Dlaczego podróżuje z kaczkami? „Miałem je w kapeluszu. Bo wędrowanie ze słoniem byłoby trudniejsze”
07 maja 2026
tekst: Agnieszka Kowalska
Jak lubi mawiać półżartem, nazwisko zobowiązuje: „wilk” i „koń”, zatem jedno i drugie jest jego tematem. Lubi koty, bo są dziwne. Psia miłość jest oczywista, kocia – osobista. Zdradza, że każdy byk ryczy na jego widok. Sam ma w sobie wiele z lwa. Zilustrował „Pana Tadeusza” i „Don Kichota”, więc zajmuje się również człowiekiem. Ale zwierzęta kocha najbardziej, dlatego to ich jest w jego twórczości najwięcej. Także na wielkiej retrospektywie w Płocku, na której Józef Wilkoń – wybitny ilustrator i rzeźbiarz, na rysunkach którego wychowało się już kilka pokoleń – świętuje 70-lecie twórczości.

Tak pięknej wystawy jeszcze nie miałem! – mówił z uznaniem Józef Wilkoń, legenda polskiej ilustracji, podczas wernisażu w Muzeum Mazowieckim w Płocku. Wczoraj, w środę, otwarto wystawę „Retrospekcja. 70 lat twórczości Józefa Wilkonia”, która naprawdę działa na wyobraźnię – trochę jak wejście do baśni, tylko na żywo.

To wyjątkowa ekspozycja – prezentuje przekrój dorobku artysty: od rysunków i grafik, przez rzeźby z drewna i metalu (niektóre nawet kilkumetrowe) aż po malunki na porcelanie oraz gobeliny. W sumie ponad sto dzieł inspirowanych naturą, a zwłaszcza światem zwierząt, którym artysta nadaje charakter, emocje i niemal ludzką osobowość.

Są i te egzotyczne, jak jaguary, krokodyle czy węże, i te swojskie – pieski, koty, lisy, wilki, niedźwiedzie. Cały atlas zwierząt. A nawet fantazyjne, blaszane ryby. I duchy lasu – wielkie, potężne wilkołaki wykonane z beli drewna. Bo Wilkoń od lat 90. rozwija także rzeźbę – jego surowe, pełne energii formy z drewna i metalu o charakterystycznych kształtach wyglądają jak ilustracje przeniesione z książek w przestrzeń.

Józef Wilkoń: „Każdy rosły byk ryczy na mój widok, bo czuje adrenalinę mojego strachu”
Józef Wilkoń: „Każdy rosły byk ryczy na mój widok, bo czuje adrenalinę mojego strachu”
Józef Wilkoń: „Każdy rosły byk ryczy na mój widok, bo czuje adrenalinę mojego strachu”
Józef Wilkoń: „Każdy rosły byk ryczy na mój widok, bo czuje adrenalinę mojego strachu”

Muzeum na przywiezione do Płocka stwory i ilustracje przeznaczyło nie tylko salę wystaw czasowych, która liczy ok. 300 m²., ale również patio o podobnej powierzchni. Jeden obiekt (zaproponowaną przez artystę rzeźbę prażubra) musieli odrzucić, ponieważ nie zmieściłby się w drzwiach. W miejsce prażubra przyjechał za to łoś.

– To świat, w którym zwierzęta ożywają – zachęcają kuratorzy retrospektywy, która potrwa do 2 sierpnia.

Wernisaż przyciągnął wielu miłośników sztuki artysty, którzy słuchali opowieści o powstawaniu rzeźb, obrazów i ilustracji oraz o ich inspiracjach. Józef Wilkoń, wyraźnie poruszony, zwiedził ekspozycję razem z publicznością, zatrzymując się przy wybranych pracach. Niejednokrotnie podkreślał, jak bardzo cieszy go obecność jednych z jego ulubionych dzieł: trzech monumentalnych wilkołaków.

