Zaginiony klejnot Napoleona czy szafir Rockefellerów. Aukcje to handel – owszem, ale jak pięknie ubrany w rytuał
19 grudnia 2025
tekst: Anna Niwińska
Benoît Repellin prezentuje skarby z aukcji w Genewie. Wideo: Phillips
Zaginiony klejnot Napoleona czy szafir Rockefellerów. Aukcje to handel – owszem, ale jak pięknie ubrany w rytuał
19 grudnia 2025
tekst: Anna Niwińska
Zaginiony klejnot Napoleona czy szafir Rockefellerów. Aukcje to handel – owszem, ale jak pięknie ubrany w rytuał

Posłuchaj

Klejnoty o cesarskim rodowodzie, diamenty pełne splendoru i blichtru, wielkie nazwiska Rockefellerów i Vanderbiltów – to atrakcje, które ekscytują na targach biżuterii w Genewie i aukcjonerów, i licytatorów. Aukcje, będące punktem kulminacyjnym międzynarodowego kalendarza jesiennego, gromadzą skarby, których blask tkwi nie tylko w samych kamieniach szlachetnych, ale także w historiach, które ze sobą niosą – o potędze, upadku, dziedzictwie i klasie. Była tam Anna Niwińska, gemmolog i ekspertka ds. luksusowej biżuterii i zegarków. I specjalnie dla LIBERTYN.eu otwiera drzwi do tego zamkniętego luksusowego świata…

Dwa razy do roku Genewa staje się światowym centrum handlu najrzadszych klejnotów i biżuterii. Tegoroczna jesienna edycja aukcji wywołała szczególne poruszenie gemmologów, kolekcjonerów i specjalistów ze względu na wyjątkowo ciekawą ofertę przygotowaną przez trzy najważniejsze domy aukcyjne świata: Christie’s, Phillips i Sotheby’s – świętą trójcę rynku luksusowej biżuterii.

Piękna pogoda, czyste alpejskie powietrze, widok na jezioro genewskie i szczyt Mont Blanc przykryty świeżym śniegiem. W centrum miasta zbierają się najwięksi kolekcjonerzy, miłośnicy biżuterii i zegarków. To tutaj, w eleganckich przestrzeniach Mandarin Oriental, Four Seasons i Hôtel Président, mają miejsce wystawy przedaukcyjne, prezentacje i spotkania z klientami. Tygodnie narastającego napięcia, zapowiedzi publikowane wiele miesięcy wcześniej – wszystko to prowadzi do kilku dni listopada, które dla tego świata są jak finał wielkiej opery.

Klientami są zarówno kolekcjonerzy, osoby prywatne, koronowane głowy, jak i konglomeraty luksusu wraz z największymi markami biżuteryjnymi: Cartier, Van Cleef & Arpels, Tiffany, które nierzadko nabywają swoje dawne arcydzieła, by powróciły do archiwów i muzeów.

Aukcja ma w sobie podniosłość spektaklu teatralnego, ale i sportową dynamikę finału tenisa – z nagłymi zwrotami akcji, falą napięcia i ciszą, w której ważą się miliony. Na scenie występują przedmioty, lecz dyrygentem pozostaje zawsze ten sam bohater: aukcjoner.

Benoît Repellin podczas aukcji „Geneva Jewels Auction V” licytuje broszkę Tiffany & Co. należącą do Vanderbiltów
Zdjęcie: Phillips
Broszka Vanderbiltów z 42,68-karatowym…
… nieogrzewanym szafirem kaszmirskim
MŁOTEK Z RODZINNEGO OGRODU

 

Licytacja wydaje się czystą spontanicznością, ale jej tempo to zawsze precyzyjna gra mechanizmów, których publiczność niemal nie dostrzega. Wbrew wyobrażeniom, szybkie postąpienia mogą pojawić się zarówno na początku, jak i w środku aukcji, zależy to od samych zainteresowanych i ich liczby. Dopiero przy bardzo wysokich kwotach widać częstsze pauzy z czysto praktycznych powodów.

