Wokalista, pianista, skrzypek, gitarzysta, kompozytor i poeta. Zawsze obok głównych trendów, poza popularnymi nurtami. A mimo to był ukochanym artystą Polaków. Nawet światowa kariera była bardzo blisko…
O POPULARNOŚCI:
Przeżyłem już takie zjawisko jak popularność i wcale do tego nie tęsknię, chociaż bardzo pomogło mi to w zdobyciu niezależności. Odkąd album „Acoustic” legalnie sprzedał się w 600 tys. egz. (a szalało wtedy straszne piractwo), już nie musiałem nikogo pytać, co mogę zrobić, a czego nie. Sam zacząłem decydować, być panem swojej sytuacji. I to jest bardzo istotna różnica w stosunku do tego, kiedy ktoś, kto np. finansuje moją sesję czy chce wydać moją płytę, stawia warunki. Popularność sprawiła, że się wyzwoliłem i mogłem pójść zupełnie otwarcie swoją drogą.
Tylko że nie można być co chwilę popularnym. Człowiek może jeden jedyny raz stać się sensacją, czyli kimś, kto zadziwi świat, i ten świat zwraca na niego uwagę. Ale w momencie, kiedy to się już stanie, trzeba iść dalej, czyli pracować. Ja skorzystałem z tego faktu i robię swoje. De facto cały czas robię to samo, tylko mniej się męczę i jest więcej przyjemności z grania.
O ZAGRANICZNEJ KARIERZE:
Moje interpretacje jazzowych standardów usłyszał w połowie lat 80. ówczesny menedżer Manaamu, amerykański hippis mieszkający w Niemczech, Robert Lyng. Rzadko widziałem taki entuzjazm, bez kurtuazyjnej wazeliny, zachwyt melomana, który usłyszał coś świeżego. Nie gadając wiele, zaprosił mnie do Frankfurtu. Zagrałem tam w modnym klubie, gdzie byli szefowie wytwórni RCA. Po koncercie zostałem przedstawiony i pewien starszy pan zapytał, czyje są utwory, które śpiewałem. „Moje”. „No to ja zamawiam 40”. (śmiech) W dziesięć minut stałem się bardzo bogaty, bo zapłacił gotówką. Do tego stopnia, że mogłem spłacić wszystkie długi z ostatnich dwóch lat, utrzymać mieszkanie w Warszawie i we Frankfurcie. A dwa tygodnie później jechałem do Hamburga podpisać kontrakt z RCA na nagranie albumu.
Światowa kariera była blisko, ale nic z tego nie wyszło. RCA wycofali się po trzech latach. Byłem już zbyt zdefiniowany. Oni nawet nie próbowali mnie zmienić. Parę razy mówili: „Staszek, jesteś zawodowcem, co ci szkodzi, znasz recepturę, machnij… Zrzucisz parę kilo, będziesz jak Rick”. Rick Astley był wtedy ich strzałem w 10. Ja miałem jedną śpiewkę: lepiej gdy pozostanę sobą, bo to na pewno będzie silniejsze niż cokolwiek innego.
Płyta poszła całkiem nieźle, 117 tysięcy egzemplarzy, 100 tysięcy sprzedanych w Polsce, 17 tys. na Zachodzie. Wspaniale wspominam jej nagrywanie. Mój producent Wally Brill z Los Angeles mieszkał wtedy z piosenkarką Anabel Lamb w Anglii. Zaprosili mnie i 7 miesięcy pomieszkiwałem w cudownych okolicznościach w Kornwalii. Łąki, krowy, wiejski dom z 17 pokojami i stuletnim dywanem. Królewskie życie.
Nie odbierałem tego jako emigracji, nie czułem nostalgii emigranta. Nie miałem żadnych problemów bytowych, mogłem latać gdzie chciałem i często bywałem w Polsce. Jedyną bolączką było to, że miałem niezwykle mało okazji do grania na żywo. Grywałem w radiach, programach telewizyjnych. Życie koncertowe było całkowicie podporządkowane kampaniom promocyjnym. Pod koniec 1987 roku powiedziałem, że muszę wrócić do Polski, bo brak mi grania, grania dla ludzi.
