Kuba Kamiński wybiera. „Wpatrując się w ich kadry, wiele wykułem w pamięci”
04 sierpnia 2026
tekst: Kuba Kamiński
Kuba Kamiński – jeden z najzdolniejszych polskich reportażystów. Jako fotoreporter dokumentował Europę, Azję, Afrykę, USA i Amerykę Południową, m.in. wojnę w Ukrainie, Libii, czy Strefie Gazy. Pracował dla największych medialnych gigantów: od „Le Monde” do CNN. Obecnie jest operatorem telewizyjnym amerykańskiej stacji ABC News. Fotoreportaż wciąż jest jednak najbliższy jego sercu – za serię zdjęć z Ukrainy „Niepokonani” zdobył Grand Press Photo 2026. Czy ktoś, kto tak mocno jest zanurzony w najmroczniejszych wydarzeniach świata, mógł wybrać inne albumy fotograficzne?

Jak chyba każdy początkujący fotograf, u progu swojej zawodowej drogi byłem zafascynowany pracami wybitnych i uznanych fotografów z kraju i za granicy. Od zawsze fascynował mnie człowiek, a fotografia dała mi narzędzia, żeby się do niego zbliżyć.

Przyglądałem się z podziwem pracom takich mistrzów, jak James Nachtwey, Paolo Pellegrin czy Henri Cartier-Bresson. Oglądając ich zdjęcia, czy zdjęcia fotografów agencji Magnum, czułem pewną niemoc. Zastanawiałem się, jak to możliwe, żeby – znajdując się w tak skrajnych sytuacjach, w najbardziej zapalnych miejscach na ziemi – być w stanie pomyśleć o kompozycji, świetle, wieloplanowości i tym wszechobecnym w ich pracach decydującym momencie, którym domykali swoje przejmujące kadry. Sam natomiast nie miałem jeszcze na tyle umiejętności i odwagi, żeby znaleźć się wystarczająco blisko naszych rodzimych wydarzeń. Zresztą i tak wydawały się być mało znaczące w obliczu przełomowych, społecznych i politycznych momentów, których świadkami byli tamci fotoreporterzy.

Zacząłem kolekcjonować dziesiątki albumów i fotoksiążek, wpatrując się w ich kadry, z których wiele wykułem w pamięci i próbowałem zaimplementować mniej lub bardziej w swojej fotografii. Usiłowałem jednocześnie odnaleźć własną wrażliwość i styl. Po wielu latach zawodowej pracy zrozumiałem, że właśnie ta wrażliwość i zajrzenie w głąb siebie pozwala tworzyć obrazy, które z czasem stają się niepowtarzalne albo przynajmniej w miarę oryginalne. Takie, które są wierne naszej wrażliwości, odpowiadają naszemu stanowi ducha i nie muszą być kalką innych.

Przeglądanie tysięcy fotografii, na szczęście, nakierowało mnie na moją własną drogę, którą chciałem podążać. Kiedy wracam po latach do prac mistrzów – obok niektórych z nich mogłem później pracować – czuję, że rozumiem je bardziej, a także to, jakie emocje mogły się za nimi kryć.

Po 20 latach i paru przeprowadzkach pozbyłem się ogromnej części uzbieranych albumów. Na mojej półce zostało tylko parę, z którymi czuję specjalną więź albo łączą się z jakimś osobistym wspomnieniem. Dla LIBERTYN.eu wybieram pięć z nich.

LUC DELAHAYE „WINTERREISE”, 2010


 

„Winterreise” ma dla mnie specjalne znaczenie, gdyż na początku drogi fotograficznej pokazał mi go mój św. pamięci kolega, Łukasz Rydzewski. Genialny fotograf dokumentalny, któremu po części zawdzięczam swoją wrażliwość na świat ludzi wykluczonych i zapomnianych, żyjących obok nas. Razem, jako początkujący fotografowie, przemierzaliśmy śródmiejskie bramy, warszawskie opuszczone pustostany czy squaty w poszukiwaniu bohaterów naszych zdjęć. Spędzaliśmy często całe dnie na rozmowach i fotografowaniu ludzi w najróżniejszych kryzysach. Razem przełamywaliśmy wewnętrze bariery, a zarazem uczyliśmy się pokory. Z ogromną pasją przeglądaliśmy godzinami właśnie ten album.

