„Demokracja jest zawsze zagrożona”. Polska fotografka pokazuje, jak dziś rezonuje totalitaryzm
28 stycznia 2026
tekst: Agnieszka Kowalska
zdjęcia: Karolina Spolniewski
Karolina Spolniewski, Polka mieszkająca w Berlinie, stworzyła wizualne studium reżimów i systemów totalitarnych w niedawnej historii Europy. Przez siedem lat badała dyktaturę i nadużywanie władzy przez komunistów na przykładzie służb wywiadowczych NRD, znanych jako Stasi. W byłym tajnym więzieniu, które jest symbolem prześladowań politycznych i ucisku w chylącym się ku upadkowi państwie, powstał projekt „Hotel of Eternal Light”. Blisko 40 lat później, w obliczu rosnącej popularności doktryn totalitarnych, dzieło fotografki jest aktualne bardziej niż kiedykolwiek.

To nie jest zwykły projekt fotograficzny. To tragedia tysięcy ludzi i kawał niesławnej historii Europy zamknięty w wysmakowanych kadrach. Karolina Spolniewski sięgnęła po ten temat nie tylko z ciekawości. Jest fotografką i filmowcem z Berlina, ale także dzieckiem emigrantów politycznych. Miała 5 lat, gdy jej rodzice postanowili uciec z PRL-owskiej Polski, narażając życie. – Mogli zostać aresztowani za tę „zbrodnię” i trafić do jednej z tych komunistycznych izb tortur – mówi w rozmowie z LIBERTYN.eu.

Ma na myśli Hohenschönhausen w dawnym Wschodnim Berlinie. To, jak żadne inne miejsce w Niemczech, związane z 44-letnią historią prześladowań politycznych w radzieckiej strefie okupacyjnej i byłej NRD. Z końcem II wojny światowej urządzono tu obóz specjalny ZSRR, a w 1946 roku centralne radzieckie więzienie śledcze w Niemczech. Kilka lat później zostało przejęte przez Stasi, czyli niemieckie Ministerstwo Bezpieczeństwa Państwowego Ericha Mielkego, kierującego olbrzymim aparatem inwigilacji i ucisku, i poszerzone o nowy gmach służyło mu aż do 1989 roku.

Bardzo dobrze znali je przeciwnicy NRD, więźniowie polityczni oraz Ci, którzy pomagali im w ucieczce. W hermetycznie odciętym od świata zewnętrznego obiekcie, którego nie zaznaczono na żadnej mapie Berlina, przetrzymywano tysiące więźniów politycznych, a wśród nich prawie wszystkich znanych członków opozycji. Hohenschönhausen do dziś jest symbolem całego systemu politycznego prześladowania w tej części Europy. Zachowane dokumenty pokazują, że trafiali tu również Polacy.

Pierwsze, czego żądano od nowo przybyłych aresztantów, to rozebrać się do naga. Trzeba było oddać wszystkie prywatne przedmioty, nawet bieliznę.

„Stasi niekiedy organizowała mordy polityczne, ale to były zdecydowanie wyjątki od reguły, nie zaś zwykły tok postępowania. Zamiast tego niemiecka bezpieka stosowała wyrafinowane metody kontroli” – pisze Gary Bruce w książce „The Firm. The Inside Story of the Stasi”.

Aparat represji opierał się przede wszystkim na rozbudowanej siatce agentów-informatorów. Donosy składali na siebie krewni, sąsiedzi, dozorcy kamienic, a nawet rodziny. Tajna komunistyczna policja kontrolowała społeczeństwo za pośrednictwem podsłuchów, szantażu, zastraszania, a także tortur. Centrum tego wszystkiego był areszt śledczy Hohenschönhausen, który dziś jest Miejscem Pamięci Berlin-Hohenschönhausen.

