To był pomysł Susan Sontag. Pisarka i jedna z najważniejszych intelektualistek XX wieku, a prywatnie partnerka Annie Leibovitz, wymyśliła, by stworzyć monumentalne dzieło uwieczniające najbardziej wpływowe kobiety świata. Nie te, które doceniamy za urodę, nie te, które są dodatkiem do mężczyzny, ale te, które pozycję i sukces zawdzięczają tylko sobie. Aktorki, astronautki, artystki, tancerki, polityczki, pisarki, prezeski firm, filantropki, żołnierki, sportsmenki, fotografki, architektki, piosenkarki, ekolożki, naukowczynie, a nawet królową brytyjską. Wachlarz zawodów, w których kobiety są niedoreprezentowane.
Leibovitz była przeciwna. Uważała, że to zbyt duże i szerokie zagadnienie, by się go podjąć. – Myślałam, że to jak wypłynięcie i fotografowanie oceanu. Od czego w ogóle miałabym zacząć? Bałam się też, że nie uda mi się w to wejść całym sercem – mówi o początkowych obawach. – Ale potem usłyszałam, co powiedziała Hillary Clinton na Konferencji ONZ w 1995 roku: „Prawa kobiet to prawa człowieka, a prawa człowieka to prawa kobiet”. I zmieniłam zdanie.
Doceniła, że projekt, który narodził się w głowie Susan, miał naprawdę solidne podstawy. Bo po raz pierwszy w historii tematem nie był zachwyt nad powierzchownością bohaterek, ale podważenie starych męskich stereotypów dotyczących kobiecości i pokazanie jak „słabsza płeć” pokonuje odwieczne przeszkody, uprzedzenia i bariery kulturowe.
I tak narodził się „Women”, po raz pierwszy zaprezentowany w formie albumu i wystawy w 1999 roku. „Książka ze zdjęciami kobiet musi, niezależnie od intencji, poruszać kwestię kobiet” – napisała Sontag we wstępie.
1.
Teraz, ćwierć wieku później, Leibovitz prezentuje jego nową odsłonę (co zasugerowała Clinton). Tom 1. to kolekcja zdjęć zrobionych w latach 1993-1999; tom 2. zawiera 100 nowych, które powstały między 2000 rokiem a dniem dzisiejszym. W sumie to 250 fotografii.
Jedna z nich oddaje hołd Sontag, z którą fotografka była w związku przez 15 lat, aż do jej śmierci w 2004 roku. – To ostatni formalny portret Susan. Była wtedy po chemioterapii… Można by pomyśleć, że emanuje siłą, ale tak naprawdę była na mnie zła, że kazałam jej wyjść na zewnątrz, żeby zrobić zdjęcie – autorka uśmiechnęła się kilka dni temu na promocji „Women” w Nowym Jorku z udziałem wielu znamienitych gości.
W tomie 2. znajdziemy bosą Joan Baez, siedzącą na drzewie i brzdąkającą na gitarze; Billie Eilish rozmyślającą nad dziennikiem z ołówkiem w dłoni; Shondę Rhimes z nogami na biurku; i swobodną Michelle Obamę, jakiej nigdy wcześniej nie widzieliśmy: z włosami odrzuconymi do tyłu, w rozpiętej koszulce i dżinsach, odsłaniającymi brzuch. Zaś Hillary Clinton i Joan Didion siedzą w swoich gabinetach, tak jak dyrektor operacyjna Facebooka, Sheryl Sandberg.
Zaś laureatka Nobla Malala Yousafzai stoi w swojej szkolnej klasie. – Została postrzelona przez talibów i omal nie umarła. Zabrano ją do Birmingham, gdzie uratowano jej życie i ostatecznie poszła tam do szkoły. Byłam bardzo wzruszona, dodając to zdjęcie do albumu, bo Malala się uśmiecha – fotografka nie kryje, jak aktywistka z Pakistanu jest dla niej ważną osobą.
