Albumy fotograficzne są dla mnie czymś więcej niż zbiorem obrazów. Są przedmiotami, które przechowują emocje, doświadczenia i wspomnienia. Kiedy po latach otwieram jeden z ważnych dla mnie albumów, zaczyna się szczególny rodzaj rozmowy. Przypominam sobie moment, w którym wzięłam go do ręki pierwszy raz.
Zastanawiam się: gdzie wtedy byłam, o czym myślałam, co mnie poruszało? Nagle zatrzymuję się przy fotografii, którą wcześniej odczytywałam w inny sposób. A sam album się przecież nie zmienił. To ja wracam do niego jako ktoś trochę inny – z nowymi doświadczeniami, inną wrażliwością i pytaniami.
Wybrałam pięć fotoksiążek, do których wracam najczęściej. Każda z nich jest dla mnie zapisem sposobu widzenia świata innego fotografa. Z czasem, wszystkie stały się również fragmentami mojej własnej pamięci.
MARY ELLEN MARK „PROM”, 2012
Mary Ellen Mark w latach 2006–2009 odwiedziła trzynaście szkół w różnych częściach Stanów Zjednoczonych, fotografując uczniów podczas balów maturalnych. Do „Prom” trafiło 127 portretów. To album o czasie, który za chwilę przestanie istnieć. O momencie przejścia między dzieciństwem a dorosłością. O jednym z najbardziej uniwersalnych doświadczeń.
Doskonale pamiętam swój bal maturalny i pozowaną fotografię, którą ktoś wtedy wykonał. Jakiś czas później wujek powiedział mi, że życie jest jak piramida – na początku mamy ogrom możliwości, a z wiekiem ta piramida zaczyna się coraz bardziej zwężać. Jego słowom towarzyszyła pewnego rodzaju melancholia, którą odnajduję również w fotografiach z „Prom”. Patrzę na ludzi przekonanych o tym, że stoją u progu nieskończonych możliwości, a jednocześnie wiem, że część z ich marzeń się nie spełni. Dla mnie to opowieść o ludzkim doświadczeniu zawieszenia między tym, kim jeszcze jesteśmy, a tym, kim dopiero się staniemy.
Mary Ellen Mark udało się uchwycić ten rodzaj niepewności i napięcia, który miesza się jednocześnie z poczuciem nadziei i dumy. Album nie celebruje młodości. Celebruje moment, w którym wszystko wydaje się możliwe. Pewnie dlatego jest tak poruszający.
GREGORY CREWDSON „SANCTUARY”, 2010
To najbardziej nietypowy, ale myślę też, że najbardziej osobisty projekt Gregory’ego Crewdsona, który przez większość życia fotografował światy stworzone przez siebie. W albumie „Sanctuary” widzimy zatrzymane w czasie opuszczone dekoracje rzymskiej Cinecitta – legendarnego studia filmowego z ponad 20 wielkimi halami, gdzie na potrzeby kina budowano całe miasta. Powstawały tu zarówno filmy Felliniego i Antonioniego, jak i hollywoodzkie superprodukcje, z których 51 (na 90 nominacji) otrzymało Nagrodę Akademii Filmowej.
Crewdson fotografował je wyłącznie w naturalnym świetle, bez charakterystycznej dla siebie monumentalnej inscenizacji. Dekoracje, które udawały świątynie, pałace, place, ulice są na tych fotografiach pustymi fasadami. Nie ma jednak w tych obrazach dramatyzmu ani gwałtownego rozpadu. Jest spokojny, nieuchronny rytm czasu. Co ważne, na fotografiach nie ma ludzi (poza jednym, małym wyjątkiem), ale wyraźnie czujemy ich obecność, za sprawą artefaktów, które po sobie zostawili.
„Sanctuary” to jeden z tych albumów, które uczą uważności i przypominają, że fotografia nie zawsze potrzebuje człowieka, aby o nim opowiadać.
DIANE ARBUS „A BOX OF TEN PHOTOGRAPHS”, 2018
To nie jest album o zdjęciach, ale o historii powstawania portfolio Diane Arbus. Tworząc je, fotografka nie myślała o swoim portfolio jak o zbiorze dziesięciu fotografii. Tworzyła kompletne dzieło, w którym znaczenie miał każdy detal: wybór i kolejność zdjęć, papier, pergaminowe przekładki z odręcznymi podpisami, a nawet pudełko zaprojektowane przez Marvina Israela.
Wybrane fotografie pochodziły z różnych okresów jej twórczości, ale nie miały być podsumowaniem dorobku. Razem tworzyły zupełnie nową opowieść. Arbus miesiącami samodzielnie wykonywała odbitki i dopracowywała każdy szczegół. Planowała przygotować zaledwie pięćdziesiąt zestawów. Na przełomie lat 60. i 70. było to niezwykle nowatorskie myślenie. Niestety Arbus nie zdążyła ukończyć projektu. Popełniła samobójstwo w 1971 roku, pozostawiając zaledwie kilka gotowych egzemplarzy.