Do dzisiaj nie poznałem drugiej takiej osoby, jak Łukasz – niemal wręcz z obłędem próbował odgadnąć emocje ludzi zatrzymanych w kadrach i starał się przeniknąć wgłąb ich duszy. Czy byli na co dzień duszą towarzystwa, czy zamkniętymi w sobie introwertykami? Czy byli pełni nadziei na przyszłość, czy raczej w głębokiej depresji? Łukasz, niestety, zmagał się z własnymi demonami. Wtedy po raz pierwszy zrozumiałem korelacje pomiędzy tym, w jak dużym stopniu co i w jaki sposób uwieczniamy na kliszy, odpowiada naszemu wewnętrznemu stanowi ducha.

„Winterresie” to zapis paromiesięcznej podróży francuskiego fotoreportera koleją Transsyberyjską przez Rosję pod koniec lat 90. Okresu wielkich przemian, który charakteryzował się wielkim rozwarstwieniem klas społecznych i wszechobecnym chaosem. Książka jest świetnym studium ludzkiego psyche – zwykłych Rosjan, jak również samego autora. Delahaye udało się przeniknąć głęboko do najbiedniejszych warstw społecznych, dokumentując z bliska ich codzienne zmagania z alkoholizmem, bezdomnością, narkomanią i bezprawiem tamtego okresu. W książce pojawiają się sceny przemocy domowej, a nawet śmierci.

Jest to przykład fotografii dokumentalnej z najwyższej półki, przez pryzmat której możemy podjąć próbę analizy stanu mentalnego samego autora w czasie tej mrocznej podróży. Nie bez powodu w książce pojawia się jego mroczny autoportret – Francuz w ten sposób osadza siebie samego w tym świecie; dając świadectwo, że nie jest jedynie cichym obserwatorem, ale powoli sam zostaje wchłonięty przez otaczający go mrok.

Delahaye był członkiem prestiżowej agencji Magnum, z której odszedł w 2004 roku, gdyż – jak sam stwierdził – stracił wiarę w fotografię dokumentalną i dziennikarską wiarygodność. Pragnął, żeby jego zdjęcia funkcjonowały jako „autonomiczne dzieła sztuki, a nie zwykłe rozkładówki w magazynach”.

STANLEY GREENE „BLACK PASSPORT”, 2009


 

To po części biografia Stanleya Greene’a opowiedziana zdjęciami, ale też rozprawa z samym sobą na temat sensu życia i śmierci. Wrażliwość wizualna autora jest dla mnie wielką inspiracją. To kolejny fotograf, który dokumentując najbardziej upiorne konflikty zbrojne na przełomie wieków, potrafi swoimi zdjęciami oddać stany własnej świadomości i wewnętrznych demonów.

„Black Passport” jest w dużej mierze chronologiczną podróżą przez życie autora. Od jego początków kariery jako fotografa mody w Paryżu w latach 80. XX wieku, do bycia kontraktowym fotografem wojennym: począwszy od wojny w Czeczenii, poprzez Irak, Afganistan, Liban, Sudan po prawie każdy konflikt zbrojny do końca jego życia.

