Dlaczego podróżuje z kaczkami? „Miałem je w kapeluszu. Bo wędrowanie ze słoniem byłoby trudniejsze”
04 marca 2024
tekst: Agnieszka Kowalska
zdjęcia: Józef Wilkoń

Posłuchaj

Jak lubi mawiać półżartem, nazwisko zobowiązuje: „wilk” i „koń”, zatem jedno i drugie jest jego tematem. Lubi koty, bo są dziwne. Psia miłość jest oczywista, kocia – osobista. Zdradza, że każdy byk ryczy na jego widok. Sam ma w sobie wiele z lwa. Zilustrował „Pana Tadeusza” i „Don Kichota”, więc zajmuje się również człowiekiem. Ale zwierzęta kocha najbardziej, dlatego to ich jest w jego twórczości najwięcej. Józef Wilkoń, wybitny ilustrator i rzeźbiarz, na rysunkach którego wychowało się już kilka pokoleń, skończył 94 lata. Z tej okazji w Warszawie odbywa się wystawa ponad 70 fascynujących prac artysty: „Józef Wilkoń. Na urodziny”.

Słynie na całym świecie z ilustracji, które stworzył do ponad 200 książek dla dzieci i dorosłych, w tym do takich dzieł, jak „Pan Tadeusz” czy „Don Kichot”. Fascynował się również najtrudniejszymi tekstami: Rilkego, Petrarki, Calderona, Jamesa Joyce’a. Niedawno stworzył serię… kobiecych aktów na Ipadzie. Ale najbardziej wierny jest zwierzętom i to na nich skoncentrował się podczas ponad 70-letniej kariery, stając się „najsłynniejszym polskim ilustratorem natury”. Bo, jak mówi, podoba mu się bogactwo ich materii: futerkowość, łuskowatość, pierzastość. W ich przedstawianiu wypracował własny, charakterystyczny styl. – Te zwierzaki są po prostu wilkoniowate – stwierdza. Co to znaczy? Okiem Wilkonia podpatrzone, ręką Wilkonia zrobione.

I styl ten przeniósł także do rzeźby. Zresztą, rzeźby też nazywa ilustracjami – z tą różnicą, że te akurat są przestrzenne. Zajął się nimi przypadkiem. W odwiedziny przyjechała rodzina z małymi dziećmi i żeby je zabawić, zaczął wycinać z drewna różne kształty zwierzaków. Na początku były płaskie. Z czasem artysta zaczął tworzyć formy przestrzenne. Studiował i przedstawiał twarze czworonogów, bo – jak zapewnia – mają twarze tak jak ludzie, ekspresyjne, jedyne w swoim rodzaju. – Prace bardzo się spodobały, chętnie je wystawiano, a ja złapałem się na tym, że robię większe okazy. Doszło do tego, że krowa wychodziła mi potężniejsza od naturalnej – śmieje się.

– Miewam chwile, w których zapominam o moim wieku i upływie czasu – deklaruje artysta, który 12 lutego skończył 94 lata. – Myślę, że nadal coś mi z dziecka zostało. Dosłownie. I reaguję tak, że u niektórych budzi to zdziwienie i wątpliwości, czy nie jestem aby już zdziecinniały – śmieje się.

Józef Wilkoń mieszka pod Warszawą, w otoczeniu swoich rzeźb, m.in. drewnianego tura, łosia, krokodyla, jagnięcia i ptaków. Przywiózł kilka ostatnio do stolicy, gdzie w Galerii Grafiki i Plakatu zorganizowano wystawę „Na urodziny”, na której odkryjecie ponad 70 fascynujących prac, w tym nie tylko ilustracje, ale również rzeźby. U nas z tej okazji kilka opowieści solenizanta na temat swojej twórczości.