Ponieważ zachowała się większość budynków i wyposażenia, pokazuje autentyczny wizerunek więziennictwa. Zwiedzając to miejsce podąża się śladami wielu indywidualnych losów więźniów poddawanych inwigilacji, porwaniom, aresztowaniom i męczarniom – szczególnie emocjonująca jest wycieczka z byłym osadzonym, który opowiada osobistą historię z przymusowego pobytu. Dzięki nim wiemy, że piwnice nazywali U-Bootem. Do cel – jak do zanurzonego okrętu podwodnego – nie docierało bowiem słońce. Światła dostarczała prymitywna żarówka, która paliła się nawet w nocy. Betonowa podłoga, zbiorowa drewniana prycza, zamiast toalety – kubeł z pokrywą. Nie było ogrzewania ani wentylacji.

Niepokorni mogli trafić w jeszcze gorsze miejsce: do ciemnej klitki z sięgającą do kostek wodą, gdzie nie było nawet taboretu ani kubła, lub celi chińskich tortur wodnych, gdzie krople kapały na głowę w krótkich odstępach czasu, co w założeniu miało doprowadzić do obłędu.

Z czasem zmieniono metody. Zrezygnowano z zadawania fizycznego bólu, za to coraz sprawniej niszczono psychikę. Bardzo skuteczne były też pozbawianie snu i izolacja. Nie dopuszczano, by aresztowani choćby mijali się na korytarzach. Zdarzało się, że w Hohenschönhausen równocześnie przetrzymywani byli małżonkowie, nawet o tym nie wiedząc.

Cele udawały mieszkanie: stała w nich toaleta, umywalka z lustrem, stolik, krzesło, drewniane łóżko, szafka, na ścianach tapety. Jednak zamiast szyby w oknie – luksfery. A w drzwiach nieodłączny wizjer. Jednak osadzony nawet w czasie snu nie mógł schować rąk pod koc. Krnąbrnym wciąż groziła izolatka: całkowicie ciemna cela, wprawdzie bez wody na podłodze, ale także bez łóżka, krzesła czy choćby kubła na ekskrementy. Więźniowie bywali tam przetrzymywani nawet do dwóch tygodni.

Przesłuchania to była kolejna wyrafinowana forma przemocy. Przesłuchiwany musiał siedzieć prosto na prymitywnym taborecie, nie dotykając ściany. Przesłuchujący m.in. udawał życzliwość, żeby pozyskać jego zaufanie i go złamać, w tym celu mógł kłamać, że np. jego żona również została aresztowana.

To właśnie więzienie Stasi w Berlinie Wschodnim stało się tematem siedmioletniego multimedialnego projektu Karoliny Spolniewski, który przekształcił się w książkę „Hotel of Eternal Light” („Hotel wiecznego światła”), nagrodzoną m.in. BUP Book Award.

Dzieło jest nie tylko opowieścią o psychologicznych i fizycznych bliznach po więzieniu, ale bada także dyktaturę i systemy totalitarne na przykładzie nadużywania władzy przez komunistów. Od zburzenia Muru Berlińskiego – symbolu totalitaryzmu – w listopadzie minie 37 lat, jednak wolność i demokracja nie są nam dane raz na zawsze. Spolniewski swoim projektem o tym przypomina.

Wojna w Ukrainie, Europa w obliczu agresji Rosji, mocarstwowe rządy Donalda Trumpa w USA, napięcia na Bliskim Wschodzie, nietolerancja, rasizm, nacjonalizm, które doprowadziły do popularności populizmu i skrajnej prawicy na świecie… Dlatego „Hotel of Eternal Light” staje się bardziej aktualny niż kiedykolwiek. LIBERTYN.eu postanowił pokazać zdjęcia i porozmawiać z ich autorką…

 

DO „HOTEL OF ETERNAL LIGHT” DOPROWADZIŁY CIĘ OSOBISTE DOŚWIADCZENIA?

– Myślę, że niezależnie od tego, czym zajmujemy się w życiu, decyzje i wybory zawsze są uwarunkowane naszą przeszłością, a nie tylko świadomym zachowaniem. Chciałam poruszyć temat, który byłby dokumentalny, a jednocześnie nie wydawał się przypadkowy.