O KOKAINIE:
Plotkowano, że ponoć bałem się wracać do Polski, jako kraju, gdzie niełatwo było wtedy kupić kokainę. A to było wcześniej… kiedy wracałem z Paryża. W 1984 roku spędziłem tam 2 miesiące. Miałem przyjemność poznać środowisko z kręgów zespołu The Residents. Zaproszono mnie do Paryża na warsztaty artystyczne. Było ciekawie, ale też ostro. Najpierw bardzo przyjemnie, tylko jak wracałem, zdałem sobie sprawę, że w Warszawie nie kupię koki i tak się wystraszyłem, że przez parę tygodni byłem bliski paranoi. Ciąg kokainowy to koszmarnie groźna rzecz. Nie ma fizycznego uzależnienia, ale po odstawieniu człowiek czuje, że nagle znalazł się w sytuacji beznadziejnej, nic nie boli, ale żyć się nie chce.
Wyleczył mnie brak koki w ówczesnej Polsce. Po paru tygodniach wszystko było w porządku, ale te tygodnie… Nigdy wcześniej ani potem czegoś takiego nie przeżyłem. Nawet w takim trudnym okresie mojego życia, gdy – na własną zresztą prośbę – zostałem sam, pierwszy raz w życiu i żyłem tak przez trzy lata. Wtedy przez rok miałem poczucie brnięcia w tunelu, sił starczało na tyle, żeby spełniać swoje podstawowe obowiązki. Ale to było nic w porównaniu z tamtą kilkutygodniową deprechą. Ja jestem optymistą, kocham życie i nigdy nie potrzebowałem zmieniać sobie rzeczywistości. A tu nagle znalazłem się w stanie psychicznej choroby.
O ALKOHOLU:
Już mając 16, 17 lat grałem z zespołem jazzmanów w klubie studenckim. Panowało wówczas powiedzenie, że bez gazu nie ma jazzu. Ale wówczas nie piłem alkoholu. Pierwszą pięćdziesiątkę, a potem drugą wypiłem na moim własnym weselu. Miałem szczęście, bo moim pierwszym kapelmeistrem był Jarek Śmietana, człowiek kulturalny, jowialny, dowcipny. Wbrew temu, co się mówiło, środowisko jazzowe wydawało mi się niezmiernie eleganckie w porównaniu z tzw. popowym.
A dziś? Jestem alkoholikiem pijącym lub niepijącym. Czasami nie piję dwa lata, a czasami piję.
O KRÓLOWEJ:
Jakie to uczucie spotkać się z królową brytyjską i wręczyć jej swoją płytę? To było niesamowite. Nie spodziewałem się tego. Elżbieta II to była szokująco skromna osoba. Weszła do sali, gdzie stałem razem z zaproszonymi gośćmi, w sumie 13 osób i nagle ona weszła. Nawet nie zauważyłem tego momentu. Jej sposób bycia był bardzo prostolinijny, taki królewski. Było w tym coś.
Z Rayem Charlesem koncertowałem dwa razy, występując przed nim. Ale nigdy nie zbliżyłem się do Raya. Miałem taką możliwość, ale pomyślałem sobie: dlaczego mam mu zawracać głowę?
O ŚPIEWANIU:
Wszystkie wakacje w pierwszych szkolnych latach spędzałem u dziadków. W Wiśle Małej lub w sąsiedniej Studzionce na Górnym Śląsku. Dziadek Józio w niedzielę wyjmował z szafy elegancki garnitur z kamizelką, najbardziej wykrochmaloną koszulę i przepadał na całe przedpołudnie. Był organistą samoukiem, grał do mszy na organach w tutejszym przepięknym, drewnianym, zabytkowym kościółku. A ja? Siadywałem obok niego na ławeczce. Zawsze korciły mnie jego organy. A że jak było się u dziadków, to się często śpiewało, mój głos zaczął się przedzierać przez inne. Dziadek mówił do mamy: „Dziołcha, ucz tego synka!”. Posłuchała. Natychmiast zapisała mnie do szkoły muzycznej.
