To była prawdziwa bomba w modowej branży. 5 czerwca 2024 roku, zaledwie trzy tygodnie przed pokazem haute couture, dyrektor artystyczna domu mody Chanel, Virginie Viard, została bezceremonialnie zwolniona przez jednego z właścicieli marki. Nagle. Skończyło to prawie czterdziestoletnią pracę w Chanel, gdzie młoda Virginie zaczynała jako stażystka.
Po dwóch latach bycia na uboczu, była prawa ręka Karla Lagerfelda i najbardziej zaufana współpracowniczka w Chanel, a potem jego następczyni na stanowisku dyrektora artystycznego, po raz pierwszy przerywa milczenie. Od tygodni krążyły plotki, że w końcu opowie historię stojącą za jej nagłym odejściem, i stało się. Właśnie ukazała się jej autobiografia „Un regard: Une vie chez Chanel” (co w wolnym tłumaczeniu oznacza „Moje życie w Chanel”), która we Francji wywołała sensację. Bo opowiada w niej własną wersję wydarzeń i ujawnia wewnętrzne mechanizmy działania słynącego z tajemniczości domu mody.
Tym bardziej to zaskakujące, że Viard – w przeciwieństwie do Lagerfelda i jego żywiołowej osobowości – unikała rozgłosu. Niemniej jednak Lagerfeld i Viard mieli bliską relację zawodową, która skłoniła go kiedyś do stwierdzenia: „Ona jest moją prawą i lewą ręką”.
Cicha, dyskretna, małomówna i szczera. Jak kiedyś powiedziała jej przyjaciółka, modelka i ambasadorka Chanel, Caroline de Maigret, „Viriginie nie wie, jak udawać”.
„Zwolniono mnie podczas lunchu” – to słowa, które padły w weekend w popularnym francuskim talk-show „Quotidien”, gdzie 64-letnia projektantka pojawiła się, by promować swoją 256-stronicową książkę.
Udzieliła też ekskluzywnego wywiadu tygodnikowi „Paris Match”, w którym zdradziła, co było potem: – Na początku nie wiedziałam, co robić… Zupełnie się załamałam… Chodziłam na lekcje rysunku i malarstwa, lekcje angielskiego. Studiowałam magazyny modowe, żeby być na bieżąco i starałam się poprawić we wszystkim, w czym nie byłam dobra. Od stycznia zaczęłam współpracę z coachem, który pomógł mi odbudować się krok po kroku. Powinnam była mieć go od samego początku!
Nie ukrywała, że zanim ją zwolniono sądziła, iż zostanie w Chanel do końca życia… Niekoniecznie jako dyrektor artystyczna, ale w jednym z innych działów firmy. – A potem, z dnia na dzień, wszystko się zatrzymało. Stałam się bezbronna – zadeklarowała. – Ale marzyłam, by wrócić do pracy. Myślałam, że w ten sposób dam znać, że istnieję! Ostatecznie nie było zbyt wielu ofert, poza jednym projektem, który nie wypalił. Potem odrzuciłam propozycje, żeby skupić się na książce.
Zdjęcie: Stock
Zdjęcie: Astrid Di Crollalanza
„Czytając »Un regard«, sprytnie wydaną podczas trwającego obecnie Paris Fashion Week, książka jawi się jako autoportret zranionej kobiety, nieustannie walczącej ze strachem przed zniknięciem z historii mody. Viard szczegółowo opisuje smutek po odejściu z Chanel, przedstawiając siebie jako ducha nawiedzanego pamięcią o Lagerfeldzie. Ostatecznie jej historia przeradza się w desperackie poszukiwanie uznania” – pisze dziennikarz francuskiego „Vanity Fair”, który jako pierwszy czytał biografię.
1.
