe. – Więc moja żona Suzanne (też jest projektantką) i ja odwiedziliśmy miasto, żeby spotkać naszych bohaterów i być może znaleźć pracę. Dla mnie liczył się tylko jeden – Colin Forbes – elegancki Anglik w okularach z grubymi szkłami, który niedawno sprowadził do Ameryki Pentagram, firmę projektową opartą na pomysłach, której prace przekraczały granice – wspomina w „AIGA Eye on Design”.
Spotkał go w 1984 roku na 17. piętrze ówczesnego biura Pentagramu na rogu Piątej Alei i 26th Street. Natychmiast poczuł podziw, inspirację i pokorę. – Wyglądał trochę jak Michael Caine albo Daniel Craig grający projektanta, który jest tajnym agentem zagranicznym. Znałem prace Colina i jego partnerów. Był inteligentny, elokwentny, intuicyjny i miał rozległą wiedzę z zakresu historii wzornictwa. Chętnie współpracował z innymi, był obyty w świecie i życzliwy – i genialnie europejski – nie kryje zachwytu.
Po tym, jak nerwowo paplał o swoim portfolio w pokoju wypełnionym Forbesa i Alana Fletchera plakatami, Colin milcząco zamilkł, co wydawało się wiecznością. Następnie powoli zamrugał i odpowiedział ostrym jak brzytwa i wnikliwym pytaniem. Było to dość onieśmielające. Wiele lat później powiedział mu, że jako młody chłopak jąkał się, ponieważ jego nauczyciel próbował zmienić go z leworęcznego na praworęcznego. Z powodzeniem nauczył się to przezwyciężać, długo myśląc nad tym, co powie. Choć pokonał jąkanie, zachował zamyśloną pauzę, która stała się jego znakiem rozpoznawczym.
Spotkanie okazało się sukcesem. Michael i Suzanne przeprowadziliśmy się do Nowego Jorku. Ona dostała świetną posadę projektantki w Milton Glaser, a on dołączył do Pentagramu. Peter Harrison, również Anglik, był wówczas jedynym partnerem Colina na Manhattanie. To była, jak wspomina, prawdziwie egalitarna pracownia. Colin przeniósł do Nowego Jorku tradycję londyńskiego biura, gdzie szef kuchni przygotowywał lunch dla wszystkich. – Dla niego, i dla nas do dziś wspólne posiłki są centralnym elementem kultury Pentagramu, w której spotykają się nasze zespoły, klienci i przyjaciele – mówi.
Pamięta, że ich pierwszym dużym wspólnym projektem była identyfikacja wizualna luksusowego hotelu w Japonii. Mieli lecieć do Osaki na prezentację końcową, a klient przysłał bilet pierwszej klasy dla Colina i bilet w klasie ekonomicznej dla Michaela. Forbes od razu zadzwonił do szefa hotelu, żeby poinformować go, że jeśli mają się pojawić, to „obydwaj będą musieli siedzieć razem, albo z przodu, albo z tyłu samolotu”. Następnego dnia przysłano im dwa bilety pierwszej klasy. I tak Gericke znalazł w nim nie tylko mentora, ale i przyjaciela na całe życie.
– Spędzaliśmy godziny w samolotach, samochodach i pociągach, pokojach hotelowych, rozmawiając o tym, co inspiruje, motywuje i spaja grupę ekscentrycznych i egocentrycznych partnerów Pentagramu. Dzielił się wnikliwymi historiami, rysował projekty, tworzył plany i szkicował schematy organizacyjne na wszystkim, co było pod ręką: serwetkach, biletach lotniczych, kopertach i skrawkach papieru. Byłem zapalonym słuchaczem i im dłużej słuchałem, tym więcej się ze mną dzielił. Dzięki temu nauczyłem się doceniać problemy i mechanizmy, które umożliwiają dobry projekt i sprawiają, że Pentagram działa, a także trudne zobowiązania, których wymaga, aby zapewnić mu trwałość – nie ukrywa hołdu dla swojego mentora, który zmarł w 2022 roku w wieku 94 lat.
