Martin Parr: „Nazywanie mnie kiczowatym to największy komplement”
29 maja 2024
tekst: Agnieszka Kowalska
zdjęcia: Martin Parr
Gucci Cruise, Cannes, 2018
Martin Parr: „Nazywanie mnie kiczowatym to największy komplement”
29 maja 2024
tekst: Agnieszka Kowalska
zdjęcia: Martin Parr
Martin Parr: „Nazywanie mnie kiczowatym to największy komplement”

Martin Parr ma pozycję jednego z najlepszych fotografów dokumentalistów na świecie. Jego zdjęcia są natychmiast rozpoznawalne: z błyskiem i nasycone kolorami uwydatniają dziwactwa i słabości ludzi, którzy pokazywani są często ironicznie, humorystycznie, a czasem zjadliwie. A skoro nigdy nie schlebiają fotografowanym osobom, dlaczego modowa branża je pokochała? Sam autor ma do tego zainteresowania spory dystans. Wydając nowy album „Fashion Faux Parr” mówi bez ogródek: – To bardzo konsumpcyjny świat. I dobrze się bawię, krytykując go.

Wygląda na energicznego i pogodnego. A jego styl ubierania – za duże koszulki w paski lub kratkę, sandały ze skarpetkami – i brzmienie głosu przypominają na wpół prowincjonalnego księgowego, a na wpół oksfordzkiego profesora. Nie dalibyście za niego pięciu groszy, a on jest skarbem narodowym brytyjskiej fotografii. I jednym z najlepiej zarabiających. – Dostaję tyle pieniędzy z tytułu tantiem za zdjęcia, że nie potrafię ich wydać – wyznaje w rozmowie z magazynem „Digital Camera”. Był nawet czas, że Martin Parr uchodził za najbogatszego członka słynnej agencji Magnum.

Ma 72 lata. I wciąż intensywnie pracuje. Ogromem osiągnięć na koncie mógłby zaś obdzielić kilku konkurentów. Od czasu projektu „The Last Resort” z 1986 roku, w którym pokazał upadający kurort New Brighton w pobliżu Liverpoolu, stał się znany ze swojego krytycznego stosunku do zachodzących zjawisk społecznych (od globalnego konsumpcjonizmu i masowej turystyki po styl życia super bogatych) i ironicznego poczucia humoru. Tamtym zdjęciom, przedstawiającym zaniedbaną plażę, opalone ciała i nadpobudliwe dzieci, zawdzięczamy wejście do języka angielskiego przymiotnika „Parr-esque”, co można przetłumaczyć jako „parrowski” lub „w stylu Parra”. Ale przede wszystkim jego charakterystyczny styl: nasycone wyrazistymi kolorami kadry z lampą błyskową w świetle dziennym, które uwydatniają dziwactwa i słabości ludzi.

Martin Parr: „Lepiej jest ludzi drażnić, niż być przez nich ignorowanym”
Martin Parr: „Lepiej jest ludzi drażnić, niż być przez nich ignorowanym”
Martin Parr: „Lepiej jest ludzi drażnić, niż być przez nich ignorowanym”
Martin Parr: „Lepiej jest ludzi drażnić, niż być przez nich ignorowanym”

Projekt ten wzbudził również sporo kontrowersji, ponieważ Martin został oskarżony przez niektórych krytyków o snobistyczną pogardę dla bohaterów swoich zdjęć, należących przeważnie do klasy robotniczej. On jednak nigdy nie przejmował się opinią komentatorów. – Ludzie mogą mówić, co chcą. Spływa to po mnie jak woda po kaczce – wzrusza ramionami. – Mam bardzo jasną koncepcję tego, co robię. Będąc kontrowersyjnym, nie muszę wcale nikomu robić krzywdy. Nie ośmieszam bohaterów moich zdjęć, ale jeśli ludzie uważają, że tak jest, to cóż mogę na to poradzić? Godzę się z taką oceną i staram się uczynić z tego mój atut. Lepiej jest nawet ludzi drażnić, niż być przez nich ignorowanym – dodaje.

