Gdy dwa lata temu w setną rocznicę urodzin legendarnego fotografa zorganizowano w Nowym Jorku głośną wystawę „Avedon 100”, zaproszono 150 artystów, projektantów mody, muzyków, pisarzy, kuratorów, dziennikarzy, modelek i osobistości branży modowej, aby wybrali jedno zdjęcie mistrza. Reżyser Ron Howard, zdobywca Oscara za „Piękny umysł”, wybrał portret pracownika pola naftowego z Oklahomy z 1980 roku.
– Kiedy po raz pierwszy je zobaczyłem, rozpoznałem w oczach modela dzikusa, kowboja, pioniera, twardziela. Ale są to oczy kogoś, kto jest częścią znacznie większego systemu. W twarzy tego młodego człowieka widać, jak przecinają się dwie rzeczywistości: romantyczny mit amerykański zderza się z ponurą rzeczywistością ekonomiczną, z którą mierzy się, jak wielu innych. To mocny obraz, surowy, który skłania mnie do poszukiwania tych samych prawd w najbardziej fascynujących dziełach Avedona. Lubił mawiać, że byłby reżyserem filmowym, gdyby nie był fotografem, ale dramat, który uchwycony jest na tym jednym zdjęciu, jest dla mnie wart kilkanaście rolek filmu – uzasadnił.
I wtedy wpadł na pomysł zrobienia dokumentu o autorze tej fotografii.
Ale przyznaje: – Słyszałem o Avedonie, byłem fanem. Bo kto nie widział jego słynnych portretów? Ale nie znałem pełnego portfolio, np. prac poświęconych prawom obywatelskim. Zacząłem go rozumieć dopiero, gdy uzyskałem dostęp do skarbca i zobaczyłem wszystkie zdjęcia.
Ciekawym jego odkryciem w obszernym archiwum Avedona był portret reżysera Johna Forda, którego Howard ubóstwiał od dzieciństwa: – To moje ulubione jego zdjęcie, a wcześniej nie miałem pojęcia, że zrobił je Richard Avedon.
ZA GŁOSEM SERCA
– Zawsze pociągały mnie historie, które pomagają nam lepiej zrozumieć niezwykłych ludzi – mówi reżyser dokumentu „Avedon”. I nie kryje, że pracując nad nim odnalazł w amerykańskim fotografie bratnią duszę. Jak podkreśla, do projektu podszedł w podobny sposób, jak do swoich poprzednich filmów dokumentalnych o Pavarottim, Beatlesach i Jimie Hensonie – z chęcią zgłębienia procesu twórczego artysty, którego dorobek podziwiał z daleka.
– Jestem niebywale ciekaw ludzi, którzy tworzą arcydzieła przez całe życie. Jednak w trakcie realizacji filmu odkryłem, że historia Richarda Avedona to o wiele więcej niż tylko „jak” i „co” w jego metodologii fotograficznej. Fotografia nie była tylko jego medium; stała się jego filozofią i wpłynęła na cały światopogląd. To do mnie przemówiło w sposób, którego się nie spodziewałem. Zacząłem zdawać sobie sprawę, jak moje filmy ukształtowały mnie na przestrzeni lat, tak jak ja ukształtowałem je.
Howard zauważa, że Avedon tworzył w jednych z najbardziej przełomowych momentów XX wieku: w okresie odbudowy po II wojnie światowej, hollywoodzkiego blichtru w latach 50., narodzin kultury młodzieżowej i aktywizmu społecznego w latach 60. i 70., rozkwitu i upadku amerykańskiego snu w latach 80., narodzin nieokiełznanego konsumpcjonizmu pod koniec wieku itd. Przez ponad 60 lat używał aparatu, aby docierać do ludzi i miejsc, w których działy się interesujące rzeczy, co samo w sobie było nie lada osiągnięciem.
