Oto ulubiony cytat ekologów autorstwa pisarza Henry’ego Davida Thoreau: „W dzikości tkwi przetrwanie świata”. Niewielu ludzi wzięło sobie tę ideę tak głęboko do serca, jak wybitny brazylijski fotograf Sebastião Salgado, który większą część ostatnich swoich lat spędził na wędrówkach do resztek dzikich miejsc na Ziemi. Zanim zmarł w ub.r., zrealizował dwa monumentalne projekty fotograficzne – „Amazônia”, na który poświęcił sześć lat, oraz wcześniejszy „Genesis”, którego realizacja trwała 8 lat.
Pierwszy wypływał z drugiego, a powód był taki sam. Dylematy w życiu osobistym.
Pod koniec lat 90. ojciec podarował jemu i jego żonie Lélii brazylijską farmę, na której Sebastião spędził dzieciństwo. Wspominał to miejsce z tamtych czasów jako „prawdziwy raj, w ponad 50 procentach porośnięty lasem deszczowym”. – Mieliśmy niesamowite ptaki, jaguary, krokodyle. Jednak po dekadach wylesiania posiadłość stała się katastrofą ekologiczną: nie tylko moja farma, cały region. Erozja, brak wody – to była martwa ziemia – ubolewał.
Opłakany stan rodzinnej ziemi zbiegł się z wyczerpaniem fizycznym i emocjonalnym, które przyszło wraz z ukończeniem projektu „Migration” – sześcioletnią fotograficzną kroniką ludzkich migracji wywołanych wojnami, głodem lub po prostu poszukiwaniem pracy na całym świecie. Projekt zabrał go do obozów dla uchodźców i stref wojennych. – Widziałem tyle przemocy, tyle okrucieństwa. Nie wierzyłem już w nic – mówił. – Nie wierzyłem w przetrwanie naszego gatunku.
Kiedy skończył „Migrations” zachorował. Przestał fotografować. – Moje zdrowie bardzo podupadło. Nie żebym się zaraził, ale widziałem tyle cierpienia, że czułem, iż moje własne ciało zaczyna umierać. Czułem się zdruzgotany widząc tysiące ludzi umierających bez możliwości ich godnego pochówku. Stosy zmarłych pogrzebane buldożerami… – opowiadał magazynowi „Black & White”, tłumaczą, dlaczego wrócił z żoną do Brazylii, gdzie się urodził.
Podróż w głąb świata i siebie
W ramach swego rodzaju podwójnego projektu odbudowy – dla siebie i utraconego brazylijskiego raju – wraz z żoną rozpoczął ponowne zalesianie rodzinnej posiadłości. Obecnie rośnie tam ponad 2 miliony nowych drzew. Ptaki i inne dzikie zwierzęta powróciły w tak dużej liczbie, że teren ten stał się rezerwatem przyrody.
– Gdy rosły setki tysięcy drzew, wróciła woda, wróciło błoto, wróciły zwierzęta – znów wróciło do mnie życie. I bardzo chciałem na nowo zająć się fotografią. Zorganizowaliśmy z Lélią projekt, aby zobaczyć nas – ludzkość – od początku. Nie nas dzisiaj. Nas, kiedy żyliśmy w równowadze z naturą. Aby zobaczyć dziewicze krajobrazy. Pomyślałem, że osiem lat wystarczy, aby dobrze przedstawić niewiarygodne piękno, które mamy na naszej planecie – wyjawił magazynowi „Black & White”.
W miarę jak jego osobisty świat się regenerował, uwierzył, że dzięki jego pracy – gdy uwieczni miejsca, które pełnią również funkcję banków pamięci środowiskowej, przechowując wspomnienia o pierwotnej chwale Ziemi – ludzie spojrzą na zdjęcia i zobaczą, co muszą chronić jako dziedzictwo natury, a nie tylko dziedzictwo człowieka.
Dlatego jego celem, jak postanowił, „nie będzie fotografowanie tego, co zniszczone, ale tego, co wciąż dziewicze, pokazanie tego, co musimy zachować i chronić”. Chciał dotrzeć z aparatem do tych części planety, które wciąż są takie, jakie były na początku.
Każda wyprawa z bazy w Paryżu, gdzie mieszkał, trwała kilka tygodni i oznaczała podróżowanie awionetkami, helikopterami, łodziami, kanoe, a także długie wędrówki piesze po bardzo wymagającym terenie w ekstremalnych warunkach termicznych. Ale dotarcie do miejsc dziewiczych to nie było poświęcenie. – Po tych wszystkich latach, kiedy fotografowałem cierpienie, biedę, przemoc, miałem potrzebę oczyszczenia się. Dopiero, gdy fotografowałem piękno natury, zdałem sobie sprawę z tego, że jestem częścią także świata, który jest piękny. I to dało mi poczucie wielkiego szczęścia – powiedział w wywiadzie dla dziennika „La Repubblica”.