Ja byłem najstarszy, potem mama posyłała tam też moich trzech braci, jednego za drugim. Założenie wychowawcze było takie, że dzieci powinny mieć czas zorganizowany, a tu po szkole trzeba było ćwiczyć, dzień był wypełniony. Oni zajmują się muzyką poważną, grają w orkiestrach. Choć żadne z moich rodziców nie miało muzycznego wykształcenia, zamiłowanie do muzyki łączyło całą rodzinę. Wszyscy bardzo dużo śpiewaliśmy. A w tle: ślonsko godka i literacka polszczyzna.
O ŚLĄSKU:
W domu w Gliwicach, gdzie zamieszkałem z rodzicami i braćmi godaliśmy zawsze, nie tylko, gdy widywaliśmy się z dziadkami. Nie było innej możliwości. Mama bardzo kochała polszczyznę i jej pilnowała, ale słychać w niej było tę śląską melodię. To jest zjawisko dość dobrze znane, że mówi po polsku, a brzmi ewidentnie jak Ślązak. To da się wysłyszeć.
Choć całe dorosłe życie mieszkałem w Warszawie, czuję, że Śląsk to mój matecznik. Zawsze, gdy tam jestem, moje serce bije mocniej. A śląskość kojarzy mi się przede wszystkim z etosem. Wiarygodność, punktualność, rzetelność są we mnie wbudowane, stanowią oczywistą wartość. Po prostu jako dzieci obserwowaliśmy to u moich rodziców i byliśmy świadkami ich przyzwoitości i rzetelności.
O CHÓRZE KOŚCIELNYM:
To, żeby mnie zapisać w dzieciństwie do chóru kościelnego, wymyślił organista i chórmistrz naszej parafii w Gliwicach. Podczas przygotowań do pierwszej komunii pojawiło się pytanie, kto zaśpiewa psalm, przesłuchani zostali kandydaci i zostałem wyznaczony. Jak dziś na to patrzę, to było zaproszenie do muzyki. Miałem wówczas osiem lat, drugi rok uczyłem się grać na skrzypcach i cała moja miłość do muzyki tonęła w obrzydliwości dźwięku, którego nie mogłem wydobyć, bo dopiero uczyłem się czynności manualnych. Gra na skrzypcach była dla mnie powodem frustracji. Z jednej strony czułem miłość do muzyki, a z drugiej prawdą jest, że aby wydobyć ze skrzypiec dźwięk, który ma jakąś wartość muzyczną, trzeba minimum pięć lat ćwiczyć.
Kiedy zacząłem śpiewać w chórze, gdzie występował też mój ojciec, od razu była wielka radość. Wróciła miłość do muzyki. Zacząłem w chórze mieszanym od sopranu, a skończyłem na tenorach w dziesiątej klasie. Wtedy zaczął mnie już brać jazz. Jazz tak mocno mnie kopnął, że przylgnąłem do niego z własnej woli, zacząłem szukać płyt, pojechałem na Jazz Jamboree i coraz ciężej było mi sobie wyobrazić, że siedzę na etacie w jakiejś orkiestrze.
O SZLAGIERACH:
Dieter Meier z zespołu Yello, którego poznalem w 1987 roku, dał mi pieniądze na płytę „Acoustic”, która jest moim największym sukcesem komercyjnym. Jest spadkobiercą fortuny, ojciec był właścicielem dwóch czy trzech banków. Mieszka na wzgórzu na obrzeżach Zurychu, gdzie ma własne kilkuhektarowe pole golfowe. Sam też robi interesy i słynie z tego, że przy całej swojej ekstrawagancji artystycznej bardzo pilnuje etyki biznesowej.
Poznaliśmy się trochę, usłyszał moje nagrania i okazał zainteresowanie. Miałem pomysł, że chcę nagrać popową płytę, ale akustycznie, zero elektrycznych instrumentów. On na to: „Świetnie! Ile potrzebujesz?”. Stwierdził, że sfinansuje produkcję.