Moi rodzice uciekli ze mną z komunistycznej Polski, mogli więc trafić za tę „zbrodnię” do jednej z tych izb tortur Stasi. I pewnie moja potrzeba obcowania z formami wolności, a raczej z przewidywanym jej brakiem, ma z tym związek. I  gdzieś z tyłu głowy, zawsze to we mnie było.

RODZICE MUSIELI UCIEKAĆ PRZED WŁADZAMI PRL-U?

– Nie byli politykami, ani działaczami opozycji. Byli „normalnymi” obywatelami ze Śląska, mama pracowała jako fizjoterapeutka, a tata jako inżynier mechanik. Po prostu chcieli żyć wolnym życiem. Zwłaszcza moja mama nie umiała poddać się reżimowi socjalizmu. To już kwalifikuje każdego jako osobę o silnych poglądach politycznych.

W 1987 roku postanowili uciec z Polski. Miałam wtedy 5 lat.

Zaplanowali ucieczkę ponad rok wcześniej, bo wiedzieli, że znalezienie odpowiednich osób do wyrobienia paszportów zajmie dużo czasu i będzie wymagało wielu przydatnych kontaktów. Udało im się dostać oficjalne 10-dniowe zaproszenie od znajomych z Niemiec, by opuścić kraj pod pretekstem „dozwolonych odwiedzin”. Oczywiście nigdy do nich nie pojechaliśmy. Trafiliśmy prosto do obozu dla uchodźców w Niemczech Zachodnich, skąd przydzielono nam miejsce zamieszkania w mieście o nazwie Mönchengladbach, niedaleko granicy z Holandią.

Ostatni rodzinny portret przed ucieczką z PRL-u, gdy Karolina ma 5 lat
Zdjęcie: archiwum prywatne
Karolina dzisiaj, a obok zdjęcie z jej projektu „Hotel of Eternal Light”

ZOSTAWILIŚCIE CAŁY DOBYTEK W KRAJU…

– Spakowaliśmy się, jakbyśmy wybierali się na krótkie wakacje do Niemiec. Wszystko, co było naszym życiem, musieliśmy zostawić. Pozwolono mi zabrać tylko kilka zabawek. Nasze akty urodzenia, świadectwa uniwersyteckie, ważne dokumenty itp., które były niezbędne, by rozpocząć życie w nowym kraju, rodzice schowali w moich pieluchach – wiedzieli, że wojsko i straż graniczna z owczarkami niemieckimi i karabinami maszynowymi, śpiącą pięciolatkę zostawią w spokoju w ramionach matki.

Nikt z bliskich nie wiedział, co planujemy. Musicie sobie wyobrazić (jestem pewna, że wielu z Was wie), jak bardzo to było niebezpieczne, gdyby informacja o opuszczeniu kraju trafiła do niewłaściwych uszu…

Moja babcia o ucieczce dowiedziała się dopiero kilkanaście godzin przed. Zabrała mnie i tatę do studia fotograficznego, żeby zrobić „ostatnie” zdjęcie na pamiątkę (moja mama była w pracy, musiała zachować pozory). To dziwny portret. Oczywiście, byłam oszołomiona, ubrana w barwy polskiej flagi, raczej szczęśliwa, mój tata wyglądał na rozkojarzonego, a wszechświat mojej babci rozpadał się w jej oczach.

PO UCIECZCE MOGLIŚCIE UTRZYMYWAĆ KONTAKT Z RODZINĄ W POLSCE?

– Nagrywaliśmy kasety magnetofonowe i wysyłaliśmy je pocztą. Rodzina nagrywała swoje kasety i wysyłała je do nas. To był jedyny sposób komunikacji, bo nie mieli telefonów…

Jako nastolatka radykalnie chciałam zerwać relacje z wszystkim, co polskie. Nie mówiłam już po polsku do rodziców. Nie odwiedzałam Polski przez kilka lat. Przez całe lata szkolne wstydziłam się i bałam, gdy ktoś (zwłaszcza w szkole) wytykał mnie palcami lub wyśmiewał za to, że jestem imigrantką. Tak to już bywa w tego typu zagmatwanych biografiach i w okresie dojrzewania. Może byłam trochę bardziej niepewna siebie i cały czas czułam, że mam coś do ukrycia?