Po tylu latach pracy w branży pasja Gericke do projektowania nie słabnie, czego dowodem jest jego 520-stronicowa monografia „Graphic Life: Michael Gericke. Celebrating Places, Telling Stories, Making Symbols”, opublikowana przez Images Publishing (cena 70 dolarów). W tej obszernej książce, w której słowo wstępne napisał wybitny architekt Moshe Safdie, powraca do wielu swoich słynnych projektów i ujawnia niektóre nigdy wcześniej nie pokazywane: na 284 kolorowych ilustracjach w jednym miejscu znajdziecie jego całe portfolio.
Co ciekawe, sam zaprojektował tę publikację. – Starałem się nie myśleć o projekcie aż do samego końca; chodziło bardziej o próbę opowiadania historii poprzez obrazy, plakaty, wystawy… Miejsca, obrazy, historie i symbole stanowiły unikalną nić przewodnią w mojej twórczości. Zawsze uwielbiałem pracować zarówno jako grafik, tworząc prosty, zapadający w pamięć obraz, jak i odkrywać jego drugą stronę, współpracując z architektami i urbanistami nad dużymi, immersyjnymi przestrzeniami – opowiada.
Jako swój własny klient, starał się zadowolić przede wszystkim siebie: – Jak wszyscy graficy, interesuję się typografią, kolorem i layoutem, ale kiedy zacząłem przyglądać się pracom, chciałem, aby było to bardziej wciągające doświadczenie, na tyle, na ile pozwala drukowana książka. Szczególnie w przypadku prac trójwymiarowych chciałem użyć obrazów z pełnym spadem, aby poczuć się, jakbym był w tych przestrzeniach. To mną naprawdę kierowało: projekt graficzny mógł zejść nieco na dalszy plan w stosunku do obrazów.
Nie wystarczyło mu tylko pokazanie projektów graficznych, chodziło raczej o próbę opowiedzenia historii za pomocą zdjęć ukazujących je w przestrzeni miejskiej. Dlatego sporo opublikowanych w „Graphic Life” prac, sam sfotografował, jeżdżąc po mieście na rowerze. – Poza designem kocham jeszcze fotografię. Uwielbiam uwieczniać chwile. Jestem też zapalonym rowerzystą, więc sporo jeżdżę, uprawiam nawet kolarstwo wyczynowe i startuję w zawodach. To taka odskocznia od pracy, ale też miłość do tej super maszyny, która jest w pewnym sensie idealna pod względem designu – wyjaśnia.
Efekt? W albumie użył zestawu obrazów, które opowiadają historię w zwięzły, ale efektowny sposób. W przypadku elementów trójwymiarowych jest widok makro, ogólne wrażenie projektu jako całości, a następnie bliższy, bardziej ludzki kontakt. – W przypadku projektów czysto graficznych, takich jak plakaty, reklamy i książki, starałem się pokazać je w kontekście, np. na półce z książkami lub w jakiejś witrynie w centrum Manhattanu. W niektórych przypadkach możecie nawet zobaczyć moje odbicie w szkle oprawionego plakatu – wyjawiał na spotkaniu autorskim.
Dla niego to, co jest tak ekscytujące w grafice, to to, że żyje ona w świecie i staje się częścią kultury popularnej i codziennych doświadczeń na różne sposoby. – Czasami ma się szczęście i dzieło może być dość rozległe i wiele, wiele osób może je zobaczyć; a czasami jest przeznaczone dla bardzo wąskiej publiczności. To bardzo ekstrawertyczny sposób pracy – oznajmia.
Jak w tak różnorodnych projektach – od wieżowców po metro i lotniska, od obiektów sportowych po zaawansowane technologicznie kampusy, od cichych sal muzealnych po miejsca na świeżym powietrzu – udało mu się wypracować własny, charakterystyczny styl? – Moja żona twierdzi, że mógłbym być dobrym psychoterapeutą, ponieważ wiele z mojej pracy projektanta to zrozumienie kontekstu – problemu, osobowości, sytuacji – i próba zadawania wielu pytań oraz znajdowania odpowiedzi. Następnie łącząc serię pomysłów i patrząc głęboko i daleko, znajduję coś wyjątkowego – opowiada magazynowi „Print”. – Ten proces znajdowania odpowiedzi jest taki sam, niezależnie od tego, czy chodzi o małą publiczność, czy o coś o znacznie szerszym zasięgu: wszystkie są równie satysfakcjonujące.