Opinię branży mody, która kilka lat temu sięgnęła po jego talent, również ma gdzieś. Szczerze wyznaje, że z ubraniami od zawsze ma na bakier. Moda nigdy go nie interesowała. – Nawet dzisiaj nie czuję się z tym biznesem związany, choć uważam, że to fascynujący świat, z bardzo wyjątkową hierarchią. Ale nigdy nie uważałem się za fotografa mody. Nie jestem nim, żeby być bardziej precyzyjnym. Dziwnie to mówić, kiedy wydaję książkę pełną modowych zdjęć! – śmieje się, rozmawiając z paryskim magazynem „Vogue”, przy okazji promocji albumu „Fashion Faux Parr” (wydawnictwo Phaidon).

Lisa Rinna, London, England, 2023
A life guard, Cuba, 2001

P L A Ż A

Pierwszą sesję modową zrobił w 1986 roku dla włoskiego magazynu mody „Amica”. – Zaprosili mnie, zgodziłem się i myślę, że podobało mi się to doświadczenie, ponieważ od tamtej pory tak naprawdę nigdy nie przestałem. Ale spokojnie: nie jest to moje zajęcie na pełen etat! Nie tak jak prawdziwi fotografowie mody – zapewnia.

Wówczas jeszcze budował swoją pozycję: najpierw w czerni i bieli, a następnie na początku lat 80. zaczął fotografować w kolorze. Mniej więcej w tym czasie jego prace były wystawiane w Rencontres d’Arles, co pozwoliło mu opuścić rodzinną Wielką Brytanię i osiedlić się we Francji. Całkowicie otworzyło mu to drzwi do branży, którą najbardziej lubi za to, że „bardzo dobrze płacą”. Wtedy właśnie, po obejrzeniu jego zdjęć, zadzwoniła „Amica”. Od tego pierwszego zlecenia zainteresowanie modą Parra ewoluowało. – Muszę przyznać, że to całkiem fascynujący świat. Wszyscy są piękni, na sesjach zawsze tłoczno, ludzi zawsze jest za dużo. Bardzo irytują mnie ci, którzy robią fryzurę i makijaż, bo zawsze zajmuje to mnóstwo czasu. Mają tendencję do myślenia, że ​​są ponad innymi. Ciągle z nimi walczę, żebym mógł zacząć wcześniej. Ale przede wszystkim teraz lepiej rozumiem, jak działa branża modowa… – opowiada po latach.

Zauważa przede wszystkim, że to bardzo konsumpcyjny świat. A jeśli w świecie fotografii istnieje krytyk społeczeństwa konsumpcyjnego, jakim jest ktoś taki, jak on, to jakim cudem ten biznes zaprosił go do środka? – Nie wiem, dlaczego ludziom z tego świata podobają się zdjęcia, które robię. Ale prawdą jest, że ostatnio współpracowałem z markami modowymi częściej niż kiedykolwiek wcześniej, mimo że nie jestem fotografem mody i nie mam zielonego pojęcia o modzie. To prawdopodobnie zaleta: nie kopiuję najnowszych trendów. Po prostu używam własnego języka – ocenia w „Guardianie”.

Całkiem niedawno, za czasów Alessandro Michele, zrobił kilka głośnych kampanii dla Gucci. Reklamy zegarków, w dziewięciu różnych miejscach na świecie, od Tokio, przez Hongkong, po Los Angeles, czy lookbook w kilku hotelach w Cannes i na plażach Lazurowego Wybrzeża. – Kocham plażę. Ludzie są tam zrelaksowani, są sobą – Parr mówi magazynowi „AnOther”. – Na każdej plaży ludzie zachowują się inaczej. Jeśli pójdziesz na plażę w Brazylii nie noszą praktycznie niczego; w Indiach pływają, zwłaszcza kobiety, ubrani. Uwielbiam te dziwactwa i różnice.