Wystawa „Retrospekcja. 70 lat twórczości Józefa Wilkonia”
Zdjęcie: Muzeum Mazowieckie w Płocku
Wystawa „Retrospekcja. 70 lat twórczości Józefa Wilkonia”
Zdjęcie: Muzeum Mazowieckie w Płocku
Wystawa „Retrospekcja. 70 lat twórczości Józefa Wilkonia”
Zdjęcie: Muzeum Mazowieckie w Płocku
Wystawa „Retrospekcja. 70 lat twórczości Józefa Wilkonia”
Zdjęcie: Muzeum Mazowieckie w Płocku

– Miewam chwile, w których zapominam o moim wieku i upływie czasu – deklarował artysta, który 12 lutego skończył 96 lat. – Myślę, że nadal coś mi z dziecka zostało. Dosłownie. I reaguję tak, że u niektórych budzi to zdziwienie i wątpliwości, czy nie jestem aby już zdziecinniały – śmiał się.

Słynie na całym świecie z ilustracji, które stworzył do ponad 200 książek dla dzieci i dorosłych, w tym do takich dzieł, jak „Pan Tadeusz” czy „Don Kichot”. Fascynował się również najtrudniejszymi tekstami: Rilkego, Petrarki, Calderona, Jamesa Joyce’a. Jakiś czas temu stworzył serię… kobiecych aktów na Ipadzie. Ale najbardziej wierny jest zwierzętom i to na nich skoncentrował się podczas ponad 70-letniej kariery, stając się „najsłynniejszym polskim ilustratorem natury”. Bo, jak mówi, podoba mu się bogactwo ich materii: futerkowość, łuskowatość, pierzastość.

W ich przedstawianiu wypracował własny, charakterystyczny styl. – Te zwierzaki są po prostu wilkoniowate – stwierdza artysta, z którym w otoczeniu jego domu pod Warszawą żyją jego rzeźby, m.in. drewniany tur, łoś, krokodyl, jagnię i ptaki. Wszystkie są okiem Wilkonia podpatrzone, ręką Wilkonia zrobione.

Zresztą, rzeźby też nazywa ilustracjami – z tą różnicą, że te akurat są przestrzenne. Zajął się nimi przypadkiem. W odwiedziny przyjechała rodzina z małymi dziećmi i żeby je zabawić, zaczął wycinać z drewna różne kształty zwierzaków. Na początku były płaskie. Z czasem artysta zaczął tworzyć formy przestrzenne. Studiował i przedstawiał twarze czworonogów, bo – jak zapewnia – mają twarze tak jak ludzie, ekspresyjne, jedyne w swoim rodzaju. – Prace bardzo się spodobały, chętnie je wystawiano, a ja złapałem się na tym, że robię większe okazy. Doszło do tego, że krowa wychodziła mi potężniejsza od naturalnej – śmieje się.

 

K O T Y

 

Urodził się na wsi, wychowywał niedaleko lasu w Bogucicach pod Wieliczką. Żył tam wśród wielu zwierząt, pasł krowy na pastwisku. Jego ukochana krowa miała na imię Pyzia.

– Była biała, miała czarną głowę, klatkę piersiową, kolana i łatkę na pupie. Przeurocza. Ale i cwana. Wielokrotnie graliśmy z chłopakami w piłkę na pastwisku. Pyzia obserwowała wtedy, czy spoglądam w jej stronę, a kiedy tylko orientowała się, że jestem skupiony na grze, uciekała w koniczynę albo w ziemniaki. Przyjaźniliśmy się kilka lat. Kiedy rodzice zdecydowali, że przeprowadzają się do rodzinnego Łańcuta (dom w Bogucicach nie należał do nich, wynajmowali go – przyp. red.), trzeba było sprzedać stajnię. Nawet nie zdążyłem się z Pyzią pożegnać… Wolę nie wiedzieć, jak potoczyły się jej losy. Do dziś „pyziopodobne” krowy mnie wzruszają – opowiadał przed laty w rozmowie z „Wysokimi Obcasami”, wyjaśniając dlaczego od ponad 70 lat piękno przyrody tak go inspiruje.