KOTY BYŁY PIERWSZE

– Jestem ze wsi, wychowywałem się niedaleko lasu w Bogucicach pod Wieliczką. Żyłem tam wśród wielu zwierząt, pasłem krowy na pastwisku. Moja ukochana krowa miała na imię Pyzia. Była biała, miała czarną głowę, klatkę piersiową, kolana i łatkę na pupie. Przeurocza. Ale i cwana. Wielokrotnie graliśmy z chłopakami w piłkę na pastwisku. Pyzia obserwowała wtedy, czy spoglądam w jej stronę, a kiedy tylko orientowała się, że jestem skupiony na grze, uciekała w koniczynę albo w ziemniaki. Przyjaźniliśmy się kilka lat. Kiedy rodzice zdecydowali, że przeprowadzają się do rodzinnego Łańcuta (dom w Bogucicach nie należał do nich, wynajmowali go – przyp. red.), trzeba było sprzedać stajnię. Nawet nie zdążyłem się z Pyzią pożegnać… Wolę nie wiedzieć, jak potoczyły się jej losy. Do dziś „pyziopodobne” krowy mnie wzruszają – opowiadał w rozmowie z „Wysokimi Obcasami”, wyjaśniając dlaczego od ponad 70 lat piękno przyrody tak go inspiruje.

Wrócił do Bogucic po latach, dotarł do miejsca, gdzie w wąwozie na pagórku stał dom, w którym się urodził w 1930 roku. – Ale nie dopatrzyłem się już niczego. Wszystko było zabudowane, zupełnie inne – wspominał swoje powroty do krainy dzieciństwa Polskiemu Radiu. W rzeczywistości, jak stwierdził z żalem, te powroty nie są już możliwe (Bogucice są dziś wchłonięte przez miasto). Jedyny powrót do arkadii dzieciństwa możliwy jest być może tylko dzięki wyobraźni twórczej. A w wyobraźni Józefa Wilkonia bardzo ważne miejsce zajmuje przyroda, którą – właśnie – pokochał już jako mały chłopiec.

Pierwsze ilustracje poświęcił kotom. Zobrazowane jego rysunkami opowiadanie Heleny Bechlerowej „O kotku, który szukał czarnego mleka”, ukazało się w 1959 roku. Od tamtego czasu koty często pojawiają się w jego twórczości. – Lubię je, są dziwne. Potrzebują nas i kochają tak jak psy. Tyle że po kociemu. Psia miłość jest oczywista, oddana. Miłość kocia – bardziej osobista. Koty obrażają się, gdy wychodzimy, zaś z drugiej strony mają potrzebę niezależności, własnej przestrzeni. Uwielbiają pieszczoty, by chwilę później potraktować nas łapą. Są słodkie i intrygujące, lecz nie mogę im wybaczyć jednego – zabawy myszką – wyjawił.

Józef Wilkoń: „Każdy rosły byk ryczy na mój widok, bo czuje adrenalinę mojego strachu”
Józef Wilkoń: „Każdy rosły byk ryczy na mój widok, bo czuje adrenalinę mojego strachu”
Józef Wilkoń: „Każdy rosły byk ryczy na mój widok, bo czuje adrenalinę mojego strachu”
Józef Wilkoń: „Każdy rosły byk ryczy na mój widok, bo czuje adrenalinę mojego strachu”

Kiedy żyła jego żona Małgosia (zmarła pod koniec lat 90.), w domu pod Warszawą mieli po kilka kotów i psów. Animozje, życie jak pies z kotem? Skąd! Ich wilczurowi spała w nogach kocia rodzina.

„WILKONIOWATOŚĆ”

Początki ilustracji książek dla dzieci to czas studiów (malarstwo na Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie i historia sztuki na Uniwersytecie Jagiellońskim). Poznał wówczas swoją przyszłą żonę, z którą ożenił się po… dwóch tygodniach znajomości. Urodził im się syn.

– W sposób odpowiedzialny musiałem wziąć się za utrzymanie rodziny. Czułem się mocny w tworzeniu ilustracji, wiec zdecydowałem, że fajnie by było, gdyby udało mi się znaleźć pierwszą pracę po studiach w roli ilustratora książek. W czasie wakacji pojechałem do rodziców i tam stworzyłem okazałą teczkę z rysunkami zwierząt i ptaków. Zaniosłem ją później do jednej z księgarni i niemal rok po tym dostałem pierwszą książkę do zilustrowania – wspominał.

