Peter Lindbergh, Kristen McMenamy i Azzedine Alaïa, Paryż, 1995
Jeden z aparatem, drugi z nożyczkami: „Widzimy kobiety takimi, jakimi są naprawdę, może dlatego w pełni nam ufają”
04 października 2025
tekst: AMK
zdjęcia: Peter Lindbergh

Posłuchaj

Najbardziej poszukiwany fotograf mody swoich czasów i geniusz krawiectwa. Jeden skryty, drugi rubaszny. Jeden nie przejmował się modą, a drugi ją wielbił. Łączyło ich jednak coś poza pracą: autentyczność, skromność i duchowa wspólnota. Ta książka pokazuje, że fotografa i projektanta przez całe życie jednoczyło coś jeszcze – wspólny podziw dla kobiet. Zanim kupicie album „Peter Lindbergh. Azzedine Alaïa”, u nas o nich przeczytajcie…

To zdjęcie byłoby nie do pomyślenia w 2025 roku: młoda kobieta całkowicie naga stoi między dwoma znacznie starszymi mężczyznami, obaj z rękami w kieszeniach i pewnie patrzący w obiektyw. Kobieta spogląda w dal, z kącika ust zwisa papieros, na nogach buty na wysokim obcasie. To Kristen McMenamy, Peter Lindbergh i Azzedine Alaïa – modelka, fotograf i projektant mody. Portret zrobił ten drugi w Paryżu w 1995 roku. Z dzisiejszej perspektywy można go odczytywać jako ilustrację zależności modelki od mężczyzn dyktujących warunki i nierównowagi sił w świecie mody.

Nie tylko żadne media by go nie opublikowały, ale prawdopodobnie nigdy by w ogóle nie powstał. Zwłaszcza po doniesieniach o nadużyciach władzy w modowej branży czasów #MeToo: m.in. fotografów Mario Testino, Jonathana Ledera, Terry’ego Richardsona, Bruce’a Webera czy projektanta Alexandra Wanga… Lista oskarżonych w branży jest dłuższa i bezpowrotnie zakończyła głośne kariery.

Ale, co znamienne, nigdy nikt nie postawił żadnych zarzutów ani Lindberghowi, ani Alaïa. Wręcz przeciwnie, wszystkie kobiety, które z nimi pracowały przez dekady, zawsze były pełne uznania dla ich opiekuńczości, troski, empatii i przyjaźni, co było podstawą zaufania. – Są jak rodzina – modelki, stylistki, makijażystki mawiały o jednym i drugim. – Wolni, hojni, gościnni: Azzedine i Peter są tacy. Taka jest też ich sztuka – oceniał fotograf Paolo Roversi.

Lindbergh i Alaïa nie tylko byli partnerami biznesowymi, ale także serdecznymi przyjaciółmi, których łączyła uczciwość i wspólny podziw dla kobiet. „Kobiety są bardziej otwarte, odważniejsze, opanowane i podejmują większe ryzyko niż mężczyźni. Widzę je takimi, jakimi są naprawdę, może dlatego tak bardzo mi ufają” – w albumie „Peter Lindbergh. Azzedine Alaïa” wydawnictwa Taschen można przeczytać słowa fotografa, uznanego za „odkrywcę supermodelek”.

Linda Spierings i Tatjana Patitz, Le Touquet, Francja, 1986

Peter

 

Był fotografem mody, który nie przejmował się modą. Na tamte czasy to było rewolucyjne, bo on wolał pokazywać kobietę, nie ubranie. Azzedine też mawiał, że „wolałby, żeby ludzie zwracali uwagę na kobietę, a nie na jej ubrania”. Obaj apelowali o szacunek dla modelek.

– Gdy widzę sesję, podczas której fotograf pokrzykuje: „Hay baby, you’re fabulous!”, to mam ochotę zmienić zawód – nie krył zażenowania na widok niektórych kolegów po fachu.

On zachwycał się naprawdę i na zawsze. W sukcesie towarzyszył od początku drogi i dojrzewał ze swoimi modelkami, którym był wierny wraz z kolejnymi zmarszczkami. – Piękno nie ma nic wspólnego z młodością. Mieć przed sobą prawdziwego człowieka, który nosi całe swoje życie na twarzy, jest niesamowite. I rzadkie – mawiał. – Fotograf powinien mieć obowiązek uwolnić kobiety, a w końcu wszystkich, od lęku przed młodością i perfekcją. Jeśli odrzucisz modę i sztuczność, zobaczysz prawdziwą osobę.

Mistrza nie ma już z nami 6 lat, ale jego filozofia prawdy w fotografii pozostała. To on zapoczątkował modę na pokazywanie twarzy bez makijażu i robienie zdjęć bez retuszu. I to jemu zawdzięczamy wprowadzenie do magazynów mody kobiet w średnim wieku.