Wszystko zmieniło się po liceum, kiedy przeprowadziłam się do Berlina, żeby studiować psychologię. Poznałam Polaków, wróciłam do korzeni i uświadomiłam sobie całą swoją tożsamość i poczucie przynależności. Teraz, gdyby ktoś pyta, skąd jestem: odpowiadam, że jestem Polką, bez dwóch zdań. I tylko tak się złożyło, że mieszkałam w Niemczech przez większość życia – przynajmniej jak dotąd.

RODZICE OPOWIADALI CI PÓŹNIEJ O KOMUNIZMIE, STALINIE, PZPR?

– Trochę, ale wszystko działo się w ukryty sposób. W szkole nikt o tym nie mówił, niemiecki system edukacji pomijał ten problematyczny czas, skupiając się w 100 procentach na II wojnie światowej. Moi niemieccy rówieśnicy z liceum nie mają pojęcia o tym wszystkim – a przynajmniej nie znają tego z podręczników.

Z perspektywy czasu myślę, że los mojej rodziny nieświadomie i niejawnie doprowadził mnie do projektu „Hotel of Eternal Light”.

ZACZĘŁO SIĘ, GDY JAKO STUDENTKA ROBIŁAŚ LICENCJAT Z FOTOGRAFII DOKUMENTALNEJ I ODWIEDZIŁAŚ BYŁE WIĘZIENIE STASI. CO CIĘ TAM ZAFASCYNOWAŁO?

– Pociągało mnie wszystko, gdy słuchałam opowieści byłych więźniów. Po prostu nie mogłam przestać spędzać tam zim, obserwując tylko światło. Nie byłam w stanie pojąć, jakiego oceanu wyrafinowanych okrucieństw dopuszczała się Stasi, tylko dlatego, że ludzie chcieli żyć swobodnie.

ŚWIATŁO ODGRYWA WAŻNĄ ROLĘ W TWOJEJ SERII.

– Podczas jednej z moich pierwszych wizyt w dawnym więzieniu, odbyłam wycieczkę z przewodnikiem,  byłym osadzonym, który ironicznie opisał to miejsce jako „Hotel zur ewigen Lampe”, co tłumaczy się jako „Hotel wiecznego światła”. Dlaczego? Po pierwsze, aresztanci byli narażeni na ciągłe sztuczne oświetlenie, które miało zaburzać ich poczucie czasu, a po drugie, nie wiedzieli, gdzie dokładnie są przetrzymywani, ponieważ Stasi z każdym z nich (z zawiązanymi oczami)  jeździła po mieście po kilka godzin w kółko, by nabrali przekonania, że trafili daleko od miejsca zamieszkania. Przechodniów miały z kolei zmylić napisy na pojeździe: „Świeże ryby” albo „Owoce i warzywa”.

Aby złamać psychikę więźniów, stosowano też różne metody białych tortur i światła, od prześwietleń rentgenowskich, przez jasne korytarze, błyski światła, oślepianie, po czarną izolację. Jak opisuje Hannah Arendt w książce „Korzenie totalitaryzmu”, tak radykalne doświadczenie izolacji i samotności pozbawia nas możliwości doświadczania świata, zrozumienia rzeczywistości, zaufania naszemu poczuciu własnej tożsamości.

Nam światło kojarzy się z nadzieją, jest zapowiedzią czegoś nowego i dobrego. Mnie zaś intrygowało, co, gdyby miało zupełnie odwrotne znaczenie? Gdyby miało służyć do pozbawienia nas jakiejkolwiek nadziei, czy służyłoby podporządkowaniu jednej osoby drugiej, zawładnięciu czyimiś myślami, nieustannemu nadzorowi?

Brzmi to nonszalancko, ale światło, jako element przewodni, po prostu samo mnie wybrało. Dostrzegłam to, co już tam było i co przykuło moją uwagę. Światła dosłownie świeciły mi w twarz. Narażałam się na tę dziwną atmosferę podczas niezliczonych wieczornych wizyt, zamykałam się również w czarnej izolatce bez światła, aby fotografować samotną, krzyczącą ciemność.