Viard rozpoczyna opowieść miesiąc po tym, jak pokaz kolekcji cruise w Marsylii w maju 2024 roku nie wypadł najlepiej. To także dzień, w którym ma umówiony lunch z Alainem Wertheimerem, globalnym prezesem wykonawczym Chanel, miliarderem, który wraz z bratem Gérardem jest właścicielem marki. Jest w dobrym humorze, kiedy go spotyka. Nie ma się czym martwić, są umówieni od dawna. Ich lunche są zazwyczaj lekkie i towarzyskie, „rozmawiają o Chanel z cichym współczuciem osób, które dzielą wielką miłość”.
– Och, cieszę się, że cię widzę – rzuca na powitanie do Wertheimera.
– Nie będzie łatwo – Alain zaczyna przy stole. Mówi spokojnie, jakby przepraszająco: – Chciałem być tym, który ci powie… Zakończymy to tutaj.
I tak, po prostu, koniec. Projektantka wyczuła zmianę atmosfery już po katastrofie w Marsylii, jednak nagłe zwolnienie sprawiło, że straciła mowę. „Rozumiem słowa. Nie rozumiem, co one znaczą. Jest czerwiec. Przygotowania do pokazu haute couture idą pełną parą. Wyniki sprzedaży są najlepsze w historii. Wszystko układa się pomyślnie. Dlaczego teraz? Dlaczego w ten sposób? Głos więźnie mi gdzieś między gardłem a sercem. Nie ma miejsca na dyskusję. Żadnych wyjaśnień. Tylko ta nagła wiadomość – i moje osłupienie połączone z milczeniem” – napisała w „Un regard: Une vie chez Chanel”.
Podaje również, że Chanel właśnie ogłosiło, że przychody za cały 2023 rok wyniosły 19,7 miliarda dolarów, co oznaczało wzrost o 16 procent. Firma podkreślała, że pod kierownictwem Viard dział odzieży gotowej (prêt-à-porter) zwiększył swoje obroty dwuipółkrotnie, a tylko w tamtym roku odnotował wzrost o 23 procent. Jednak przemilcza w książce, że reakcje w internecie na kolejne jej kolekcje stawały się coraz bardziej negatywne; dziennikarze i internauci otwarcie spekulowali o zastąpieniu projektantki.
– Czułam, że coś wisi w powietrzu – coś naprawdę nieprzyjemnego – ale mimo to nie spodziewałam się takiego obrotu sprawy. Wiedziałam, że pewnego dnia to się skończy, ale chyba nie tego dnia i nie w taki sposób – Viard wyznała w piątek w programie Yanna Barthèsa na antenie kanału TMC.
Nagłe rozstanie zostało zaznaczone jedynie dokumentem o rozwiązaniu umowy. Tuż po deserze. Jedno popołudnie dostała na pożegnanie z zespołami krawcowych, od razu zapakowano jej rzeczy i następnego dnia odesłano do domu. Trzy tygodnie później kolekcja haute couture Chanel na jesień 2024 roku zostaje zaprezentowana w paryskim Le Palais Garnier. Jej nazwisko znika zewsząd, jakby nigdy jej tam nie było. Autorstwo przypisano zespołowi projektowemu, a co gorsza, Viard czyta o tym wszystkim w prasie.
Zdjęcie: Chanel
2.
Z trudem próbowała odnaleźć się w nowej rzeczywistości. „Chanel nie było zwykłą pracą: stanowiło mój kręgosłup, fundament mojego istnienia. A kiedy ten fundament zostaje ci odebrany – nie stopniowo, nie z jakąś asekuracją na okres przejściowy, lecz nagle, za sprawą kilku słów wypowiedzianych przy stole – nie jesteś już w stanie ustać na nogach” – pisze. „Z trudem przychodzi mi chodzenie po ulicy. Boję się”.
W trakcie późniejszej autorefleksji zdała sobie sprawę, że nie wypełniła w pełni przestrzeni pozostawionej przez Lagerfelda po jego śmierci w 2019 roku. Viard rzadko udzielała wywiadów – unikała rozgłosu, wolała, by to jej kolekcje mówiły same za siebie.