Miał swoje ulubienice. Milla Jovovich, Naomi Campbell, Tatjana Patitz, Nadja Auermann, Linda Evangelista czy Kristen McMenamy dorastały na jego oczach. – Mój sposób na dobre relacje? Nie dotykać modelki – śmiał się, gdy pytano go o tak długie związki z fotografowanymi pięknościami. Bohaterki jego zdjęć nie skarżyły się na złe traktowanie czy molestowanie na planie zdjęciowym, co zdarzało się innym sławnym kolegom z branży fotografii mody. – Nigdy taki nie byłem. To jest to, czego zawsze nienawidziłem! Nigdy nie widziałem kobiet w sposób, jakby były moje czy coś w tym stylu. W relacji między modelką a fotografem zaufanie jest nawet ważniejsze niż prawda na zdjęciu – zapewniał.

Cindy Crawford tak wspominała pracę na planie sesji, z której słynne zdjęcie z nią, Evangelistą, Campbell, Patitz i Christy Turlington znalazło się na okładce brytyjskiego magazynu „Vogue” w styczniu 1990 roku: – Zarządzanie pięcioma kobietami walczącymi o pozycję nie mogło być łatwe, ale ze spokojnym Peterem pracowało się jak w marzeniach. Wiedział, jak nas okiełznać.

Wszystkie kobiety, które stawały przed jego aparatem, powtarzały, że był niezwykle ciepłą, miłą i serdeczną osobą. Otwarty, pełen szacunku i w pewnym sensie przyziemny. Miał dar łączenia się z ludźmi, co jest jednym z powodów, dla których jego portrety są tak wspaniałe. Milla Jovovich, której z aparatem towarzyszył odkąd była nastolatką, tak go opisała: – Miałam poczucie wolności i pewność, że jestem naprawdę doceniana za to, kim jestem. Oczywiście później zdałam sobie sprawę, że to była jego magia. Sprawiał, że ludzie czuli się wyjątkowo. Sprawiał, by każdy czuł się ważny i wspaniały. To właśnie uczyniło go tak genialnym artystą.

Od lewej: Marie-Sophie Wilson, Hotel du Nord, Paryż, 1988; Marie-Sophie Wilson, Paryż, 1988

Azzedine 

 

Alaïa, którego Lindbergh poznał w 1979 roku, był do niego podobny. Nie był krzykliwą osobą. Najczęściej używane słowo o nim to „pokorny”. Był miły i empatyczny, dla wielu ludzi stał się przyjacielem i przewodnikiem. Dla Naomi Campbell był przybranym ojcem, bo swojego nie znała. Mówiła o nim czule „papa”. Modelka wprowadziła się do jego mieszkania w Paryżu na początku kariery, kiedy miała 16 lat.

– W tamtych czasach jego lodówka nie była pełna: kupowaliśmy tylko to, co jedliśmy na co dzień, a jeśli w lodówce zostało jedno jajko, papa częstował mnie, żebym zrobiła sobie omlet – takie pełne współczucia przemówienie modelka wygłosiła na gali British Fashion Awards o kreatorze uznanym za „ostatniego wielkiego couturiera” po jego śmierci w 2017 roku.

Czarnoskóra piękność przez lata była jego muzą i najlepszą przyjaciółką. – Pamiętam, jak raz zadzwoniłam do niego zmęczona i przepracowana. Powiedział „przyjeżdżaj”, zrobił mi kolację i położył spać. A później zadzwonił do agencji, aby przestali mnie tak męczyć – innym razem wspominała w „The Independent”.

Do końca życia kreatora, regularnie zatrzymywała się w paryskiej kamienicy przy rue de la Verrerie 18, w budynku, w którym obecnie mieści się jego fundacja. – Bardzo opiekował się mną, pracą, którą wybrałam i ludźmi, z którymi pracowałam. A jeśli ktoś okazał mi brak szacunku, dzwonił w mojej obronie, zwłaszcza gdy miałam 17 lat – Campbell opowiadała „Financial Times”. – Wiele się od niego nauczyłam. Nigdy nie wiedziałam, kto przyjdzie na lunch lub kolację. To była druga rzecz: poza tym, że robił niesamowite, wspaniałe modowe dzieła, zawsze gotował obiad dla mnie i dla siebie. A dopiero potem mogliśmy pracować.