Książka – jak podpowiada nam tytuł – jest w formie paszportu, tylko o nieco większym formacie A5. Ten formalny zabieg daje nam poczucie, że obcujemy z czymś bardzo osobistym. Obok przejmujących fotografii, co parę stron pojawiają się krótkie osobiste wpisy różnych momentów życia amerykańskiego fotografa. Greene otwarcie pisze w nich o licznych relacjach z kobietami, w których zakochiwał się w wielu zapalnych zakątkach świata. Ukazuje nam, jak destrukcyjny wpływ niesie za sobą uzależnienie od ciągłej pogoni za adrenaliną i bycie świadkiem najmroczniejszych momentów ludzkiej natury. Pisze w nich szczerze o swoich zdradach, uzależnieniu od narkotyków i podejmowaniu prób „normalnego” życia u boku dwóch żon. Ostatecznie, pogoń za kolejnymi wojnami zawsze brała górę: „It gave me a great excuse. You know, my wife has left me, instead of becoming an alcoholic, I would go and shoot war”.

„Black Passport” ukazał się w 2009 roku, kiedy u Greena’a rozwijał się już rak wątroby. Pomimo tego nadal fotografował wojny. Sam miałem okazję poznać go i pracować obok niego podczas wojny w Donbasie w 2014 roku. Wojna w Syrii natomiast była jego ostatnią. Zmarł trzy lata później, w wieku 68 lat. Nie wiem, czy planował „wyrobienie” kolejnego „Paszportu”, ale z pewnością byłaby to równie fascynująca pozycja.

DONALD WEBER „INTERROGATIONS”, 2011


 

Kiedy otwieramy pierwsze strony „Interrogations”, możemy odnieść wrażenie, jakbyśmy sięgnęli po kontynuację książki „Winterresie” Delahaya. Co prawda, prawie dekadę później, chociaż czas za wschodnią granicą wydaje się płynąć trochę wolniej. Donald Weber przez ponad 6 lat przemierzał Ukrainę i Rosję. Prolog książki składa się z selekcji równie mrocznych, jak u Delahaye’a, zdjęć z obu tych krajów. Webber wciąga nas nimi w ten świat, żeby za chwilę uderzyć widza ze zdwojoną siłą w drugiej części książki, czyli tytułowymi „Przesłuchaniami”.

Tę część otwiera z pozoru normalny portret mężczyzny ok. trzydziestki na różowym tle. Na następnych zdjęciach u każdego z bohaterów zaczynają się pojawiać niepokojące detale. Wyglądają na wyraźnie zlęknionych, a czasem nawet poturbowanych. Portrety zaczynają ustępować lekko poszerzonym kadrom, dając nam więcej informacji o pomieszczeniu, w którym się znajdują. Wszyscy siedzą na drewnianym krześle przy stole. Po paru zdjęciach dochodzą do nas okoliczności w jakich się znaleźli. Szybko zaczyna nam się udzielać kafkowski charakter policyjnego pokoju przesłuchań. Obok niektórych kadrów nie da się przejść obojętnie, jak np. młodego, płaczącego chłopaka ze złączonymi w błagalnym geście rękami i nabazgranym cyrylicą na czole słowem „debil”. Albo młodej dziewczyny z przystawionym do głowy pistoletem przez przesłuchującego ją policjanta.

To jednak nie koniec. Ostatni nieoczekiwany zwrot autor pozostawia nam na finał. Po zamknięciu książki dochodzi do nas, że kolor i faktura okładki odpowiada tapecie jednego z pokojów przesłuchań, który przewija się przez większość kadrów. Nieświadomie zaczynamy wertować zdjęcia po raz kolejny. Przeżywamy emocje towarzyszące temu miejscu jeszcze głębiej. Dzięki temu sensorycznemu doznaniu, zostajemy sami w pewnym sensie postawieni przez autora pod tą samą bezduszną ścianą, co bohaterowie „Przesłuchań”.

Kiedy byłem na premierze książki w Nowym Jorku, Weber tłumaczył, że jego początkowym zamysłem było odnalezienie i użycie oryginalnej tapety, która stałaby się okładką jego publikacji. Było to jednak prawie niewykonalne. Ostatecznie, po namyśle z wydawcą, udało im się odtworzyć ją w sposób niemal idealny, żeby – jak opisuje sam autor – „dać poczucie przedłużenia przestrzeni”, co według mnie, udało mu się perfekcyjnie.

