Dwie najlepsze kolekcje z Paryskiego Tygodnia Mody wiosna-lato 2027: Tom Ford i Chanel
W poszukiwaniu ludzkiego gestu. Czy moda straciła zdolność budzenia pożądania?
23 października 2026
tekst: Paula Zaręba
„Paryż od dawna nie jest już wyłącznie synonimem klasycznej elegancji. Stał się katalizatorem nowych idei, a zarazem doskonale naoliwioną maszyną do zarabiania pieniędzy. Co sezon oglądamy kolekcje, które obiecują świeże spojrzenie, głębsze znaczenie albo nową interpretację dziedzictwa danego projektanta. Ale ja za każdym razem zadaję sobie pytania: czy moda straciła zdolność budzenia pożądania? I czego tydzień mody w Paryżu może nas nauczyć o jej obecnej kondycji?” – Paula Zaręba, nasza specjalistka ds. mody, dzieli się swoją analizą po ostatniej wizycie na Paris Fashion Week.

Od kilku sezonów próbuję zrozumieć, co sprawia, że moda staje się pożądana, i jak mierzyć jej sukces poza liczbą kliknięć, wyświetleń i medialnych nagłówków. W rzeczywistości, w której kreatywność coraz częściej ustępuje miejsca wymogom szybkiego biznesu, projektanci są zmuszeni nieustannie udowadniać swoją wartość. Samo stworzenie czegoś ładnego już nie wystarcza. Każda kolekcja ma dziś coś deklarować, przekazywać określony komunikat i wywoływać dyskusję.

Tylko czy moda wciąż jest przede wszystkim o ubraniach, czy może ważniejsza stała się cała machina, która je otacza?

Często słyszymy, że moda stała się nijaka i nudna. Być może problem nie polega na tym, że nie ma już nic do powiedzenia. Tak bardzo skupiliśmy się na objaśnianiu jej znaczeń, że zapomnieliśmy, co właściwie dzięki niej czujemy. W świecie, w którym niemal wszystko przeniosło się do sfery cyfrowej, coraz bardziej tęsknimy za ludzkim dotykiem. Kiedyś na pewne rzeczy trzeba było poczekać. Gesty znaczyły więcej niż słowa, a drobne akty troski miały wartość samą w sobie. Dziś nawet to potrafi skrywać pozorne wsparcie, za którym kryje się oczekiwanie na coś w zamian.

Presja komercyjna zmieniła również sposób, w jaki moda powstaje i jest odbierana. Pod ciężarem statystyk i nieustannej potrzeby bycia widocznym niektóre kolekcje tracą głębię, która kiedyś czyniła je tak przekonującymi. Brak wyrazistości nie musi oznaczać jednak braku talentu. Czasami świadczy raczej o tym, że projektant próbuje pogodzić własną wizję artystyczną z narzuconymi mu wymogami biznesowymi. Nie każdemu udaje się znaleźć równowagę między jednym a drugim, a efektem może być kolekcja, która gubi z oczu to, co w modzie najważniejsze.

Ostatni pokaz Anthony’ego Vaccarello dla Saint Laurent: kolekcja na wiosnę-lato 2027
Zdjęcia: Saint Laurent

Szczególnie wyraźnie widać to w chwili, gdy nowy dyrektor kreatywny przejmuje stery domu mody. Zanim zdąży wypracować własny język, już porównuje się go z poprzednikiem, rozlicza z oczekiwań rynku i ocenia tempo, w jakim powinien nadać marce nowy kierunek.

Potwierdza to Anthony Vaccarello, który przez 10 lat był dyrektorem kreatywnym domu mody Saint Laurent, odkąd został nim jako 34-latek. – Na początku nie byłem tak dobry w komunikowaniu właściwego przekazu. Z biegiem lat i sezonów stałem się bardziej skupiony i pewny tego, by nie ustępować w swojej wizji. Na początku poszedłem na zbyt wiele kompromisów, bo chciałem wszystkich zadowolić. Coraz mniej mi na tym zależy – mówił „Another Magazine” w ostatnim wywiadzie w tej roli.