W tych kilku sekundach doradcy i kolekcjonerzy dokonują obliczeń: finalnej ceny z narastającą prowizją kupującego, podatków, ubezpieczeń, transportu, a czasem i cła. Kwota zmienia się dynamicznie, a jeden ruch o kilkaset tysięcy dolarów wymaga błyskawicznej kalkulacji. To dlatego aukcjoner czasem zatrzymuje się minimalnie dłużej – to moment koniecznej matematycznej ciszy.

Oferty spływają z sali, przez telefon, coraz częściej z internetu lub przez doradców reprezentujących prywatnych klientów. Gdy aukcjoner wypowiada wreszcie francuskie adjugé, vendu!, prawa własności przechodzą na nowego nabywcę.

Każdy aukcjoner ma jednak własny sposób, by tę precyzję zamienić w spektakl.

Jedni prowadzą licytację w stylu zegarmistrzowskiej precyzji: chłodno i formalnie. Inni dodają do wystąpienia lekkości – krótkie zdania rzucane w stronę sali, subtelny uśmiech, odrobina swobodnej interakcji. A są i tacy, którzy potrafią połączyć jedno z drugim: elegancję, kontrolę i charyzmę z wyraźnym biglem, dzięki któremu całość przypomina wirtuozerię bardziej niż procedurę.

Benoît Repellin, szef działu biżuterii w Phillips, w rozmowie z LIBERTYN.eu uchylił rąbka tajemnicy dotyczącej własnych przygotowań: – Prowadzenie aukcji to zdecydowanie mieszanka odpowiedzialności, ekscytacji i adrenaliny. Przed wejściem na mównicę zawsze raz jeszcze przeglądam cały katalog, aby wyczuć tempo i płynność aukcji, przypomnieć sobie charakter każdego obiektu. Nie mam żadnego szczególnego rytuału, ale w Genewie zazwyczaj idę na chwilę nad jezioro, zaczerpnąć świeżego powietrza, zanim stanę na mównicy na kilka godzin. Zawsze używam też tego samego młotka – wykonał go ręcznie mój kuzyn z drewna ostrokrzewu z ogrodu rodzinnego domu w Bretanii.

Naszyjnik „Plumes” z rubinami, szafirami i diamentami z 1960 roku…
Zdjęcie: Phillips
…niegdyś należał do Fiony Campbell-Walter, baronowej Thyssen-Bornemisza
Zdjęcie: Phillips
Wisiorek z diamentem Van Cleef & Arpels, lata 20. XX w.
Zdjęcie: Phillips
Sprzedano go na aukcji za 421 tys, dol.
Zdjęcie: Phillips
Bransoletka Cartiera oraz pasujące do niej kolczyki i broszka z rubinami i diamentami, około 1904 r.
Zdjęcie: Phillips
Kolekcjoner zapłacił za nie 178 tys. dol.
Zdjęcie: Phillips
KLEJNOTY VANDERBILTÓW

 

Już pierwszy wieczór sezonu aukcyjnego – podczas „Geneva Jewels Auction V” – przyniósł atmosferę wyczekiwania. Phillips postawił na siłę opowieści, a jej głównym bohaterem był szafir Vanderbiltów – brosza Tiffany & Co. z 42,68-karatowym, nieogrzewanym szafirem kaszmirskim o miękkiej, aksamitnej barwie. Jego blask wydawał się niemal namacalny, jak światło przesączone przez jedwab. Szafiry z Kaszmiru tej klasy są zjawiskiem rzadkim, jak znikający gatunek, a w połączeniu z nienaganną proweniencją stają się wręcz bezcenne.

Brosza należała do Gladys Moore Vanderbilt, hrabiny Széchényi, kobiety łączącej przepych amerykańskiego „Złotego wieku” (czyli prosperity lat 80. XIX wieku w Nowym Jorku) z europejską arystokratyczną elegancją. Jej kolekcja była tworzona z niezwykłą precyzją, wybierana spośród najważniejszych domów jubilerskich na świecie.