KONRAD PUSTOŁA „DARK ROOMS”, 2010


 

Książka Konrada Postuły to seria fotografii przedstawiających puste wnętrza tytułowych darkroomów, czyli specjalnych pomieszczeń wydzielonych w klubach nocnych. Bardzo słabo oświetlonych lub zupełnie ciemnych, przeznaczonych w dużej mierze do kontaktów intymnych między gośćmi klubu. Najczęściej kojarzone z klubami gejowskimi, klubami swingersów czy imprezami fetyszystycznymi, ale nie tylko. Miejsca te mają przede wszystkim na celu utrzymanie atmosfery anonimowości i uruchamiają poczucie nihilizmu.

Zdjęcia wykonane zostały przed ich uprzątnięciem, ale już po opuszczeniu tych przestrzeni przez gości. Projekt Pustoły balansuje między fotografią, książką artystyczną a esejem wizualnym inspirowanym również pisarstwem Olgi Tokarczuk. Zamiast opowiadać historię wprost, buduje on atmosferę ciemności, napięcia i niepewności, które bardziej sugerują niż wyjaśniają. Fotografie mają charakter introspekcyjny. Są oszczędne, często chłodne, skupione na przestrzeni, świetle i braku obecności człowieka. W połączeniu z literackim kontekstem Tokarczuk tworzą rodzaj „mentalnego pejzażu”, zamiast kompletnej ilustracji.

Kwestia przestrzeni w fotografii jest dla mnie równie ważna, jak sam człowiek. Autor wprowadza nas w obszar tabu i daje dostęp do czegoś, do czego nie trafilibyśmy przez przypadek, a może nawet wcale byśmy nie chcieli trafić.

Możemy oczywiście zagłębić się w tę tematykę przez pryzmat takich wybitnych dzieł, jak np. „Tokyo Lucky Hole” Nobuyoshi Araki lub „Kinki City” Pawła Jaszczuka. Są to jednak przykłady zamkniętych historii, które szokują widza na innej płaszczyźnie. Obie książki eksplorują dogłębnie najbardziej niedostępne darkroomy w Tokio i ich bywalców. Siłą rzeczy, nie pozostawiają jednak dużego pola do własnej interpretacji. Stawiają nas w jasnej roli wojerysty. W przypadku „Dark Rooms” czujemy, że jesteśmy pozostawieni sam na sam z własną wyobraźnią. Wewnętrznym dialogiem z pamięcią i tożsamością ukrytą pod warstwą pustego wycinka rzeczywistości.

TETIANA KOLESNYCHENKO, MACIEJ STANIK „ROBAKÓW ROZGRYZAĆ NIE WOLNO”, 2026


 

To świeża pozycja, wydana w tym roku – ponad 300-stronicowy reportaż Tetiany Kolesnychenko z ogarniętej wojną Ukrainy, zilustrowany przejmującymi czarno-białymi zdjęciami Macieja Stanika.

Od samego początku pełnoskalowej inwazji rosyjskiej, przez kolejne cztery lata Tetiana i Maciej przemierzyli tysiące kilometrów, dając głos cichym bohaterom tej wojny. Wywiady i zdjęcia mają bardzo osobisty wymiar, pozbawiony klasycznej wojennej narracji. Książka jest zapisem bardzo intymnych historii cywilów i żołnierzy. Ludzi dotkniętych żałobą po bliskich zabitych w ostrzałach, ludzi próbujących za wszelką cenę funkcjonować w miastach, które przestały być bezpieczne lub za chwilę mogą nie istnieć wcale. Ludzi po utracie domu, rodziny, normalności. W rozdziale „Piekło w głowie” znajdziemy przejmujące historie żołnierzy wracających z frontu z traumami. Ludzi, dla których prawdziwa walka dopiero się rozpoczyna.