W „Un regard: Une vie chez Chanel” ubolewa również nad brakiem zastępcy, podczas gdy ona sama przez lata była prawą ręką Lagerfelda. „Karl miał mnie, ja nie miałam nikogo. Prawdopodobnie powinnam była znaleźć sobie partnera do współpracy, kogoś, z kim mogłabym wymieniać się pomysłami i kto podjąłby się gry, w którą ja nie chciałam grać – nie zamiast mnie, lecz u mojego boku. Kogoś, kto by mnie bronił i pełnił rolę pośrednika – kto byłby publiczną twarzą tych aspektów mojej osobowości, które wolały pozostać niewidoczne” – stwierdza.
Sugeruje, że oceniano ją według innych kryteriów niż jej męskich odpowiedników w branży: „Nie twierdzę, że wiem to na pewno, ale jest to teoria, której nie mogę wykluczyć. Wiem, że powściągliwość profesjonalisty płci męskiej odbierana jest jako przejaw skupienia i sumienności. Z kolei powściągliwość profesjonalistki postrzegana jest jako wycofanie, brak obecności czy kruchość”.
W tej ocenie utwierdziły ją także rozmowy z projektantem mody Hedim Slimane (niegdyś Dior, Saint Laurent i Celine) i przyjacielem Lagerfelda. Znali się, funkcjonowali w tych samych kręgach, odnowili kontakt po latach. „Wyjaśnia mi teraz mechanizmy władzy, które dostrzegałam, choć nigdy nie potrafiłam ich nazwać. Nie chodziło o to, że nie potrafiłam grać w tę grę, ale ona budziła we mnie lęk. Hamowała moją kreatywność i odbierała mi wolność. Wiem, że miało to swoją cenę” – zauważa w książce.
Rok po odejściu z Chanel – gdy Matthieu Blazy przygotowywał się do debiutu w październiku ub.r. – Viard natknęła się na artykuł opisujący historię domu mody w trzech aktach: zaczynając od Gabrielle Chanel, następnie przez ikoniczne rządy Lagerfelda, a następnie nadejście przyszłości z Blazym. Tylko przelotna wzmianka o „przerwie” nadzorowanej przez nią. To słowo ją miażdży.
„Nawet nie wymieniają mnie z imienia. Jestem przerwą. Zatrzymuję się nad tym słowem. Czytam je ponownie. Przerwa. Moment, w którym publiczność wstaje, idzie do toalety, zamawia drinka, rozmawia na korytarzu. Moment, w którym tak naprawdę nic się nie dzieje. Cisza między dwoma ważnymi wydarzeniami” – ubolewa.
Francuskie media, które piszą o autobiografii, podkreślają, że „scena wyrzucenia jej z pracy, na dodatek bez podania przyczyny, jest brutalna, ale, co frustrujące, Viard nigdy nie wspomina o tym, co mogło ją sprowokować”. Zauważają, że nie ma ani słowa o krytyce kolekcji, które projektowała, ani o niechętnych jej pracy branżowych mediach, ani o warunkach finansowych, ani o szczegółach sprawowania władzy przez rodzinę Wertheimerów. Możliwe, że wynika to z umów o zachowaniu poufności, które musiała podpisać, na co wskazuje jej nieustanna ostrożność we wspominaniu o właścicielach czy szefach Chanel.
Zdjęcie: Olivier Saillant
Zdjęcie: Benoit Peverelli
Zdjęcia: Chanel
Dlatego książka, która jest podzielona na pięć aktów, staje się ciekawsza, gdy zdradza znacznie więcej, na przykład pisząc o swoim związku z Lagerfeldem.
3.
Nie zawsze jest dla niego łaskawa. Balansuje między wdzięcznością a urazą. Rozdział przybiera formę długiego, 13-stronicowego listu zaadresowanego do jej „Drogiego Karla”, czegoś pomiędzy listem miłosnym a psychoanalizą.