Podziwia też Rihannę. Sfotografowała ją w zaawansowanej ciąży w paryskim Ritzu. – To zabawne, gdy wspominam, co zrobiła Demi Moore [na słynnym zdjęciu Leibovitz z 1991 roku, na którym jest naga i w siódmym miesiącu ciąży – przyp. red.], ale Rihanna poszła o krok dalej. Miały być zdjęcia dzienne, a ona przyjechała około 17 i szybko zrobiło się ciemno. Pracowałyśmy do 4 rano, a ja ciągle się martwiłam, że to męczące ze względu na jej brzemienność. Ale nie zamierzała przestać. Za każdym razem, gdy z nią pracuję, Rihanna przejmuje kontrolę. Jest niesamowita. Bardzo inteligentna, świetna bizneswoman – wychwala piosenkarkę.
Zdjęcia Jane Goodall to była jedna z jej najszybszych sesji. Miała tylko osiem minut. – Jane weszła i powiedziała: „Wiesz, nienawidzę tego robić. Wolę chodzić do dentysty niż się fotografować”. I całkowicie to rozumiem. Nie znam nikogo, kto to lubi. To normalne, bo będąc fotografowanym trzeba się zmierzyć ze sobą i zastanawiać się, kim się jest – mówi.
Prymatolożka była jednak zadowolona z rezultatu. – Najpierw pokazała mi język, a potem się uspokoiła i dopiero po powrocie do domu zdałam sobie sprawę, że tak właśnie patrzy na szympansa. Dlatego szympans jest nią zaintrygowany, zakochuje się w niej – ta twarz. Byłam oczarowana jej twarzą – wspomina fotografka.
Podobne zadowolenie z efektu okazała transseksualna gwiazda Caitlyn Jenner, która przed tranzycją była olimpijczykiem Brucem Jennerem. – To było piękne doświadczenie – ocenia Leibovitz. – Bruce wciąż tam był, ale wyłoniła się Caitlyn. W pewnym sensie nawet nie chodziło o zrobienie zdjęcia, ale o to, by pomóc Caitlyn się wyłonić. Chcieliśmy jej pomóc, dać jej najlepszy start.
Sfotografowała ją w białym gorsecie i szpilkach, a portret, który trafił w 2015 roku na okładkę „Vanity Fair”, obiegł cały świat. – Pierwszego dnia sesji była bardzo cicha, a my oglądaliśmy mnóstwo zdjęć kobiet – pamiętajcie, to wyuczony sposób bycia. Drugiego dnia czuła się, jakby ciągnęła ją ciężarówka; po prostu przejęła kontrolę, wiedziała, dokąd zmierza. To było jak obserwowanie kogoś wyłaniającego się zza kulis. Piękne – opisuje.
Dlaczego Nancy Pelosi uwieczniła od tyłu? 85-letnia Demokratka, która zapisała się w historii jako pierwsza kobieta na stanowisku Przewodniczącej Izby Reprezentantów USA, dała jej dwa dni na Kapitolu. – I ciągle próbowałam się przed nią ustawić z aparatem, ale nigdy mi się nie udało, bo zawsze szła tak szybko w tych swoich wysokich obcasach. Pomyślałam: „Poniosłam porażkę. Cholera, poniosłam porażkę”. Ale potem usiadłam, spojrzałam na kadr i oświeciło mnie: „To jest Nancy Pelosi. Nie da się jej dogonić!” – Leibovitz wspomina kobietę, która przez niemal 20 lat przewodziła Demokratom w Kongresie, współpracując z czterema różnymi prezydentami, i w tym miesiącu ogłosiła, że żegna się z Kongresem.
2.
Na ponad 600 zdjęć, które zrobiła w ramach „Women” dominują znajome twarze, jak m.in. tenisistki Serena i Venus Williams, artystka performatywna Marina Abramović, piosenkarka Taylor Swift, aktorka Lupita Nyong’o i Gloria Steinem, która doradzała przy tworzeniu listy. Sławna feministka poznała Leibovitz w latach 70., gdy szukała fotografki do zdjęć na okładki magazynu „Ms.”, a w tamtym czasie niewiele było fotografek posiadających własne studio.