Dotarł do miejsc, w których „mimo wszystkich szkód, jakie wyrządziliśmy w ostatnich latach, można odnaleźć niewinność i czystość”. Do tej pory fotografował przede wszystkim ludzi, ale dopiero w kontakcie z naturą odnalazł człowieka i, jak zapewniał, samego siebie.
– Fotografowanie człowieka i natury, to w zasadzie to samo. Portretując ludzi, trzeba ich szanować i próbować zrozumieć. Ze zwierzętami jest podobnie. To, co dla mnie jest ważne, to fakt, że te osiem lat wędrówki, okazało się podróżą w głąb siebie – ocenił.
Raj w niebezpieczeństwie
Odbył 32 eskapady od 2004 do 2012 roku. Wiedział, że musi robić zdjęcia na samym południu i na samej północy planety, a także w Amazonii, w Afryce – sanktuariach na Ziemi, gdzie jest największa bioróżnorodność.
Odwiedził pustynię Kalahari, dżungle Indonezji oraz miejsca o dużym bogactwie życia: od mikroorganizmów, przez rośliny i zwierzęta, aż po złożone ekosystemy, takie jak wyspy Galapagos i Madagaskar. Unosił się w balonach nad stadami bawołów wodnych w Afryce („Jeśli przylatujesz samolotami lub helikopterami, spłoszysz je i się rozproszą”). Podróżował po Syberii z koczowniczymi Nieńcami, ludem, który co roku przepędza swoje renifery setki kilometrów na sezonowe pastwiska. – Nauczyłem się od nich pojęcia tego, co niezbędne. Jeśli dasz im coś, czego nie będą w stanie unieść, nie przyjmą tego – wspominał.
Był też w Stanach Zjednoczonych. W drodze z Atlanty do Los Angeles, leciał nad pustynią. Dużo pracował na płaskowyżu Kolorado. – Było tam mnóstwo rancz bydła. To już nie jest produktywna ziemia. Lasy zniknęły. To samo na całym świecie. Niszczymy Amazonię – podkreślał. – Jesteśmy tylko jednym gatunkiem wśród tysięcy gatunków na planecie, ale to my ją zawłaszczyliśmy. Stała się „naszą” planetą i daliśmy sobie prawo do jej dewastacji. Kiedy niszczysz drzewo, niszczysz domy tysięcy małych stworzeń. Jakie mamy prawo to robić? Kiedy niszczymy las, niszczymy własną możliwość życia – apelował po każdej podróży.
Były też pozytywne momenty. Wyjeżdżając na Antarktydę i pobliskie regiony, znalazł ogromne stada gigantycznych albatrosów u wybrzeży Falklandów oraz „raj pingwinów” na bezludnych wyspach Sandwich Południowy. „Wyspy na końcu świata” – tak je nazywał. Albo, jak mawiają w Brazylii, „gdzie wiatr wieje, by zawrócić”. Wrócił z przebłyskami raju w niebezpieczeństwie – ale jeszcze nie utraconego. A potem nazwał swój projekt „Genesis”.
– Bo, o ile to możliwe, chciałem powrócić do początków naszej planety: do powietrza, wody i ognia, które dają życie, do gatunków zwierząt, które oparły się oswojeniu i nadal są „dzikie”, do odległych plemion, których „prymitywny” sposób życia jest w dużej mierze nienaruszony. Nieskażony świat musi zostać zachowany i w miarę możliwości, zostać przywracany do swojej pierwotnej postaci – tłumaczył magazynowi „Time”.
Nie tracił nadziei do końca: – Antarktyda to ogromny kontynent. Mamy pustynie świata. Lasy na Syberii, Alasce, w Kanadzie. Parki narodowe w Stanach Zjednoczonych. Wciąż mamy lasy deszczowe i góry, które są rzadko eksploatowane. Musimy utrzymać te obszary w nienaruszonym stanie i przywrócić 30 lub 40 procent pozostałych części. Jeśli to zrobimy, możemy przetrwać jako gatunek.
„Prawdziwa książka na wieki”
Nie łudził się, że wrócimy do prymitywnego sposobu życia. Nie oczekiwał tego. Ale wierzył, że uda nam się stworzyć planetę, na której wszystkie gatunki, w tym my, będą mogły żyć. Tego właśnie sobie życzył, robiąc te zdjęcia.
Zdjęcie: Taschen
By dotrzeć z przekazem do jak największej ilości ludzi, „Genesis” jeździł w formie wystawy objazdowej po całym świecie (był też w Polsce), gdzie cieszył się ogromnym zainteresowaniem. Powstał też album o tym samym tyle, wydany w 2013 roku przez Taschen. Wydanie kolekcjonerskie (z serii „Sumo”) w dwóch tomach ważyło ok. 60 kg i zamknięte było w drewnianym pudełku, a sprzedawane ze stojakiem zaprojektowanym przez znanego architekta Tadao Ando.