Oczywiście, im bardziej wystawiałam się na działanie całej machiny Stasi i im głębiej zanurzałam się w archiwa, do których miałam dostęp, tym bardziej mogłam sformułować swoją perspektywę, połączyć różne elementy i zrozumieć ich znaczenie.

JAK WPŁYWAŁY NA CIEBIE WIZYTY W BYŁYM TAJNYM WIĘZIENIU?

– Spacerując po więzieniu i jego tajnym szpitalu, doświadczyłam dziwnego poczucia swojskości. Przypominało mi dzieciństwo w Polsce, z wieloma podobnymi tkaninami, tapetami, wzorami i wyrazistymi kolorami, których poza wschodnimi krajami komunistycznymi w takim połączeniu nie spotykało się w XXI wieku. Czułam się – jak na ironię – bezpieczna i chroniona, ale jednocześnie przerażona funkcją, jaką spełniało to miejsce.

Podobnie jak sposobem, w jaki zaprojektowano pokoje przesłuchań w Hohenschönhausen. Wszystko na powierzchni było bardzo bezpieczne i pozbawione brutalności i przemocy. To był bezceremonialny absurd: z kwiecistymi tapetami, przytulne, subtelne i ciepłe, co miało sprawiać, by przetrzymywani czuli się swobodnie. Więzień po prostu czuł się jak w domu. Funkcjonariusze Stasi byli doskonale wyszkoleni w zakresie ludzkich zachowań i tego, jak dyskretnie manipulować podopiecznymi, by wywołać u nich śmiertelną desperację i tęsknotę. A na końcu skłonić ich do wyznania rzeczy, których nigdy nie zrobili. Czyste zło.

FASCYNUJE CIĘ ZŁO?

– Fascynuje mnie, jak działa ludzki umysł i jak jednostki zachowują się w masie, i jak podatne są na kontrolę i pranie mózgu. Zło może wydobyć tę dynamikę na powierzchnię – niestety dla nas wszystkich, którzy nie możemy nad tym zapanować.

Tak, wierzę, że istnieje czyste zło. Bo jak cały naród, taki jak Niemcy, mógł zostać poddany praniu mózgu trzy razy z rzędu w ciągu zaledwie jednego stulecia?

JESTEŚ PSYCHOLOGIEM Z WYKSZTAŁCENIA. JAK PRZEŁOŻYŁO SIĘ TO NA PROJEKT „HOTEL OF ETERNAL LIGHT”?

– Bardzo. Jednym z powodów, dla których zostałam psychologiem, było to, że myślałam i nadal myślę: ludzki umysł to tak ekscytująca powieść, bardziej realna niż jakikolwiek porywający horror i najpiękniejszy poemat. Sądzę, że moją pracę nad projektem można postrzegać jako kontynuację tej potrzeby zrozumienia ludzi, a w szczególności ich złej woli. Chciałam też pojąć, dlaczego cierpienie objawia się tak odmiennie.

ZAINSPIROWAŁY CIĘ DWIE KSIĄŻKI – „KORZENIE TOTALITARYZMU” HANNAH ARENDT I ESEJ ZYGMUNTA FREUDA „NIESAMOWITOŚĆ”. DLACZEGO AKURAT TE?

– Pod wpływem psychoanalizy i pism Zygmunta Freuda jego teoria niesamowitości dotarła do mnie podczas moich studiów psychologicznych. Coś tak przejmującego i niepokojącego, co głęboko dotyka jakości odczuwania. Piękne i złe jednocześnie. Dlatego zdecydowałam się pracować z tą sprzecznością: podejść do horroru z punktu widzenia piękna odczuwania. W sposób, który miał uwieść moich odbiorców moją argumentacją i stworzyć współczesny dialog.