Wrócił do Bogucic po latach, dotarł do miejsca, gdzie w wąwozie na pagórku stał dom, w którym się urodził w 1930 roku. – Ale nie dopatrzyłem się już niczego. Wszystko było zabudowane, zupełnie inne – wspominał swoje powroty do krainy dzieciństwa Polskiemu Radiu. W rzeczywistości, jak stwierdził z żalem, te powroty nie są już możliwe (Bogucice są dziś wchłonięte przez miasto, stały się osiedlem Wieliczki).

Jedyny powrót do arkadii dzieciństwa możliwy jest być może tylko dzięki wyobraźni twórczej. A w wyobraźni Józefa Wilkonia bardzo ważne miejsce zajmuje przyroda, którą – właśnie – pokochał już jako mały chłopiec.

Pierwsze ilustracje poświęcił kotom. Zobrazowane jego rysunkami opowiadanie Heleny Bechlerowej „O kotku, który szukał czarnego mleka”, ukazało się w 1959 roku. Szybkie, zdecydowane ruchy pędzla i kredek, spod których wyłaniają się kształty białego zwierzęcia, który chciał być taki sam, jak jego czarny przyjaciel.

Od tamtego czasu koty często pojawiają się w jego twórczości. Malował je nawet na najdziwniejszych materiałach. W latach 50. XX wieku – gdy w Polsce brakowało wielu podstawowych przedmiotów życia codziennego – z braku papieru malował na wielkich workach po cukrze (który w tamtym czasie sprzedawany był na wagę). Odciśnięte kryształki cukru na papierze dawały dodatkowe wrażenie fakturowości.

Cały czas eksperymentował. W różnych okresach stawiał na różnorodne techniki – wodę i plamę, potem twardą kreskę, malował na folii, używał akwareli, pasteli, które wielokrotnie pokrywał werniksem, mieszał techniki.

Józef Wilkoń: „Lubię koty, są dziwne. Potrzebują nas i kochają tak jak psy. Tyle że po kociemu”
Józef Wilkoń: „Lubię koty, są dziwne. Potrzebują nas i kochają tak jak psy. Tyle że po kociemu”
Józef Wilkoń: „Lubię koty, są dziwne. Potrzebują nas i kochają tak jak psy. Tyle że po kociemu”
Józef Wilkoń: „Lubię koty, są dziwne. Potrzebują nas i kochają tak jak psy. Tyle że po kociemu”

Koty posłużyły mu nawet do zobrazowania historii Rewolucji Francuskiej („Zadeptana kotka”, 1992). – Lubię je, są dziwne. Potrzebują nas i kochają tak jak psy. Tyle że po kociemu. Psia miłość jest oczywista, oddana. Miłość kocia – bardziej osobista. Koty obrażają się, gdy wychodzimy, zaś z drugiej strony mają potrzebę niezależności, własnej przestrzeni. Uwielbiają pieszczoty, by chwilę później potraktować nas łapą. Są słodkie i intrygujące, lecz nie mogę im wybaczyć jednego: zabawy myszką – wyjawił.

Kiedy żyła jego żona Małgosia (zmarła pod koniec lat 90.), w domu w Zalesiu Dolnym mieli po kilka kotów i psów. Animozje, życie jak pies z kotem? Skąd! Ich wilczurowi spała w nogach cała kocia rodzina.

 

„W I L K O N I O W A T O Ś Ć”

 

Początki ilustracji książek dla dzieci to czas studiów (malarstwo na Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie i historia sztuki na Uniwersytecie Jagiellońskim). Poznał wówczas swoją przyszłą żonę, z którą ożenił się po… dwóch tygodniach znajomości. Urodził im się syn, Piotr.