„To olśniewające arcydzieło – prawdziwa książka na wieki” – zachwycił się „Time”. Zdaniem dziennika „Los Angeles Times”, „Genesis” oferuje oszałamiającą wizualną odtrutkę na mroczniejszą stronę twórczości Salgado: „Tutaj nacisk kładziony jest nie na niszczące siły rozwoju, lecz na regenerujący potencjał zachwytu. Autor wieńczy swój projekt biblijnym tytułem, który oddaje majestat jego bohaterów i przedstawia dzieło jako pięknie sformułowaną modlitwę o zachowanie i szacunek”.
„The New York Times” napisał w podobnym tonie: „Nie ma bardziej dobitnego przypomnienia o tym, co możemy stracić”.
Salgado na tym nie poprzestał. Odbitki zdjęć sprzedawał na aukcjach, żeby wesprzeć swoje ekologiczno-oświatowe cele w założonym z żoną Instituto Terra, zaczął także kolejny projekt – poświęcony ratowaniu i uwiecznianiu Amazonii – i niestrudzenie edukował w wywiadach, ale i podczas publicznych wystąpień, dopóki pozwoliło mu zdrowie (cierpiał na chorobę krwi, która była wynikiem powikłań związanych z malarią, którą zaraził się podczas pobytu w Indonezji).
„Świat jest w niebezpieczeństwie, zarówno dla przyrody, jak i dla ludzkości. Jednak ten alarmujący krzyk rozbrzmiewa tak często, że obecnie jest w dużej mierze ignorowany. Regularnie organizowane są międzynarodowe konferencje, na których omawiane są globalne ocieplenie, zrównoważony rozwój, zasoby wodne, wylesianie, endemiczne ubóstwo, epidemia AIDS, potrzeby mieszkaniowe i inne aspekty globalnego kryzysu. Jednak codzienna walka o przetrwanie większości ludzkości oraz pragnienie komfortu i zysku mniejszości sprawiają, że w praktyce te fundamentalne problemy są rozwiązywane jedynie powierzchownie. Straciliśmy kontakt z istotą życia na Ziemi” – głosił.
Sebastião Salgado o projekcie „Genesis”
Rozmowa z Benediktem Taschenem
Zdaniem fotografa, podejmujemy poważne ryzyko, oddalając się od naszych naturalnych korzeni, korzeni, które w przeszłości zawsze sprawiały, że czuliśmy się częścią całości.
„To, co produkujemy, jest teraz jedynie towarem handlowym. Niszczymy stratosferę i niszczymy ostatnie fragmenty lasów tropikalnych, jednocześnie ograniczając fotosyntezę, która zapewnia nam przetrwanie. Żyjemy dziś na planecie, która może umrzeć. Nasze istnienie jest zagrożone” – powtarzał, powołując się na badania i konkretne liczby, by dowieść, że bioróżnorodność stoi w obliczu ostatecznego upadku na zaledwie 1,4 procent powierzchni Ziemi, bo resztę zniszczyliśmy.
Odzyskać to, co utracone
Do końca wierzył, że jego przekaz zawarty w „Genesis” przetrwa jego samego. Robiąc zdjęcia myślał przyszłościowo – około połowę tego projektu zrobił na kliszy, a potem przeszedł na cyfrę. Kiedy wracał z podróży do Paryża, miał już gotowe stykówki. Zawsze zabierał ze sobą dużo kartek, a edycję robił za pomocą lupy, a nie na ekranie komputera. Potem powstawały negatywy 4×5, aby można było robić większe odbitki. Były więc o wiele lepsze niż te, które miał kiedyś, robiąc zdjęcia na kliszy średnioformatowej. Niezmienne było wprowadzanie cyfrowo ziarna typu Tri-X, dostosowując wygląd ziarna do każdego zdjęcia.
Tak przygotowany materiał może być powielany w najwyższej jakości przez lata. Co procentowało w kolejnych wydaniach albumu „Genesis”. Po drogim „Sumo” (kosztuje 3,5 tys. euro) wydał razem z Taschenem wersje przystępniejsze cenowo. Były wersje XL (ok. 4 kg i cena 80 euro), a także mniejsze i nieco tańsze, zaś najnowsza – wydana z okazji 45. rocznicy istnienia Taschena – to zaledwie kilogram i 25 euro.
Lélia, które kontynuuje dzieło męża po jego śmierci w wieku 81 lat, czuwa nad każdą odbitką, każdą publikacją, każdym przesłaniem. W nowej wersji, która ukaże się 14 stycznia, są słowa Sebastião, które brzmią jak memento: „Ten projekt ma na celu przywrócenie nam kontaktu z tym, jaki był świat, zanim ludzkość zmieniła go niemal nie do poznania. Jest to projekt będący kontynuacją długich badań fotograficznych, gdy nieustannie konfrontowałem się z przygnębiającymi dowodami drastycznego pogorszenia relacji ludzkości z naturą. Zbyt często skrajne ubóstwo i migracje były zarówno przyczyną, jak i skutkiem degradacji i zanieczyszczenia zasobów naturalnych. Wierzę, że można jeszcze odzyskać to, co wydawało się utracone na zawsze. Projekt ten postrzegam jako potencjalną drogę do ponownego odkrycia przez ludzkość siebie w naturze”. ﹡