Nagle zapłonął jakiś płomień, niewytłumaczalne zjawisko, które ma coś wspólnego z histerią, gdy otoczenie masowo reaguje na utwór czy dzieło. Nie ma na to recepty. Moje największe szlagiery, mówię to z ręką na sercu, powstały w chwili nieuwagi. Moment, kiedy pisałem, to był ten, kiedy gdzieś się odwróciłem czy musiałem zrobić coś szybko. Tak jak z „Tolerancją”. Musiałem szybko napisać piosenkę na specjalny koncert. Rano zacząłem, wieczorem skończyłem i to w mieszkaniu pełnym gości.
Bo szlagier to coś bardzo specyficznego i nikt nie zbadał jego natury. Ale kiedy już się pojawia, zmienia się sytuacja, z jednej strony otwierają się drzwi, wszystko idzie lżej, z drugiej zaczyna się wydawać, że jesteśmy nietykalni. Ja na szczęście byłem zbyt dorosły, żeby mnie to wywróciło. Gdyby nie to, że dzień w dzień pracuję nad swoją duchowością i mam wyregulowaną niezbędną dozę samokontroli i samokrytyki oraz żywe sumienie, mogłoby być groźnie. Mnie chronił też fach, cechowe zasady, jesteśmy profesjonalistami – to coś znaczy, to pokora.
O BŁĘDZIE:
Ale wtedy przeszedłem poważny kryzys w życiu prywatnym, z przyczyn, powiedziałbym libidalnych. Po prostu człowiek popełnia w życiu zło, postępuje niewłaściwie. I tyle. Ale kiedy już zrobi zło, ma jeszcze szanse, aby to naprawić.
Najpierw zakochany wchodzę w inny związek, opuszczam rodzinę i tkwię w tej chorobie zakochania, pojawiają się symptomy toksyczne, ale ja uważam, że to są żarty, okazuje się, że to nie żarty i trzeba tę sytuację kończyć. To mi zajęło 5 lat, a potem jeszcze czas refleksji i powracanie tam, gdzie się da wrócić, naprawianie tego, co się da naprawić.
Kobieta, z którą związałem się opuszczając moją pierwszą żonę, nie była w stanie unieść faktu, że nie zamierzam opuścić moich dzieci, że chcę być dla nich ojcem i mieć dobre stosunki z ich matką, ponieważ nie można udawać przed dziećmi. Po pierwszym trudnym okresie poradziliśmy sobie z mamą naszych synów, rozróżniliśmy nasze rodzicielstwo, naszą przyjaźń i nasz związek, który się rozpadł.
Dosyć dużo spieprzyłem. Ale mam dobre życie. Jestem otoczony ludźmi, których kocham i czuję się kochany. Jestem człowiekiem szczęśliwym. Ale w tym szczęściu zawierają się jednak zarówno chwile radości, piękne momenty i artystyczne sukcesy, jak i trudne doświadczenia. Cierpienie jest integralną częścią ludzkiego losu. Gdyby go brakowało, trudno byłoby nam smakować chwile szczęścia.
O DZIECIACH:
Synowie – Marcin Jakub, Jan i Antoni – odziedziczyli po mnie kilka fajnych rzeczy. To, co najważniejsze – miłość do życia i ludzi. Nie boją się świata i podobnie jak ja wierzą, że miłość wszystko zwycięży. Ale martwi mnie, że również kilka przyzwyczajeń, których lepiej, żeby nie dziedziczyli. Jakie? Późne wstawanie. Lenistwo.