 

PRZESZŁOŚĆ NIE JEST MIARĄ TERAŹNIEJSZOŚCI

 

Wielkie rotacje na stanowiskach dyrektorów kreatywnych sprawiły, że pewne kwestie stały się bardziej widoczne. Moda wciąż pozostawia miejsce na niespodzianki, odejścia i debiuty, ale nie każda nowa wizja zdążyła znaleźć własny rytm. Od każdego projektanta debiutującego w oficjalnym kalendarzu oczekuje się, że od razu pokaże się z jak najlepszej strony. Tymczasem każdy z nich miał dotąd zaledwie rok, by udowodnić, na co go stać, i pokazać, jak dobrze zrozumiał dom mody, do którego trafił.

Oczekiwanie, że nowy dyrektor kreatywny po prostu wejdzie w buty poprzednika, nie ma większego sensu. Wciąż słyszymy, że Chanel Matthieu Blazy’ego to już nie to samo Chanel, co za czasów Karla Lagerfelda; że McQueen stracił swój dawny dramatyzm bez Lee McQueena; albo że współczesne interpretacje seksapilu u Demny nie dorównują temu, co Tom Ford stworzył dla Gucci. Niektóre z tych porównań mogą być uzasadnione, ale przeszłość nie może być jedyną miarą teraźniejszości. Jeśli moda ma pozostać żywa, musi się zmieniać. Pytanie brzmi więc: ile z tożsamości domu mody należy zachować, a jak daleko można pozwolić projektantowi posunąć się w jej reinterpretacji?

Tegoroczne debiuty w Carven i Courrèges pokazały dwa interesujące podejścia do dziedzictwa domu mody. W Courrèges Drew Henry zdaje się doskonale rozumieć, na czym polega ta różnica. Zanurzając się w archiwach, przywrócił charakterystyczne płaskie kozaki w formie niemal identycznej z oryginałami, a także dawne logo domu mody z lat 60. To właśnie takie drobne detale pozwalają na nowo ożywić ducha marki i dają przedsmak kierunku, w którym chce ją poprowadzić. Wizja Nicolasa Di Felice, który odszedł w marcu po pięciu latach pracy, miała niewątpliwie swój urok, ale skłaniała się ku minimalizmowi lat 60. Założyciel André Courrèges od zawsze patrzył jednak w stronę świetlanej przyszłości. Henry zdaje się to rozumieć – przywraca do tej opowieści światło i kolor.

Kai Nesselrath zadebiutował w Carven kolekcją na wiosnę-lato 2027…
…a całość stylizowała ceniona Camille Bidault-Waddington. Wideo i zdjęcia: Carven
Drew Henry w Courrèges nawiązał do dziedzictwa marki, przywracając też jego dawne logo z lat 60. Zdjęcia: Courrèges

O ile Henry stara się odzyskać pierwotny optymizm domu mody, o tyle Carven proponuje bardziej osobiste odczytanie dziedzictwa twórczyni, Marie-Louise Carven. Marka od dawna kojarzy się z kobiecością i lekkością, tradycyjnie wyrażanymi przez podkreśloną talię, paski i kokardy. Przy okazji swojego debiutu w paryskim domu mody Kai Nesselrath mówił, że chciał, by ubrania sprawiały wrażenie „noszonych, a nie nostalgicznych – zakorzenionych w codziennym życiu Paryża”.

Współczesna kobieta być może nie różni się aż tak bardzo od swojej odpowiedniczki z połowy ubiegłego wieku, ale inaczej wyraża osobowość. W Carven lekkość przybiera dziś formę swobodniejszych krojów i rzeźbiarskich linii. Kiedy efekt rzeczywiście odzwierciedla założenia projektanta, właśnie tak powinno to wyglądać. A gdy przychodzi odpowiedni moment, można sięgnąć po fundamentalne wartości założycielki, nie zamieniając ich w sztywny wzorzec do naśladowania.