Zarówno Lindbergh, jak i Alaïa mieli Paryż za swój dom i uwielbiali to miasto. Lindbergh pochodził z Niemiec, a Alaïa z Tunezji. Poznali się tutaj. I często razem biesiadowali w większym gronie przy kuchennym stole kreatora, przy którym każdy był mile widziany. Pamiętne są niekończące się toasty; najostrzejsze papryczki chili Azzedine’a; domowe przysmaki Petry, żony Petera; Grigol śpiewający „Sto lat” France Sozzani; Didine, wspaniały bernardyn merdający ogonem, biegający wokół gości; rozmowy o sztuce, modzie i fotografii…

Alaïa wolał to od snobistycznych paryskich przyjęć i niezmiennie przez 40 lat trzymał się na uboczu świata mody, pozostając na szczycie. Moda, którą tworzył, też była poza trendami. Unikał rozgłosu, robił swoje. Był samoukiem, doskonalącym swoje rzemiosło w trakcie rozwijającej się kariery. Lekceważył ​​kalendarz mody, prezentując kolekcje dopiero wtedy, gdy były gotowe, a nie wtedy, gdy zaczynały się sezony. Był nieśmiały i bezpretensjonalny, choć jego kreacje nosiły najbardziej wyjątkowe kobiety, m.in. Greta Garbo, Cécile de Rothschild, Michelle Obama, Tina Turner, Grace Jones, Rihanna, Monica Bellucci, Penélope Cruz i Lady Gaga.

Album „Peter Lindbergh. Azzedine Alaïa”, wydawnictwo Taschen, 192 strony, cena: 15 euro

Azzedine i Peter

 

 

Fotograf i projektant podobni byli też w tym, że o kobietach mówili jedynie z uznaniem. Azzedine skromnie tłumaczył: – Robię tylko ubrania, to kobiety tworzą z nich modę. Innym razem wyznał: – Kiedy pracuję, myślę tylko o kobietach. Wszystko zawdzięczam kobietom, cały swój sukces.

Z pewnością miał na myśli modelki i klientki, a także swoją siostrę bliźniaczkę, Hafidę. To ona nauczyła go w młodości szyć i wspierała, by mógł zdobyć światową sławę. – Najlepszy komplement jaki kiedykolwiek dostałem? Kiedy modelki proszą po pokazie o kreacje, którą miały na sobie, a nie o wynagrodzenie – mówił w „The Wall Street Journal”. I tak właśnie robiły Linda, Cindy, Claudia, Christy czy Naomi, największe supermodelki lat 90. Kiedy Azzedine bookował je na sesję czy pokaz, natychmiast odwoływały wszystkie inne zlecenia, nawet te bardzo intratne, a u niego nie brały za pracę pieniędzy.

Mężczyznę z aparatem i mężczyznę z nożyczkami, poza szacunkiem dla kobiecości, łączyło jeszcze coś: obaj byli artystami i byłymi studentami akademii sztuk pięknych. Pierwszy miał być malarzem, a drugi rzeźbiarzem. Obaj trafili do świata mody. I obaj potrzebowali czerni do pracy. Lindbergh uważał, że jego zdjęcia były bardziej wyraziste, bardziej autentyczne, gdy ograniczał się do czerni i bieli, zwłaszcza w portretach. Alaïa powtarzał, że czarny „wyróżnia i rzeźbi sylwetkę”. – Czerń, kolor, który pochłania wszystkie barwy, jest ponadczasowa i tajemnicza – deklarował.

Obaj kochali monochromatyczność i nawiązali wspólny dialog. „Spotkaliśmy się ponad 40 lat temu. Od tego czasu Azzedine i ja pracujemy ręka w rękę. Fotografowałem jego kolekcje i mam niezliczoną ilość jego portretów” – czytamy w albumie Taschena, który celebruje artystyczne partnerstwo fotografa i projektanta. Podobnie jak artystyczne drogi, które połączyły Richarda Avedona i Christiana Diora lub Yvesa Saint Laurenta i Helmuta Newtona, Peter Lindbergh i Azzedine Alaïa znaleźli wspólne terytorium, na którym każdy z nich odzwierciedlał styl i osobowość tego drugiego.

Album „Peter Lindbergh. Azzedine Alaïa” – który po raz pierwszy ukazał się w 2021 roku, a w listopadzie pojawi się w mniejszej, tańszej wersji (wtedy 60 euro, dziś 15) – uwiecznia historyczne osiągnięcia w fotografii i modzie tych dwóch wyjątkowych talentów. Alaïa stał się architektem ciał, odsłaniając je i eksponując, podczas gdy Lindbergh uwieczniał je, rzucając światło na ich duszę i osobowość. Jak wyglądały ich wspólne sesje? – Nie musimy nawet rozmawiać. Wszystko płynie – powiedział kiedyś Alaïa.

– Są dwie rzeczy, które są dla mnie jak najcenniejszy skarb: kobiety i zdjęcia. Mój zawód dał mi możliwość połączenia ich obu – podsumował Peter. ﹡

Kopiowanie treści jest zabronione