– W sposób odpowiedzialny musiałem wziąć się za utrzymanie rodziny. Czułem się mocny w tworzeniu ilustracji, wiec zdecydowałem, że fajnie by było, gdyby udało mi się znaleźć pierwszą pracę po studiach w roli ilustratora książek. W czasie wakacji pojechałem do rodziców i tam stworzyłem okazałą teczkę z rysunkami zwierząt i ptaków. Zaniosłem ją później do jednej z księgarni i niemal rok po tym dostałem pierwszą książkę do zilustrowania – wspominał.

Najstarsze zachowane prace artysty to pawie namalowane na początku lat 60. Ich pióra zostały oddane za pomocą rozlewającej się, drgającej farby na wilgotnym papierze. Jak doszło do powstania tych prac? Pewnego dnia Wilkoń zabrał syna do parku w Warszawie. Tam przypadkowo zobaczył pawie spacerujące nad stawem. Ich piękno zrobiło na nim ogromne wrażenie. Poruszony tym widokiem wrócił do pracowni i rozpoczął eksperymenty z papierem, wodą, pędzlem, akwarelą i tuszem. Po kilku dniach pracownia wypełniła się obrazami pawi. Zaniósł je do wydawcy, dołączając teksty i wiersze.

Tak powstały dwie książki, a potem wsiąkł w tę dziedzinę. Przekonał się, jak trudno maluje się dla najmłodszych. Nie chciał niczego robić powierzchownie, miał ambicję, aby wnieść malarstwo do świata ilustracji dziecięcych. – Jak ktoś przyjrzy się mojej twórczości, to przekona się, że ona na przestrzeni lat się zmienia. Stosuję różne techniki, style, środki. To wygląda tak, jakbym za każdym razem szukał nowego odzienia, w którym poczuję się jeszcze lepiej. Bieg za nową formą napędza mnie od wielu lat – wyjaśniał Onet.pl.

Ale cały czas jego kreska jest całkowicie rozpoznawalna. Od razu widać, że to rzeczy Wilkonia: ruch pędzla, kształt plamy akwareli, które lubi najbardziej, technika łączenia pędzla z użyciem pióra, kredki, ołówka. – Na tym właśnie polega „wilkoniowatość”. Na sposobie użycia cieczy, tuszu, na zachowaniu i ruchu pędzla i wynikłych z tego efektów strukturalnych, na udziale przypadku, który bezustannie towarzyszy mojej pracy – zapewniał.

 

A K O M P A N I A M E N T

 

Jak tworzy swoje ilustracje? – Książka jest zawsze ważna. Czytam ją wielokrotnie, szukając miejsc, które są niedopowiedziane, które można świetnie rozwinąć ilustracją, znajdować dla niej formę, interpretację. Trzeba też zostawić literaturze puste miejsca, tam, gdzie język doskonale się wyraża i tworzy plastyczny wizerunek – podkreślał.

A w innym wywiadzie dodawał: – Od dawna traktuję literaturę jako partnera do własnej wypowiedzi. Moje ilustracje są rodzajem akompaniamentu.

Wiele książek zrobił również w ten sposób, że ilustracje powstały do jego pomysłów, a potem dopiero był tekst. Denerwował go w tekstach, które dostawał, szczególnie na Zachodzie, nachalny infantylizm. – Zachód uwielbia infantylizm, pieszczą się tam z tekstami dla dzieci, a mnie ten szczebiot drażni. No więc wobec tego powiedziałem: wóz albo przewóz, albo robię i idę na kompromis, albo dają mi najpierw zrobić ilustracje. Tak powstało kilkanaście książek. Do kilku tekst napisał mój syn Piotr. Parę nawet zostało bestsellerami – opowiadał „Gazecie Wyborczej”.

W rysunkach posługuje się „formą uproszczoną, ale nie zniża do poziomu dziecka”, rysunki mają satysfakcjonować dzieci i dorosłych. – Moją ambicją jest uchwycić ruch i charakter zwierzęcia jednym pociągnięciem dużego pędzla – mawia, dodając, że charakterystyczne dla niego jest to, że portrety psychologiczne ludzi, przemyca w zwierzęcej metaforze.