Hannah Arendt, podobnie jak Freud, mocno o tym mówiła. Odnosiła się do sposobu, w jaki „ideologia” była wykorzystywana jako pragnienie oddzielenia myślenia od działania. Pięknie wyjaśniła, jak naród może przekształcić się w samotność. A samotność sama w sobie stanowi idealne przygotowanie do totalitarnej dominacji w nietotalitarnym świecie. Tworzy dzicz, gdzie – krótko mówiąc – ani nowe doświadczenia, ani myślenie nie są możliwe. Jest to tak dobitnie wyrażone w jej pismach, wciąż smutno żywych w dzisiejszych realiach.

ROBIĄC ZDJĘCIA, CZYTAŁAŚ O WYRAFINOWANYCH OKRUCIEŃSTWACH POPEŁNIANYCH PRZEZ STASI LUB INNE KOMUNISTYCZNE SŁUŻBY, NP. W POLSCE?

– Czytałam w tym okresie tylko teksty i książki dotyczące systemu tortur Stasi. Oczywiście byłam świadoma innych okrucieństw dokonywanych przez dyktatury i rządy tyranów na całym świecie. A o tym, co działo się w Polsce, słyszałam dzięki osobistym doświadczeniom mojej rodziny.

Mój dziadek był więziony przez sześć lat we Wrocławiu podczas sowieckiej okupacji Polski około 1946 roku. Torturowano go z powodu przynależności do Armii Krajowej, która walczyła o wolność i niepodległość, a także sprzeciwu wobec ideologii komunistycznej. Po wyjściu na wolność jego podejrzliwość i strach tak się pogłębiły, że postanowił zmienić swoje (nasze) nazwisko. Dlatego na świecie jest niewielu Spolniewskich. To on wymyślił to nazwisko.

PRACOWAŁAŚ NAD PROJEKTEM SIEDEM LAT, ALE NIE OD RAZU SIĘGNĘŁAŚ PO APARAT.

– Zanim zrobiłam portrety byłych więźniów, rozmawiałam z nimi wielokrotnie, lata i miesiące wcześniej. Nie zabierałam ze sobą aparatu, żeby ich lepiej poznać. Nie chciałam ich onieśmielać, wolałam dawać przestrzeń – bo wkraczałam w tak wymagającą i (dla wielu) traumatyczną sferę

Wyobraź sobie, podchodzę do ciebie z aparatem wielkoformatowym 4×5 cali, statywem i ustawiam go 50 cm od twojej twarzy, prosząc, żebyś stała nieruchomo, zrelaksowała się, ale nie ruszała i nie rozmawiała ze mną podczas mojej pracy. Jest tylko garstka osób, które by tego chciały (uśmiech).

Myślę, że umiejętność budowania zaufania jest w dużej mierze uwarunkowana moją pracą psychologa, a także cierpliwością, którą musiałam rozwinąć zawodowo, powstrzymując się od potrzeby zbyt szybkiego zrozumienia i pochopnego wyciągania wniosków. Ale uwierz mi, jestem z natury dość niecierpliwa, więc było wiele „nieprofesjonalnych” i frustrujących momentów.

JAKIE WSPOMNIENIA TWOICH BOHATERÓW WYWARŁY NA TOBIE NAJWIĘKSZE WRAŻENIE?

– Wszystkie wspomnienia, w których podtrzymywali nadzieję na przyszłość i wolność. Nauczyłam się tak wiele z ich myślenia, a do pewnego stopnia niektóre z nich stały się dla mnie kompasem w osobistych chwilach zagrożenia i desperacji. W szczególności opowieść, gdy dorosły mężczyzna żyje wizją ponownego spotkania z babcią; nową, wszechogarniającą miłością, która była pielęgnowana jedynie w fantazjach; wprowadzaniem się w stan całkowitej apatii, aby chronić umysł i serce przed torturami itp. – banalne, ale myślę, że bardzo skuteczne.

