Od wielu lat zajmuję się portretem, więc można by się spodziewać, że będzie tu o publikacjach Mary Ellen Mark, Dana Wintersa, Irvinga Penna, Nadava Kandera czy też „Antlitz der Zeit” Augusta Sandera, którego dzieło bardzo cenię i jest dla mnie ważnym punktem odniesienia. Jednak część tych, o których piszę, to książki z fotografią dokumentalną, reporterską, z samego środka dziania się, to raczej zapis tego, co wokół, bez kreacji.
W reportażu wyrosłem i poświęciłem mu dużą część życia, dojrzewałem z nim, odchodziłem od niego i choć od dawna zajmuję się portretem dokumentalnym i dokumentem zanurzonym w codziennym życiu, te reporterskie rejestracje – o których poniżej – są dla mnie znaczące.
Właściwie powinienem również napisać, czym są dla mnie takie fotograficzne wydawnictwa?
Lubię wyrazisty język, cenię prostotę i autorską szczerość. Układ graficzny, papier, oprawa i wszelkie inne elementy składają się na odbiór, ale pełnią rolę drugoplanową, mają służyć opowiadanej historii, wyjątkiem jest tekst – bez słów trudno czasem opisać złożoność rzeczy. Traktuję je serio (książki i tematy w nich), jako opowieści o tym, co fotograf, czy autor używający fotografii, uznaje za istotne. W czasie, gdy tego medium używa się w zasadzie bez ograniczeń do oznajmiania światu samego siebie i najbardziej banalnych spraw, kiedy wszystkiego jest za dużo i zaczyna brakować uwagi dla drugiego człowieka, odbiór książki fotograficznej i bycie z nią, może być jak głęboka rozmowa z autorem – jest intymnym czasem na wysłuchanie i zrozumienie jego opowieści.
GILLES PERESS „TELEX IRAN: IN THE NAME OF REVOLUTION”, 1984
Książki nie tylko opowiadają nam o świecie i ważnych sprawach, ale czasem też pokazują, w jak znakomity sposób można to robić. Jedną z takich publikacji jest „Telex Iran” autorstwa wspaniałego fotografa, jakim jest Gilles Peress, od 1971 roku należący do agencji Magnum. Pierwsze wydanie ukazało się w roku 1984 (Aperture), ja mam świetny faksymile w twardej oprawie wydany przez Scalo.
„Telex Iran” to zapis rewolucji islamskiej na przełomie 1979 i 1980 roku. Fotograf spędził w Iranie pięć tygodni, rejestrował skomplikowaną sytuację społeczeństwa w okresie przemian, nie tylko w Teheranie, również na irańskiej prowincji. Fotografował wtedy też w Kurdystanie i Azerbejdżanie. Interesowało go codzienne życie, ale i kontrastujący z nim nowy porządek i obyczajowość, w tym gorącym czasie dokumentował także demonstracje polityczne, opozycjonistów, studentów, handel bronią.
Obrazy, które powstały, to często kilkuplanowe dynamiczne historie, przywołujące poczucie chaosu, pobudzające do refleksji i szerszego spojrzenia zarówno na tamtejszą rzeczywistość, jak i na proces powstawania takich dokumentów. Znakomita fotografia w dużym formacie (złożona książka ma prawie format A3), wspaniała i inspirująca jako dzieło dokumentalne.
WEEGEE „NAKED CITY”, 1945
Ofiary zbrodni, wypadki samochodowe, pożary, tragedie i ich świadkowie to główne tematy jego pracy. Nocne dramaty, aparat z lampą błyskową i człowiek, który swoje zdjęcia opatrywał stemplem z napisem „Photo Credit Weegee the Famous”. Ten sławny fotograf w wieku czterdziestu dwóch lat miał pierwszą wystawę „Weegee: Murder Is My Business” w siedzibie Photo League w Nowym Jorku (1941), a cztery lata później wydał książkę „Naked City”. I właśnie ten zbiór tabloidowych fotografii opatrzonych autorskimi komentarzami jest dla mnie publikacją niezwykłą – to studium ludzkich zachowań, poruszający obraz człowieka w wielkim mieście.
