Posłuchaj
Dlaczego „The Ballad of Sexual Dependency” („Ballada o uzależnieniu seksualnym”) przetrwała w XXI wieku? Co więcej, zdaje się, że 40 lat po pierwszej publikacji i ponad 20 kolejnych edycjach, wartość książki rozkwita. Jej wpływ na fotografię i inne dziedziny estetyki stale rośnie, czyniąc ją klasyką współczesnej sztuki.
Cykl fotografii, które stworzyła Nan Goldin w latach 70. i 80. XX wieku, pokazuje nowym widzom awanturniczą scenę artystyczną Nowego Jorku i pokolenie stracone przez AIDS. To codzienne życie, często w intymnych szczegółach, osób z najbliższego otoczenia, przyjaciół i kochanków artystki. Prace przedstawiają sceny nagości, akty seksualne, zażywanie narkotyków oraz skutki przemocy wobec kobiet – również wobec niej samej. Przenikliwy smutek, cierpienie, głębokie pokłady empatii i niezachwiana szczerość robią wrażenie nawet dziś.
– Uwielbiam tę książkę. Zdumiewa mnie, że wciąż rezonuje na świecie. Od tamtej pory przeżyłam wiele żyć. Lata „The Ballad” to było prawdopodobnie życie, które ukształtowało mnie najbardziej. Nadal wierzę, że te zdjęcia oddają prawdę o tamtych czasach – ocenia urodzona w Waszyngtonie w 1953 roku fotografka, która uwiecznia swoje życie odkąd skończyła szesnaście lat.
SLAJDY
Jak to się zaczęło? – Główną motywacją do pracy jest obsesja na punkcie pamięci. Zostałam poważną fotografką, kiedy zaczęłam pić, ponieważ następnego ranka chciałam zapamiętać wszystkie szczegóły moich doświadczeń. Ponieważ nie miałam ciemni i nie mogłam wywołać klisz, zaczęłam robić pokazy slajdów – wspominała przed laty w rozmowie z wydawcą i projektantem albumów fotograficznych, Markiem Holbornem, przedrukowanej w książce „Aperture Conversations: 1985 to the Present”.
Jej najsłynniejszy cykl, ale i dzieło sztuki definiujące lata 80., obszerne studium fotograficzne, przedstawiające jej wybraną rodzinę – jej „paczkę”, jak sama określa, nie zaczęło się od książki, ale od 45-minutowego pokazu slajdów wyświetlanego w klubach i barach Nowego Jorku, gdzie Goldin i jej przyjaciele pracowali i bawili się.
Pokaz zawierał ponad 700 zdjęć i ścieżkę dźwiękową w wykonaniu takich artystów, jak m.in. Velvet Underground, James Brown, Nina Simone, Yoko Ono, Maria Callas i Charles Aznavour. Goldin zaczęła tworzyć prezentacje slajdów, aby dzielić się zdjęciami z przyjaciółmi, którzy byli ich bohaterami: kobiety maltretowane i kobiety, które były ofiarami przemocy seksualnej, prostytutki, panny młode i matki, dzieci z rodzicami, drag queens, samotni mężczyźni, wiele par… – Lubię odbitki, ale nie czczę fotografii jako przedmiotów. Interesuje mnie treść. Pokaz slajdów pozwala mi jaśniej wyrażać moje intencje poprzez zestawienie tekstu utworów muzycznych z obrazem – wyjaśniła Holbornowi.
Regularnie edytowała te prezentacje, a w miarę jak nowe wersje widziano w kolejnych barach, klubach nocnych i przestrzeniach artystycznych, grono odbiorców rosło. I rozgłos. Aż w 1985 roku pokaz slajdów został wybrany do prezentacji na Whitney Biennial, najważniejszej i najdłużej działającej wystawie sztuki współczesnej w USA, organizowanej co dwa lata przez Whitney Museum of American Art w Nowym Jorku.
W następnym roku współpracowała już z kuratorem Marvinem Heifermanem, aby zmontować i skompresować cykl do 127-zdjęciowego albumu fotograficznego o tym samym tytule. „The Ballad of Sexual Dependency” wydany przez Aperture zachwycił nie tylko odbiorców, ale i krytyków.
„New York Times” napisał w recenzji: „Tym, czym »The Americans« Roberta Franka było dla lat 50., tym »The Ballad of Sexual Dependency« Nan Goldin jest dla lat 80. Autorka, w wieku 33 lat, stworzyła artystyczne arcydzieło, które mówi nam nie tylko o postawach jej pokolenia, ale także o czasach, w których żyjemy”. „Artforum” nazwał książkę „operą żebraczą współczesności”, a „Village Voice” określi ją „jednocześnie pamiętnikiem i operą mydlaną”. Wszyscy byli zgodni, że to jedno z najważniejszych dzieł fotograficznych ostatnich lat.