– Przez ich zachowanie i twarze wskazuję problemy ludzkie, ale nie przywary, jak zwykł to robić La Fontaine. Zły wilk, chytry lis, głupi jak osioł: to są negatywne, ludzkie mniemania, a ja za pomocą psychiki zwierząt pokazuję dobrą stronę człowieka – zaznaczał. – Każde zwierzę jest inne i ma swój charakter. To piękne. Człowiek upraszcza ich wyjątkowość, używając stereotypowych określeń.

Nic dziwnego, że gdy w ub.r. powstał o nim film dokumentalny w reżyserii Urszuli Dubowskiej i Ryszarda Wiencka (muzykę stworzył Krzesimir Dębski, a lektorami zostali Krystyna Czubówna i Andrzej Seweryn), dostał tytuł „Zwierzęta Wilkonia”.

 

S O W A

 

Oczywiście, ludzie też są jego bohaterami. Zmierzył się nawet z autoportretem. W książce Agaty Napiórskiej „Szczęśliwe przypadki Józefa Wilkonia” tak o tym opowiadał osiem lat temu: „Kiedyś w Niemczech wyszła moja książeczka z portretami zwierząt. Otwiera ją uczłowieczony, śpiący, dostojny, zmęczony lew. Nie było to moim zamiarem, ale przypisywano mi, że siebie sportretowałem. Nie chcę zabierać lwu jego siły i królewskiej powagi, ale coś ze lwa we mnie jest faktycznie”.

Józef Wilkoń: „Każde zwierzę jest inne i ma swój charakter. To piękne. Człowiek upraszcza ich wyjątkowość, używając stereotypowych określeń”
Józef Wilkoń: „Każde zwierzę jest inne i ma swój charakter. To piękne. Człowiek upraszcza ich wyjątkowość, używając stereotypowych określeń”
Józef Wilkoń: „Każde zwierzę jest inne i ma swój charakter. To piękne. Człowiek upraszcza ich wyjątkowość, używając stereotypowych określeń”
Józef Wilkoń: „Każde zwierzę jest inne i ma swój charakter. To piękne. Człowiek upraszcza ich wyjątkowość, używając stereotypowych określeń”

Wyliczał, że jest to skupienie, skłonność do błyskawicznego wysiłku i ruchu, ale w sposób umiarkowany – stać go bowiem na gwałtowny start, ale nie jest długodystansowcem: „Mnie się zdarza pracować uporczywie i zawzięcie, podczas gdy lwa kojarzymy jako leniucha: za niego przecież pracuje lwica. I tu akurat nie chciałbym się do niego upodabniać”.

Blisko mu też do sowy, bo pracuje po nocach. – Zawsze mi się dobrze pracowało nocą. Pomagała izolacja, kompletna cisza. Niekiedy o 5 nad ranem nagle się zaczynałem orientować, że chyba najwyższy czas położyć się spać – zdradzał.

Zdarza mu się oczywiście pracować też w dzień, ale zawsze od południa: – Do południa dojrzewam do jakiejkolwiek aktywności. Jeśli chodzi o rzeźbę, wiadomo, że pracuję w dzień i na zewnątrz ze względu na piłę spalinową. Bywało, że pracowałem w ogrodzie od jedenastej przed południem aż do zmroku. Z przerwami na posiłki, oczywiście.

Józef Wilkoń w swojej pracowni
Zdjęcie: Krzysztof Hejke / Archiwum Fundacji Arka
Artysta w pracowni oraz wśród swoich rzeźb w ogrodzie pod Warszawą. Zdjęcia: Krzysztof Hejke / Archiwum Fundacji Arka

Tworzy w absolutnej ciszy: – Strasznie lubię ciszę. Może innych to mogłoby męczyć, ale dla mnie to ideał. Nie potrafię pracować, kiedy dzieją się równoległe rzeczy, dlatego wolę w nocy. Bardzo źle pracowało mi się na wyjazdach, w hotelach, nie sprawiało mi to żadnej satysfakcji. Małgosia też się czasem zasiedziała, byliśmy raczej nocnymi markami.