Cannes i jego zapadająca w pamięć promenada okazały się szczególnie fotogeniczne, w dużej mierze dzięki zamożnej klienteli, uchwyconej w całej okazałości mocnej opalenizny w kolorze orzecha dzięki charakterystycznemu obiektywowi z lampą błyskową pierścieniową. – Często spotykaliśmy bogate starsze panie, które natychmiast chciały brać udział w zdjęciach… To naprawdę było jak prezent – uśmiecha się.

U B R A N I A 

Swoim podejściem do fotografii ubrań stara się uciec od blichtru i przepychu, sprawić, by moda wyglądała bardziej autentycznie. – Ten trend na prawdę i autentyczność jest oczywiście po mojej stronie. Nagle ludzie zajmujący się modą są bardziej zgodni ze mną, a nie odwrotnie. Cóż, to dla mnie nowość. Ale tak serio, nie analizuję takich rzeczy – w ogóle mnie to nie interesuje. Po prostu robię zdjęcia –  deklaruje.

Jacquemus, Château de Versailles, France, 2023

Czy widzi różnicę w fotografii dokumentalnej i fotografii ubrań? – Współpracując z marką modową realizujesz czyjeś plany – dlatego otrzymujesz wynagrodzenie, tak działa system. Produkty te są na ogół bardzo drogie i nie są tymi, które bym kupił, ale rozumiem zasady gry. Musisz wykorzystać wiedzę i spróbować zrobić ciekawe zdjęcia w ramach określonych wytycznych i nadać im pewną wiarygodność. Ale dla mnie i jedna, i druga fotografia się nie różnią. Wszystko, co robię, jest takie samo! Czy to zdjęcia robione na pokazach mody, czy zamówienia dla marek, czy autorskie projekty poza tą branżą… Wierzę, że mimo tego wszystkiego pozostaję outsiderem. Uwielbiam tę pozycję! A poza tym, jestem już stary, czasopisma nie zajmują się starymi gałęziami. Szukają młodych, rozwijających się talentów. A ja jestem w hali odlotów życia – mówi.

Lubi fotografować ubrania ponadczasowe, które tak szybko się nie zestarzeją. Ale osobiście są mu one całkowicie obojętne: – Wybór, w co się ubrać, zajmuje mi 20 sekund. Mam bardzo nudną garderobę złożoną z kraciastych koszul z krótkim rękawem, zwykłych spodni lub dżinsów. Kupiłem kiedyś markowy sweter Paula Smitha, który do dziś czasem noszę. A Gucci dał mi garnitur, co było bardzo miłe. Jest niebieski, tak rzucający się w oczy, jak to tylko możliwe. Założyłem go na kolację w Hongkongu. Czekam na odpowiednią okazję, żeby założyć ją ponownie.

Martin Parr: „Uwielbiam twórczość Viviane Sassen i Juergena Tellera. Lubię tych, którzy mają odwagę wyjść poza to, o co proszą ich ludzie z modowej branży”
Martin Parr: „Uwielbiam twórczość Viviane Sassen i Juergena Tellera. Lubię tych, którzy mają odwagę wyjść poza to, o co proszą ich ludzie z modowej branży”
Martin Parr: „Uwielbiam twórczość Viviane Sassen i Juergena Tellera. Lubię tych, którzy mają odwagę wyjść poza to, o co proszą ich ludzie z modowej branży”
Martin Parr: „Uwielbiam twórczość Viviane Sassen i Juergena Tellera. Lubię tych, którzy mają odwagę wyjść poza to, o co proszą ich ludzie z modowej branży”

Gdyby wybierał się na imprezę lub wernisaż, prawdopodobnie założyłby koszulkę z podobizną Roberta Mugabe lub Baracka Obamy. Zbiera różne gadżety związane z dyktatorami i prezydentami, więc koszula Mugabe pasuje do kolekcji. Zdradza: – Miałem koszulki z Obamą uszyte z materiału, który kupiłem w Mali. Nadal szukam kurtki Mugabe – przeszukuję eBay od 20 lat – ale teraz, kiedy go już nie ma na świecie, podejrzewam, że nigdy jej nie kupię.