W tekście wstępnym do książki Goldin opisała, że jest ona „wizualnym pamiętnikiem do podzielenia się ze światem”. Ale gdy zainteresowania Roberta Franka były w dużej mierze dokumentalne, ona stanowczo twierdziła, że jej zdjęcia „pochodzą z relacji, nie z obserwacji” i zamieściła wiele autoportretów. „Powszechnie uważa się, że fotograf jest z natury podglądaczem, ostatnim zaproszonym na imprezę. Ale ja się nie włamuję; to moja impreza. To moja rodzina, moja historia” – wyjaśniła.
AIDS
Choć „The Ballad” celebruje życie ludzi z otoczenia artystki, to jednak, jak sugeruje tytuł, opowiada również o „walce między autonomią a zależnością”, zarówno emocjonalną, jak i fizyczną – czasem z substancjami uzależniającymi, ale głównie z innymi ludźmi, czy to przyjaciółmi, czy kochankami.
Na jej zdjęciach ludzi na imprezach, w barach, wylegujących się, uprawiających seks, na plaży i jadących pociągami w Nowym Jorku, Provincetown i Berlinie, Goldin wypatrzyła i uchwyciła radość i ból tych, którzy wypełniali jej życie, z których wielu było queer, zażywało narkotyki lub w inny sposób nie dostosowywało się do „tradycyjnych” norm (sama Goldin była w tym czasie pracownicą seksualną, jak niedawno ujawniła). Te same osoby pojawiają się raz po raz – David Armstrong, Greer Lankton, Cookie Mueller, Suzanne Fletcher, Sharon Niesp i ktoś zidentyfikowany jedynie jako Brian, wieloletni chłopak Goldin.
Prawdopodobnie najsłynniejszym zdjęciem z książki jest autoportret przedstawiający mocno posiniaczoną twarz Nan, z jednym okiem niemal zamkniętym. Podpis głosi: „Nan po pobiciu, 1984”. Brian przeczytał jej pamiętniki i wpadł w taką złość, że pobił ją niemal do utraty wzroku. Zdjęcie stało się przykładem fotografii jako środka przetrwania i katharsis. Zrobiła je, aby przypomnieć sobie, żeby nigdy do Briana nie wracać.
Gdy jej kariera nabierała rozpędu, pogrążała się coraz bardziej w uzależnieniu. – Impreza się skończyła, ale nie mogłam przestać – powiedziała w filmie dokumentalnym „I’ll Be Your Mirror” z 1995 roku. – Siedziałam zamknięta na poddaszu, wciągając narkotyki, miesiącami nie widząc światła dziennego.
W 1988 roku trafiła do kliniki odwykowej pod Bostonem i wytrzeźwiała. Po powrocie do Nowego Jorku odkryła, że wielu jej znajomych zaraziło się HIV.
„The Ballad” nabrała nowego znaczenia jako portret zżytej społeczności queer tuż przed falą zniszczenia, jaką była epidemia AIDS. – Kiedyś myślałam, że nigdy nikogo nie stracę, jeśli będę ich wystarczająco często fotografować. W rzeczywistości moje zdjęcia pokazują mi, jak wiele straciłam – powiedziała Goldin w „I’ll Be Your Mirror”. – Dopiero w pierwszym roku mojej trzeźwości zmierzyłam się z rzeczywistością, obserwując śmierć kilku moich przyjaciół. Fotografowałam niektórych z nich, gdy byli chorzy, aby spróbować utrzymać ich przy życiu i zostawić ślady ich życia. Wtedy zdałam sobie sprawę, jak niewiele fotografia może zachować.
W 1989 roku została kuratorką pierwszej wystawy sztuki w Nowym Jorku poświęconej AIDS. „Świadkowie: przeciwko naszemu znikaniu” obejmowała prace m.in. Davida Armstronga, Lorca diCorcii, Petera Hujara, Kiki Smith i Davida Wojnarowicza. „Często ogarnia mnie wściekłość z powodu mojego poczucia bezsilności w obliczu tej zarazy” – napisała Goldin w jednym z esejów katalogu wystawy. „Chcę dodać sił innym, zapewniając im forum do wyrażania żalu i gniewu w nadziei, że ten publiczny rytuał żałoby może być oczyszczający w procesie zdrowienia, zarówno dla tych z nas, którzy są chorzy, jak i dla tych, którzy przeżyli”.
Katalog został ocenzurowany z powodu pełnych furii słów Wojnarowicza, które wywołały oburzenie i wyprowadziły ludzi na ulice. Ale wystawa pomogła położyć podwaliny pod przyszłą organizację świata sztuki wokół AIDS.