A potem wsiąkł w tę dziedzinę. Przekonał się, jak trudno maluje się dla dzieci. Nie chciał niczego robić powierzchownie, miał ambicję, aby wnieść malarstwo do świata ilustracji dziecięcych. – Jak ktoś przyjrzy się mojej twórczości, to przekona się, że ona na przestrzeni lat się zmienia. Stosuję różne techniki, style, środki. To wygląda tak, jakbym za każdym razem szukał nowego odzienia, w którym poczuję się jeszcze lepiej. Bieg za nową formą napędza mnie od wielu lat – wyjaśniał Onet.pl.

Jego kreska jest całkowicie rozpoznawalna, od razu widać, że to rzeczy Wilkonia: ruch pędzla, kształt plamy akwareli, które lubi najbardziej, technika łączenia pędzla z użyciem pióra, kredki, ołówka. – Na tym właśnie polega „wilkoniowatość”. Na sposobie użycia cieczy, tuszu, na zachowaniu i ruchu pędzla i wynikłych z tego efektów strukturalnych, na udziale przypadku, który bezustannie towarzyszy mojej pracy – zapewniał.

 ILUSTRACJE JAK AKOMPANIAMENT

Jak Józef Wilkoń tworzy swoje ilustracje? – Książka jest zawsze ważna. Czytam ją wielokrotnie, szukając miejsc, które są niedopowiedziane, które można świetnie rozwinąć ilustracją, znajdować dla niej formę, interpretację. Trzeba też zostawić literaturze puste miejsca, tam, gdzie język doskonale się wyraża i tworzy plastyczny wizerunek – podkreślał. A w innym wywiadzie dodawał: – Od dawna traktuję literaturę jako partnera do własnej wypowiedzi. Moje ilustracje są rodzajem akompaniamentu.

Wiele książek zrobił w ten sposób, że ilustracje powstały do jego pomysłów, a potem dopiero był tekst. Denerwował go w tekstach, które dostawał, szczególnie na Zachodzie, nachalny infantylizm. – Zachód uwielbia infantylizm, pieszczą się tam z tekstami dla dzieci, a mnie ten szczebiot drażni. No więc wobec tego powiedziałem: wóz albo przewóz, albo robię i idę na kompromis, albo dają mi najpierw zrobić ilustracje. Tak powstało kilkanaście książek. Do kilku tekst napisał mój syn Piotr. Parę nawet zostało bestsellerami – opowiadał „Gazecie Wyborczej”.

Józef Wilkoń: „Zanim zająłem się rzeźbą, miałem pewne obawy. Myślałem: »czy ja nie oszalałem na starość?«”
Józef Wilkoń: „Zanim zająłem się rzeźbą, miałem pewne obawy. Myślałem: »czy ja nie oszalałem na starość?«”
Józef Wilkoń: „Zanim zająłem się rzeźbą, miałem pewne obawy. Myślałem: »czy ja nie oszalałem na starość?«”
Józef Wilkoń: „Zanim zająłem się rzeźbą, miałem pewne obawy. Myślałem: »czy ja nie oszalałem na starość?«”

W rysunkach posługuje się „formą uproszczoną, ale nie zniża do poziomu dziecka”, rysunki mają satysfakcjonować dzieci i dorosłych. Co charakterystyczne dla tego artysty, portrety psychologiczne ludzi, przemyca w zwierzęcej metaforze. – Przez ich zachowanie, twarze wskazuję problemy ludzkie, ale nie przywary, jak zwykł robić La Fontaine. Zły wilk, chytry lis, głupi jak osioł: to są negatywne, ludzkie mniemania, a ja za pomocą psychiki zwierząt pokazuję dobrą stronę człowieka – zaznaczał. – Każde zwierzę jest inne i ma swój charakter. To piękne. Człowiek upraszcza ich wyjątkowość, używając stereotypowych określeń.

BLIŻEJ MU DO LWA CZY SOWY?

Zmierzył się także z autoportretem. – Kiedyś w Niemczech wyszła moja książeczka z portretami zwierząt. Otwiera ją uczłowieczony, śpiący, dostojny, zmęczony lew. Nie było to moim zamiarem, ale przypisywano mi, że siebie sportretowałem. Nie chcę zabierać lwu jego siły i królewskiej powagi, ale coś ze lwa we mnie jest faktycznie. Skupienie, skłonność do błyskawicznego wysiłku i ruchu, ale w sposób umiarkowany – stać mnie na gwałtowny start, ale nie jestem długodystansowcem. Mnie się zdarza pracować uporczywie i zawzięcie, podczas gdy lwa kojarzymy jako leniucha: za niego przecież pracuje lwica. I tu akurat nie chciałbym się do niego upodabniać – opowiadał w książce Agaty Napiórskiej „Szczęśliwe przypadki Józefa Wilkonia”.