W Ł O C H Y

Uważa, że najlepiej ubrani ludzie na świecie są we Włoszech. – Oni mają wyczucie… Ale nie przywiązuję do tego dużej uwagi. Jestem najgorzej ubraną osobą jaką znam. Nie staram się wtopić w tłum nosząc szary strój, ani nie wykorzystuję specjalnie małego aparatu. Ubieram się na modowe sesje zdjęciowe tak samo, jak na co dzień – powtarza. – Kocham Włochy. Jest tam pięknie, a jedzenie jest takie dobre… Uwielbiam robić tam zdjęcia. Włochy przebija tylko Japonia. To kraj jednocześnie całkowicie szalony i fascynujący. Nie znam drugiego takiego na świecie – ocenia.

Woli robić zdjęcia w terenie, nie w studio. Bo jest ciekawiej. – Przede wszystkim fotografia mody pozwala mi finansować wszystko inne, co robię! Na przykład praca dla Gucci jest bardzo opłacalna. I szczerze mówiąc, to, co zrobiłem dla tego domu mody, jest jednym z moich ulubionych zleceń, obok sesji dla Jacquemusa. Kiedy masz coś fajnego do sfotografowania, zawsze jest lepiej. To, że nie znam się na modzie, wtedy nie jest problemem. Dzięki temu, zdjęcia będą w rzeczywistości o wiele bardziej wyjątkowe – tłumaczy.

Gucci menswear Cruise 2019 look book, Cannes, 2019
Gucci menswear Cruise 2019 look book, Cannes, 2019

M O D E L  K I

Przez ostatnich 20 lat jako fotograf dokumentalny często uwieczniał pokazy mody i nie kryje, że bardzo mu to odpowiada. – Wszystkie zamożne osoby, które, ogólnie rzecz biorąc, są tam, żeby się pochwalić, są bardzo fotogeniczne, nieskrępowane i chętnie dają się portretować. Czego tu nie lubić? – pyta retorycznie.

Jednak na ostatnich pokazach, które fotografował, atmosfera była zupełnie inna: – Nikogo nie zdziwi fakt, że wszystkie modelki korzystały z telefonów, zamknięte w swoich małych światach. Zrobienie wtedy przyzwoitego zdjęcia jest nie lada wyzwaniem. To zabawne, ponieważ zanim pojawiły się smartfony, modelki zawsze miały w rękach banany, które jadły, a które jakby im się wymykały. Teraz zamiast tego trzymają komórki. Zastanawiam się, czy dają im to samo pożywienie.

Wielu gwiazd mody w ogóle nie zna. Nie obchodzi go, kim są. Supermodelka Cara Delevigne? Nie ma pojęcia kto to jest, choć jej zdjęcie jest wśród 250 innych na stronach jego „Fashion Faux Parr”, pierwszej w karierze monografii obejmującej ponad 25 lat pracy dla świata mody. Zresztą, w książce, jak przyznaje, jest kilka bardzo znanych modelek, których on nie zna. Nie interesują go takie szczegóły. Najbardziej w modzie lubi fotografować… akcesoria. – Akcesoria są świetne, naprawdę można się nimi pobawić, można je wszędzie postawić. I muszę przyznać, że jest łatwiej. Ale nie ze wszystkimi! Na przykład okulary przeciwsłoneczne to piekło do fotografowania. Musisz być wyjątkowo sprytny, aby nie zostać zauważonym w odbiciu – zdradza.