Pod kierownictwem Benoîta Repellina brosza osiągnęła ok. 3,5 mln dol., będąc najdroższym obiektem wieczoru. Każdy klejnot z kolekcji słynnej amerykańskiej rodziny potentatów kolejowych z XIX wieku, która zbudowała fortunę na transporcie, znalazł nabywcę, w tym kolejna atrakcja aukcji – diamentowa broszka Cartiera, pierwotnie część diamentowej tiary zamówionej przez Alice Gwynne Vanderbilt w 1908 roku. Tiara, prezent ślubny dla jej córki Gladys i hrabiego László Széchényi, składała się z ośmiu skupisk lilii i była osadzona wymiennymi ametystami i diamentami.

Sprzedaż dwunastu skarbów Vanderbiltów zakończyła się łączną kwotą ponad 17 milionów. – To ogromny zaszczyt wprowadzić biżuterię rodziny Vanderbiltów na światową scenę. Wyniki mówią same za siebie: kolekcjonerzy poszukują klejnotów o niepowtarzalnej historii, wyjątkowej proweniencji i wysokim kunszcie wykonania. Fakt, że kolekcja sprzedała się ponad czterokrotnie powyżej ceny wywoławczej, świadczy o silnej wierze w wartość jakości, rzadkości i historii – podsumował aukcjoner.

 

PRZYGOTOWANIA TRWAJĄ ROK

 

Skoro Phillips rozpoczął sezon z taką siłą, naturalnie pojawiło się pytanie: jak szykuje się taką aukcję?

Atrakcją aukcji była też diamentowa broszka Cartiera, pierwotnie część diamentowej tiary z 1908 roku należącej do Gladys Moore Vanderbilt (na zdjęciu od lewej)
Zdjęcia: Phillips
Pozostałe przedmioty z kolekcji Gladys Moore Vanderbilt, które poszły pod młotek: broszka z diamentami i szmaragdami z XIX w., diamentowy grzebyk-spinka do włosów, oraz trzy Cartiera: puzderko, zegarek na rękę oraz budzik podróżny
Zdjęcia: Phillips

Repellin: – Przygotowania zaczynają się miesiącami wcześniej, często nawet rok przed wydarzeniem. Gdy kończy się jedna aukcja, my już zaczynamy szukać kolejnych kolekcji. Równolegle trwa kwerenda archiwalna, badanie proweniencji, analiza gemmologiczna, weryfikacja obróbki kamieni. Potem do pracy przechodzi zespół katalogowy: pisanie opisów, sesje zdjęciowe, materiały do kampanii.

Zapytałam, czy przygotowania do aukcji przebiegają lokalnie czy globalnie, wyjaśnił krótko: – Jesteśmy jednym międzynarodowym zespołem. Wspólnie oceniamy, gdzie dany klejnot wybrzmi najpełniej: ważna proweniencja znajdzie najlepszą publiczność w Genewie, jadeit w Hongkongu. Strategia jest globalna, realizacja już lokalna.

A skąd biorą się najciekawsze obiekty? – Źródła są różnorodne. Czasem są to wielkie historyczne kolekcje, jak Vanderbiltowie. Innym razem prywatni kolekcjonerzy, rodziny, które przechowują biżuterię od pokoleń. To właśnie ta różnorodność sprawia, że nasza praca jest ekscytująca – podkreśla.

 

REKORD NA NIEBIESKO

 

Po emocjonującym otwarciu sezonu, kolejny dzień należał do Christie’s. Ich aukcja „Magnificent Jewels” od miesięcy budziła emocje przede wszystkim za sprawą The Mellon Blue, jednego z najrzadszych diamentów, jakie kiedykolwiek trafiły na rynek.