Wszyscy to artyści. Skoro ojciec i matka są muzykami, dzieci nie miały wyjścia i musiały nawdychać się muzyki jeszcze przed urodzeniem. Dwaj starsi synowie grali do tej pory ze mną, Kuba na perkusji i śpiewał, a Antek na keyboardzie, przy okazji zajmując się realizacją dźwięku, bo w tej specjalności jest dyplomowanym reżyserem. Jednak Antoni postanowił pójść na swoje, ma teraz swój zespół. Nie mam mu tego za złe. Jest jeszcze Marcin, który wyrósł na perkusistę ściśle jazzowego. Czwarty ambitnie oparł się muzykowaniu, realizuje filmy animowane. Co z muzycznego domu wynieśli? Poza zawodem świadomość, że muzykowanie nie jest łatwym kawałkiem chleba w żadnym kontekście.
O HONORZE:
Robię to, co kocham i coraz lepiej rozumiem. Jestem temu po benedyktyńsku oddany. Słyszałem od mistrzów, że muzyka to jest robota na całe życie, więc nigdy nie przyszło mi do głowy, żeby robić „blitzkrieg” i mieć swoje pięć minut. O tych „pięciu minutach” usłyszałem już w nowych czasach, ale mnie to nigdy nie interesowało.
Pierwszym marzeniem było: być dobrym, zaakceptowanym przez branżę. A drugim – wyżyć z grania. Bo rodzina, normalny tryb dzienny, odpowiedzialność. Plus ambicja i honor, żeby się nie stoczyć. Przy moich różnorakich predyspozycjach nie stoczyłem się dzięki synom. Miałem głębokie przekonanie, że byłoby bardzo niehonorowo, gdyby zobaczyli mnie w stanie upodlenia.
Honor to dla mnie ważne słowo. Na tysiące koncertów, jakie dałem, spóźniłem się może z dziesięć razy i zawsze były poważne, uzasadnione powody. Podczas koncertu nigdy nie byłem nawalony i nigdy nie pomyślałem: publiczność jest do d… No, chyba że była głośniejsza niż ja, wtedy po prostu należało zejść ze sceny.
O PIOSENKOPISARZU:
Jestem bardzo wrażliwy na słowa. To wartość wyniesiona przede wszystkim z domu. Mama była osobą przykładającą do sposobu mówienia ogromną wagę, za co jestem jej ogromnie wdzięczny. Gdy szemrałem coś pod nosem, natychmiast słyszałem: „Proszę powiedzieć wyraźnie, bo nie zrozumiałam”. Choćby dla świętego spokoju musiałem nauczyć się poprawnego, wyraźnego i niezbyt pośpiesznego mówienia.
Od dziecka jestem miłośnikiem polskiego. Chciałem śpiewać w naszym języku od zawsze, chociaż było wielu, którzy uważali, że nie da się w nim śpiewać. To bzdura. Jestem tego świetnym przykładem. Od początku podczas pisania tekstów piosenek przyświecały mi dwa cele. Po pierwsze chciałem, żeby to były piosenki, których nie wstydziłbym się na przykład za dziesięć lat. Po drugie chciałem, żeby to były piosenki zawierające treść istotną. Nie nazwałbym siebie poetą, raczej piosenkopisarzem. Układam teksty. Poeta jest odrębną planetą. To ktoś zadedykowany pisaniu. Filozof, strażnik języka i ktoś poświęcający się słowu. A w przypadku piosenkopisarza ważne jest, co go poruszy, co stanie się uporczywym i powracającym tematem. Wtedy trzeba to jeszcze jakoś w miarę wprawnie połączyć i zrobić tekst do przekazania.
Pomiędzy 25. a 35. rokiem życia pisałem całe mnóstwo tekstów. Jednak, gdy w 1995 roku rozstałem się z moim gitarzystą Januszem „Yaniną” Iwańskim, doszedłem do punktu, w którym zyskałem absolutną pewność, że nie mam już niczego do powiedzenia. Uznałem, że powiedziałem w tekstach wszystko, czym kiedykolwiek zamierzałem się podzielić ze słuchaczami, nie miałem o czym pisać. Mówiąc brzydko, wypaliłem się. Skończyło się natchnienie.