Z pewną niedyskrecją, jak zauważa „Vanity Fair”, daleką od dobrych manier Rue Cambon, opisuje ostatnie miesiące życia projektanta, jego schorowane ciało, wizyty w szpitalu, ale także dziwactwa geniusza, np. jak przygotowywała mu małe porcje białka podczas jego ekstremalnej diety, podczas której schudł ponad 40 kilogramów w ciągu roku, albo jak zamawiał białe wino do frankfurterek, ale wypijał tylko „trzy krople”.
Trzydzieści lat spędzonych u jego boku to podziw, czułość, zależność, rany i gniew. „Jak wytłumaczyć poświęcenie tak wiele komuś, kto tak często cię rani?” – pyta go w rozdziale mu poświęconym. Pamięta ból, jaki odczuwała, gdy inni przypisywali sobie zasługi za pracę, w którą tak wiele wniosła. Ile razy płakała w przymierzalni, gdy Amanda Harlech, brytyjska arystokratka i muza Lagerfelda, pojawiała się tuż przed pokazami i zajmowała jej miejsce u boku projektanta, by zaprezentować kolekcję dziennikarzom, jakby to ona ją zrobiła. „Było mi bardzo ciężko. W tej sytuacji było coś celowo krzywdzącego i ty o tym wiedziałeś. Dokładnie wiedziałeś, co robisz” – pisze do mistrza, zarzucając mu, że czerpał satysfakcję z podsycania rywalizacji w swoim zespole.
Wyznaje, że rozważała kiedyś propozycję dołączenia do Marca Jacobsa, gdy pracował w Louis Vuitton, ponieważ miała dość Harlech. Zdecydowała się zostać, ponieważ duet, jaki tworzyła z Karlem, był niezastąpiony: „Naprawdę byliśmy fantastycznym zespołem, znakomitym duetem twórczym – ze wszystkim, co wiąże się z taką intensywnością: wzajemną irytacją, podziwem i współzależnością”.
Szczegóły ich codziennego życia zawodowego są niestety mniej precyzyjne. On miał rysunki, inspiracje, pomysły, ale to ona tłumaczyła myśli mistrza na warsztat krawiecki. Lagerfeld potrafił naszkicować suknię ślubną trzema pociągnięciami ołówka, ona przyznaje, że nie potrafi rysować (zamiast tego pracuje poprzez kolaże). Lagerfeld przekształcił swoją publiczną personę – ciemne okulary przeciwsłoneczne, biały kołnierzyk i kucyk – w przedłużenie swoich kolekcji, zaś ona wycofała się w milczenie, gardząc social mediami, odmawiając wywiadów i z trudem formułując swoją wizję. Sama dziś zauważa, że to była jej słabość: jeśli jej kolekcje nie stały się częścią zbiorowej wyobraźni, to również dlatego, że nie potrafiła przekonać do nich innych.
Nie kryje żalu, że Karl zawsze wypowiadał się wymijająco na temat swojej choroby. O tym, że została wybrana na jego następczynię, dowiedziała się od prezesa działu mody Chanel Bruno Pavlovsky’ego w szpitalu, w dniu śmierci projektanta w wieku 85 lat (zmarł na raka). „Zastanawiałam się, czy to Karl zasugerował moją kandydaturę. Nie wiedziałam dokładnie, o czym rozmawiali. Być może nigdy się tego nie dowiem. Jeśli pomysł wyszedł od niego, był to najpiękniejszy prezent, jaki mógł mi zostawić. Skoro mnie chciał, oznaczało to, że dostrzegał moje miejsce. Ale znałam go. Jeśli mnie chciał, to również dlatego, że nie życzył sobie, by ktokolwiek inny przejął po nim schedę” – czytamy w książce.
Viard żywo pamięta pierwszy pokaz Chanel, który widziała: kiczowatą ekstrawagancję haute couture Karla Lagerfelda zorganizowaną pod koniec lat 80., na którą zabrał ją ojciec przyjaciela rodziny. Kolekcja składała się wyłącznie z kapeluszy, rękawiczek i modelek, w tym Inès de la Fressange i Marpessy Hennink, pozujących dla fotografów na wybiegu. Co Viard sądzi o tej kolekcji? „Okropna!” – mówi rzeczowo. „Taka stara”.