Zdjęcia: Phaidon
– Jest autentyczna, zawsze sobą, zabawna, inteligentna, interesuje się innymi ludźmi – dlatego jest fotografką. Pojechała aż do Oklahomy, żeby zrobić zdjęcia wodzowi plemienia Czirokezów. Dla dziewczyny z Nowego Jorku pojechać na wieś nie jest łatwo, ale taka właśnie jest. Chce fotografować prawdziwą osobę tam, gdzie mieszka – komplementowała koleżankę kilka dni temu.
Ale między silnymi, wpływowymi kobietami wplecione są portrety „zwykłych” Amerykanek. Botaniczka poprzedza Oprah Winfrey, filantropka i rabinka otaczają założycielkę organizacji non-profit Skid Row, a aktywistki na rzecz praw reprodukcyjnych z Moms Demand Action dzielą przestrzeń z nagą Lady Gagą. Wśród nich tancerki z Las Vegas. Zrobiła każdej z nich po dwa zdjęcia: na kolorowych w pracy, a obok czarno-biały portret bez makijażu i kostiumu, ukazujący ich role poza sceną, humanizujący je.
– Myślę, że taka historia potrzebuje więcej niż pojedynczej fotografii. To naprawdę mocne, kiedy zdjęcia się ze sobą łączą – tłumaczy pomysł.
To właśnie te portrety z 1996 roku uważa za przełomowe – wtedy zrozumiała, że projekt „Women” ma sens. – Tina Brown (ówczesna redaktor naczelna „New Yorkera”) zapytała, czy mam jakieś pomysły na specjalne wydanie magazynu poświęcone kobietom, a ja zasugerowałam sportretowanie tancerek estradowych w Las Vegas. Nie wiem dlaczego, ale robiąc tę serię, po prostu mnie olśniło. To były kobiety przebierające się za kobiety i poczułam, że to fotograficzny skok w „Women” – wspomina.
Jedyną kobietą, której Leibovitz, ku swemu żalowi, nie sfotografowała, jest była już kanclerz Niemiec, Angela Merkel, która, jak twierdzi, była do niedawna prawdopodobnie najważniejszą kobietą na świecie. – Jestem na dobrej drodze, co jakiś czas pytam ją o to – wyznaje. – Pamiętam, jak fotografowałam królową brytyjską Elżbietę II, będąc w Pałacu Buckingham nie mogłam uwierzyć, że mam taką okazję. Kiedy wychodziłam po sesji, zapytałam jej rzeczniczkę prasową: „Dlaczego się zgodziła akurat teraz?”. Odparła: „Och, napisałaś list pięć lat temu”. Kryje się w tym prawdziwa lekcja: wytrwałość.
Taka książka musi być też pouczająca, nawet jeśli mówi nam to, co wydaje się, że już wiemy o pokonywaniu odwiecznych przeszkód, uprzedzeń i barier kulturowych, o zdobywaniu nowych obszarów osiągnięć przez kobiety. Oczywiście, nie mogłaby poruszyć również złych wiadomości: wciąż panujących stereotypów poniżających kobiety, przemocy domowej, która jest główną przyczyną obrażeń nie tylko wśród Amerykanek, a nawet bezdomności.
„Women” chce zaprosić do empatii, jaką odczuwamy wobec przedstawienia mniejszości (bo właśnie nią są kobiety, według wszelkich kryteriów, poza liczbowymi), prezentując liczne portrety tych, które są chlubą swojej płci. W drugim tomie jest też większa demokratyczność pod względem koloru skóry, prawdopodobnie w odpowiedzi na szeroko komentowaną krytykę fotografii czarnoskórych kobiet, które Leibovitz rzekomo wybiela. Ale jest też większy pesymizm – w obecnej sytuacji politycznej w USA w kontekście praw kobiet. – Wydaje się, że jesteśmy teraz w momencie, gdy prawica i otoczenie Trumpa wszystko cofa. Czuję, jakbyśmy my, kobiety, były w odwrocie. To naprawdę popieprzony, trudny czas – ubolewa fotografka.