Blisko mu też do sowy, bo pracuje po nocach. – Zawsze mi się dobrze pracowało nocą. Pomagała izolacja, kompletna cisza. Niekiedy o 5 nad ranem nagle się zaczynałem orientować, że chyba najwyższy czas położyć się spać – zdradzał. – Zdarzało mi się oczywiście pracować też w dzień, ale zawsze od południa. Do południa dojrzewam do jakiejkolwiek aktywności. Jeśli chodzi o rzeźbę, wiadomo, że pracuję w dzień i na zewnątrz ze względu na piłę spalinową. Bywało, że pracowałem w ogrodzie od jedenastej przed południem aż do zmroku. Z przerwami na posiłki, oczywiście.

Pracuje w absolutnej ciszy: – Strasznie lubię ciszę. Może innych to mogłoby męczyć, ale dla mnie to ideał. Nie potrafię pracować, kiedy dzieją się równoległe rzeczy, dlatego wolę w nocy. Bardzo źle pracowało mi się na wyjazdach, w hotelach, nie sprawiało mi to żadnej satysfakcji. Małgosia też się czasem zasiedziała, byliśmy raczej nocnymi markami.

OCZY, KTÓRE ŚWIECĄ

W latach 90. Józef Wilkoń zajął się również rzeźbą. Kiedy wszyscy uważali go za ilustratora, w domowym garażu powstawały rzeźby saren, ptaków, ryb, owadów. Jego słynne zwierzęta z drewna i blachy, czyli „Arka Wilkonia”, wystawiane są w kraju i za granicą.

Pierwsze okazy, które zrobił dla swoich gości z Niemiec z dziećmi, to była zabawa. Chwycił za piłę i siekierę, powstały zwierzątka, powiesił je na murze, zapomniał o nich. Po kilku latach zwrócił uwagę, że one się „jakoś dobrze starzeją”. A potem wpadł na pomysł, że wyrzeźbione i odpowiednio sfotografowane mogą być umieszczone w książce jako ilustracja. Ilustracja przestrzenna.

– Były to formy widziane z przodu, z boku. Ale zaczęło mi brakować innych stron. Zacząłem więc dbać o tyły – mówił półżartem artysta o wychodzeniu z ilustracji przestrzennej ku samoistnej rzeźbie. – Początkowo były to drobiazgi, potem średniej wielkości zwierzęta, następnie tur czy słoń, a gabaryty jak w naturze. Mam z tym trochę kłopotów przy transporcie, ale polubiłem te moje duże zwierzaki. Staram się wydobywać z nich coś, co niektórzy nazywają iskierką życia. Czasami to się udaje dzięki prostym zabiegom, jak oczy z kulek łożyskowych, które świecą, lśnią jak iskierka w oku. No i staram się we wszystkim, w ruchu, w zachowaniu, oddać rzeźbioną zwierzęcość – mówił o swoim warsztacie.

Józef Wilkoń: „Każde zwierzę jest inne i ma swój charakter. To piękne. Człowiek upraszcza ich wyjątkowość, używając stereotypowych określeń”
Józef Wilkoń: „Każde zwierzę jest inne i ma swój charakter. To piękne. Człowiek upraszcza ich wyjątkowość, używając stereotypowych określeń”
Józef Wilkoń: „Każde zwierzę jest inne i ma swój charakter. To piękne. Człowiek upraszcza ich wyjątkowość, używając stereotypowych określeń”
Józef Wilkoń: „Każde zwierzę jest inne i ma swój charakter. To piękne. Człowiek upraszcza ich wyjątkowość, używając stereotypowych określeń”

Zanim zajął się rzeźbą, miał pewne obawy: – Myślałem: „czy ja nie oszalałem na starość?”. I jeszcze te ogromne formy… Żubr, którego jakiś czas temu wyrzeźbiłem, był dwa razy większy od prawdziwego. Zainspirowało mnie nagranie ukazujące przemarsz stada żubrów przez podlaskie pole. Było ich ponad 80! Czułem, jakbym oglądał film o bizonach na Dzikim Zachodzie. Równocześnie pękałem z dumy i cieszyłem się, że populacja żubra w Polsce się odrodziła. Od razu przypomniała mi się też historia z lat 60. W Bieszczadach żył wtedy żubr o imieniu Pulpit. Wybrał się stamtąd aż do Niepołomic! Zilustrowałem o nim książkę.