Ten 9,51-karatowy niebieski diament, reprezentujący zaledwie 0,1 procent wszystkich naturalnych diamentów, zachwycał nie tylko barwą o niezwykłej głębi, lecz także nieskazitelną czystością. Nazwę zawdzięcza pierwszej właścicielce, Rachel Lambert „Bunny” Mellon, kobiecie-legendzie. Bunny Mellon była kimś więcej niż tylko ikoną amerykańskiej elity towarzyskiej. Była ogrodniczką-wizjonerką, odpowiedzialną za projekt Rose Garden przy Białym Domu, znakomitą kolekcjonerką sztuki, której wartość po śmierci właścicielki (zmarła w 2014 roku w sędziwym już wieku 103 lat) wyceniano na ponad 100 mln dolarów. Była też patronką malarza Marka Rothko, którego obrazy potrafiła kupować prosto z jego studia, tworząc największą prywatną na świecie kolekcję artysty. A także kobietą o nienagannym smaku, której przyjaźń ceniła sama Jacqueline Kennedy.

Anna Niwińska z niebieskim diamentem niegdyś należącym do Bunny Mellon. Wideo: Christie’s
The Mellon Blue oraz…
Zdjęcia: Christie’s
…jego była właścicielka, Bunny Mellon w Los Angeles, 1988

Jej diament znalazł nowego właściciela za 25,5 mln dol. – co uczyniło go trzecim najdroższym intensywnie niebieskim diamentem w historii Christie’s.

Rahul Kadakia, jeden z najbardziej cenionych na świecie licytatorów, szef azjatyckiego oddziału Christie’s, podsumował: – To był zaszczyt wystawić Mellon Blue. Wynik pokazuje, że pragnienie posiadania kamieni absolutnie wyjątkowych, czystych, rzadkich i z piękną historią, wciąż rośnie.

Choć Mellon Blue przyciągał uwagę, nie był jedynym zachwycającym obiektem tego wieczoru. Wśród najlepszych wyników znalazły się królewskie rubinowe klejnoty epoki edwardiańskiej, secesyjna brosza Pauldinga Farnhama dla Tiffany & Co., czy mistrzowska artdecowska bransoleta Lacloche Frères.

Christie’s zakończyło swój wieczór w blasku fleszy i z wyraźnym poczuciem satysfakcji. Ale choć emocje jeszcze nie opadły, wszyscy wiedzieliśmy, że przed nami ostatni akt listopadowej trylogii.

 

WALKA O NAPOLEONA

 

I to właśnie Sotheby’s miało domknąć sezon z rozmachem – przyszła pora na „Royal & Noble Jewels Geneva”, jedyną aukcję, która zakończyła się wynikiem White Glove, czyli stuprocentową sprzedażą wszystkich eksponatów. To rzadkość, że rynek gotów jest walczyć o każdy klejnot.

Jej główny bohater? Brosza-guzik z bikorna Napoleona (jego charakterystycznego kapelusza w kształcie dwurogu) stworzona około 1810 roku. Jej centralny 13,04-karatowy diament otoczony misterną kompozycją starych szlifów mazarin, powstał z myślą o cesarskim majestacie. Pozostawiona w powozie podczas chaotycznej ucieczki spod Waterloo, przejęta przez wojska pruskie, brosza przez dwa stulecia była przechowywana w skarbcu Hohenzollernów.

Brosza Napoleona została sprzedana za 4,3 mln dol.
Zdjęcia: Sotheby’s
Anna Niwińska prezentuje broszę z około 1810 roku

Miałam ten obiekt w dłoniach. Najpierw przyszedł zachwyt. Blask starych szlifów, ciężar diamentu, precyzja ręki jubilerskiego mistrza sprzed dwóch stuleci. Dopiero po chwili dotarła do mnie świadomość, że ten sam przedmiot widział Waterloo, był w powozie Napoleona, przetrwał bitwę, chaos, błoto, wojny, zmiany imperiów. Dwa stulecia historii zamknięte w jednym klejnocie. I przez krótką chwilę był w mojej ręce. Stąd już tylko jeden krok do licytacji, która miała przejść do historii.

