Jest drobna. Ma kręcone włosy, fryzura bob. Zero makijażu. Mówi cicho i z namysłem. Najczęściej w oparach dymu papierosowego. We Francji jest ikoną, dobrem kultury, artystką o tak rozpoznawalnym stylu, że trudno ją pomylić z kimkolwiek innym. „Fotografie Sarah Moon to cuda nasycone czasem i świadomością przemijania. To zdjęcia, które omijają intelekt i dają się odczuć w trzewiach, jak dobra piosenka lub horror” – piszą krytycy.
Świat wykreowany przez Moon porusza pokłady wrażliwości i sprawia, że patrząc na jej eteryczne i przypominające marzenia zdjęcia, człowiek łagodnieje. Nie pokazują prawdy – są bardziej zbliżone do wspomnień lub snów, do graficznych obrazów z naciskiem na kompozycję i kształt. Autorka bada w nich granicę między światem realnym a tym wymyślonym.
Ona sama ma dużo prostszą recenzję tego, co robi. – Dla mnie fotografia to czysta fikcja. Być może to echo świata – wyjaśniła w 2008 roku. Innym razem tak powiedziała: – Widzę związek pomiędzy taksydermistą, czyli kimś, kto wypycha zwierzęta, a fotografem, który „wypycha” pamiątki. Sposób, w jaki jeden i drugi myślą, aby utrzymać je przy życiu, czasami nie dokładnie takimi, jakimi były, jest cudowny! Jest coś w tych zatrzymanych w czasie wspomnieniach.
Najnowsza wystawa „Sarah Moon”, którą można oglądać w Michael Hoppen Gallery w Londynie do 17 lipca, to okazja, by zobaczyć jej świat, czyli to, co „po drugiej stronie lustra”. A u nas poznać kobietę, która go wykreowała.
K O B I E T A
Fotografia modowa to raczej męska sprawa. Zawsze tak było. Twórcy obrazów to niemal zawsze mężczyźni. Od Cecila Beatona, przez Richarda Avedona i Davida Baileya, po Stevena Meisela czy Mario Testino, fotografia mody często sprowadzała się do tego samego: facetów fotografujących kobiety w akcie uwodzenia.
Dawno, dawno temu Sarah Moon sama była dziewczyną ze zdjęcia. Ale przez ostatnie pięć dekad ta była modelka stoi za obiektywem, oferując korektę często agresywnie seksualnej wizji swoich męskich odpowiedników. – Czuję solidarność z kobietami – wyjaśnia. – Jest między nami pewna zmowa, pewien rodzaj współdziałania, pewien rodzaj wzajemnej tajemnicy, która wychodzi na zdjęciu.
Mówi innym językiem niż fotografowie płci męskiej: – To nie ten sam język uwodzenia.
Jeśli szukasz marzycielskiej zmysłowości, Moon jest kobietą dla ciebie. – Jest prawdopodobnie najbardziej kobiecą ze wszystkich fotografek, jakie znam – uważa David Bailey z wyraźną aprobatą.
Co ciekawe, ją samą do robienia zdjęć mody zainspirował mężczyzna: Guy Bourdin. – Ponieważ używał fotografii jako trampoliny dla swojej wyobraźni i miał bardzo swobodną interpretację mody – zdradza. Od tamtej pory (od końca lat 60. XX wieku) jej charakterystyczne, łatwo rozpoznawalne zdjęcia zdobiły strony magazynów „Vogue”, „Nova”, „Elle”, „Harper’s Bazaar” i innych. Zdjęcia te z biegiem lat zyskały od krytyków takie określenia, jak: nostalgiczne, kobiece, delikatne, luksusowe, romantyczne.
Ostatnie określenie w ogóle się jej nie podoba: – Nie przeszkadza mi ich „kobiecość”, bardziej to, gdy ludzie mówią, że to romantyzm, bo kiedy coś jest romantyczne, zawsze kojarzę to z czymś słodkim. Lubię opowiadać historie o ludziach. Ale romantyczna? Może kiedyś byłam, ale to przechodzi z wiekiem.
Historyk fotografii Martin Harrison poniekąd się z nią zgadza: – Wiele jej zdjęć jest dość złowrogich. Nie są aż tak seksualnie złowieszcze, ale kobiety Sarah zawsze zdają się czekać. Czekanie to naprawdę brzemienne w skutki słowo. Czekają na co? Na to, żeby jakiś facet przyszedł i je przeleciał? Nie chciałyby być aż tak pozbawione władzy. Sarah nie jest kobietą bez władzy.
