Była psychiatrą, została fotografem mody. „Zawsze jestem ciekawa, co kryje się pod maską, którą wszyscy nosimy”
28 kwietnia 2024
tekst: a+e
zdjęcia: Elizaveta Porodina
To najbardziej rozchwytywany obecnie fotograf mody, bo nie o płeć tu chodzi, a o talent i oryginalność. A jej oniryczne i surrealistyczne zdjęcia nie przypominają niczego innego w modowej branży: są połączeniem melancholii, sennych marzeń i podświadomości. Nie bez przyczyny – zanim Elizaveta Porodina została fotografem, pracowała w państwowym zakładzie psychiatrycznym. Wystawa jej prac „Un/Masked”, która odbywa się w Berlinie, zanurza się w jej archiwum i próbuje odpowiedzieć, dlaczego autorce tak bardzo zależy na ukazywaniu „dziwniejszej strony” ludzkiej psychiki.

Odkąd pamięta, chciała być artystką. Brała ołówki, akwarele, tusz, wszystko, co wpadło w jej ręce, i malowała kolorowe ptaki, dziwne mityczne stworzenia, zdeformowane ciała, a potem swoje autoportrety w piekielnych, apokaliptycznych scenariuszach. Zainspirowana Matisse’em, Renoirem, Wrublem i Picasso, zainteresowała się odważnymi kolorami oraz wyrazistymi twarzami i pozami – co nadal widać w jej fotografii. Jednak na studia wybrała nie kierunek artystyczny, ale psychologię, bo – jak tłumaczy – była w takim momencie życia, gdy czuła się zagubiona, jakby jej „życie straciło ostrość i nie mogła znaleźć drogi powrotnej na właściwy tor”. Trochę też ugięła się pod presją rodziców, by „robić coś poważnego”.

– Spędziłam lata na uniwersytecie, a później pracowałam w psychiatrii, badając irracjonalne zachowania chorych, by w końcu powrócić do mojego prawdziwego powołania. Wyrażanie tego, co czuję na papierze, słowami, dźwiękami i kolorami, to jedyny sposób, w jaki mogę przetrwać. To jedyny powód, dla którego moje życie ma sens. Połączenie z muzą jest nieporównywalne. Daje mi przypływ adrenaliny i poczucie spełnienia – deklaruje 37-letnia fotografka, która wspięła się na szczyt jakieś trzy lata temu.

R   O   S   J   A

Jej droga do światowego sukcesu, zleceń od marek Hermès, Louis Vuitton, Dior, BMW, Gaultier czy Armani, pracy dla gazet tj. „New York Times”, „Pop”, „GQ”, „Vanity Fair”, „Vogue” czy „W” i portretów Brada Pitta, Zendayi, Juliette Binoche, Chloé Sevigny i Cate Blanchett, nie była typowa. I sama zainteresowana się jej nie spodziewała.

Urodziła się w 1987 roku w Moskwie, w poradzieckiej Rosji, którą opuściła z rodzicami w poszukiwaniu lepszej przyszłości. – Bycie rosyjską Żydówką i politycznym uchodźcą przed reżimem dyktatorskim Putina nieodwracalnie ukształtowało moje rozumienie świata – wyznaje w wywiadzie dla włoskiej edycji „Vogue’a”.

Porodinowie uciekli do Niemiec, gdy miała 12 lat. Elizaveta zapewnia jednak, że kultura ojczyzny wpłynęła na estetykę jej prac. – Nie mogę zaprzeczyć, że stamtąd wywodzi się moja koncepcja piękna: groźny majestat brutalistycznej architektury, tajemniczy blask śniegu podczas długich, ciemnych zimowych dni, niezliczone wizyty w teatrach i muzeach z moją matką, wielcy rosyjscy reżyserzy XX wieku… I jakże nie wspomnieć o arcydziele Bułhakowa „Mistrz i Małgorzata”. Mogłabym tak wymieniać i wymieniać… – opowiada.

Ale zapewnia, że żadne kulturowe czy historyczne korzenie, żadne wspomnienia ani nostalgiczne inspiracje nie liczą się bardziej niż wartość życia i godność ludzka, które Rosja niszczy. – To, co dzieje się w Ukrainie, to cyniczna, bezwzględna, brutalna wojna. Jestem zszokowana i zasmucona okrucieństwem, kłamstwami i propagandą Rosji – zwłaszcza rządu – wobec Ukraińców. Jesteśmy świadkami nie tylko nowego rosyjskiego faszyzmu i ludobójstwa popełnionego na ludności ukraińskiej, ale nieustannej próby zatuszowania tego kłamstwem. Trzeba głośno o tym mówić – fotografka nie kryje złości.