 

Ż U B R

 

W latach 90. Józef Wilkoń zajął się również rzeźbą. Kiedy wszyscy uważali go za ilustratora, w domowym garażu powstawały rzeźby saren, ptaków, ryb, owadów. Jego słynne zwierzęta z drewna i blachy, czyli „Arka Wilkonia”, wystawiane są w kraju i za granicą.

Pierwsze okazy, które zrobił dla swoich gości z Niemiec z dziećmi, to była zabawa. Chwycił za piłę i siekierę, powstały zwierzątka, powiesił je na murze, zapomniał o nich. Po kilku latach zwrócił uwagę, że one się „jakoś dobrze starzeją”. A potem wpadł na pomysł, że wyrzeźbione i odpowiednio sfotografowane mogą być umieszczone w książce jako ilustracja. Ilustracja przestrzenna.

– Były to formy widziane z przodu, z boku. Ale zaczęło mi brakować innych stron. Zacząłem więc dbać o tyły – mówił półżartem artysta o wychodzeniu z ilustracji przestrzennej ku samoistnej rzeźbie.

Początkowo były to drobiazgi, potem średniej wielkości zwierzęta, następnie tur czy słoń, a gabaryty jak w naturze. –  Mam z tym trochę kłopotów przy transporcie, ale polubiłem te moje duże zwierzaki. Staram się wydobywać z nich coś, co niektórzy nazywają iskierką życia. Czasami to się udaje dzięki prostym zabiegom, jak oczy z kulek łożyskowych, które świecą, lśnią jak iskierka w oku. No i staram się we wszystkim, w ruchu, w zachowaniu, oddać rzeźbioną zwierzęcość – mówił o swoim warsztacie.

Zanim zajął się rzeźbą, miał pewne obawy: – Myślałem: „czy ja nie oszalałem na starość?”. I jeszcze te ogromne formy… Żubr, którego jakiś czas temu wyrzeźbiłem, był dwa razy większy od prawdziwego. Zainspirowało mnie nagranie ukazujące przemarsz stada żubrów przez podlaskie pole. Było ich ponad 80! Czułem, jakbym oglądał film o bizonach na Dzikim Zachodzie. Równocześnie pękałem z dumy i cieszyłem się, że populacja żubra w Polsce się odrodziła. Od razu przypomniała mi się też historia z lat 60. W Bieszczadach żył wtedy żubr o imieniu Pulpit. Wybrał się stamtąd aż do Niepołomic! Zilustrowałem o nim książkę.

Rzeźbiarskiej roboty nauczył się sam, od podstaw. Obrabia blachę i młotkuje, tnie drewno siekierą i piłą mechaniczną. Piła to wspaniałe narzędzie, zostawia piękny ślad cięcia. Niestety, jest trudna w użyciu i niebezpieczna. Bywało, że dostał w czoło kawałkiem drewna „miotniętym” przez krajzegę czy przeciął sobie paznokieć. Nie zniechęca go to wcale i jak tylko ma siłę, to wciąż jego ukochane czworonogi powstają w postaci rzeźb. Bo zwierzęta, zwłaszcza dzikie, fascynują go nieustannie. Choć w należyty sposób też się ich boi. – Każdy rosły byk ryczy na mój widok, bo czuje adrenalinę mojego strachu – śmiał się.

Józef Wilkoń i jego rzeźby wykonane w technice brązowych odlewów
Zdjęcie: Galeria Limited Edition
Obiekty zostały wykonane w drewnie lub w blasze, a następnie odlane w brązie
Zdjęcie: Galeria Limited Edition

K A C Z K I 

 

Nigdy nie chciał zmienić kraju, budować pracowni gdzieś w świecie. Lubił wracać do domu w Polsce, tak jak ptaki wracają na miejsce po przelotach. Dużo podróżował, najczęściej z żoną. Tuż po studiach, gdy się pobrali, ona pracowała, a jemu poza sztuką pracować nie pozwalała, żeby mógł się rozwijać. Ogromnie zależało jej na sztuce męża.