F O T O G R A F O W I E

Niektórzy zarzucają mu, że jego modowe zdjęcia pokazują bohaterów w krzywym zwierciadle, że ich autor czasami jest po prostu złośliwy. On sam niekoniecznie określiłby swoją pracę jako satyryczną, chociaż próbuje zilustrować sprzeczności. Po prostu, jak mawia, pokazuje rzeczy tak, jak je znajduje. I dobrze się bawi, krytykując świat mody za jego powierzchowność. W jego oczach, niemal tak samo zafascynowanych, jak i rozbawionych tym, co obserwuje, teatralność i kolory tego ultrakonsumpcyjnego przemysłu są jeszcze bardziej uderzające. Spogląda na ten świat, czasem intymnie, czasem satyrycznie i antropologicznie.

Zdaje sobie jednak sprawę, że ten dystans do branży, to jest powód, dla którego jego kariera w modzie nigdy tak naprawdę nie nabrała rozpędu. – Tak, wykonuję zlecenia dla marek tu i ówdzie, ale nigdy nie byłem zarzucony pracą, bo nie szukam w modzie piękna, jak na przykład Steven Meisel – wyjaśnia.

Czy wśród fotografów, których podziwia, są fotografowie mody? Uwielbia twórczość Viviane Sassen i Juergena Tellera. Lubi po prostu tych, którzy mają odwagę wyjść poza to, o co ich proszą. – Oboje mają swoje własne światy i udaje im się sprawić, że współistnieją ze światem modowym. A potem na boku kontynuują pracę dokumentalną, którą finansują dzięki sesjom mody – chwali Sassen i Tellera. Bo on sam działa podobnie.

Ascot, 2003

Z U C H W A Ł O Ś Ć

Choć Martin nie jest typem artysty opowiadającego z emfazą o tym, jak powstawało każde ze zdjęć, to jego podejście do komponowania ujęć okazuje się dość zaskakujące. – To, czego nie pokazuję, to obrazy, na których fotografowane osoby patrzą na mnie. W większości przypadków, gdy bohater patrzy w obiektyw, kompletnie psuje to kadr. Robię wiele nieudanych zdjęć, podobnie jak inni; w rzeczywistości, rejestruję ich pewnie więcej, niż większość fotografów, ponieważ wykonuję ich naprawdę dużo – nie kryje.

Dużym wyzwaniem w spontanicznej fotografii, którą uprawia, jest unikanie bałaganu w kadrze. Ale i w tym wypadku, jego zdaniem wszystko sprowadza się do ciężkiej pracy i szczęścia. – Trzeba zrobić najlepsze zdjęcie, jakie da się wykonać w danej sytuacji… Czasami się to udaje, a czasami nie. Nie poprawiam swoich ujęć w Photoshopie. Jestem jednak niezwykle wytrwały. Jeśli chcesz być fotografem podobnym do mnie, musisz mieć obsesję na punkcie robienia zdjęć. Nie ma innego wyjścia – radzi.

Martin Parr: „Czy kiedykolwiek obawiałem się zaszufladkowania? Ludzie, którzy mnie zatrudniają, mają wobec mnie konkretne oczekiwania, które staram się spełniać”
Martin Parr: „Czy kiedykolwiek obawiałem się zaszufladkowania? Ludzie, którzy mnie zatrudniają, mają wobec mnie konkretne oczekiwania, które staram się spełniać”
Martin Parr: „Czy kiedykolwiek obawiałem się zaszufladkowania? Ludzie, którzy mnie zatrudniają, mają wobec mnie konkretne oczekiwania, które staram się spełniać”
Martin Parr: „Czy kiedykolwiek obawiałem się zaszufladkowania? Ludzie, którzy mnie zatrudniają, mają wobec mnie konkretne oczekiwania, które staram się spełniać”

Ma jeszcze dwie praktyczne rady dla młodych portrecistów: – Podejdź bliżej. Oglądam wiele zdjęć, które wykonano po prostu ze zbyt dużego dystansu. A przede wszystkim, bądź odważny, a nawet zuchwały. Nie ma drogi na skróty, fotografowanie ludzi jest trudne i dlatego jest ciekawe.