I M I Ę
Moon nie tylko rządzi swoimi zdjęciami, ale także informacjami na swój temat. Szczegóły biograficzne to trudno dostępny towar. Fotografka nie udziela za często wywiadów. Pochodzi z epoki, w której to dzieło jest ważniejsze niż twórca. – Nie mam nic przeciwko mówieniu o mojej pracy, ale nie jestem dobra w mówieniu o moim życiu – mawia.
Wiadomo, że urodziła się jako Marielle Warin w 1941 roku, w małej miejscowości Vernon w Normandii, ale po przybyciu nazistów jej rodzina uciekła do Wielkiej Brytanii, aby uniknąć prześladowań Żydów. Ona wróciła do Francji na początku lat 60., aby studiować w szkole artystycznej. – Nigdy nie planowałam, żeby zostać fotografką, raczej malarką – zapewnia.
W Paryżu zarabiała na życie jako modelka. Gdy poznała świat mody od środka, zaczęła robić zdjęcia koleżankom na pokazach, za kulisami, gdy modelki czekały na przymiarki, potem też innym współpracownikom i przyjaciołom. Nikomu ich nie pokazywała.
– Wciąż byłam modelką, a nie fotografką. Miałam aparat, który ktoś mi pożyczył, i po prostu robiłam zdjęcia – wspomina.
Pierwsze zdjęcie opublikowała przez przypadek: – Przyjechałam do redakcji „L’Express” [prestiżowego francuskiego tygodnika – przyp. red.], bo fotograf, który miał mi zrobić zdjęcie, zachorował i polecił mnie na swoje miejsce. Zespół wiedział, że jestem modelką, że fotografuję znajomych. Zaufali mi. Zrobiłam zdjęcie w ostatniej chwili; znalazłam koleżankę, która zapozowała. Kiedy podpisywałam umowę, a chciałam zachować pracę modelki, przyjęłam pseudonim Sarah Moon, bo babcia często nazywała mnie „Sarah”. Dziś Marielle wydaje mi się kimś innym.
A skąd księżycowe nazwisko? – Jestem trochę marzycielką. Mam problemy z wielozadaniowością, a potem odpływam – uśmiecha się.
M O D A
Pierwsze jej zdjęcie, które ukazało się w magazynie mody w 1968 roku, to portret przyjaciółki, modelki Elfie Semotan, a dziś wybitnej artystki. – Przez szybę w samochodzie widać tylko jej głowę. Nie wiem, jak to się stało, ale trafiło do „Vogue’a” w tym samym czasie, co zdjęcie dzieci Emmanuelle Khanh, które też zrobiłam w samochodzie. Są w Muzeum Sztuki Nowoczesnej – opowiada.
Czarno-biały kadr był pełen elegancji. Był nie tylko przełomem w jej karierze, ale w fotografii mody w ogóle. W tamtym czasie Helmut Newton i Guy Bourdin przedstawiali kobiety jako agresywne dominy, silne i bezwstydnie seksowne. To, co ona zobaczyła przez obiektyw, było czymś znacznie delikatniejszym, bardziej zmysłowym i tajemniczym. Była także jedną z nielicznych wówczas kobiet w tej dziedzinie, które torowały drogę innym.
– Nawet na początku – mówi – wolałam coś, co oddalałoby mnie od języka glamour. Szukałam czegoś bardziej intymnego. Zainteresowały mnie… sekunda pośrednia przed wykonaniem gestu, chwila w zwolnionym tempie…
Przedstawiła marzycielską, samotną i wolną kobietę. Bywało, że na sesji ignorowała upływ czasu, czekając do godziny 16 ze zrobieniem pierwszego zdjęcia, kiedy modelki już opadały z sił. – To jest ten moment, który ona naprawdę lubi. Dzięki temu jej dziewczyny zawsze były bierne, nieco nieobecne i rozmarzone – wyjawia ówczesna redaktorka ds. mody magazynu „Nova”, Caroline Baker.
W następnym roku jej przyjaciółka Corinne Sarrut, stylistka marki Cacharel, poprosiła ją o sfotografowanie damskiej kolekcji. Dwie przyjaciółki zapoczątkowały owocną współpracę, która zdefiniowała wizerunek marki do 1990 roku. W tym projekcie wspierał je Robert Delpire, wydawca, który dzielił prywatne życie z Sarah i towarzyszył jej w pracy przez 48 lat (zmarł w 2017 roku).