Jest też jeden wyjątkowy bohater mojego projektu. Były więzień, oprowadzał wycieczki po Hohenschönhausen. Wpadałam na niego podczas niezliczonych wizyt w ciągu 8 lat. Stał się kimś w rodzaju mojego ulubionego kolegi. Był dla mnie symbolem tego, jak odporny jest ludzki umysł… Gdy runął Mur Berliński wypuszczono go z więzienia. Wyjechał na kilka lat do Japonii, gdzie został mnichem buddyjskim. Po powrocie do Berlina otworzył restaurację, ponieważ w młodości uczył się również zawodu kucharza. Po pięćdziesiątce poszedł za głosem natury i zajął się pszczelarstwem, utrzymując ule w Brandenburgii, gdzie szkolił młodych ludzi zbierać miód. Miał w sobie nieskończoną ciekawość życia i to on mnie nauczył, że wolność zawsze jest warta walki.

Ta postawa – obserwowana również u innych więźniów – stała się dla mnie źródłem inspiracji.

KIEDY ZDECYDOWAŁAŚ SIĘ WZIĄĆ APARAT DO RĘKI, BY GO UWIECZNIĆ?

– Do portretów jego i byłych więźniów – podeszłam lata po tym, jak zaczęłam projekt. Z dwoma byłymi więźniami, z którymi się trochę zaprzyjaźniłam, od czasu do czasu robiłam zdjęcia próbne, żeby poeksperymentować, aż w końcu zdecydowałam, jak chcę ich portretować.

OPRÓCZ ZDJĘĆ DOKUMENTALNYCH W KSIĄŻCE, KTÓRA STAŁA SIĘ EFEKTEM KOŃCOWYM PROJEKTU, SĄ TEŻ INNE MEDIA. SKĄD TAKA RÓŻNORODNOŚĆ?

– Są skany odcisków palców i fizycznych śladów tortur, fotografie przedmiotów należących do więźniów, portrety, eksperymentalne zdjęcia rentgenowskie, fotografie ścian, mebli i lamp, zdjęcia archiwalne i fragmenty rozmów z byłymi więźniami przeprowadzonych w ciągu ostatnich kilku lat.

Album „Hotel of Eternal Light”, Karolina Spolniewski, wydawnictwo Blow Up Press, 200 stron, cena: 68 euro

Skąd taka różnorodność? Ponieważ nie mogłam znaleźć zakończenia projektu. Zdobyłam tak wiele faktów i informacji, które pozwoliły mi na nowe ścieżki i ślady, że nie chciałam wybierać jednego obszaru. Poza tym, właśnie ten chaos był mi potrzebny, aby oddać doświadczenie tortur i zniszczenia psychiki ludzi w więzieniu, wyrazić cały poziom złożoności działania Stasi na różnych poziomach. To wszystko łączy się w książce, aby wzmocnić znaczenie, które przemawia również przez więźniów: na jednej stronie powtarzane są „wieczne przesłuchania”, a na innej mrożący krew w żyłach głos: „Co trzy minuty… oślepiają cię światła”.

Połączyłam wszystkie elementy, kierując się perspektywą więźnia i doświadczeniami z pierwszej ręki, które śledziłam w wywiadach z nimi. W ten sposób chciałam też zaangażować widza: jak konstruowana jest nasza pamięć? W jakiej jest kolejności? Czy w ogóle istnieje jakiś porządek?!

OD POCZĄTKU PLANOWAŁAŚ FOTOKSIĄŻKĘ?

– W pewnym momencie, 2 lata po tym, jak moje pierwsze prace wisiały na ścianach i były nieustannie eksponowane, postanowiłam: „To musi stać się książką – TERAZ”. Przez pierwsze 3 lata sama finansowałam projekt, a po otrzymaniu dotacji mogłam sfinalizować portrety byłych aresztantów, które miałam w zanadrzu. To był ostatni element pomysłu na książkę, który miałam w głowie. Ale to „muszę skończyć teraz” zajęło mi kolejne 2 lata…

Potrzeba czasu, żeby obejrzeć obrazy, pozwolić im nabrać kształtu, formy i głosu. Ale przede wszystkim projekt trwał tak długo, bo nie mogłam przestać z powodu ambiwalentnej fascynacji.