BÓL
Gdy w kolejnych latach pokaz slajdów „The Ballad” podróżował po muzeach na całym świecie, a także wychodziły kolejne edycje książki, Goldin na przemian robiła zdjęcia i walczyła o siebie w ośrodkach odwykowych: tym razem uzależniona od środków przeciwbólowych i fenantylu. Po drodze została aktywistką walczącą z rodziną Sacklerów („której nazwisko znałam z muzeów i galerii”, a której farmaceutyczna firma, Purdue Pharma, produkowała OxyContin), odpowiedzialną za epidemię, ból i późniejszą śmierć setek tysięcy Amerykanów.
Zaangażowana w działalność nowej grupy PAIN (Prescription Addiction Intervention Now) walczyła o zakazanie OxyContinu, odszkodowania dla ofiar i wycofanie się muzeów ze współpracy z Sacklerami, którzy – jak głosiła – „prali swoje krwawe pieniądze w muzeach i na uniwersytetach na całym świecie”. Wiele placówek od tamtej pory odmówiło przyjęcia darowizn od Sacklerów i usunęło ich nazwisko ze swoich murów.
Ta walka jest świetnie pokazana w dokumencie „Całe to piękno i krew”, który zdobył Złotego Lwa na festiwalu w Wenecji i nominację do Oscara, a jego bohaterka wróciła na szczyt. Jej wystawy jeżdżą po świecie, wydała inne albumy, ale wciąż najbliższy jej sercu pozostał pierwszy projekt. Gdy ukazało się najnowsze wydanie „The Ballad of Sexual Dependency”, ponownie aktualizowała posłowie. „Ważne jest dla mnie, aby robić to co dziesięć lat. Przedmowa jest na zawsze, to prawdziwa narracja tego dzieła. Tak jak nieustannie reedytuję moje pokazy slajdów, tak chcę nadal aktualizować zapis mojego życia” – wyjaśniła.
Niezmienne jest jedno: zrobiła zdjęcia do tej książki, żeby nostalgia nigdy nie zabarwiła jej przeszłości. „Chciałam stworzyć zapis życia, którego nikt nie będzie mógł zmienić: nie bezpieczną, idealną wersję, ale relację z tego, jak rzeczy naprawdę wyglądały, jak się je odczuwało i jak pachniały. Nie sądzę, żebym w tym wieku i w tym ciele mogła żyć tak, jak wtedy. Wymagało to pewnego poziomu nieustraszoności, dzikości, szybkich zmian – ubrań, przyjaciół, kochanków, miast” – czytamy.
Gdy po latach zastanawia się, o co chodzi tym, którzy mówią, że książka im pomogła, jest przekonana, że pokazała młodym ludziom, że istnieje inny sposób na życie, że „nie muszą godzić się z normą, która ich rani, której nie czują się częścią, która ich niszczy”. Jej zdaniem, książka dała lustro tym dzieciom, które nie miały odbicia siebie w otaczającym je świecie. Teraz wiedziały, że nie są same.
ŚMIERĆ
Powszechnie mówi się, że „The Ballad” opowiada o ludziach „zmarginalizowanych”. Goldin zaprzecza: „Nigdy nie byliśmy marginalizowani. Byliśmy całym światem. Byliśmy swoim własnym światem i nie obchodziło nas, co myślą o nas »hetero« ludzie. Sprawiłam, że moja ekipa stała się supergwiazdami, a »The Ballad« podtrzymuje ich dziedzictwo”.
W latach 80. istniała wolność i poczucie nieśmiertelności, które skończyły się wraz z tą dekadą. „AIDS roztrzaskał Ziemię. Wraz ze śmiercią wszystkich wszystko się zmieniło. Nasza historia została przerwana. Straciliśmy całe pokolenie. Straciliśmy kulturę. Straciliśmy nie tylko aktorów, straciliśmy także publiczność. Niewielu zostało ludzi o takiej intensywności. Był pewien stosunek do życia, który już nie istnieje, wszystko zostało wyczyszczone” – pisze fotografka we wstępie nowego wydania książki.
Przyznaje, że gdy ostatnio pracuje ze zdjęciami swoich dawnych przyjaciół, czuje, jakby byli zamrożeni w bursztynie: „Przez długi czas zapominam, że ich nie ma na tej planecie. Ale zdjęcia pokazują mi, jak wiele straciłam; ludzie, którzy znali mnie najlepiej, ludzie, którzy nosili w sobie moją historię, ludzie, z którymi dorastałam i z którymi planowałam się zestarzeć, odeszli. Zabrali ze sobą moją pamięć. Zdjęcia się nie zmieniły. Ale Cookie nie żyje. David nie żyje. Greer nie żyje. Kenny nie żyje. Rozmawiam z nimi cały czas, ale oni już nie odpowiadają. Żałoba się nie kończy, trwa. Ta książka jest teraz zarówno tomem straty, jak i balladą o miłości”.