To, co wówczas zaproponowała, było tak oryginalne i świeże, że moda od razu sięgnęła po jej talent. Napływały zlecenia na sesje dla kolejnych magazynów mody i kampanii reklamowych, m.in. dla Chanel, Diora, Armaniego, Jeana Paula Gaultiera i Comme des Garçons. W 1972 roku została pierwszą kobietą, która zrobiła zdjęcia do kalendarza Pirelli. – Moje doświadczenie modelki bardzo mi pomogło, bo rozumiem modeling i pomagam dziewczynom. Mogłyby być moimi dziećmi, więc mi ufają, a ja dodaję im pewności siebie. One są na scenie, a ja za kulisami. To jest dialog – wyjawia.
Nawet, gdy fotografuje kobiety, nie skupia się na ich urodzie. Rysy twarzy są trudne do wyobrażenia, często zakrywają je wielkie kapelusze, czasem modelki po prostu stoją tyłem, często są fotografowane, jak gdzieś odchodzą. Nie wiemy, kim są, ani dokąd zmierzają. – Od 50 lat robię prawie to samo zdjęcie: zdjęcie mody. Sukienka i kobieta, a raczej kobieta i sukienka. Zbliżenie lub cała długość. Siedzące, stojące, wewnątrz, na zewnątrz, w cieniu lub w świetle, latem lub zimą, nieważne. Fotografuję iluzję, efemeryczność, odmienność i piękno. Potem szukam emocji – opisywała kiedyś swój proces twórczy.
Wiedziała, czego się oczekuje od modelek pod względem gry aktorskiej, postawy i prowokacji. Nie poszła tą drogą; nie dawała im prawie żadnych wskazówek. To, co ją pociąga, to wyimaginowana postać w sukience. Objaśnia: – Ubranie nadaje rolę kobiecie, która je nosi, niczym kostium. Właśnie tego staram się szukać w modzie.
Jest samoukiem, charakterystyczny styl wypracowała sama. To zdjęcia, w których poza malarskością, większe znaczenie gra nastrój, emocja i elegancja, niż sama sukienka. Tak to tłumaczy: – Zawsze interesowałam się architekturą ubrań. A japońscy projektanci, od Isseya Miyake po Yohji Yamamoto, mają sposób widzenia, który wzbogaca ubrania o konstrukcyjne rozwiązania, a tym samym same zdjęcia. A co najważniejsze: interesuje mnie moda ponadczasowa, która nie zależy od trendów.
Choć nigdy na dobre nie porzuciła branży, od 1985 roku przeniosła zainteresowania także na osobiste projekty, które obejmują krótkie filmy oraz portrety kobiet, zwierząt, roślin, krajobrazów i innych miejsc.
Dlaczego wycofała się z modowego świata? – Zawsze kochałam fotografię mody i nadal kocham. Jestem jej wdzięczna za to, że dała mi początek, za to, że pozwoliła mi poznać ludzi, którzy byli ważni w moim życiu – deklaruje.
F I K C J A
Zaczęła pracować na własny rachunek po śmierci asystenta i przyjaciela, Mike’a Yavela, w 1985 roku. – Nauczył mnie wszystkiego od strony technicznej. Był dla mnie pod tym względem ogromnym wsparciem. Kiedy odszedł na zawał serca, myślałam nawet, że nie dam rady bez niego. Nagle zostałam sama w branży mody… Zaczęłam fotografować małym aparatem Polaroid. To otworzyło mi nową drogę, gdzie eksploracja ma pierwszeństwo przed wydajnością. Nie musiałam odnosić sukcesów za wszelką cenę, co jest normą w fotografii na zlecenie – opowiada.
Co najbardziej niezwykłe, nawet dziś, jako 85-latka pracuje z niemal bezprecedensową swobodą twórczą. Nadaje zdjęciom reklamowym niepowtarzalny, poetycki charakter. Jej mąż o jej stylu zawsze mawiał: „Sarah instynktownie wie, że płatki opadają zbyt wcześnie”.
I projekty reklamowe, i artystyczne łączy to samo podejście. – Zaczynam od niczego, wymyślam historię, która nie jest znana, wyobrażam sobie sytuację, która nie istnieje, usuwam przestrzeń, by wymyślić inną, przesuwam światło, renderuję, a potem próbuję wykreować coś, czego się nie spodziewałam. Wszystko odrywam od rzeczywistości, odrealniam. A potem czekam, aby zobaczyć to, czego nie pamiętam. I mam nadzieję na szczęście – wyjawia kulisy swojej pracy.
Mocno wierzy w atmosferę fotografii lub obrazu, a nie tylko w samą dokumentację. – Nie fotografuję życia, ale tworzę fikcję opartą na rzeczywistości. Podświadomość jest dla mnie z pewnością siłą napędową; moja fotografia jest reakcją: nie wiem, co chcę powiedzieć, staram się przede wszystkim widzieć. Definicja Cartiera-Bressona jest wspaniała: „Fotografować to ustawić głowę, oko i serce w tej samej linii wzroku”. Nie można tego ująć lepiej – oświadcza.