Rzeźbiarskiej roboty nauczył się sam, od podstaw. Obrabia blachę i młotkuje, tnie drewno siekierą i piłą mechaniczną. Piła to wspaniałe narzędzie, zostawia piękny ślad cięcia. Niestety, jest trudna w użyciu i niebezpieczna. Panu Józefowi zdarzyło się dostać w czoło kawałkiem drewna „miotniętym” przez krajzegę czy przeciąć sobie paznokieć. Nie zniechęca go to i jego ukochane czworonogi powstają wciąż w postaci rzeźb. Bo zwierzęta, zwłaszcza dzikie, fascynują go nieustannie. Choć w należyty sposób też się ich boi. – Każdy rosły byk ryczy na mój widok, bo czuje adrenalinę mojego strachu – śmiał się.

KACZKI W KAPELUSZU

Nigdy nie chciał zmienić kraju, budować pracowni gdzieś w świecie. Lubił wracać do domu w Polsce, tak jak ptaki wracają na miejsce po przelotach. Dużo podróżował, najczęściej z żoną. Tuż po studiach, gdy się pobrali, ona pracowała, a jemu poza sztuką pracować nie pozwalała, żeby mógł się rozwijać. Ogromnie zależało jej na sztuce męża. Gdy już odniósł sukces, zabierał ją w świat. W wielu przypadkach były to wyprawy związane z jego pracą. Najchętniej jeździli samochodem, co dla nich było znacznie lepsze od podróży lotniczej, która skraca wyjazd do tego stopnia, że po drodze nic się nie widzi. Ona prowadziła, on rysował na kolanach. Byli w Stanach Zjednoczonych, zjeździli Japonię, niemal całą Europę. Którą z tych tras pamięta szczególnie?

Józef Wilkoń w swojej pracowni oraz wśród swoich rzeźb w ogrodzie pod Warszawą. Zdjęcie: Krzysztof Hejke / Archiwum Fundacji Arka

– Pamiętam drogę z Hiszpanii, za nami unosił się tuman kurzu, gdy jechaliśmy przez La Manchę. Przypominam sobie kamienny pejzaż, jakby głazy spadły z nieba, jakby sam diabeł je porozrzucał. Widziałem także cudowne sierpniowe pejzaże, na poboczach wyschłe srebrzysto-złote trawy i tylko oliwki miały niebieskawo-zielony koloryt. Na tej spalonej słońcem trawie pasły się byki w zagrodzonych poletkach. W słońcu mieniły się granatem z niebieskim blaskiem. To było niesamowite. Toros Bravos. Potem byliśmy w Madrycie i kupiliśmy bilety na korridę. Weszliśmy na nią przed spektaklem, zobaczyliśmy w pełnym świetle ten piasek. Byki były jeszcze pozamykane w pomieszczeniach, w spiekocie. Uznaliśmy, że nie będziemy tej korridy oglądać. Wyobrażałem sobie wypuszczonego z ciemnej stajni byka, oślepionego przez słońce. Zwierzak dostaje obłędu – wspominał.

Oburza go to, że nie potrafimy w racjonalny i empatyczny sposób postępować ze zwierzętami: – Dbałość o planetę i jej „nieludzkich” mieszkańców powinna być dla nas czymś oczywistym. Jeżeli chcemy przeżyć, musimy nauczyć się współżycia z przyrodą. Jeżeli nie szanujemy i nie doceniamy natury, to znaczy, że nie jesteśmy na tyle dojrzali, by być jej częścią. Powinniśmy robić dla niej wszystko, bo od tego zależy ludzka egzystencja. Czujmy się częścią natury, traktujmy zwierzęta jako naszych braci mniejszych. Nie rżnijmy lasów tam, gdzie nie ma takiej potrzeby. Peter Wohlleben, niemiecki leśnik i działacz na rzecz ochrony przyrody, w swojej książce „Sekretne życie drzew” napisał, że ścinane drzewa płaczą. Jesteśmy głusi na ten płacz. Człowiek dysponuje rozumem, ale czasem włada nim tak bezrozumnie!