W albumie, który jest w pewnym sensie rekonstrukcją pamięci, nie widzę niedokończonego dzieła, lecz dowód niezwykłej konsekwencji i odwagi artystki, która wyprzedzała swoje czasy. „A Box of Ten Photographs” przypomina, że to coś więcej niż zbiór zdjęć. Uczy myślenia o rytmie, sekwencji i znaczeniu każdego szczegółu. Zajmuje w mojej bibliotece szczególne miejsce. Podobnie jak kilka innych albumów tej amerykańskiej ikony fotografii, które posiadam.
MASAHISA FUKASE „RAVENS”, 1986
To jeden z tych albumów, które trudno opisać. Z pozoru może się wydawać, że jego głównym tematem są kruki, bo to one są tutaj pierwszoplanowymi bohaterami. Dla mnie jednak to przede wszystkim album o stanie psychicznym człowieka. Opowieść o żałobie po tym, czego już nie ma.
Autor powiedział w jednym z wywiadów, że kruki nie były najważniejsze. To on sam stałem się krukiem z aparatem, co ostatecznie doprowadziło do samotnego życia i twórczości na granicy szaleństwa. To zdanie jest kluczem do odczytania albumu.
Przejmująca seria prac Japończyka powstała w latach 1975–1986 po rozwodzie i najwyraźniej została zainspirowana pełną smutku podróżą pociągiem do rodzinnego miasta. Nadmorskie krajobrazy Hokkaido stanowią tło dla jego głęboko mrocznych i impresjonistycznych fotografii złowieszczych stad ptaków. Dzieło to interpretowano jako alegorię powojennej Japonii. A wszystko to przed wypadkiem fotografa w 1992 roku – upadkiem ze schodów jego ulubionego baru, po którym doznał urazu mózgu i nigdy nie wyzdrowiał. Zmarł w 2012 roku.
„Ravens” to również jedna z najpiękniejszych lekcji czerni, jakie dotąd znalazłam. Fukase wydobywa z niej niewiarygodną ilość tonów. Wyobrażam sobie, jak trudne technicznie musiało być wykonanie tych fotografii. Często wracam do tego albumu, ponieważ przypomina, że fotografia nie musi niczego wyjaśniać. Jej siła tkwi w tym, że pozwala poczuć coś, czego nie jesteśmy w stanie nazwać.
NADAV KANDER „THE MEETING”, 2019
To album, do którego wracam najczęściej, a autor jest mi szczególnie bliski. Nadav Kander we wstępie do „The Meeting” porównuje fotografię do poezji, a pełnię znaczenia obrazu zamyka dla niego spotkanie trzech perspektyw: fotografa, osoby fotografowanej i osoby oglądającej. I to właśnie słowo „spotkanie” wybrzmiewa najmocniej podczas oglądania całego albumu. Każda z tych trzech osób, wnosi do obrazu swoją własną historię, wrażliwość i doświadczenie.
Publikacja przypomina, że fotografia nie jest czymś zamkniętym, ani raz na zawsze ustalonym. Rodzi się w relacji. Urodzony w Izraelu i pracujący w Londynie artysta pokazuje, że portret jest zaproszeniem do dialogu.
Piszę o tym albumie z jeszcze jednego, ważnego powodu – światło, które jest fundamentem każdej fotografii, sprawia, że obraz potrafi przekazać to, czego nie sposób wyrazić słowami. ﹡
_____
Karolina Jóźwiak – fotografia była jej pasją od dzieciństwa. W pewnym momencie doszła do takiego etapu w życiu, że postanowiła zaryzykować i sprawdzić, czy fotografia jest jej drogą oraz dokąd może zaprowadzić. Zrezygnowała z ówczesnej pracy i zaczęła fotografować. Pracę w teatrze rozpoczęła w 2022 roku: w ramach zastępstwa za koleżankę miała zrobić kilka zdjęć dla Teatru Dramatycznego w Warszawie, a została na dłużej. Pierwszą premierą, do której została zaproszona jako dokumentalistka, była Awantura w Chioggi w reżyserii Edwarda Wojtaszka z Teatru Polskiego w Warszawie w 2022 roku. Dzisiaj na koncie ma zdjęcia z najważniejszych premier: w Teatrze Dramatycznym, w Powszechnym, Narodowym, Polskim. Jako jedyna fotografka teatralna dokumentowała polskie wystawienia spektaklu „Embodying Pasolini” z Tildą Swinton. Kilkukrotnie nagrodzono ją w Konkursie Fotografii Teatralnej, organizowanym przez Instytut Teatralny.
Kopiowanie treści jest zabronione