Zdjęcia Stanika są oszczędne. Jego uważne kadry nie próbują pokazać wojny w sensie dosłownym. Tu nie dominują obrazy z frontu ani dramatyczne momenty walk. Stanik, zamiast tego, kieruje obiektyw w stronę upiornych pustych wnętrz zbombardowanych domów. Czasem zatrzymując się na pojedynczej postaci, jak uchwycona bez emfazy sylwetka 75-letniej Lydmyły, stojącej pośród zrujnowanej przestrzeni. Kobiety, która cudem przeżyła bestialską napaść i gwałt dokonany przez rosyjskiego żołnierza. Widać w tych fotografiach ogromne pokłady empatii i wrażliwości. Szczególnie po sposobie, w jakim autor skupia się na detalach i emocjach bohaterów swoich zdjęć. Jest w stanie uchwycić decydujący moment nawet w bardzo cichych, z pozoru statycznych kadrach. W wielu zdjęciach widać również jego świadomość przestrzeni. Umiejętność przemycenia swojej wrażliwości nawet do kadrów, na których nikogo nie widzimy. Z pozoru nie pełnią one stricte informacyjnej funkcji, stanowią natomiast przejmujące dopełnienie codziennego krajobrazu, który towarzyszy bohaterom jego obrazów.

W rozdziale „Straty” pojawiają się najcięższe zdjęcia. Zdjęcia zamordowanych, często torturowanych przez Rosjan cywilów, na terenach, które okupowali. Dopiero po wyzwoleniu przez ukraińskie wojska, w takich miejscowościach jak Bucza, Borodianka czy Izjum, można było zacząć proces ekshumacji pogrzebanych na prędce ciał. Stanik zachowuje w nich dystans i stara się nie epatować okrucieństwem. Daje jednak niezbędne świadectwo zbrodni, nie estetyzując przesadnie swoich kadrów. Sam wielokrotnie podkreślał, że nie opowiada się za izolowaniem widza od nawet tak drastycznych scen, lecz stara się zachować obiektywną równowagę.

Tematyka wojny w Ukrainie jest mi szczególnie bliska. Sam dokumentowałem początek wojny we wschodniej Ukrainie w 2014 roku, w 2022 powróciłem w roli operatora i spędziłem tam łącznie ponad półtora roku. Miałem nawet możliwość obserwowania Maćka, którego od lat znam i cenię jako fotografa, podczas pracy nad jego książką. Uważam, że w czasach AI i wszechobecnego fake newsu, tak empatyczna i rzetelnie wykonana praca dziennikarska jest na wagę złota. ﹡

 

_____

Kuba Kamiński (rocznik 1985) – absolwent wydziału fotografii Łódzkiej Szkoły Filmowej. Od 2005 roku fotograf dziennika „Rzeczpospolita”, następnie fotograf Polskiej Agencji Prasowej oraz European Pressphoto Agency, współpracownik francuskiego „Le Monde”. Od 2020 roku operator i montażysta Euronews i France24. Filmował też m.in. dla Al Jazeera, CNN i „The Guardian”. Od 2022 roku pracuje wyłącznie dla amerykańskiej stacji telewizyjnej ABC News. Zwycięzca: m.in. News & Documentary Emmy Awards, konkursu National Press Photographers Association Best of Photojournalism, International Photography Awards i zdobywca nagrody Ryszarda Kapuścińskiego. Realizuje także autorskie projekty, m.in. „Izba wytrzeźwień” o postsowieckich placówkach dla alkoholików, „Etatowiec” (o przemęczonych pracownikach japońskich korporacji) i „Szeptuchy” (o podlaskich uzdrowicielkach). Za serię zdjęć „Niepokonani” z ponadczteroletniej podróży od zachodu na wschód walczącej Ukrainy zdobył Grand Press Photo 2026, w kategorii „documentary project”.

Kopiowanie treści jest zabronione