Licytacja trwała niespełna dziesięć minut. Czterech licytantów przy telefonie, jeden online i jeden obecny na sali – każdy ruch ręki, każde skinienie głowy podbijało stawkę. Brosza osiągnęła 4,3 mln dol, czyli trzydzieści razy więcej niż dolna estymacja i trafiła do anonimowego nabywcy.

Brosza, oferowana publicznie po raz pierwszy, nie tylko połączyła kolekcjonerów z jedną z najbardziej zasłużonych postaci w historii, ale także przywróciła namacalny związek z ostatnią, brzemienną w skutki kampanią cesarza, która odmieniła oblicze Europy. – Wynik aukcji pokazuje, jak silna pozostaje wartość proweniencji, niezależnie od epoki czy kultury – podsumował Andres White Correal, szef działu biżuterii w Sotheby’s.

Trzy domy aukcyjne, trzy wizje, trzy opowieści o tym, że biżuteria i kamienie szlachetne są świadectwem epok, które minęły, ale nie zgasły.

 

W NICH ZAKLĘTY JEST CZAS

 

Co dalej? Gdy po Genewie mówiono o kontynuacji dynamiki rynku na kolejne światowe sceny, były to trafne, choć wówczas jeszcze ostrożne prognozy. Grudniowy sezon otworzyła aukcja Sotheby’s w Abu Zabi, która nadała ton dalszym wydarzeniom: Desert Rose, ponad 30-karatowy intensywnie pomarańczowo różowy diament, osiągnął cenę 8,8 mln dolarów, ustanawiając rekord aukcyjny dla diamentu o takim nasyceniu barwy.

Desert Rose osiągnął cenę 8,8 mln dolarów
Zdjęcie: Sotheby’s
Klejnoty z aukcji w Nowym Jorku (zdjęcia: Phillips) i w Genewie (zdjęcia: Christies)
Naszyjnik i kolczyki z turmalinem Paraíba i diamentami Tiffany & Co. z kolekcji Maxa i Cecile Draime
Zdjęcie: Christie’s

Kilka dni później Nowy Jork tylko potwierdził tę dynamikę, a estymacje były wielokrotnie przekraczane w niemal każdej kategorii. Na aukcji Christie’s „Magnificent Jewels” nieoczekiwaną gwiazdą okazał się turmalin typu Paraíba. Naszyjnik Tiffany & Co. z kolekcji Maxa i Cecile Draime wylicytowano za 4,2 mln dolarów – dziesięciokrotność szacunków przedaukcyjnych i nowy światowy rekord. Towarzyszące mu kolczyki osiągnęły 1,27 mln dolarów, również przekraczając prognozy dziesięciokrotnie.

W tej samej sali rzadki kaszmirski szafir w pierścionku Cartier w stylu Art Deco z kolekcji Rockefellerów potwierdził niezmienną siłę pochodzenia i historii, osiągając 2,6 mln dolarów.

Phillips w Nowym Jorku odnotował równie jednoznaczny sygnał rynku – pierścionek z bardzo jasnym różowym diamentem sprzedał się za ponad trzykrotność górnej estymacji. Jak podsumowała Dianne Batista z Phillipsa, wyniki te „podkreślają siłę i odporność rynku biżuterii, napędzaną pasją kolekcjonerów do rzadkości, designu i kunsztu wykonania”.

W świecie NFT, filtrów, cyfrowych ilustracji i coraz szybciej zmieniających się trendów biżuteria przypomina o czymś fundamentalnym: o trwałości, o pamięci, o fizycznym wymiarze przedmiotów. Birmańskie rubiny trzymają w sobie ciepło ziemi, kolumbijskie szmaragdy puls pradawnych lasów, a kaszmirskie szafiry chłód górskiego świtu. W nich zaklęty jest czas. Te klejnoty przetrwały rewolucje, koronacje, emigracje i wojny. Podróżowały w welurowych szkatułkach, przechodziły przez dynastie i epoki. To nie są rzeczy, to świadkowie. Aukcje to handel – owszem, ale jak pięknie ubrany w rytuał. ﹡

Kopiowanie treści jest zabronione