INTYMNOŚĆ
Przyznaje, że jej poglądy na temat relacji i współzależności w związkach zmieniły się na przestrzeni dekad. „Nadal nie robię emocjonalnego rozróżnienia między przyjaciółmi a kochankami. Ale nie chcę tej samej krępującej intymności, której potrzebowałam w przeszłości. Nie potrzebuję nikogo, kto by udowadniał, że istnieję. W moim domu nie ma Nan Goldin, jest tylko Nan” – podkreśla.
Nie zmienił się jej pogląd, że mężczyźni i kobiety są sobie nieodwołalnie obcy, nie do pogodzenia, niepasujący, niemal jakby pochodzili z różnych planet, mają ogromne trudności ze zrozumieniem siebie: „Ale mimo wszystko istnieje silna potrzeba bycia ze sobą; nawet jeśli związki są destrukcyjne, ludzie trzymają się razem. To reakcja biochemiczna, która stymuluje tę część mózgu, którą zaspokaja jedynie miłość, heroina czy czekolada. Miłość może być uzależnieniem”.
Przez wiele lat trudno jej było zrozumieć emocje mężczyzn; nie wierzyła, że są wrażliwi, widziała tylko siłę i agresję, nie uznając ich lęków i uczuć. Ale dziś widzi i rozumie odrębność języków, którymi posługują się mężczyźni i kobiety.
Tym bardziej stanowczo odrzuca głosy krytyków, którzy „The Ballad” widzą w bardzo uproszczony sposób: że chodzi tylko o narkotyki i seks. – Obawiałam się, że stanie się to podglądackim filtrem, przez który cała moja praca będzie oglądana. Ale pokazanie tych zdjęć w całości, 40 lat po premierze książki, to potwierdzenie, że pragnienie transformacji i trudność w nawiązywaniu kontaktów i wchodzenia w związki są wciąż obecne w naszym świecie – oceniła, zapowiadając jednocześnie nową wystawę „The Ballad of Sexual Dependency” w Gagosian w Londynie, która potrwa do 21 marca.
PAMIĘĆ
Ekspozycja po raz pierwszy w historii jest zaprezentowana w Wielkiej Brytanii w całości. Zawiera 126 fotografii wykonanych w latach 1973–1986 i stanowi wnikliwą refleksję na temat płci, intymności i władzy, powszechnie uważaną za opus magnum Goldin.
– Wszyscy opowiadamy historie, które są jakimiś ich wersjami – zapamiętanymi, zamkniętymi w kapsułach czasu, powtarzalnymi i bezpiecznymi. Prawdziwa pamięć, którą wywołują te obrazy, to przywołanie koloru, zapachu, dźwięku i fizycznej obecności, gęstości i smaku życia – autorka zachęca do obejrzenia ekspozycji. – Moje zdjęcia to moja forma kontroli nad życiem. Pozwala mi obsesyjnie zapisywać każdy szczegół. Pozwala mi pamiętać.
Przyznaje, że fotografia była dla niej „odkupieńcza, pomogła śledzić jej własne upadki i odbudowę”. Ale przez wiele ostatnich lat nie sięgała po aparat, chyba że po to, by fotografować niebo. Straciła potrzebę fotografowania swojego życia i ludzi w nim obecnych. Zdjęcia przestały być jej pamiętnikiem. Ale podczas kwarantanny związanej z COVID-19, po raz pierwszy od lat zaczęła fotografować nową przyjaciółkę, młodą pisarkę Thorę Siemsen. – Chciałam pokazać jej urodę. To fascynujące, jak bardzo twarz może się zmienić w ciągu roku, gdy spojrzy się na kogoś wystarczająco głęboko i jak stopień intymności wpływa na zdjęcie – tłumaczy.
A co z „The Ballad”? Żyje własnym życiem, rośnie i się zmienia. – To moje „Źdźbła trawy” (zbiór poezji Walta Whitmana, stopniowo przez autora rozbudowywany, pierwsza wersja liczyła 95 stron, ostatnia – ponad 400 – przyp. red.), stale aktualizowane i poprawiane – uśmiecha się.
Dodaje: – Wciąż jestem pod wrażeniem, że kolejne pokolenia odnajdują w „The Ballad” swoje historie, podtrzymując ją przy życiu. Kiedy byłam dzieckiem, myślałam: „Co za strata, jeśli nie zostawię po sobie śladu na świecie”. Dzięki „The Ballad” znalazłam sposób, by zostawić ślad. ﹡