P   S   Y   C   H   I   A   T   R   Y   K

Emigracja wpłynęła na nią bardziej niżby chciała. – Z dziecka, które malowało obrazy, stałam się nastolatką, która była zagubiona i sublimowała wszystkie gniewne uczucia, które się we mnie tworzyły, a malowanie bardziej przypominało izolację i ukrywanie się przed światem. Potem zamieniłam się w kogoś, kto pokochał psychologię, ale nie kochał jej tak bardzo jak sztuki – wyznaje magazynowi „AnOther”.

Jak odkryła, że fotografia jest jej ulubionym medium? – Zawsze w jakiś sposób zajmowałam się sztuką. Zaczęłam malować i rysować, gdy miałam 7 lat, a gdy moja rodzina przeniosła się do Niemiec, a ja nie radziłam sobie z konsekwencjami emigracji i samotnością, wręcz uciekłam w sztukę. Gdy studiowałam psychologię kliniczną traktowałam malowanie jako hobby, pozostała jednak we mnie ambicja, że ​​będę artystką. Nie wiedziałam tylko, że to nie będzie malarstwo – opowiada w podcaście Previiew. – Starałam się znaleźć coś, co byłoby dla mnie większym wyzwaniem. Fotografią zajęłam się przez przypadek. Mój były chłopak robił zdjęcia zwierzętom i kaczkom w zoo, któregoś dnia pomyślałam, że może to byłoby coś dla mnie. Wzięłam aparat i zaczęłam fotografować przyjaciół, podczas imprez, nocą lub po prostu w dowolnych sytuacjach. Najwyraźniej zdjęcia były na tyle dobre, że przyciągnęły uwagę kilku młodych projektantów mody, którzy poprosili, żebym zrobiła im lookbooki. Wtedy nie miało dla mnie żadnego znaczenia, co dokładnie robię, bo nie znałam fachowej terminologii, nic z mody nie rozumiałam. Po prostu naiwnie zgodziłam się na to wszystko, nie wiedząc, jakie to wyzwanie.

Elizaveta Porodina: „Mój styl to zacieranie granic między fotografią a malarstwem”
Elizaveta Porodina: „Mój styl to zacieranie granic między fotografią a malarstwem”
Elizaveta Porodina: „Mój styl to zacieranie granic między fotografią a malarstwem”
Elizaveta Porodina: „Mój styl to zacieranie granic między fotografią a malarstwem”

Nie była jednak przytłoczona, nie przestraszyła się, gdy dowiedziała się, że ma dwie lokalizacje, sztuczne światło oraz pięć modelek. – Poczułam się prawie tak, jakbym była na haju. Nie chciałam jeść, nie chciałam pić, po prostu pchała mnie do przodu adrenalina. Chyba pierwszy raz w życiu tak się poczułam. Zdecydowałam więc, że muszę to robić dalej. Wcześniej byłam głęboko nieszczęśliwą osobą, która wykorzystywała 20 procent swoich możliwości – wyjawia.

Ale wtedy jeszcze nie wiedziała, że to będzie jej zawód. Skończyła studia i zatrudniła się w państwowym zakładzie psychiatrycznym w Monachium. Będąc pod silnym wpływem ikon, np. Karla Gustawa Junga, postanowiła skoncentrować się na karierze w psychologii i psychiatrii. Przez dwa lata pracowała jako psychoterapeuta, głównie z młodymi dziewczynami i kobietami cierpiącymi na zaburzenia odżywiania. Lubiła to, ale nie kochała. W wywiadzie dla „Developments” ocenia obie kariery: – Oczywiście bardzo doceniam to, czego nauczyłam się na studiach psychologii, ale to, co naprawdę sprawiło, że stałam się lepszą osobą, bardziej towarzyską i otwartą na innych ludzi, to zdecydowanie fotografia.

Dziś potrafi wykorzystywać w swojej twórczości pracę psychologa klinicznego, dzięki czemu – jak o niej mówią – została „mistrzynią mrocznego romantyzmu”. Ale wówczas czuła, że coś jest nie tak. W wolnym czasie, między nocnymi zmianami w psychiatryku, pisała piosenki, uczyła się także stylizacji i oświetlania sesji zdjęciowych, a przede wszystkim robiła zdjęcia. Fotografowała projekty studentów mody w swoim mieście lub portretowała przyjaciół. Wszystkiego, co wie teraz, nauczyła się sama, nigdy nie była asystentem żadnego fotografa. Pomogli także mentorzy, których spotykała po drodze. Wiele zawdzięcza też mężowi, Josefowi Beyerowi, który jest dziś na jej planach zdjęciowych technikiem i reżyserem oświetlenia.

