Najpilniej strzeżona tajemnica fotografii ulicznej – tak media piszą o 40-letniej spuściźnie Marvina E. Newmana, który zmarł w ub.r. w wieku 96 lat. Bo mimo bogatego portfolio, uwieczniającego amerykańskie miasta w olśniewających kolorach, fotograf żył w zapomnieniu. – To część klątwy – mówił „Time’owi”, nie do końca rozumiejąc, dlaczego ktoś, kto zrobił tak wiele i był pionierem w wielu aspektach fotografii, nie cieszył się uznaniem poza małym, choć prestiżowym, kręgiem kolekcjonerów.
Ten rodowity nowojorczyk wyróżniał się od początku niesamowitym wyczuciem tego, czego konkurenci jeszcze nie zauważali. – Chciałem zmienić świat za pomocą moich fotografii – wyznał krótko przed śmiercią, dodając, że to, co dawało mu siłę przez całą karierę, to zawziętość i ambicja. Bo uwielbiał konkurować z innymi już od dzieciństwa. – Pamiętam – nie mogłem mieć więcej niż siedem lub osiem lat – były tam wszystkie dzieciaki z sąsiedztwa i postanowiliśmy ścigać się dookoła przecznicy. I pokonałem wszystkich – wspominał. Od tego czasu wielokrotnie był liderem.
O TYM, GDZIE DOJECHAŁ AUTOSTOPEM
Marvin E. Newman, syn rodziny piekarzy z Bronksu w Nowym Jorku, marzył o byciu malarzem lub rzeźbiarzem. Po drugiej wojnie światowej wybrał się więc autostopem do szkoły artystycznej w Chicago, Institute of Design na Illinois Institute of Technology, by zrealizować marzenie. – Cały dotychczasowe życie mieszkałem w dzielnicy handlowej, a to nie było miejsce, w którym chciałem być – wyjaśnił swoją ucieczkę z rodzinnego domu.
W Chicago znalazł jednak inny sposób na wyrażenie swoich ambicji: został fotografem. Studiował pod okiem Harry’ego Callahana i Aarona Siskina, fotografów o całkowicie odległej estetyce. Obaj mieli wpływ na jego styl i technikę. To wtedy nauczył się opowiadać wiele historii w jednym kadrze, co z czasem nadało twórczości Newmana filmowy charakter. Wtedy jeszcze jego kadry były czarno-białe.
Na początku studiów zatrudnili go w opiece społecznej Hull House i wysłali w teren, aby fotografował warunki życia w biednych dzielnicach Chicago. Dostał zadanie bez scenariusza, sam miał przemyśleć, co chce zrobić. – Miałem wnieść własny punkt wyjścia. Właśnie w tym czułem, że jestem mocny. Kiedy mnie zatrudniali, zawsze oczekiwali, że wrócę ze zdjęciem, po prostu więc robiłem swoje – opowiadał, jak ujawnił się jego talent do pokazywania bolesnych prawd za pomocą umiejętnej kompozycji.
O TYM, OD KOGO UCZYŁ SIĘ KOMPOZYCJI
Jeszcze w Chicago inspiracji szukał w sztuce. Kompozycji uczył się od malarzy, głównie Mondriana. Miał lekcje, podczas których brał prostokąt, kwadrat, czy jakikolwiek inny format, kładł coś na jednej stronie zdjęcia, a potem na drugiej stronie, aby to zrównoważyć. – Jeśli w jednym miejscu był niebieski, to w innym musiał być czerwony i tak dalej. Do dziś tak to postrzegam – mówił w 2017 roku w wywiadzie dla „Time’a”.
W 1952 roku jako jeden z pierwszych w historii uzyskał tytuł magistra fotografii w chicagowskim Institute of Design i wrócił do rodzinnego miasta. Podobnie jak wielu artystów wcześniej, zajął się kroniką Nowego Jorku. W przeciwieństwie do swoich poprzedników Newman wybrał fotografię kolorową jako najważniejsze medium do portretowania ludzi i energii metropolii, którą w latach pięćdziesiątych XX wieku jej mieszkańcy nazywali „największym miastem na świecie”.