Zdjęcie: Karl Lagerfeld
Zdjęcie: Chaos
W wieku 20 lat Viard, którą matka nauczyła szyć, założyła z przyjaciółką markę Nirvana, szyjąc ubrania z tkanin wyprodukowanych w fabryce tekstylnej jej dziadka. Po przeniesieniu się z Lyonu do Paryża, dzięki koneksjom rodziców, udało się jej w 1987 roku zostać stażystką w Chanel. Karl od razu zapytał: „Co o tym myślisz?”. Jej trzymiesięczny staż przerodził się w pracę na pełen etat. Bo Karl natychmiast ją polubił: emanowała spokojem, była skromna i dyskretna. Z czasem nadzorowała kolekcje haute couture, prêt-à-porter i akcesoriów. Ściśle współpracowała z Lagerfeldem przy wszystkich 10 kolekcjach, które Chanel produkuje każdego roku.
W wywiadzie dla „Paris Match” wyznała, że bała się Lagerfelda: – To była ogromna szansa pracować z nim… Ale czułam się, jakbym codziennie zdawała maturę. Strach przed nim nigdy nie zniknął. Nigdy się nie rozluźniłam! Ale to nie było nieprzyjemne! Zawsze chciałam mu sprawić przyjemność. A on był szczęśliwy, że wciąż potrzebowałam jego aprobaty. Dzisiaj jestem w stanie się od niego odciąć. Ale nadal kocham go tak samo mocno, nic się nie zmieniło.
Gdy już została w Chanel bez niego, często zadawała pytania w swojej głowie: „Karl, co o tym myślisz? Czy to w porządku?”.
Jest jasne, że w głębi duszy bardzo za nim tęskni. „Chciałabym położyć głowę na twoim ramieniu, tak jak kiedyś, trzymać cię za rękę i u twego boku wspominać” – kończy, zanim podpisze: „Z całego serca przesyłam ci moją miłość, twoja Virginie”.
4.
Dlaczego napisała „Un regard: Une vie chez Chanel”? Ponieważ jest „wierna swojej pracy i chce, aby została zapamiętana dla potomności”. – Karl to wszystko wymyślił. Cudowną historię, która pozostanie na zawsze. A Coco Chanel zawsze będzie inspiracją. A ja – moje kolekcje, moje pokazy, moje kolaboracje, moje nieprzespane noce w studiu – również będę trwać wiecznie, nawet jeśli nikt jeszcze tego nie mówi – powiedziała w wywiadzie w „Quotidien”, podkreślając, że jej pięć lat na czele domu mody zasługuje na miejsce w historii.
Gdy usłyszała, że Blazy ma ją zastąpić na czele Chanel, podobno poczuła ulgę. – Uznałam, że to będzie coś zupełnie innego: świeże spojrzenie, inna ręka, podejście, które nie jest ani moje, ani Karla. Nie kontynuacja, lecz wyraźne zerwanie z przeszłością – a takie zdecydowane cięcia mają przynajmniej tę zaletę, że są jasne i czytelne. Z nim Chanel będzie inna, a to daje mi wolność – oświadczyła w telewizji.
Dlaczego debiut książki zaplanowała przed pokazem Chanel podczas Paris Fashion Week? – Spędziłam czterdzieści lat w modzie, więc nie miałoby sensu wypuszczać jej w innym czasie niż Tydzień Mody. Pasuje to do mojego życia. Oczywiście, to bardziej stresujące! Stawianie się w centrum uwagi w ten sposób to dziwne ćwiczenie. Nawet mnie to bawi. Ale… co za podróż! – uśmiechnęła się.
I zapewniła, że w końcu jest gotowa wrócić do pracy, choć nie planuje własnej linii mody. Przede wszystkim jednak może iść naprzód. – Teraz wreszcie jestem super szczęśliwa – podsumowała. ﹡
____
Podczas pisania artykułu korzystałam z „Paris Match”, „WWD”, „Vanity Fair”, „Le Monde”.