 

MODA KOCHA SPEKTAKL

 

Pożądanie rzadko rodzi się wyłącznie z samych ubrań. Kształtują je również ludzie, którzy je noszą; ci, którzy zostają zaproszeni, by je oglądać; oraz wizerunek, jaki marka prezentuje światu. Pokaz często zaczyna się na długo przed tym, zanim pierwsza sylwetka pojawi się na wybiegu. Wszystko jest częścią strategii. Obecność gwiazd przyciąga uwagę, a zdobycie zaproszenia na pokaz graniczy z cudem. Lista gości nie jest już jedynie dodatkiem do prezentacji kolekcji, lecz elementem polityki wizerunkowej. Pierwszy rząd stał się nieodłączną częścią atrakcyjności pokazu.

Na swoim ostatnim pokazie dla Saint Laurent Vaccarello wysłał na wybieg suknie w żałobnej czerni. Nie brakowało też innych wymownych gestów: sylwetek skąpanych w złocie typowych dla YSL, występu swojej muzy Charlotte Gainsbourg na żywo (na podobę pożegnanej piosenki odśpiewanej przez Catherine Deneuve na ostatnim pokazie Monsieur Yvesa Saint Laurenta) i finału, w którym Vaccarello zdawał się przekazywać swojemu synowi klucze do domu mody, który miał opuścić po dekadzie.

Niezależnie od tego, czy te gesty miały znaczenie wykraczające poza samą kolekcję, pokazały, jak starannie można wyreżyserować opowieść wokół prezentacji. Bez oficjalnego potwierdzenia projektanci sami zaczynają sugerować swoje odejście za pomocą symbolicznych gestów – jakby po cichu zapowiadali je jeszcze przed podjęciem ostatecznej decyzji.

Vaccarello pomógł uczynić Saint Laurent marką niezwykle pożądaną, budując świat, do którego inni chcą należeć, albo przynajmniej znaleźć się w gronie tych najfajniejszych, zasiadających w pierwszym rzędzie pokazów odbywających się na Placu Trocadéro z widokiem na Wieżę Eiffla.

Ostatni pokaz Anthony’ego Vaccarello dla Saint Laurent. Zdjęcia i wideo: Saint Laurent

Istnieje jednak różnica między spektaklem, który rozbudza aspiracje, a tym, który chce przekazać coś więcej. Pokaz Matières Fécales zatytułowany „Ninety Nine Percent” był przykładem tego, jak obecność gwiazdy może spotkać się z określoną narracją. Rihanna niosła ze sobą szczególny symboliczny przekaz: miliarderka, która wywodzi się ze zmarginalizowanego środowiska, zasiada na pokazie poświęconym 99 procentom społeczeństwa. Uwaga skupiona na jej przybyciu pokazała, jak łatwo rozmowa o kolekcji może przesunąć się z ubrań na spektakl, który je otacza.

Pokaz postawił pytanie, którego nie sposób zignorować: czy moda jest polityczna? W przypadku Matières Fécales akcent położony na różnorodność i społeczności marginalizowane umieścił kolekcję w szerszym kontekście politycznym. Sama idea mogła wydawać się znajoma, a nawet wyeksploatowana. Ale jeśli potrafisz uzasadnić stojący za nią chwyt, przestaje on być jedynie chwytem. Moda potrafi komunikować emocje, pod warunkiem, że są one autentyczne. Założyciele marki, Hannah Rose Dalton i Steven Raj Bhaskaran, szczerze mówią o tym, co chcą przekazać światu, a ten pokaz tylko to potwierdził. Czy był to zabieg obliczony na efekt? Raczej przemyślana strategia: ubranie pewnego przesłania w słowa, by dotrzeć do szerokiej publiczności i wreszcie zostać usłyszanym.

Niezależni projektanci mogą cieszyć się większą swobodą wypowiedzi, gdy nie ogranicza ich korporacyjna machina wielkich konglomeratów luksusu. Rzadko zdarza się, by największe domy mody otwarcie mówiły o sprawach wykraczających poza ich własne interesy komercyjne. Właśnie dlatego potrzebujemy niezależnych głosów. To one mogą podejmować ryzyko, wypowiadać niewygodne prawdy i przesuwać granice tego, o czym moda może mówić.

Mimo wszystko nawet najmocniejsza narracja nie może być jedynym elementem spajającym kolekcję. Spektakl musi mieć sens. W przeciwnym razie zostaje nam kolejny pokaz, który przez jeden dzień trafia na nagłówki, by chwilę później zniknąć z naszej pamięci. Poza opowieścią, która może nadać ubraniom głębszego znaczenia, liczą się rzemiosło, wizja twórcza oraz ludzki wymiar mody.