Czasem zazdrości fotoreporterom: – Dają świadectwo; wykazują obiektywizm, do którego nie dążę. Właśnie tego im zazdroszczę. Często się zastanawiam: co bym zrobiła, gdybym była mniej nieśmiała? Nie mogę fotografować kogoś bez jego zgody. To zbyt duża ingerencja. Długotrwałe patrzenie na kogoś jest onieśmielające.
Większość jej prac jest w czerni i bieli. – Czarno-biały ma znaczenie. Czarno-biały jest wtedy, gdy zamykasz oczy. Daje dystans do rzeczywistości. Dzięki niemu widzę lepiej, widzę więcej – tłumaczy.
F I L M
Kino głęboko ukształtowało estetykę Sarah Moon. Zainspirowana twórczością Fritza Langa, Bustera Keatona, Eisensteina i Bergmana, często uważa swoje fotografie za „sekundę historii, której nie sfilmuje”. Ten narracyjny wymiar znajduje również odzwierciedlenie w jej filmach krótkometrażowych, które są mniej znane niż zdjęcia.
W 1979 roku za jeden z nich zdobyła Złotego Lwa w Cannes. W 1995 roku nakręciła film o słynnym fotografie Henrim Cartier-Bressonie. Jej inne godne uwagi filmy to adaptacje baśni „Dziewczynka z zapałkami” – „Cyrk”, „Płomykówka” czy „Czerwona nić”, gdzie wykorzystuje pomysłowe, rękodzielnicze techniki, takie jak użycie soli filmowanej w zwolnionym tempie, aby symulować śnieg. Jest też film fabularny „Mississippi One”, czy teledysk dla gwiazdy pop, Khaleda.
– Wszystkie moje filmy w pewnym sensie tworzą wyspy połączone ze sobą zbiorem zdjęć, w których mieszam modę, krajobrazy, zwierzęta, to, co ożywione i nieożywione bez żadnej konkretnej chronologii, w swobodny sposób – wyjaśnia.
Nazywa je „filmami domowymi”, bo zawsze miała na nie niewiele czasu i bardzo ograniczone środki, kręciła je z tym samym zespołem, przyjaciółmi. Filmowanie nigdy nie trwało dłużej niż pięć dni. – Całe życie uwielbiałam opowiadać historie i miałam szczęście, że mogłam je urzeczywistnić – mówi dzisiaj.
Jaką widzi różnicę między inscenizowaną fotografią mody a reżyserowaniem filmu? Dla niej, to nie to samo. – W filmie jest scenariusz z akcją, jedną lub wieloma postaciami, są aktorzy, którzy dają im życie, jest ruch… Krótko mówiąc, wszystko jest wyreżyserowane. W fotografii modowej kierunek jest bardzo improwizowany. Poruszamy się bez scenariusza. Przede wszystkim wiem, czego nie chcę. Unikam pozowania. Szukam obecności w obrębie ustalonych kodów. Zdjęcie musi przywołać moment, dwudziestą piątą sekundy z filmu bez początku i końca, który nigdy nie zostanie uchwycony – ocenia.
Chodzi też o coś jeszcze: – Film to miejsce, w którym wyobraźnia spotyka się z rzeczywistością. A fotografia jest echem: nasycasz rzeczywistość swoją osobowością.
Czyli fotografia dla niej jest bardziej złożona? – Przede wszystkim jest cicha – uśmiecha się. – Filmowanie jest trudne, ale trochę jak poszukiwanie skarbów, gdzie wskazówki prowadzą aktorzy, narracja, dźwięk, obraz – wszystko składa się w całość, tworząc historię. W fotografii reagujesz bardziej instynktownie. W dużej mierze jest w tym element przypadku. Możesz przejść obok drzewa czterdzieści razy i go nie zauważyć. A potem, pewnego dnia, ponieważ masz większą otwartość, zdjęcie zostaje zrobione, udane lub nie.
Nigdy jednak nie porzuciła fotografii na rzecz kina. Zawsze ponownie sięgała po aparat, który zresztą zawsze ze sobą zabiera. – To jest to, co kocham.… Będę fotografować dopóki będę mogła to robić. Uważam, że w moim wieku to przywilej – ocenia.
S T Y L
Była pionierką w fotografii, nie tylko fotografii mody. Dziś jest w niej wiele kobiet. Ich prace charakteryzują się inną estetyką. W ich obrazach nie ma tajemnicy, raczej hiperrzeczywistość, każde zdjęcie to stwierdzenie, że takie jest życie, z całym jego bólem i nędzą.