Gdy w 2011 roku przyjęła pierwsze modowe zlecenia, kompletnie nie wiedziała w co się pakuje. – Nie płacono mi za to. Stawiałam jednak jeden warunek, że zrobię to dokładnie tak, jak chcę – wspomina w rozmowie z „Business of Fashion”.

Kolejny rok zajęło Porodinie znalezienie pierwszej płatnej pracy jako fotograf. Dowiedziała się na własnej skórze, że dostanie się do hermetycznej branży mody nie jest takie łatwe. Ale nigdy strach o pieniądze jej nie paraliżował. – To paradoks, bo nie pochodzę z bogatej rodziny, a moi rodzice całe życie borykali się z problemami finansowymi. Myślę, że pomagała mi nadzieja, że jak będę kreować coś wyjątkowego, to automatycznie pojawią się pieniądze. Z dzisiejszej perspektywy zaskakuje mnie tamta pewność siebie, a jednocześnie mogę dziś powtórzyć to samo – ocenia.

M   O   D   A

Jakieś dziesięć lat temu spotkała pewnego fotografa, którego nazwiska nie chce ujawnić, który wyłożył karty na stół. – Wszystko, co powiedział, zrobiło na mnie wrażenie i w pewnym sensie zostało ze mną na długo, bo to czysta prawda. Wyjaśnił mi, że świat fotografii mody to w zasadzie jeden stół, a wokół niego znajduje się 12 krzeseł; każdy, kto przy nim usiądzie, dostaje dobre kawałki, a wszyscy inni okruszki, które spadną na dół. Wydawało mi się to wtedy naprawdę dramatyczne i bardzo demotywujące. Im bardziej posuwasz się do przodu, tym więcej dowiadujesz się o tych niepisanych zasadach w tej branży. Nikt o nich nie mówi i nie pisze – opowiada w rozmowie z Previiew.

Bariery, które napotkała na początku, wpływały na jej emocje: raz była zrozpaczona, następnego dnia bardzo zmotywowana, innym razem zdesperowana. – Poruszanie się po świecie mody nie jest łatwe, ponieważ spotyka się wielu pięknych, kreatywnych, interesujących i wyjątkowych ludzi. Ale spotykasz też wielu takich o narcystycznej osobowości i widzisz wiele gierek, w których nie chcesz brać udziału. Stajesz się częścią cudzych decyzji, wszystko jest poza twoją kontrolą… – wspomina początki. I taką radę ma dla początkujących fotografów w modowej branży: – Bardzo ważne jest, aby jak najwcześniej zrozumieć, czego tak naprawdę się chce i jak bardzo, w skali od 1 do 10. Nigdy, przenigdy nie radziłbym pracy w tym biznesie nikomu, kto chce się zająć robieniem zdjęć mody nie z miłości do fotografii i nie z miłości do sztuki. Motywacją musi być wyłącznie pasja, w przeciwnym razie to nie będzie przyjemna przejażdżka.

Gdyby ona nie miała pasji, prawdopodobnie łatwo by się poddała, napotykając tak wiele przeszkód: – Gdy nie było zbyt zabawnie, zadawałam sobie pytanie: „po co się na to pisałam”, ale odpowiedź brzmiała: „bo to kocham. Bo nic innego nie chcę robić”. Nieważne, jak źle ludzie cię traktują, nieważne, jak bardzo cię nie doceniają, nieważne, ile inwestujesz i jak mało wychodzi z każdego kroku, musisz móc powiedzieć każdej nocy, gdy kładziesz się spać: „bez względu na wszystko, chcę to robić”. Takie jest założenie w mojej głowie. Ale może po prostu dramatyzuję.