 

SEDNO RZEMIOSŁA

 

Techniczna perfekcja może zapewnić domowi mody sprawne funkcjonowanie, ale nie zawsze wyznacza kierunek, w którym powinien podążać. Alaïa wyraźnie pokazał tę różnicę. Kolekcja przygotowana przez zespół projektowy pod kierownictwem dyrektora designu Boaza Eliego sprawiała wrażenie kontynuacji opowieści Pietera Muliera (który w marcu odszedł do Versace), a nie początku nowego rozdziału.

Pokaz Matières Fécales zatytułowany „Ninety Nine Percent” stał w kontrze do 1 procenta najbogatszych ludzi na świecie. Wideo i zdjęcie: Matières Fécales
Kolekcja „Figure of Ma” Isseya Miyake prezentowana była wraz z występem tancerzy w choreografii Tess Voelker i koncertem Koki Nakano. Wideo: Issey Miyake
Po odejściu Pietera Muliera u Alaïa kolekcję stworzył zespół projektowy, a marka czeka na nowego dyrektora kreatywnego. Zdjęcia: Alaïa

Nie należy jednak lekceważyć zespołów pracujących w atelier – to niezwykle utalentowani ludzie, którzy biorą na siebie ciężar prowadzenia domu mody, gdy odchodzi jego główny projektant. Dysponują wiedzą techniczną i umiejętnościami, dzięki którym marka może nadal funkcjonować. Kolekcja Alaïa, podobnie jak projekty powstałe w Chanel po odejściu Virginie Viard, pokazała jednak, jak bardzo nawet najlepszy zespół potrzebuje wyraźnego kierunku. Samo rzemiosło nie wystarczy, by marka rozkwitła. Niezbędna jest własna, rozpoznawalna perspektywa. Formy i proporcje dopracowano tu w najdrobniejszych szczegółach, zabrakło jednak nieco kontekstu i głębi, które nadałyby kolekcji szersze znaczenie. Zespół atelier może zrobić tylko tyle, zanim ogłoszone zostanie nazwisko nowego dyrektora kreatywnego. Zbyt wczesne budowanie zupełnie nowej narracji mogłoby utrudnić następcy wypracowanie własnej wizji.

Issey Miyake oferuje inne spojrzenie na relację między rzemiosłem a wizją twórczą, która potrafi przetrwać próbę czasu. Satoshi Kondo zachowuje ducha Miyake, a jednocześnie podtrzymuje go przy życiu, na nowo interpretując ruch, tkaninę i ciało. Tym razem rozpoczął pokaz od performance’u na żywo, zapraszając tancerzy pod choreograficznym kierunkiem Tess Voelker. Taniec od dawna stanowi część opowieści marki, podobnie jak japońska koncepcja Ma. Oba elementy stały się punktem wyjścia dla kolekcji, skupionej na przestrzeni między kawałkiem materiału a ciałem.

Nie wszystko musi zostać wypowiedziane na głos. Coraz wyraźniej widać, że niektórzy projektanci nie doceniają swoich odbiorców. Zamiast pozwolić, by idea przemówiła sama za siebie, objaśniają ją w najdrobniejszych szczegółach – w opisach kolekcji czy za kulisami, wśród dziesiątek mikrofonów czekających na gotową interpretację dla mediów. Nie wszystko musi zostać przełożone na słowa, zanim zdążymy sami to zrozumieć. Tym bardziej, że język, którym posługują się dziś marki, coraz częściej brzmi podobnie. Motywy i tematy zawsze powracały w modzie, ale towarzyszące kolekcjom opowieści zaczynają zlewać się w nużąco jednolity głos. Wiele domów mody deklaruje, że celebruje kobiece ciało, lecz sama deklaracja niewiele znaczy, jeśli nie znajduje wyrazu w projektach. Jeśli za tym samym hasłem nie kryje się żadna odrębna myśl ani konkretna wizja, czy rzeczywiście mamy do czynienia z czymś więcej niż kolejną banalną opowieścią o modzie?