Zdjęcia Sarah Moon opowiadają o przemijaniu piękna. Cytuje Paula Valéry’ego: „Piękno to to, co rozpacza”, aby przywołać jego nieosiągalną naturę. Może dlatego interesuje ją bardziej niedoskonałość? – Oczywiście, jeśli coś jest naprawdę złe, to to retuszuję – mówi. – Ale tylko minimalnie i nigdy nie próbuję upiększać kobiety. Fałszowanie wizerunku mnie nie interesuje. To zakodowany język seksu, blasku i blichtru, a także czynnik ujednolicający ideał piękna, narzucony ze względów marketingowych.
Jej zależy na tym, by nieważne, czy chodzi o zdjęcia mody, czy krajobrazu, to była właściwie ta sama historia, by była prawdziwa ciągłość, ciągłość techniki, nastroju i tajemnicy.
– Nigdy nie czułam, że mam jakiś specjalny styl. Ziarno, ostrość, rozmycie – które wcale nie jest rozmyciem, ale podwójną ekspozycją. Po prostu widziałam to w taki sposób, więc chyba stało się to moim stylem. Nie zdawałam sobie z tego sprawy, dopóki ludzie nie zaczęli o tym mówić – opowiada.
Dziś Francuzka, będąca już kimś w rodzaju wielkiej damy fotografii, choć nigdy by się do tego nie przyznała, wstydzi się tytułu „fotografa artysty”. – Nie lubię tego określenia – zapewnia. – Jest pretensjonalne. Nie można zdecydować, że chce się tworzyć sztukę. Można zdecydować się na podejście artystyczne, a biorąc pod uwagę, że używam fotografii jako medium, za pomocą którego się wyrażam, przypuszczam, że je mam. Ale to tylko etykieta.
– W zasadzie to ja nic takiego nie robię – upiera się. – Nie znam się na technice. Nie pracuję z lampą błyskową. Wszystko jest u mnie bardzo proste. Oczywiście wiem, jak poprosić kamerę, aby przetłumaczyła to, co chcę. Ale już charakterystyczne dla mnie ślady, zadrapania i niedoskonałości na polaroidzie są przypadkowe, to po prostu część natychmiastowej obróbki.
G Ł O S
Jest konsekwentna, nieustannie podąża za swoją wizją. – W fotografii narzędzia uległy zmianie wraz z pojawieniem się rozwiązań cyfrowych, a smartfony fotografowanie umożliwiły każdemu. Ale dobre zdjęcie to dobre zdjęcie, niezależnie od tego, czy jest cyfrowe, polaroidowe czy analogowe. Wcześniej wyzwanie było znacznie większe, ale znalezienie własnego głosu nadal jest bardzo trudne. Zwłaszcza teraz, w czasach, gdy wszyscy to robią – zauważa.
Podkreśla, że wie, jak trudno jest zarabiać na życie jako fotograf mody, a przy tak wielu fotografach pracujących obecnie, trudniej niż kiedykolwiek uwierzyć we własną wizję. – To jednak musi robić każdy dobry fotograf. Ostatecznie o to właśnie chodzi: trzeba wsłuchać się w swój głos, pracować na własny rachunek i wierzyć, że się uda – zaznacza.
Czy dla niej robienie zdjęć, których szuka, po latach stało się łatwiejsze? – Nie, wręcz przeciwnie. Dziś potrzebuję więcej czasu. To z powodu presji i prawdopodobnie faktu, że sława nakłada na mnie inne oczekiwania, z którymi się nie identyfikuję, ale na które reaguję, ponieważ żyję ze swojej pracy. To trudna branża, bo w modzie masz dwa dni albo na sukces, albo porażkę – wyjaśnia.
Po śmierci męża, kontynuuje jego dziedzictwo w wydawnictwie Delpire, organizuje wystawy i współpracuje z fundacjami mającymi na celu ochronę ich wspólnej twórczości. – Wielu projektom mówię „nie”, ale gdy jest coś nowego i interesującego, wchodzę w to. Tak długo, jak masz w sobie ciekawość, chcesz iść dalej, co jest szalone, ale jednocześnie jest motywacją. W dniu, w którym nie będę już w stanie tego robić, cóż… – urwała. ﹡
_____
Przy pisaniu artykułu korzystałam z wywiadów w „Independent”, „Polka”, „Herald Scotland”, „The Gaze of Parisienne”, „Another Magazine”, „New Zeland Herald” i Radio France.
Kopiowanie treści jest zabronione