Porodina mieszka w Monachium, które nie jest jedną z wielkich stolic mody na świecie. Co bywa wadą, bo tylko w Paryżu, Mediolanie czy Nowym Jorku odbywają się najważniejsze pokazy mody i produkcje. Ona jednak znalazła na to swój sposób. – Trzeba po prostu odwiedzić te miasta i nawiązać relacje, bo tak to działa. Trzeba mieć swoją sieć kontaktów, ludzi, z którymi lubi się pracować, którzy ulepszają twoją sztukę, którzy naprawdę cię wspierają i wierzą w ciebie. To może zadziałać, gdy tam nie mieszkasz, ale jeśli jeździsz wystarczająco często. Jeśli nie nawiążesz na miejscu żadnych relacji, nie licz na to, że ktoś cię odkryje. To się nie stanie – tłumaczy.

Ona zbudowała takie relacje. Zrobiła listę osób, które ją interesowały i które uważała za inspirujące. Pojechała do Paryża, zaprezentowała zdjęcia i czekała na odpowiedź. – Moja najważniejsza rada dla każdego fotografa: trzeba być autentycznie zainteresowanym, nie udawać, nie próbować budować relacji z ludźmi, którzy nie są dla ciebie inspirujący, których naprawdę nie lubisz. To nie ma sensu. Musisz tego naprawdę chcieć. A wtedy stworzysz długoterminowe, znaczące więzi z ludźmi, których szanujesz – wylicza.

S   T   Y   L

W karierze pomogła oryginalność jej prac. Niemal od początku miała własny styl. Chociaż psychologia i psychiatria nie mają bezpośredniego wpływu na jej twórczość, fascynacja ludzkimi reakcjami i emocjami jest widoczna w jej zdjęciach, których nastrój waha się od delikatnych i eterycznych po mocne i zapadające w pamięć. – Dogłębna analiza ludzkich zachowań i niuansów emocjonalnych, do których jesteśmy zdolni, ciemnych stron psychiki i archetypów podświadomości, pomogła mi mieć wyraźniejszy obraz zarówno ludzi, jak i otoczenia. Obydwa tematy chcę poruszać w mojej pracy, za pomocą której tak naprawdę próbuję zbadać kalejdoskop ludzkich emocji – zapewnia w wywiadzie dla włoskiej edycji „Vogue’a”.

Tworzy obrazy, które nawiązują do fotomontaży Dory Maar, pionierki surrealistycznej fotografii z początku XX wieku. Prawie 30 lat po śmierci Maar Porodina kontynuuje to dziedzictwo, używając obiektywu do demaskowania podświadomości i zagłębiania się w dziwne, ukryte w nas światy. Obie kobiety łączy także związek z fotografią mody, Maar publikowała reklamy i studia modowe pod pseudonimem Kéfer-Dora Maar, a Porodina znana jest z prac dla magazynów mody, w których miesza się ekspresyjne użycie koloru, światła i cienia.

Elizaveta Porodina: „Dzięki mojej pracy daję widzom wgląd w moją podświadomość”
Elizaveta Porodina: „Dzięki mojej pracy daję widzom wgląd w moją podświadomość”
Elizaveta Porodina: „Dzięki mojej pracy daję widzom wgląd w moją podświadomość”
Elizaveta Porodina: „Dzięki mojej pracy daję widzom wgląd w moją podświadomość”

– Jestem głęboko zafascynowana faktem, że osobowość nie jest tym, co można określić jako spójne w jakikolwiek sposób. Człowiek jest zbiorem wspomnień, myśli, doświadczeń, które gromadził przez całe życie, a czasami te kawałki nawet do siebie nie pasują. Poprzez odbicia, zniekształcenia lub rozdwojenia staram się pokazywać, jak dziwne i absurdalne są kombinacje wszystkich tych części oraz jak pięknymi i niepowtarzalnymi czynią każdego z ludzi – wyznaje była pani psycholog dzisiaj, gdy jest jedną z najbardziej rozchwytywanych fotografek mody na świecie.

Niekonwencjonalny początek kariery Porodiny przełożył się również na podejście do samej fotografii. Jej zdjęcia robione aparatem cyfrowym, a czasem nawet smartfonem, rzadko, jeśli w ogóle, poddawane są szeroko zakrojonej obróbce w postprodukcji. Zamiast tego każdą sesję realizuje przy pomocy złożonego sprzętu oświetleniowego i skomplikowanych scenografii. Podejście to – według jej słów – „zaciera granice między fotografią a malarstwem”. – Wiele osób zakłada, że, ​​po pierwsze, robię zdjęcia analogowo, a po drugie, mnóstwo czasu spędzam na postprodukcji. Obydwa te założenia nie mogą być bardziej fałszywe. Fotografuję cyfrą i każdy, kto ze mną pracował, może potwierdzić, że to, co widzi w komputerze podczas sesji, to już ostateczna wersja fotografii. Może rzeczywiście czyszczę niektóre nitki, jeśli wystają z ubrań lub małe fragmenty tu i ówdzie, ale nie jest to rodzaj postprodukcji, jaki inni sobie wyobrażają. Nie maluję pędzlami od nowa moich zdjęć, one ożywają wyłącznie dzięki starannie zaaranżowanej scenografii i artystycznemu oświetleniu – zapewnia artystka.