Uratowała mnie propozycja, by napisać muzykę do Szekspira. Rzecz na tyle spodobała się zarówno słuchaczom, jak mi samemu, że przez kolejne lata kontynuowałem przygodę ze słowami napisanymi przez wielkich artystów, śpiewałem m.in. Osiecką, Szymborską, Miłosza, Staffa i Leśmiana. Uznałem, że choć mam talent melodyczny, to w kwestii tekstów lepiej zdać się na poetów. Wielcy poeci nauczyli mnie wielkiej powściągliwości w operowaniu słowami. Ważne, aby mówić lekko oraz zwięźle, skreślając zbędne słowa. Dzięki temu tekst będzie bardziej nośny. Nawet jeżeli mówi o sprawach naprawdę ważkich.
Po piętnastu latach wróciłem do pisania własnych tekstów i tak narodził się w roku 2019 album „Muzyka i słowa Stanisław Soyka”. Miałem takie marzenie, by napisać rzecz, którą wszyscy mogliby śpiewać. Byłem trochę onieśmielony, bo długo nie pisałem. Nie znałem siebie samego w momencie, w którym zacząłem się przymierzać do nowych tekstów. Pilnowałem się więc, żeby nie zostać np. stetryczałym kaznodzieją. Chciałem pisać o sobie, ale robić to tak, by nie zakłopotać bliźnich nadmiernym ekshibicjonizmem.
O SCENIE:
W moim osobliwym teatrze wyobraźni zbędne są dymy, balet, gra świateł i tym podobne efekty. Tak to odczuwam: podzielmy się myślą, dobrym słowem, wsłuchajmy się w siebie, dajmy sobie wzajem otuchę, bo przecież nigdy czasy nie są łatwe. Takie mam przesłanie moich koncertów. Dlatego mogę po prostu siedzieć przy fortepianie, czy stać z gitarą przed mikrofonem i śpiewać. Sztuczne dodatki, jakaś otoczka estradowa byłyby nie na miejscu, zapewne by słuchaczy rozpraszały. Mnie też.
Nie wchodziłem na scenę dla pięciu minut sławy, jakiegoś gwiazdorzenia, a po to, by na niej skoncentrować moje zawodowe życie. Nie robię tego dla kariery, choć mnie się udało. Kilka moich utworów znalazło się w świadomości społecznej, a to jest wielki kapitał. Jak mi się nieskromnie wydaje, ciągle jestem dla wielu słuchaczy mocno potrzebny. I to jest dla mnie źródłem największej satysfakcji.
O ŚMIERCI:
Nie chciałbym być znów młody. Wolę siebie takiego, jakim jestem dziś, bo więcej z tego świata rozumiem. Dzięki temu mam lepsze, lżejsze życie. Choć większa świadomość ma też swoje ciemne strony. Kiedyś naiwnie uważałem, że jako ludzie jesteśmy lepsi. O sobie też tak myślałem. Myliłem się.
Uczę się doceniać każdą chwilę, bo każda jest ostatnia… Niemal codziennie myślę o śmierci. Bo kieruję się zasadą „memento mori”. Oczywiście należę do ludzi świeckich, jestem ojcem, a właściwie już dziadkiem, prowadzę więc życie grzeszne. Staram się jednak nie zapominać, że jego kresem jest śmierć – a po nim sąd Boży i wieczność.
Czasem o śmierci myślę na wesoło: wyobrażam sobie mój pogrzeb – z góry widzę, kto przyszedł, a kto nie. (uśmiech) Ale pamiętam też o życiu. Zdecydowanie. Nawet napisałem kiedyś tango „Memento vitae”, nie zapominaj żyć. Przyjmuję głęboko do wiadomości to, że umrę, natomiast nie bardzo zajmuję się tym, co jest poza granicą. Mam takie uczucie jak dziecko – jestem szczęśliwy, że coś jest tajemnicą. Jedna rzecz jest pewna: przeobrażamy się w ziemię, w proch. ﹡
_____
Przy pisaniu artykułu korzystałam z wywiadów, których artysta udzielił na przestrzeni 10 lat: Polskiemu Radiu, „Playboyowi”, „Twojemu Stylowi”, „Gazecie Wyborczej” i „Dziennikowi Polskiemu”.