– Zdecydowałem się używać koloru, aby udokumentować życie zwykłych ludzi, chociaż kolor nie był tym, czego oczekiwały muzea. Innym problemem było to, że film kolorowy był zbyt wolny. Potrzebne były szybkie obiektywy i wystarczająca ilość światła słonecznego. Mimo to wiedziałem, że nie tylko mogę odnieść sukces, ale zrobić coś lepszego niż to, co w fotografii było wcześniej – tłumaczył w rozmowie z „Guardianem”.
O TYM, JAK DOCENIŁ KOLOR
Miał to szczęście, że zaczynał w okresie złotej ery amerykańskich magazynów, a one potrzebowały dużo przyciągającej wzrok fotografii. Marvin E. Newman był jednym z pierwszych, którzy zrozumieli możliwości koloru i jego komercyjny charakter. Konkurenci wciąż faworyzowali film czarno-biały, bo był uważany za bardziej artystyczny, bardziej wyrafinowany, bardziej ceniony przez kuratorów, kolorowa klisza była zarezerwowana głównie dla mody i reklamy. On jako pierwszy kronikarz codzienności sięgnął po coś, czego nikt nie doceniał. I zrobił z tego sztukę.
– Lubię myśleć, że mam wiedzę, której nie mają inni fotografowie – wyznał tygodnikowi „Time”, tłumacząc, że zawsze postrzegał sprawy inaczej. – Muzea nie chciały kolorowych prac, bo nie miały archiwalnego charakteru. Nie obchodziło mnie to. Pracowałem tak, jak patrzyłem na świat.
Jednym z jego pierwszych zleceń – dla magazynu „Look” – było sfotografowanie meczu piłki nożnej na Uniwersytecie Tennessee. W kolorze. Pracował także z długim obiektywem – jednym z pierwszych – i pamięta wyzwanie i radość, jakie wiązały się z pracą na niezbadanych terytoriach. Z duchem modernizacji podchodził zarówno do nowych technologii, jak i zadań. – Chciałem przełamywać bariery. Tak jak czułem, tak zrobiłem – opowiadał.
Fotografując nowojorskie Wall Street dla magazynu „Esquire” w 1958 roku, stworzył teatralne, klimatyczne portfolio, które uchwyciło wzloty i upadki życia w świecie finansów. Ujęcie giełdy z lotu ptaka zostało sfotografowane przez otwór w suficie, przez który utworzył platformę, dzięki której mógł wystawać obiektyw. Połączenie lustrzanki filmowej 35 mm z obiektywem Zeissa biotar f2 i jego pomysłowości sprawiło, że uchwycił całą chaotyczną scenę. Efekt? Kakofoniczna plama złotej drewnianej podłogi i czarnych postaci, przypominających duchy z powodu powolnej ekspozycji i ich szybkości w wykonywaniu zadania na giełdowym parkiecie.
Fotografując festiwal św. Januarego w tzw. Małych Włoszech w Nowym Jorku, który organizują imigranci z Neapolu, Newman wspiął się na dachy kamienic, niczym Ojciec chrzestny, aby podziwiać rosnący tłum i konstelacje kolorowych świateł.
Uwielbiał uwieczniać życie miasta w kolorze, a jego ukochanym bohaterem był Nowy Jork. Rodzinną metropolię i jej mieszkańców portretował od lat 40., najchętniej nocą, w blasku latarni i neonów. Kolorowa klisza oddawała mu wszystko, co najlepsze. Miasto lśniło i kusiło barwami, jakich dotąd nie pokazywał nikt.