Droga do charakterystycznego stylu w jej mniemaniu nie była długa. Bo choć przez wiele lat fotografowała tylko przy świetle zastanym dla magazynów mody, dla których dzisiaj nie robi już zdjęć i próbowała różnych rzeczy, łącznie z marzeniem o zostaniu „świetnym fotografem dokumentalnym”, zawsze stawiała na to, co sama czuje. – Nigdy w życiu nie robiłam nic innego. To jest to, co tworzę, odkąd jako dziecko zaczęłam malować kredkami; dokładnie to rysowałam: mieszankę czegoś magicznego, tajemniczego, czegoś strasznego, czegoś histerycznego z czymś większym niż życie. Zawsze mnie to interesowało. Kiedy zaczynałam fotografować, było tak samo. Ta sama pasja, te same zainteresowania. Trochę studiuję mroczną stronę, ale jednocześnie uznaję zasadę „więcej znaczy więcej” i tym podobne – deklaruje.

Inspiruje ją malarstwo, dużo bardziej niż sama fotografia. Zapewne ma to związek z jej pierwszymi fascynacjami. Mama podsuwała jej książki ze sztuką, zabierała do muzeów, pokazywała klasyczne i nowoczesne dzieła sztuki. – To nie ma nic wspólnego ze snobizmem. Sztukę kochałam już jako dziecko i nigdy to się nie zmieniło. Wszystkie obrazy, które podziwiałam najbardziej, łączy jedno: dzikość kolorów i nieproporcjonalność ludzi – zapewnia.

K   S   I   Ą   Ż   K   A

Wyjątkowe zdjęcia Rosjanki przyciągnęły uwagę największych nazwisk mody, które chciały przenieść charakterystyczną dla niej estetykę do artykułów redakcyjnych i kampanii reklamowych. Co więcej, ścieżka kariery Porodiny częściowo odzwierciedla szersze zmiany w branży kreatywnej. Rozwój mediów społecznościowych i spadek budżetów reklamowych skłoniły marki i magazyny do poszukiwania nowych talentów i estetyki. Marki odeszły od błyszczącego, jednolitego wyglądu z początku XXI wieku, skupiając się zamiast tego na zdjęciach, które mogą pomóc im się wyróżnić. Niewielu twórców obrazów pracujących w modzie przekracza granicę między fotografią a sztuką z takim powodzeniem jak ona.

– To wynik jasnej wizji twórczej i technicznej precyzji, którą osiągam przy wsparciu swojego dyrektora oświetlenia i zarazem męża – wyjaśnia fotografka. Beyer pracował jako technik sceniczny w niemieckim teatrze odpowiadający za dźwięk i światło, dziś jest ważną częścią procesu twórczego żony. Zawsze pracują razem. W jednej z niedawnych produkcji duet użył ponad 20 świateł, aby stworzyć charakterystyczny nieziemski efekt. W innych projektach Porodina i Beyer polegają tylko na jednym źródle światła, aby zrealizować wizję, która przypomina metafizyczny krajobraz ze snu.

Oprócz wielu komercyjnych projektów, które zrealizowała w ostatnich latach i które przyniosły jej sławę i pozycję, a także wywiadów z mediami, do sukcesów może doliczyć także pierwszą monografię „Un/Masked” (we współpracy z ikoną projektowania graficznego Fabienem Baronem), która ukazała się dwa lata temu i wyprzedała się w niecały tydzień. Zawsze o niej marzyła, bo książki to jej druga wielka pasja. Najbardziej kocha „Mistrza i Małgorzatę”, którą przeczytała ponad 80 razy! – Sięgam po nią, ilekroć czuję pewną duchową pustkę, bo tam znajduję tak wiele ważnych kwestii: życie, śmierć, miłość, Bóg i diabeł, które są ważną częścią mojej twórczości. No i koty! – uśmiecha się.