Wierzę, że projekt nigdy się nie kończy, jak zakazany romans, który smakuje zbyt dobrze, ale chorobliwie cię pochłania. Trzeba się po prostu zmusić i przestać. Przynajmniej ja musiałam. W przeciwnym razie „Hotel” zawładnąłby mną na zawsze. Poza tym, czułam silną potrzebę pójścia naprzód i zamknięcia tego ważnego rozdziału w moim życiu.

JAKI JEST CEL TWOJEGO PROJEKTU?

– W pierwszej warstwie „Hotel” jest wizualną analizą totalitaryzmu i światła w najnowszej historii Europy. Na przykładzie nadużywania władzy przez Stasi, koncentruje się na wykorzystaniu światła używanego jako formy kontroli, tortur, poczucia winy i dezorientacji, światła symbolizującego prześladowania polityczne i ucisk w schorowanym państwie. Szczegółowo opisuje psychologiczne i fizyczne blizny, czerpiąc z lektury Arendt na temat totalitaryzmu.

Ale w świetle obecnych globalnych wydarzeń politycznych, ta praca ma też drugą warstwę: zwraca uwagę na to, na czym tak naprawdę polega nasza wolność w czasach samotności i izolacji ideologicznej, a także pokazuje, jaki potencjał drzemie w naszym pragnieniu bycia wolnym.

MA UŚWIADOMIĆ NAM KRUCHOŚĆ DEMOKRACJI?

– Tak, demokracja jest zawsze zagrożona i każdy z nas wybiera swoje stanowisko w świecie, niezależnie od tego, czy czyni to w sposób jawny, czy ukryty. Trzeba żyć z sensem i być świadomym, na czym polega nasza wolność i jak bardzo może się chwiać pod wpływem kłamstw ideologii, w czasach głębokiej samotności, czego przez lata doświadczyłam w mojej praktyce psychologicznej.

Od kilku lat obserwujemy wzrost totalitaryzmu. Tendencje faszystowskie, nacjonalistyczne w całej Europie Wschodniej, w USA, czy totalitarni komuniści w Wenezueli, Korei Północnej, na Kubie itd. Reżim w Rosji i jego ekspansja wraz z wojną w Ukrainie…

Nie możemy dać się brutalnie ponieść wojnom, które są, niestety, w nieludzki sposób podtrzymywane przez potwory i ich małpy.

TERAZ, PO ZAKOŃCZENIU PROJEKTU, INACZEJ ROZUMIESZ WOLNOŚĆ?

– Wiem jedno: o wolność zawsze warto walczyć. Bez względu na konsekwencje.

I że zawsze mamy wybór – przynajmniej w kwestii wolnej myśli, jak sformułował to jeden z moich ulubionych psychoanalityków i egzystencjalista, Viktor Frankl, ocalały z Holokaustu, po 3 latach pobytu w obozie koncentracyjnym, w swojej książce „Człowiek w poszukiwaniu sensu”.

NIE CHCIAŁAŚ KONTYNUOWAĆ TEMATYKI W POLSCE?

– Tak i nie. Tak, bo z oczywistych powodów. Nie, bo nie chcę już wchodzić ani spędzać tak dużo czasu w żadnych komnatach grozy. Myślę, że jest coś prawdziwego w historycznych miejscach i energiach wydarzeń. Zajęło mi lata, zanim zrozumiałam, jak radzić sobie z tym, co napotkałam. Teraz wybieram słońce i horyzonty – te podstawowe elementy, których większość komunistycznych więźniów była pozbawiona.

NAD JAKIM PROJEKTEM OBECNIE PRACUJESZ?

– Właśnie kończę 10-letni projekt dotyczący autoportretu – jestem na etapie szukania projektanta książek. Jeśli czyta to jakiś profesjonalista i jest ciekaw, zapraszam do kontaktu. Drugi projekt, nad którym pracuję, również dotyczy wolności i tęsknoty, ale tym razem skupia się na słońcu i politycznym wygnaniu w regionie Morza Śródziemnego, a szczególnie w Grecji. Goethe stwierdził bowiem: „Ze wszystkich narodów Grecy najlepiej wyśnili marzenie o życiu”. ﹡

Kopiowanie treści jest zabronione