 

CZYNY PONAD SŁOWA

 

Nie potrzebujemy rozbudowanej historii, by ocenić, czy kolekcja jest dobra. Moda coraz częściej zamienia się w nadmiernie zintelektualizowaną opowieść i czasami to właśnie ona staje się przeszkodą. Ubrania powinny fascynować od pierwszego spojrzenia i budzić pożądanie, nie każąc nam czekać na opis pokazu, który podpowie, co mamy o nich myśleć.

To właśnie udowadnia Haider Ackermann u Toma Forda. W centrum swojej pracy stawia pożądanie. Na placu Vendôme, noc ponownie upłynęła pod znakiem zmysłowości.

Haider Ackermann w tym sezonie zaprojektował najlepszą kolekcję dla Toma Forda od czasu, gdy zaczął pracować dla tej marki. Zdjęcia i wideo: Tom Ford
I kolekcja męska, i damska Forda opiera się na połączeniu elegancji i zmysłowości
Sztuka odsłaniania i ukrywania, którą opanował Ackermann, zasługuje na uwagę

Czasy się zmieniają, a wraz z nimi nasze rozumienie seksapilu. Wielu projektantów sięga dziś po seksualność i odsłania ciało, ale nie każdy potrafi zrobić to z taką swobodą i wyczuciem jak Ackermann. Kiedy w latach 90. młody Amerykanin Tom Ford prezentował światu estetykę porno chic, było to coś nowego i ekscytującego. Jego ubrania i stojąca za nimi wizja służyły jednak innemu celowi niż ten, któremu dziś służy seksowna moda.

Sztuka odsłaniania i ukrywania, którą opanował Ackermann, zasługuje na uwagę. Niemal teatralna oprawa stała się integralną częścią jego języka, ale spektakl nigdy nie jest celem samym w sobie. Przeciwnie, nadaje ubraniom wyrazistszy charakter i pozwala im ożyć na osobach, które je noszą. To przykład subtelnej prowokacji, w której scenografia nie przyćmiewa strojów, lecz pokazuje, jak bardzo potrzebują one silnej osobowości, by w pełni wybrzmieć. Niektóre ubrania zyskują duszę dopiero wtedy, gdy ktoś je założy. Potrzebują ciała, gestu, by stać się czymś więcej niż przedmiotami. Modelki i modele Ackermanna potrafią wydobyć ich siłę. Z pewnością siebie pokazują to, co te ubrania już w sobie mają. Choć projektant nie przepada za samą ideą muzy, osoby prezentujące jego kolekcje (m.in. Małgosia Bela) często właśnie nimi się stają: postaciami, które równie fascynują, co onieśmielają.

W Chanel muzy przybierają tymczasem bardziej przystępną postać. Podczas finału armia modelek przeszła po wybiegu przy dźwiękach „Gimme More” Britney Spears. W sposobie, w jaki Matthieu Blazy prowadzi dom mody, widać już wyraźny schemat – każdy z jego pokazów kończy się chwytliwym utworem (za ścieżkę dźwiękową odpowiada legendarny Michel Gaubert). Pójście za duchem czasu, wykorzystując do tego popkulturę, to sprytne posunięcie w przypadku domu mody, który po stagnacji za kadencji Viard potrzebował nowej energii.

42-latek wnosi do Chanel nie tylko magię, lecz także ludzki wymiar. Z każdym pokazem pojawia się coś nowego do odkrycia, a każda modelka staje się częścią opowieści. Osobiste gesty są nieodłącznym elementem kolekcji. Podczas pokazu haute couture na sezon wiosna-lato 2026, w którym pojawiła się seria zjawiskowych, prześwitujących sylwetek, niektóre modelki niosły torebki z odręcznymi listami wyhaftowanymi przez atelier flou. Tym razem kilka „aniołków” Blazy’ego miało wewnątrz marynarek wyhaftowane damy z talii kart – samą Coco Chanel przedstawiono w stylizacjach modelek z poprzednich pokazów. To właśnie takie detale nadają ubraniom osobisty charakter, jakby opowieść trwała dalej, nawet gdy modelka znika już za kulisami.