Swojej książce dała dwuznaczny tytuł „Un/Masked”, co można czytać albo „bez maski”, albo „w masce”. – Kiedy spotykam ludzi, zawsze jestem ciekawa tej „drugiej strony”. Tego, co kryje się pod maską, którą wszyscy nosimy. Mam wrażenie, że moje najlepsze fotografie dokładnie oddają to, co wcześniej było zawoalowane i zamaskowane – wyjaśnia, dlaczego tak nazwała swoją pierwszą publikację, która zachęca odbiorców do spojrzenia pod powierzchnię, do zgłębienia osobistych i cudzych fasad, jakie wszyscy prezentujemy światu.

W   Y   S   T   A   W   A

Ten sam tytuł nosi nowa wystawa w Berlinie, która w tamtejszym Fotografiska Museum zaczęła się 26 kwietnia (wcześniej można ją było oglądać w Sztokholmie i Nowym Jorku). Zgromadzono na niej ok. 150 zdjęć z ostatnich trzech lat, z których Elizaveta słynie najbardziej. To obrazy otwierające się na świat snów, w którym dziwność, fantasmagoria, miraż, potworność i piękno mogą wydawać się wymieszane. Ekspozycja „Un/Masked” jest efektem pracy fotograficznej, która dla niej samej była niczym sesje terapeutyczne, podczas których dawała upust swoim emocjom, lękom i obsesjom.

– Przez długi czas sama czynność fotografowania sprawiała mi trudność. Otaczanie się tyloma ludźmi wydawało mi się nienaturalne, a poleganie na decyzjach podejmowanych przez innych, czy wydawanie konkretnych wskazówek modelkom i asystentom, nieprzyjemne. Kiedy zaczynałam tę pracę, wszystko to nie było częścią mojej osobowości. Ale jednocześnie uwielbiałam robić zdjęcia: adrenalina na planie, magia przypadku, która nieoczekiwanie doprowadziła do wspaniałego efektu, jeszcze większa magia oglądania niezwykłego zdjęcia ożywionego ze zwykłej sytuacji. Ciężko pracowałam, aby stać się lepszym artystą, a raczej lepszym człowiekiem, zdolnym do łatwiejszego porozumiewania się z ludźmi – Porodina nie ukrywa, jak trudno było jej wyjść ze strefy komfortu.

Mimo trudności, ani przez chwilę nie zrezygnowała z własnej wizji. Proste, klasyczne piękno nigdy jej nie interesowało. Najbardziej pociągają ją osoby androgyniczne i poza utartymi wzorcami dotyczącymi płci i urody. Tak wyjaśnia, czego szuka w fotografii: – Głęboko wierzę, że każdy człowiek jest na swój sposób wyjątkowy, a praca artysty jest zasadniczo procesem uwalniania się od stereotypów, klisz i z góry przyjętych wyobrażeń. Myślę, że moje najlepsze obrazy to przekazują. Chciałabym, żeby otwierały drzwi do innych światów i wymiarów.

Nie ukrywa, że berlińska ekspozycja to wgląd w jej wewnętrzny świat. – Dzięki mojej pracy daję widzom wgląd w moją podświadomość – przekonuje. – To z kolei daje im przyzwolenie na spojrzenie w głąb samych siebie i, idąc o krok dalej, docenienie złożoności ludzi wokół nas. W końcu sztuka to sposób na głębsze połączenie się ze sobą, co pozwala na nawiązanie głębszych, bardziej szczerych relacji z innymi ludźmi.

„Przygotuj się na zagłębienie się w enigmatyczny i poetycki świat Elizavety Porodiny, gdzie każde zdjęcie obiecuje historię, każdy cień szepcze tajemnice, a każdy promień światła rozjaśnia to, co zasłonięte. Zanurz się w tajemnicy, pięknie i głębokiej narracji zdjęć” – czytamy w katalogu wystawy „Un/Masked”, która podsumowuje dotychczasowe dokonania artystki. Ona pracuje już nad nowym projektem, ale nazwę chce zachować dla siebie, by nie zapeszać: – Jest pewien temat, który interesuje mnie z pracy psychologa klinicznego. Chcę postawić wiele osób w tej samej sytuacji i zbadać, jak reagują na nią emocjonalnie i uchwycić to fotograficznie. Chcę więc jeszcze bardziej połączyć mój poprzedni zawód z obecnym. Właściwie to wracam do mojego oryginalnego głosu, ale mocniej.﹡

_____

Wystawa „Elizaveta Porodina: Un/Masked” w Fotografiska Berlin potrwa do 18 sierpnia.

Kopiowanie treści jest zabronione