Wracam do tej książki wielokrotnie i nie zajmuje mnie autokreacja Weegee’ego, ani to, jak sławny chciał być. Mimowolnie za to myślę o dziele Jacoba Riisa „How the Other Half Lives” (dokumentującym nędzne warunki życia w slumsach Nowego Jorku w latach 80. XIX wieku); zresztą Manhattan był miejscem, które ich łączyło.
Mam egzemplarz „Naked City” z pierwszego wydania z 1945 roku, z odręcznymi notatkami właściciela na kolejnych stronach i zapisaną ołówkiem ceną – 5 dolarów. Ta książka jest dla mnie jak emocjonujący list z tamtego czasu.
CHRIS KILLIP „SEACOAL”, 2011
Jeśli miałbym wymienić jednego fotografa, którego praca, ale i postawa wobec podejmowanych tematów, jest dla mnie istotna, podałbym nazwisko Chrisa Killipa. I w zasadzie mógłbym jako przykład dać którąkolwiek z kilku jego książek, ale najodpowiedniejszą wydaje mi się tu „Seacoal”, przygotowana jako monografia przez wydawnictwo Steidl.
Zdjęcia wykorzystane w tej publikacji powstały w północno-wschodniej Anglii, w Lynemouth, w latach 1982-1984 i jest to jeden z najważniejszych cykli Killipa – imponujący materiał dokumentujący życie „poławiaczy węgla” (węgla będącego odpadem przemysłowym wyrzucanym wcześniej do morza z pobliskich kopalń).
Killip zobaczył ludzi pracujących na wybrzeżu już w 1976 roku, ale przez sześć lat społeczność zbieraczy nie godziła się na jego obecność z aparatem. Fotograf wracał w to miejsce i siódmego roku spotkał kogoś, kto wprowadził go w środowisko i pomógł uzyskać akceptację dla jego działania. A zdjęcia? Ten wielki cykl to nagroda za konsekwencję i wytrwałość twórcy, wspaniała dokumentalna praca, ceniona nie tylko w Wielkiej Brytanii, ale na całym świecie.
WITOLD KRASSOWSKI „POWIDOKI Z POLSKI”, 2009
Dobrze pamiętam, jakie wrażenie zrobiły na mnie zebrane w jedną publikację zdjęcia Witolda Krassowskiego. W większości je przecież znałem, a jednak „Powidoki z Polski” jako zbiór kilkunastu reporterskich zestawów, są imponujące.
Wybory 1989, Stocznie, Miasteczko, Chłopi, Przybysze, Miss Polonia, Przejście podziemne, Zadymy, Cud, Disco polo, Skręt w lewo, High Life, Depresja, Skręt w prawo – tak brzmią tytuły rozdziałów w tej książce i w największym skrócie to opis zawartości, na którą złożyły się fotografie powstałe w latach 1989-1997.
„W niedzielę czwartego czerwca 1989 roku siąpi deszcz. Radio podaje, że Iran pogrążył się w żałobie po śmierci ajatollaha Chomeiniego. Krótko po północy zmasakrowany zostaje tłum na pekińskim Placu Niebiańskiego Spokoju. Coś się kończy. Ale tego samego dnia na drugim końcu świata coś się zaczyna. O szóstej rano, gdy z pekińskiego bruku uprząta się ciała zabitych studentów, Polska rusza do urn, aby oddać swoje głosy w pierwszych od pół wieku wolnych (choć nie do końca) wyborach parlamentarnych. Jak napisała ukazująca się wówczas dopiero od miesiąca »Gazeta Wyborcza«, »od tej chwili już nic nie było tak, jak dawniej«”. To słowa wstępu do pierwszego z rozdziałów.
„Powidoki” to znacząca książka o Polsce, o naszych nowych początkach. Dziś, z perspektywy trzydziestu kilku lat od tamtych chwil, możemy zobaczyć, jak wiele się zmieniło. Nie zaryzykowałbym twierdzenia, że zawsze na lepsze…
WOJCIECH WILCZYK „NIEWINNE OKO NIE ISTNIEJE”, 2009
Jeśli już jesteśmy przy Polsce, to muszę napisać o jeszcze jednym ważnym dla mnie autorze, cyklu zdjęć, książce – oto on: Wojciech Wilczyk i „Niewinne oko nie istnieje”.