Można śmiało powiedzieć, że Blazy spełnia marzenia. Jeszcze w czasie pracy dla Bottega Veneta zaangażował do pokazów Hinduskę Bhavithę Mandavę, która dziś jest ambasadorką Chanel (przeszła do historii jako pierwsza indyjska modelka, która otwierała pokaz Chanel). W tym sezonie obserwowaliśmy, jak Rachel Ojuromi przeszła drogę od ulic Lagos na wybieg w Grand Palais – po tym, jak publikowała na Instagramie nagrania, na których odtwarzała stylizacje z najnowszej kolekcji Chanel. „Give Rachel a shot” („Dajcie Rachel szansę”) – głosi nazwa jej profilu. Matthieu Blazy rzeczywiście dał jej szansę, spełniając marzenie.

Pokaz Chanel odbył się pod stadem 95 świecących ptaków zawieszonych w locie nad lśniącą powierzchnią udającą rozlewisko. Zdjęcia: Chanel
Matthieu Blazy w detalach subtelnie odnosi się i do tematu przewodniego kolekcji, i do dziedzictwa Coco Chanel

Ten gest ma szczególną wagę, jeśli pamiętać, że różnorodność na wybiegach Chanel nie zawsze była oczywistością. Karl Lagerfeld nie wydawał się szczególnie zainteresowany angażowaniem modelek o innym kolorze skóry. Strategia jego następcy pokazuje, że dom mody może zachować prestiż, a jednocześnie otworzyć drzwi dla większej inkluzywności.

 

NIE WSZYSTKO STRACONE

 

W dzisiejszych czasach zdarza nam się zapominać o pięknie, które otacza nas na co dzień. Gubimy się w świecie pełnym lęku, nieporozumień i poczucia beznadziei. Jaką rolę odgrywa w nim moda? Być może taką samą jak 30, 40 czy 70 lat temu. Pierwsze pokazy organizowano w siedzibach marek po to, by zaprezentować ubrania bardzo wąskiemu gronu bogatych klientek – osobom ważnym dla danego domu mody, które mogły wybrać ulubioną kreację i założyć ją na kolejne przyjęcie. Właśnie o to chodziło. Nie miało znaczenia, ile wyświetleń przyniesie transmisja na żywo ani ile nagłówków prasowych wypełni pokaz następnego dnia. Liczyły się ubrania i ludzie, którzy je nosili.

Nie zapominajmy o dawnych sposobach myślenia o modzie i o tym, jak doceniać ubranie jako przedmiot. Czasem jednak trudno zignorować ducha czasu. Naiwnością byłoby oczekiwać, że moda wróci do rzeczywistości sprzed mediów społecznościowych i kultury celebrytów. Jeśli przestała nas zaskakiwać, to co właściwie wciąż nas do niej przyciąga? Niektóre kolekcje zaprezentowane podczas paryskiego tygodnia mody przypomniały mi, że – choć może zabrzmieć to banalnie – nadal poszukujemy piękna, a apetyt na nie nigdy się nie wyczerpuje. Gdy liczy się najmniejszy detal, a konstrukcja ubrania musi udźwignąć wizję projektanta, nie ma tu wiele miejsca na błędy. Piękno, interesujący przekaz i poczucie bliskości mogą iść ze sobą w parze, ale tylko wtedy, gdy projektantowi naprawdę zależy na tym, by je połączyć.

Być może moda nie straciła zdolności budzenia pożądania, a być może po prostu szukaliśmy go w niewłaściwych miejscach. Zamiast skupiać się na nagłówkach i przybyciu kolejnych gwiazd, możemy zatrzymać się przy sylwetce, która przykuwa wzrok, albo tkaninie poruszającej się w nieoczekiwany sposób. Wystarczy przyjrzeć się bliżej, by dostrzec detale ukryte we wnętrzu marynarki czy w ubraniu, które zdaje się rozumieć ciało lepiej, niż my rozumiemy starannie skonstruowane narracje i niekończące się wyjaśnienia tego, co kolekcja rzekomo ma oznaczać.

Pozwólmy modzie wywoływać w nas emocje, zamiast czekać, aż powie nam, co mamy myśleć. ﹡

Kopiowanie treści jest zabronione