Gdy już odniósł sukces, zabierał ją w świat. W wielu przypadkach były to wyprawy związane z jego pracą. Najchętniej jeździli samochodem, co dla nich było znacznie lepsze od podróży lotniczej, która skraca wyjazd do tego stopnia, że po drodze nic się nie widzi. Ona prowadziła, on rysował na kolanach. Byli w Stanach Zjednoczonych, zjeździli Japonię, niemal całą Europę.

Którą z tych tras pamięta szczególnie? – Pamiętam drogę z Hiszpanii, za nami unosił się tuman kurzu, gdy jechaliśmy przez La Manchę. Przypominam sobie kamienny pejzaż, jakby głazy spadły z nieba, jakby sam diabeł je porozrzucał. Widziałem także cudowne sierpniowe pejzaże, na poboczach wyschłe srebrzysto-złote trawy i tylko oliwki miały niebieskawo-zielony koloryt. Na tej spalonej słońcem trawie pasły się byki w zagrodzonych poletkach. W słońcu mieniły się granatem z niebieskim blaskiem. To było niesamowite. Toros Bravos – wspominał.

Józef Wilkoń: „Jeżeli nie szanujemy i nie doceniamy natury, to znaczy, że nie jesteśmy na tyle dojrzali, by być jej częścią”
Józef Wilkoń: „Jeżeli nie szanujemy i nie doceniamy natury, to znaczy, że nie jesteśmy na tyle dojrzali, by być jej częścią”
Józef Wilkoń: „Jeżeli nie szanujemy i nie doceniamy natury, to znaczy, że nie jesteśmy na tyle dojrzali, by być jej częścią”
Józef Wilkoń: „Jeżeli nie szanujemy i nie doceniamy natury, to znaczy, że nie jesteśmy na tyle dojrzali, by być jej częścią”

Potem byli w Madrycie i kupili bilety na korridę: – Weszliśmy na nią przed spektaklem, zobaczyliśmy w pełnym świetle ten piasek. Byki były jeszcze pozamykane w pomieszczeniach, w spiekocie. Uznaliśmy, że nie będziemy tej korridy oglądać. Wyobrażałem sobie wypuszczonego z ciemnej stajni byka, oślepionego przez słońce. Zwierzak dostaje obłędu.

Oburza go to, że nie potrafimy w empatyczny sposób postępować ze zwierzętami. – Jeżeli chcemy przeżyć, musimy nauczyć się współżycia z przyrodą. Jeżeli nie szanujemy i nie doceniamy natury, to znaczy, że nie jesteśmy na tyle dojrzali, by być jej częścią. Powinniśmy robić dla niej wszystko, bo od tego zależy ludzka egzystencja. Czujmy się częścią natury, traktujmy zwierzęta jako naszych braci mniejszych. Nie rżnijmy lasów tam, gdzie nie ma takiej potrzeby. Peter Wohlleben, niemiecki leśnik i działacz na rzecz ochrony przyrody, w swojej książce „Sekretne życie drzew” napisał, że ścinane drzewa płaczą. Jesteśmy głusi na ten płacz. Człowiek dysponuje rozumem, ale czasem włada nim tak bezrozumnie! – apelował.

Najstarsze zachowane prace artysty to pawie namalowane na początku lat 60.
Zdjęcia: Archiwum Fundacji Arka
Artysta w parku przy Pałacu w Radziejowicach, gdzie znajduje się wyjątkowe miejsce – Arka Wilkonia, drewniana konstrukcja inspirowana biblijną arką Noego
Zdjęcie: Pałac w Radziejowicach

Podróżować daleko bez żony już nie chce. – Wyjazdy kojarzą mi się z Małgosią. W dużej mierze jej śmierć zmieniła również relacje z podróży. Przywykłem mieć towarzysza wojaży, wspólnika – deklarował w wywiadzie. – A potem… Potem każdego dnia przynosiłem jedną kaczkę umierającej żonie do szpitala. Chciałem jej uwagę choćby na trochę odwrócić od choroby. Gdy pojechałem z nimi do Bolonii na targi książki, na bramce lotniskowej włączył się alarm. Miałem je w kapeluszu. Jeden z celników zadał pytanie, dlaczego podróżuję z kaczkami. Odpowiedziałem, że ze słoniem byłoby to trudniejsze. To był kaczy przypadek, a została ciekawa anegdota.