Był również zachłannym badaczem kultury, mimo że nigdy nie ukończył szkoły średniej. Zanurzył się we wszystkich dziedzinach sztuki: teatrze, filmie, muzyce, literaturze i malarstwie. – Znajdował sposoby na angażowanie tych, których podziwiał, we własne projekty i współpracował z pisarzami takimi jak Truman Capote, James Baldwin i Adam Gopnik; choreografami takimi jak Twyla Tharp; projektantami mody takimi jak Christian Dior i Calvin Klein; redaktorami magazynów takimi jak Diana Vreeland, Carmel Snow i Tina Brown. Rozumiał potrzebę przekształcenia twórczego przedsięwzięcia w dialog i to wykorzystywał – opowiada Howard.
Ale w miarę jak zagłębiał się w jego twórcze motywacje i inspiracje, najbardziej zaintrygowało go to, że legendarny fotograf podążał za głosem serca i intuicją, nawet gdy wydawało się to niebezpieczne dla jego kariery. W „Harper’s Bazaar” podobno groził odejściem z redakcji, jeśli nie zostaną opublikowane jego zdjęcia modelek innej rasy niż biała, w tym Chiny Machado – wykorzystał swój rosnący autorytet, by rzucić wyzwanie wykluczeniu rasowemu w modowej branży. I wygrał: Machado w 1959 roku została pierwszą kolorową modelką, która pojawiła się na stronach redakcyjnych dużego amerykańskiego magazynu mody.
– Był bardzo wymagający wobec siebie i innych. Trzymał się tych standardów, nawet gdy było to niewygodne lub wyczerpujące – ocenia reżyser. – Właśnie ta dyscyplina pozwoliła zdjęciom Avedona przetrwać dekady zmieniających się trendów. W epoce coraz bardziej zdominowanej przez nawał obrazów i algorytmów, jego podejście jest tym ważniejsze.
SYN MÓWI PO RAZ PIERWSZY
Już na początku osiągnął wielki sukces i rozgłos dzięki fotografii modowej i komercyjnej, ale poruszały go zmagania tych, którzy pozostawali poza światłem reflektorów. Dlatego skierował obiektyw na twarze ludzi, którzy robili coś odważnego, mówili o rzeczach niebagatelnych, odczuwali głęboko.
– Na aktywistów zaangażowanych w ruch praw obywatelskich; protestujących przeciwko wojnie w Wietnamie; osoby zmagające się z chorobami psychicznymi; na samotnych, bezdomnych lub niezrozumianych; mieszkańców wiejskiego Zachodu, którzy czuli się pomijani; i tych, którzy walczą o zachowanie demokracji w Ameryce. Odkrywał piękno w ich przekonaniach i pasjach i pomógł nam je dostrzec – wylicza Howard.
Jednak aby utrzymać owocną karierę, musiał nauczyć się łączyć sukces komercyjny z projektami autorskimi, a znacznie bardziej ryzykowne projekty finansował sam. – Wiedział, jak być komercyjnym i pożądanym w świecie magazynów i reklamy, a jednocześnie przekraczać granice, podejmować ryzyko i tworzyć. Jest fantastycznym przykładem, jak można być komercyjnym, a nie sprzedać się – nie kryje podziwu. – Ponieważ udało mu się znaleźć równowagę, mamy teraz skarbnicę niesamowitych obrazów, które jednocześnie nam schlebiają i nas obnażają – wszystkie stworzone rękami tego samego artysty.
Film o Avedonie dał mu okazję do zgłębienia jego spuścizny poprzez archiwum i głosy tych, którzy znali go najlepiej. Howard stworzył portret życia i kariery fotografa przy wsparciu jego spadkobierców. Rodzina nie tylko udostępniła mu osobiste archiwa Avedona – nigdy wcześniej niepublikowane zdjęcia i intymne ujęcia zza obiektywu – ale syn fotografa, John, wystąpił przed kamerą i po raz pierwszy opowiedział o życiu ze sławnym ojcem. Nie od razu się zgodził. Kiedy w końcu zobaczył pierwszą wersję filmu, zrozumiał, że jest w nim pustka, którą tylko on może wypełnić. Pomógł ukazać Avedona nie tylko jako postać kulturową, ale także jako ojca balansującego między ambicjami a życiem osobistym. Wspomina go, że był pełen pasji i miłości, ale często przebywał poza domem.