Po namyśle dorzuca: – Kiedy po raz pierwszy przyjechałem do Nowego Jorku, wykonałem całkiem sporo pracy pro bono dla Amerykańskiego Instytutu Architektów, a oni dali mi prawie nieograniczoną swobodę twórczą, by robić wspaniałe rzeczy przez dekadę lub dłużej. To było coś, co ukształtowało to, kim jestem.
Jakie największe zmiany zaobserwował w branży projektowej w ostatnich czterech dekadach? – Poziom talentu i umiejętności ogromnie wzrósł. Wcześniej istniało kilka firm znanych z bardzo dobrej pracy, ale teraz poprzeczka poszła mocno w górę. Ogólny standard jest bardzo wysoki, co jest wspaniałe. Zasięg i głębia tego, co robią teraz projektanci, są o wiele szersze. Swobodnie poruszają się w wielu różnych wymiarach: od tradycyjnego projektowania graficznego, przez media interaktywne, animację, motion graphic, wystawy trójwymiarowe, UX, UI, po prawdziwie immersyjne rzeczy, które wykorzystują wiele różnych rodzajów designu. Świat stał się o wiele bardziej wyrafinowany, pod względem technologicznym – bardzo rozwinięty; a design to wszystko łączy – analizuje.
Czy patrząc wstecz na swoją karierę, gdy przygotowywał „Graphic Life”, odkrył coś, czego żałuje? – Nie potrafię podać konkretnego przykładu, ale może to, że biorę rzeczy zbyt osobiście? Kiedy robiłem coś przemyślanego, kreatywnego, w co włożyłem serce i duszę i nie zostało to dobrze przyjęte z powodów politycznych lub jakiejś sprawy korporacyjnej lub z innego niewytłumaczalnego powodu, byłem zbyt wrażliwy… – odpowiada.
Dziś wie, że trzeba pracować nad odpornością: stale stawiać sobie wyzwania, szukać rad i opinii innych, a nie zawsze je przyjmować. – Jeśli nie porzucisz swoich przekonań, ale zawsze będziesz je równoważyć lub kwestionować z innymi, ostatecznie to uczyni cię silniejszym. Myślę, że to utrzymuje w ryzach i pozwala być świadomym – ocenia.
Mistrz ma też rady dla początkujących w zawodzie: – Bądź przygotowany: miej dużą wiedzę o świecie designu i jego różnorodności oraz pracuj w sposób, który lubisz. Miej umiejętności, które pozwolą Ci wkroczyć do akcji. Na początku kariery pracuj wyłącznie na własny rachunek, co pozwoli określić zakres tego, co cię interesuje. To da Ci możliwość szybszego zbudowania różnorodnego portfolio. Poza tym, bądź ciekawy świata: nigdy nie wiadomo, kiedy możesz potrzebować wiedzy na temat czegoś, co wydaje się niezwiązane z tematem, aby lepiej zrozumieć projekt, nad którym pracujesz. No i nie rezygnuj z rywalizacji. Głównie ze sobą.
Praca w Pentagramie nie ogranicza się do jednego wymiaru – nie tworzą tylko stron internetowych, oznakowań czy logotypów – to szersza koncepcja projektowania. Dlatego u młodych adeptów Gericke nie szuka tylko umiejętności technicznych. Najważniejsza jest osobowość: – Oczekuję, że to będzie ktoś, kto chce być częścią zespołu i ceni sobie ideę, że razem jesteśmy silniejsi niż osobno. Aby czuł, że dążymy do czegoś wszyscy wspólnie.
Jego zdaniem, sukces odnoszą przede wszystkim ci, którzy mają w sobie ciekawość. To ona jest siłą napędową do rozwijania myślenia we wszystkich kierunkach, a zatem i talentu. Nie przypomina sobie wielu grafików i projektantów, którzy odnieśli sukces, mając umysł pozbawiony ciekawości. To nie jest niemożliwe, ale zdarza się rzadko. Ciekawość sprawia też, że jeśli ktoś nie zna odpowiedzi, nie boi się rzucać wyzwań innym, a to jest coś, co bardzo ceni: – Uwielbiam, gdy ktoś mówi: „Cóż, nie jestem pewien” albo „Czy powinniśmy to jeszcze raz przemyśleć?”. ﹡
Kopiowanie treści jest zabronione