Ale po kraju jeździ, gdy tylko w jakimś muzeum jest jego wystawa. Wkrótce nie będzie musiał, bo nieopodal jego domu, powstaje Muzeum Sztuki Współczesnej Józefa Wilkonia. Placówka, która znajdzie się w zabytkowym budynku dawnej remizy strażackiej w centrum Piaseczna, będzie prezentowała przekrój jego twórczości. Na ekspozycji stałej ma się znaleźć około 200 dzieł, których wartość wycenia się na kilka milionów złotych. – To będzie trzon mojej twórczości – wskazuje artysta, przywołując jedną z pierwszych swoich prac pt. „Zawilce nocą”.

Otwarcie muzeum jeszcze w tym roku.

 

W U L K A N

 

Wilkoń słynie nie tylko z ilustracji i rzeźby, ale także z pracy z dziećmi. Poprowadził dziesiątki warsztatów z maluchami, od Polski aż po Japonię. Pokazuje im jak tworzyć. – Uczenie dzieci malowania i rysowania po wilkoniowemu mnie nie interesuje, ja chcę im przekazać decyzję i odwagę przy rozpoczynaniu pracy. Najtrudniejsze są pierwsze chwile, gdy dzieci siedzą nad kartką białego papieru – żeby je ośmielić, demonstruję błyskawiczne realizacje na ich oczach. Mogę być inspiracją, ale chcę, by każdy robił po swojemu – wyłożył swoją filozofię edukacji.

Bardzo ceni sobie takie kontakty, bo „reakcje dzieci są najpiękniejsze, spontaniczne i prawdziwe”. Szczególnie pamięta o reakcjach japońskich uczniów, chowanych w pewnego rodzaju musztrze, w dystansie w kontaktach zewnętrznych. Gdy przedstawiciele gminy z rejonu Unzen poprosili go, aby stworzył książkę, która pozwoli dodać mieszkańcom otuchy i nadziei (w latach 90. okolica została zniszczona przez katastrofę wulkaniczną – przyp. red.), pojechał tam z książeczką o tym, że wulkan jako żywioł trzeba oswoić, polubić, bo wcale nie jest taki zły.

Gdy ustawili ich do wspólnego zdjęcia, artysta usiadł na podłodze, a dzieci natychmiast go objęły, po prostu się na niego rzuciły. – Trzeba było widzieć miny dorosłych Japończyków! Zaniemówili. Jestem przekonany, że dzieci na całym świecie, bez względu na styl wychowania, łakną ciepła, uśmiechu. Tylko one potrafią być tak autentyczne w reakcjach i zachowaniu. Potem wszyscy już tracimy spontaniczną ocenę widzenia świata – ocenił.

W nim nadal pozostało wiele z dziecka. Dowód? Kiedyś był u znajomych, gdzie siedziała też spora grupka najmłodszych gości. Mocno zaszarżował, zaczął się wygłupiać, aby z nimi współgrać. – Aż nagle jedna dziewczynka spojrzała na mnie i powiedziała: „Niech pan nie będzie taki dziecinny!” (śmiech). Dostałem po głowie jak rzadko!”.

 

_____

Wystawa „Retrospekcja. 70 lat twórczości Józefa Wilkonia” czynna od 6 maja do 2 sierpnia 2026 roku, Muzeum Mazowieckie w Płocku, Oddział Art déco, ul. Kolegialna 6, Płock.

Kopiowanie treści jest zabronione