O TYM, JAK POKAZYWAŁ ŻYCIE
Media pokochały jego styl. Publikował w najważniejszych gazetach tamtych czasów, tj. „Vogue”, „Life”, „Time”, „Sports Illustrated”, „Playboy”, „Esquire” (lista jest długa), dzięki czemu jego portfolio jest bardzo różnorodne. Niezmienne jest w nim to, że powracał do cienia i faktury. Wysokokontrastowe sceny na plaży na Long Island na filmie Micro-File to mistrzowska klasa sugestywnych, abstrakcyjnych cudów półcieni. – Liczy się kompozycja. Im cienie są bliżej, tym bardziej stają się karykaturami ludzi. Są prawdziwe, ale trochę odbiegają od rzeczywistości, dzieje się wtedy coś naprawdę interesującego – mówił.
Od Times Square po Wall Street, od Broadwayu po Małe Włochy – żywe, oryginalne obrazy Newmana oferują świeże spojrzenie na znane miejsca Nowego Jorku, ale przede wszystkim wyjątkową energię i chaos życia w mieście oraz dramatyzm i skrajności, które łączą Nowy Jork. Tę samą nieskazitelną technikę i humanistyczną wrażliwość stosował też w innych miejscach w całych Stanach Zjednoczonych, w tym w Chicago, cyrku z lat 50. XX wieku; Las Vegas; na Alasce; i w odlotowej Kalifornii lat 60.; a także w fotografii sportowej, przedstawiającej takie ikony jak Cassius Clay i Pele.
Wszystkie dają unikalny dokument życia w miastach minionych dekad. Tym są cenniejsze, że miejsc, które uwiecznił, już nie ma…
Pod jego obiektywem ożyła kultura amerykańska, ze wszystkimi jej sprzecznościami i ambicjami. – Zawsze wielką frajdą było zobaczenie czegoś, czego wcześniej nie widziałem. Było łatwo, bo tak wiele części Stanów Zjednoczonych, to różnorodne kultury – deklarował.
W 1971 roku był na ranczu Mustang w Reno w Nevadzie – pierwszym licencjonowanym burdelu w stanie – a efektem był fotoreportaż, który ukazuje umiejętność delikatnego przedstawiania prawdy bez uprzedzeń. Chciał pokazać domowe rytuały prostytutek, które w czasie wolnym grały w karty lub słuchały muzyki. – Nie liczyłem na to, że cokolwiek ujawnię. Czekałem, żeby zobaczyć, o co im chodzi. A to, co widziałem, było zazwyczaj prawdą – wspominał.
Miał dar nadawania codziennym chwilom dramatyzmu, co najlepiej widać na zdjęciach z serii o Kalifornii zamówionej przez „Life’a” w 1966 roku, a zwłaszcza tych z Coney Island w latach 50. – Latem Coney Island przypominało Brighton w Anglii. Nie mieliśmy wtedy klimatyzacji – na plaży były tysiące ludzi, bo tylko tak można było uciec od miejskiego upału. Nadal znajdowały się tam pozostałości początków XX wieku: ogródki piwne, nieme kino, karuzele. Zimą jednak wszystko było zamknięte i zasłonięte okiennicami, ale świeciło ostre, jaskrawe słońce – wspominał.
Dlaczego ci ludzie siedzą w płaszczach i nic nie robią? Dlaczego mężczyzna pod twarzą trzyma coś, co odbija światło? Po prostu próbują złapać jak najwięcej słońca. Zimą nikt nie robi tam żadnej z rzeczy, do których stworzono ten obszar. Na Coney Island było dużo mieszkań komunalnych. Panowało bezrobocie, zaułki były niebezpieczne i trudno było się tam dostać. Wydawało się, że zimą jest martwym miejscem. Ale zdjęcie Newmana mówi, że tam jest życie. – Chciałem moimi fotografiami pokazać zamożnym ludziom, kto należy do klasy niższej – gdzie mieszkali, jak żyli i co robili w wolnych chwilach. Bogacze ich nie chcieli widzieć lub nie mieli okazji widzieć, ale robiąc zdjęcie, mogłem wywołać obraz w ich umysłach – wyjaśniał.