A rady techniczne? Jego zdaniem, można by mówić, że technicznie jest teraz łatwiej być fotografem, bo nie trzeba już pracować nad ekspozycją itd. – aparaty robią to wszystko za nas. Ale trudniej jest znaleźć wyjątkową historię, nasz własny, wyjątkowy stosunek do świata. Chociaż technicznie jest to łatwiejsze i istnieje więcej platform fotograficznych niż kiedykolwiek wcześniej, uzyskanie dobrych zdjęć i posiadanie osobistej wizji nigdy nie będzie łatwe, bo w ten sposób można odróżnić dobrych fotografów od znakomitych.

W 2006 roku zaczął używać aparatów cyfrowych. Czy zmieniły jego metody pracy? – Tak, znacznie ułatwiły życie. Pierwszą zaletą jest oczywiście to, że nie muszę zmieniać kliszy co 10 zdjęć, jak to miało miejsce w przypadku moich średnioformatowych aparatów na kliszę. Uzyskuję porównywalną jakość i na jednej karcie mogę zapisać 520 zdjęć. Nie mogę już zrzucać winy na to, że po zmianie kliszy przegapiłem świetne ujęcie. I oczywiście widzę swój obraz z tyłu aparatu, więc wiem, co otrzymuję. To dla mnie objawienie – wyjaśnia w rozmowie z magazynem wydawanym przez Canon.

Album „Fashion Faux Parr”, wydawnictwo Phaidon. 304 strony, cena: ok. 190 zł

K I C Z 

Dziś, gdy z okazji premiery swojej modowej fotoksiążki wspomina początki, wyznaje, że był zaskoczony, zleceniem włoskiej „Amici”. – Ale pomyślałem, że podejmę to wyzwanie i nigdy nie oglądałem się za siebie – zapewnia. Obecnie Parr odcisnął swoje piętno w historii mody – od kampanii marek wysokiej klasy i portretów po sesje dla magazynów i zdjęcia zza kulis pokazów mody. To jego własny wszechświat bez względu na to, czy pracuje jako fotograf dokumentalny, czy fotograf mody: zdjęcia starych ludzi, skarpetki i sandały, butelki keczupu, zła pogoda i słoneczne mecze tenisowe, świąteczne kolacje, plaże pełne nadmiernie opalonych ludzi i dużo jedzenia…

W swojej twórczości świadomie skorzystał z języka fotografii komercyjnej, gdzie obiekt jest jasno oświetlony lampą błyskową, a kolory nasycone. Chodziło o to, aby przechwycić język reklamy i mody, i zastosować go w fotografii dokumentalnej. To w latach 80. było nowe. – Ale nie mam zamiaru rościć sobie prawa do wyłączności w tej kwestii. Wiele innych osób eksperymentowało na tym terytorium. Po prostu uczyniłem to częścią mojej mantry i wyszło bardzo dobrze – mówi.

Lampa błyskowa pierścieniowa, której używa w dzień, nadaje obiektom surrealistyczny wygląd i intensywne kolory, co bardzo mu się podoba: – Tworzę fikcję z rzeczywistości, więc w pewnym sensie pomaga to zdystansować rzeczywistość od zdjęć. Nadal często korzystam z połączenia obiektywu szerokokątnego i lampy pierścieniowej. W moim przypadku to raczej nie kwestia techniczna, bardziej estetyczna.

A co do estetyki… Kicz to słowo, którym często określa się jego twórczość. Jak to odbiera? – Jestem zaszczycony! Nie mam problemu z tym słowem, które niezmiernie jest dla mnie trudne do zdefiniowania. Nazywanie mnie kiczowatym to największy komplement – odpowiada.

A co go wciąż napędza, by pracować? Ciekawość? – Och, myślę, że tak. Fascynuje mnie świat, w którym żyjemy, i to, jak mogę go zinterpretować i przekształcić w obrazy. Nie jest to łatwe zadanie, ale jestem tym procesem tak samo podekscytowany, jak 50 lat temu. Nie mogę się powstrzymać – podsumowuje.

Kopiowanie treści jest zabronione