Howard przeprowadził też ok. dwudziestu wywiadów z najbliższymi współpracownikami, gwiazdami i modelkami, których artysta portretował. Wśród nich są m.in. projektant mody Calvin Klein, była naczelna „New Yorkera” Tina Brown, aktorka Isabella Rossellini i modelki Twiggy, Lauren Hutton, Beverly Johnson i Penelope Tree. Sławny galerzysta Larry Gagosian, który również jest bohaterem dokumentu, z uśmiechem wspomina, jak poszedł do domu Avedona na brunch i otrzymał jajka na twardo z szampanem. – Uważałem, że to super eleganckie – mówi.
Spośród zdjęć Avedona najbardziej lubi portret Marilyn Monroe: – To, co mnie najbardziej fascynuje w tym kadrze, to to, że obserwujemy dwie legendy patrzące na siebie u szczytu swej potęgi.
„Avedon” – zwiastun
premiera 11 listopada na Netflixie
To była jedna z ostatnich sesji zdjęciowych z aktorką, o czym dowiemy się z „Avedona”. – Na tym kultowym portrecie wygląda, jakby po prostu siedziała zgarbiona na krześle, smutna i przygnębiona – opowiada „Deadline” producent „Avedona” Justin Wilkes, prezes Imagine Documentaries. – Właśnie wróciła z planu „Pół żartem, pół serio”, a agencja reklamowa chciała jej zdjęcia i zleciła to Avedonowi. Zapytał ją: „Co lubisz robić najbardziej?”. Odpowiedziała: „Uwielbiam tańczyć. We wszystkich filmach gram albo naiwną, albo roztrzepaną blondynkę, ale nigdy nie mogę tańczyć”. Richard zawyrokował: „Powinnaś to zrobić”. I puścił muzykę, z czego słynął.
Wiele jego zdjęć modowych zawierało ruch. Nie był choreografem, ale stawał na scenie z modelkami i poruszał się w takt muzyki, by dać im przykład. I kiedy Marilyn tańczyła, on to fotografował. Przez około dwie godziny tańczyła po całym pomieszczeniu, aż na samym końcu wyczerpana osunęła się na krzesło. – A on zrobił jej to jedno zdjęcie, na którym wygląda na lekko zmęczoną. Potem ludzie nałożyli na nie smutek. A tak naprawdę była padnięta, choć podekscytowana – ocenia Wilkes.
SPRZECZNOŚCI
W „Avedonie” zobaczymy wiele ikonicznych portretów: od światowych przywódców, przez gwiazdy popkultury, po najpiękniejsze supermodelki. Prace, które obejmują modę, reklamę i fotoreportaż. Bo – jak podkreślają reżyser i producent – dziedzictwo Richarda Avedona jest wzorem dla naszego świata napędzanego obrazem. Jego fotografie nie tylko odzwierciedlały kulturę, ale ją ukształtowały.
– Naprawdę wpłynął na to, jak postrzegamy celebrytów i modę. Fotografował praktycznie każdą okładkę „Vogue’a” i „Harper’s Bazaar”, a jednocześnie robił portrety dla „New Yorkera”. Wywarł większy wpływ na kulturę XX wieku niż większość ludzi, a może i ktokolwiek inny. A kiedy spojrzymy dzisiaj na to, jak bardzo jesteśmy skupieni na fotografii poprzez media społecznościowe, sławę i celebrytów, możemy stwierdzić, że on w pewnym sensie to wymyślił – deklaruje Wilkes.
Howard był w archiwum mistrza, rozmawiał o procesie twórczym i o atmosferze, jaką tworzył na planie. A oglądając tak różnorodną kolekcję prac uświadomił sobie, że jak nikt inny łączył dwa światy: efektowne, komercyjne obrazy z tymi, które dokumentowały historię amerykańskiego społeczeństwa.