Pisarka Chimamanda Ngozi Adichie zdaje się to potwierdzać we wstępie do „Women” Anno Domini 2025: „To, że kobiety poczyniły postępy ekonomiczne i polityczne, nie podlega dyskusji, ale wciąż jesteśmy bardzo daleko od ostatecznego celu feminizmu, jakim jest uczynienie go zbędnym”.
3.
Steinem przyznała, że to wciąż ważny projekt: – Nikt do tej pory nie pokazywał kobiet jako pełnoprawnych istot ludzkich, więc to jest zadośćuczynienie. Owszem, mężczyznom można odmówić pełni człowieczeństwa, ale nie aż tak bardzo. Każde z tych zdjęć to powieść. To niesamowite, w każdym zdjęciu kryje się kompletna historia człowieka.
Portretom towarzyszą eseje nie tylko Steinem, ale i Adichie, które wraz z Sontag kształtują intelektualną podstawę projektu. W oryginalnej wersji pierwszej edycji „Women” partnerka fotografki napisała tekst – częściowo esej, częściowo manifest – deklarując: „Każdy z tych obrazów musi bronić się sam, ale całość mówi: więc oto, czym są teraz kobiety”.
Wiele z jej ówczesnych słów wciąż jest aktualnych: „Żaden kraj nie dał kobietom prawa głosu, zanim nie przyznano go mężczyznom. Nikt nigdy nie myślał o mężczyznach jako o drugiej, gorszej płci. Wciąż postrzegamy mężczyzn jako twórców i opiekunów własnego losu, a kobiety jako obiekt męskich fantazji (pożądania, czułości, strachu, protekcjonalności, pogardy, zależności). Kobiety i mężczyźni mają różną wagę, fizycznie i kulturowo, z różnymi konturami tożsamości, a wszystkie z założenia faworyzują tych, którzy urodzili się mężczyznami”.
W innym miejscu pisze: „Bycie kobietą, według jednej z powszechnie akceptowanych definicji, oznacza bycie atrakcyjną lub robienie wszystkiego, co w naszej mocy, by być pociągającą i piękną (męskość oznacza bycie silnym). Kobiety są oceniane po wyglądzie, w przeciwieństwie do mężczyzn, i bardziej karane niż mężczyźni z powodu starzenia się. Ideały wyglądu, takie jak młodość i szczupłość, są obecnie w dużej mierze kreowane i egzekwowane przez fotografie”.
Docenia, że jednak świat się zmienia. Wydaje się niemal nie do pomyślenia, że przyznanie praw wyborczych kobietom nastąpiło tak niedawno: na przykład kobiety we Francji i Włoszech musiały czekać aż do 1945 i 1946 roku, aby móc głosować [Polki do 1918 – przyp. red.]. „Zaszły ogromne zmiany w świadomości kobiet, sprawiając, że wyszły ze świata kobiet do świata poza nim, że pojawiły się ambicje, bo dotychczas były uczone tłumić je w sobie. Ta książka, choć skupia się na aktywności kobiet, mówi również o ich atrakcyjności. Bo, niestety, wciąż nikt nie przegląda książki ze zdjęciami kobiet bez oceniania, czy są one atrakcyjne, czy nie” – zauważa.
Sontag nie kryła, że marzy, by również dzięki „Women” kobiety z sukcesam nie były już postrzegane jako anomalia. I by świat zerwał z myśleniem, że najwyższym aktem miłości kobiety do mężczyzny jest wymazanie własnej tożsamości – bo wciąż kochająca żona w małżeństwie z dwiema karierami ma powody do cierpienia, jeśli jej sukces przewyższy sukces męża.