Dużo później wrócił na Coney Island i latem zrobił zdjęcia w tych samych miejscach: – To wciąż bardzo tani sposób na spędzenie wolnego dnia – nie ma opłaty za wstęp, wystarczy się tam dostać. Grupy jadące tam na plażę 50 lat temu były zupełnie inne: ogromna populacja Latynosów, a także ludzie pochodzący z Ghany. To fantastyczne, jak dziś zmieniła się ta grupa, mimo że robił dokładnie to samo, co goście sprzed pół wieku – łapią słońce i kąpią się w wodzie.
To, jego zdaniem, jest najważniejsze w Nowym Jorku: zmiana. Ona nigdy się nie kończy. Budują, burzą i budują od nowa. Dlatego tak warto go fotografować.
O TYM, JAK GO PONOWNIE ODKRYTO
Wiele podróżował, widział wszystko, w ramach tych ambicji znalazł też sposoby na uwydatnienie intymnych chwil życia ulicznego i nadanie im uniwersalności. – Kiedy fotografia jest naprawdę dobra, można wejść w psychikę ludzi na zdjęciu. Można patrzeć poza chwilę – powtarzał.
Pod koniec życia chętnie mawiał, że zawsze patrzył na świat poprzez poziomy lub pionowy prostokąt wizjera. Co – niezależnie od tego, czy aparat jest w gotowości, czy nie – jest przekleństwem każdego fotografa. I, że zawsze jest jeszcze zdjęcie, które nie zostało zrobione. On jednak był zadowolony ze swojego dorobku. – Teraz jestem już o to spokojny. Zrobiłem to, co sobie założyłem. Fotografia była moim życiem – wyjawiał. – I nie mam problemu, kiedy ludzie pytają mnie: „Czym się zajmujesz?”, a ja odpowiadam: „Jestem fotografem”, bo nie dostrzegam różnicy między artystą a fotoreporterem i nie zależy mi na sławie – tak odnosił się do pytań mediów o to, czy ma żal, że był niesprawiedliwie przez lata zapomniany.
Dopiero monografia Taschena z 2017 roku w limitowanej edycji 700 egzemplarzy i w cenie 600 euro po raz pierwszy wyciągnęła jego prace z archiwum. Obrazy Newmana pozostały do tej pory w dużej mierze nieodkryte, a on sam niesprawiedliwie nie zyskał sławy. To była pierwszy w jego karierze monografia. Nie miał żalu. Na spotkaniach z czytelnikami powtarzał, wskazując palcem na album w rozmiarze XXL: – Moje fotografie zostaną po mnie. Wszystko, co chciałem umieścić na zdjęciu, jest tutaj.
Pytany, czy ma radę dla młodszych, mówił z pewnością, która i jego samego napędzała przez lata: – Bez względu na to, co ludzie mówią o zbyt dużej liczbie fotografów, jeśli masz determinację, nie daj się nikomu od tego odwieść.
Teraz Taschen wydał na nowo album „Marvin E. Newman” w mniejszej wersji i za 10-krotnie mniejszą cenę, co jest należnym uznanie dla wybitnego talentu mistrza. W środku około 170 zapadających w pamięć obrazów. To fotografie, które ukazują nieskazitelną technikę Newmana i humanistyczną wrażliwość poprzez krajobrazy Nowego Jorku, zdjęcia sportowe i inne kadry z całych Stanów Zjednoczonych z końca lat czterdziestych i wczesnych osiemdziesiątych XX wieku. Krytyk Lyle Rexer zachęca we wstępie: „U Marvina nie chodzi tylko o kolory, nie tylko o kompozycję, w jego obrazach jest także człowieczeństwo. To połączenie cech humanistycznych i bardzo, bardzo mocnych technicznie czyni go ponadczasowym mistrzem”.﹡