Łączył, ale jednocześnie bronił idei, że musi być podział między sztuką a komercją, wysokim i niskim stylem, pięknem a brutalnością. Jego umiejętność życia w tej dualności wydawała się twórcy „Avedona” wyjątkowa i inspirująca – zwłaszcza gdy weźmiemy pod uwagę, jak uparcie obstawał przy swoim, gdy niektóre z jego decyzji nie spotykały się z aprobatą kolorowych magazynów, które mu płaciły, kuratorów kontrolujących rynek sztuki czy recenzentów, którzy go nie rozumieli. To, że nie uciekał przed tymi trudnymi sytuacjami, lecz wykorzystywał to napięcie do rozwoju swojej twórczości, sprawiło, że obrósł w legendę.
Łączył w sobie też inne skrajności. Lubił mieć kontrolę na planach zdjęciowych, ale wierzył też w magię przypadkowego momentu. Dążył do doskonałości, dlatego sięgał po trudne tematy, ale także pragnął zabawy i beztroski. Był pracoholikiem (zmarł niemal podczas sesji dla „New Yorkera” z Teksasie, w wyniku wylewu krwi do mózgu, mając 81 lat), ale ważna była dla niego głęboka więź z rodziną.
Reżyser „Avedona” dodaje: – Był niesamowicie kreatywny, zabawny i pragnął być duszą towarzystwa. Chciał być w centrum wydarzeń jako gospodarz, przyciągać innych przed obiektyw i do swojego świata, zdobywać ich zaufanie. Miał wręcz ekstrawertyczną potrzebę spotykania się z jak największą liczbą ludzi. To napędzało jego kreatywność. A jednocześnie bywał nieuchwytny, tajemniczy i skomplikowany.
W całym jego życiu przejawiała się konsekwencja w podejściu, kontrola i dyscyplina, które Howard szczególnie chciał pokazać. A także jego więź z bohaterami, nie tylko z aparatem. – Jego energia była ekscytująca, a każda osoba, z którą przeprowadzałem wywiady, widziała w jego oczach miłość. To niezaprzeczalne, a to dzięki temu, co im przekazywał przez swój obiektyw – deklaruje.
Producenci filmu stale sporządzali Howardowi listy aforyzmów i ulubionych, zagadkowych zwrotów fotografa, próbując go rozszyfrować: – W końcu pojęliśmy, że sprzeczności u Richarda Avedona nie były problemami, które należy rozwiązać, wygładzić czy wyjaśnić. Przeciwnie, definiowały jego geniusz.
POWALIĆ NA KOLANA
Głównym wyzwaniem, z jakim przyszło się zmierzyć twórcom podczas realizacji dokumentu, było podjęcie decyzji, z czego zrezygnować. Mając pełny dostęp do setek tysięcy obrazów i niezliczonych godzin nagrań jego przemyśleń, spędzili dużo czasu w montażowni, dyskutując o tym, jakiego dokonać wyboru. Ile czasu ekranowego powinni poświęcić historiom kryjącym się za najsłynniejszymi portretami znanych osób (Marilyn Monroe, Charliego Chaplina, Beatlesów), a ile na nigdy wcześniej niepublikowane zdjęcia, które mogą być trudniejsze w odbiorze, ale dają wskazówkę co do wewnętrznych zmagań autora (Harlem w latach 40., szpitale psychiatryczne, ofiary napalmu w Wietnamie, rodzinne zdjęcia, na których nie wszyscy są zadowoleni)?
„Czy skupić się na pięknym dziele i unieść się na fali zachwytu, czy pozwolić, by ostre światło Avedona powaliło nas na kolana? Jeśli dobrze wykonamy swoją pracę, widzowie znajdą zdrową równowagę między jednym a drugim” – zastanawiali się.
Czy im się udało dowiemy się 11 listopada, tego dnia „Avedon” będzie miał premierę na Netflixie. ﹡
Zdjęcie: Peter Waldman
Zdjęcie: Laura Wilson