4.
Leibovitz umieściła w książce także swój portret (na którym jest wraz z córkami: Sarah, Susan i Samuelle). Ma powody. W 1991 roku została przecież pierwszą kobietą, która miała indywidualną wystawę w National Portrait Gallery w Waszyngtonie. – Najbardziej niezwykłe jest dla mnie to, że żyję tak długo. Czuję się zaszczycona, że nadal mogę uwieczniać ludzi i ich życie – mówi 76-letnia fotografka, która rozpoczęła karierę w magazynie „Rolling Stone” w latach 70., a dziś jest najważniejszą kronikarką wpływowych osobistości ostatniego półwiecza.
Wysoka i szczupła, w okularach, o siwiejących blond włosach, podkreślonych czarnym strojem, Leibovitz ma przyjazne usposobienie, pasujące do jej prostych korzeni z Connecticut. Łatwo zrozumieć, jak mogła rozgryźć najbardziej szalone osobowości swoich czasów i fotografować je dla amerykańskich magazynów: od „Vanity Fair” po „Vogue’a”. – Uważam, że empatia jest naprawdę ważna – zdradza swój sekret. I dodaje: – Wspaniałym sposobem na myślenie o fotografowaniu ludzi jest to, żeby jednocześnie opowiedzieć historię. Czasami jestem tak samo zauroczona otoczeniem, jak osobą, którą fotografuję, więc czasami idą one w parze i to działa.
Legendarna stylistka Grace Coddington, która wielokrotnie z nią współpracowała, twierdzi, że pomogła również jej pracowitość: – To nigdy nie było tylko klik-klik, wszystko zawsze było przemyślane. Annie wkłada mnóstwo pracy w research i naprawdę wnika w osobę, nawet w miejsce zdjęć. Jest niesamowita. Ale twarda, bardzo twarda. Wszystko, co przychodzi łatwo, zazwyczaj nie jest dobre.
Solidnie przygotowywała się też do drugiego tomu „Women”. Znana z bycia samotnikiem, co dziwne, brała udział w ogólnokrajowych „kręgach dyskusyjnych”, które organizowała wspólnie ze Steinem, gdzie kobiety dzieliły się swoimi doświadczeniami: od przemocy seksualnej po prawa człowieka. – Rozmowy w takich grupach doprowadzają mnie do łez – wyznała.
Wszystko wynagrodziła niedawna wiadomość, że choć jej książka oficjalnie debiutuje dopiero 24 listopada, na stronie wydawcy już została wyprzedana. Być może to ulga dla Leibovitz, która w 2009 roku stanęła w obliczu bankructwa w związku z pozwem o zaległość na 24 miliony dolarów. „Bankructwo to nie śmierć” – powiedziała wówczas. I miała rację. Dzięki „Women” wraca jeszcze mocniejsza. Udowadniając, że portret to nie tylko kwestia światła, obiektywu czy kompozycji; to kwestia zaufania drugiego człowieka. Bo bądźmy szczerzy, żyjemy obecnie w świecie tonącym w obrazach. Każdy jest swoim własnym portrecistą, w dobie kolejnego selfie w social mediach. Wolniejsze, bardziej refleksyjne podejście Leibovitz stoi w ostrym kontraście do tego wszystkiego. I to czyni te portrety wyjątkowymi.
Ich autorka zapewnia, że nowa edycja „Women” to nie koniec projektu: – Jestem mu bardzo oddana. To brzmi banalnie, ale czuję się bardzo odpowiedzialna za dorobek opowiadający o naszych czasach. Nie sądzę, żeby wielu innych fotografów miało taką okazję. Kocham to, co robię i będę to robić dalej, niezależnie od tego, czy moje zdjęcia zostaną wydane w albumie, czy nie. ﹡
_____
Przy pisaniu artykułu korzystam z wywiadów dla „Guardiana”, „San Francisco Chronicle”, „WWD”, „New Yorkera” i „Los Angeles Times”.