Wojtek podjął się trudu odnalezienia i sfotografowania budynków dawnych synagog, domów modlitwy, bet midraszów. W latach 2006-2008 zarejestrował ich w całej Polsce ponad 300.
Niech nas nie zwiedzie forma tej publikacji, to nie katalog zabytków – cykl Wilczyka jest próbą pokazania dawnych obiektów sakralnych z krótkim rysem historycznym w zestawieniu ze współczesną funkcją nadaną im po 1945 roku: magazynu, sklepu, remizy, zakładu produkcji odzieży, mieszkania, sklepu albo popadające w ruinę, w najlepszym wypadku, biblioteki, domu kultury czy szkoły. Zarejestrował fragment powojennej rzeczywistości, dotyczący kultury żydowskiej, która stała się niechcianym dziedzictwem.
Ten zestaw zdjęć i not dopełniają opisy spotkań autora ze świadkami jego terenowych działań, to ważny element publikacji. Czy oglądający pozostanie obojętny wobec tej pracy? „Niewinne oko nie istnieje” – twierdzi autor.
RICHARD AVEDON „IN THE AMERICAN WEST”, 1985
W 2025 roku – przy okazji wystawy fotografii Richarda Avedona z cyklu „In the American West” w Fundacji Henriego Cartier-Bressona w Paryżu – ukazało się trzecie wydanie książki pod tym samym tytułem, czterdzieści lat od premiery tego wydawnictwa. To jeden z najbardziej znanych, charakterystycznych i pewnie najważniejszych albumów w historii fotografii.
Richard Avedon na zlecenie i we współpracy z Amon Carter Museum of American Art w Fort Worth, w latach 1979-1984 wraz z Laurą Wilson, koordynatorką przedsięwzięcia i dwoma asystentami, przejechał 17 stanów USA, odwiedził 189 miast i sportretował 762 osoby.
Te wyraziste portrety wykonane na negatywach formatu 8×10 cali, cały projekt i książka od lat funkcjonują w obszarze dokumentu, ale autor spotykając się z uwagami krytycznymi, np. odnośnie reżyserowania bohaterów przed obiektywem, twierdził, że to była świadoma strategia artystyczna. Nazywał ją tworzeniem „fikcji opartej na rzeczywistości”. Jednak niezależnie od uwag czy kontrowersji, to wspaniały zestaw portretów, minimalistyczny w stylu i przykuwający uwagę.
Lubię zaglądać do tego albumu, jest trochę jak tom poezji stworzonej z wizerunków. To pierwsze wydanie (z 1985 roku) pewnie nie zostałoby zauważone na współczesnych konkursach książek fotograficznych, gdzie szuka się doskonałości, a introligatorski mankament naraziłby je na gest lekceważenia, jednak to wybitna publikacja, dla interesujących się portretem, po prostu must-have.﹡
_____
Jacenty Dędek, ur. w 1966 roku w Częstochowie, fotograf dokumentalista. Publikował m.in. w „Gazecie Wyborczej”, „Tygodniku Powszechnym”, „National Geographic Polska”, „Polityce”, „Newsweeku” i „Forbes”. W ostatnich latach najchętniej pracuje nad własnymi projektami długoterminowymi. Najbardziej interesują go rzeczy zwykłe, dziejące się na marginesie głównych wydarzeń, ale zawsze blisko człowieka. Znany z projektu i albumu „portretprowincji.pl” sprzed sześciu lat, będących efektem prawie 7-letniej podróży po małomiasteczkowej Polsce. Razem z żoną Katarzyną odwiedził kilkaset miejscowości poniżej 30 tys. mieszkańców, we wszystkich województwach. Kolejny jego cykl, „Credo”, to osobiste spojrzenie na rodzinną Częstochowę i jej mieszkańców.
Kopiowanie treści jest zabronione