Podróżować daleko bez żony już nie chce. – Wyjazdy kojarzą mi się z Małgosią. W dużej mierze jej śmierć zmieniła również relacje z podróży. Przywykłem mieć towarzysza podróży, wspólnika – deklarował w wywiadzie. – A potem… Potem każdego dnia przynosiłem jedną kaczkę umierającej żonie do szpitala. Chciałem jej uwagę choćby na trochę odwrócić od choroby. Gdypojechałem z nimi do Bolonii na targi książki, na bramce lotniskowej włączył się alarm. Miałem je w kapeluszu. Jeden z celników zadał pytanie: dlaczego podróżuję z kaczkami? Odpowiedziałem, że ze słoniem byłoby to trudniejsze. To był kaczy przypadek, a została ciekawa anegdota.

Józef Wilkoń: „Jeżeli nie szanujemy i nie doceniamy natury, to znaczy, że nie jesteśmy na tyle dojrzali, by być jej częścią”
Józef Wilkoń: „Jeżeli nie szanujemy i nie doceniamy natury, to znaczy, że nie jesteśmy na tyle dojrzali, by być jej częścią”
Józef Wilkoń: „Jeżeli nie szanujemy i nie doceniamy natury, to znaczy, że nie jesteśmy na tyle dojrzali, by być jej częścią”
Józef Wilkoń: „Jeżeli nie szanujemy i nie doceniamy natury, to znaczy, że nie jesteśmy na tyle dojrzali, by być jej częścią”

DOROŚLI ZANIEMÓWILI

Wilkoń słynie nie tylko z ilustracji i rzeźby, ale także z pracy z dziećmi. Poprowadził dziesiątki warsztatów z maluchami, od Polski aż po Japonię. Pokazuje im jak tworzyć. – Uczenie dzieci malowania i rysowania po wilkoniowemu mnie nie interesuje, ja chcę im przekazać decyzję i odwagę przy rozpoczynaniu pracy. Najtrudniejsze są pierwsze chwile, gdy dzieci siedzą nad kartką białego papieru – żeby je ośmielić, demonstruję błyskawiczne realizacje na ich oczach. Mogę być inspiracją, ale chcę, by każdy robił po swojemu – wyłożył swoją filozofię edukacji.

Bardzo ceni sobie takie kontakty, bo „reakcje dzieci są najpiękniejsze, spontaniczne i prawdziwe”. Szczególnie pamięta o reakcjach japońskich uczniów, chowanych w pewnego rodzaju musztrze, w dystansie w kontaktach zewnętrznych. Gdy przedstawiciele gminy japońskiej z rejonu Unzen poprosili go, aby stworzył książkę, która pozwoli dodać mieszkańcom otuchy i nadziei (w latach 90. okolica została zniszczona przez katastrofę wulkaniczną – przyp. red.), pojechał tam z książeczką o tym, że wulkan jako żywioł trzeba oswoić, polubić, bo wcale nie jest taki zły. Gdy ustawili ich do wspólnego zdjęcia, artysta usiadł na podłodze, a dzieci natychmiast go objęły, po prostu się na niego rzuciły. – Trzeba było widzieć miny dorosłych Japończyków! Zaniemówili. Jestem przekonany, że dzieci na całym świecie, bez względu na styl wychowania, łakną ciepła, uśmiechu. Tylko one potrafią być tak autentyczne w reakcjach i zachowaniu. Potem wszyscy już tracimy spontaniczną ocenę widzenia świata – ocenił.

W nim nadal pozostało wiele z dziecka. Dowód? Kiedyś był u znajomych, gdzie siedziała też spora grupka najmłodszych gości. Mocno zaszarżował, zaczął się wygłupiać, aby z nimi współgrać. – Aż nagle jedna dziewczynka spojrzała na mnie i powiedziała: „Niech pan nie będzie taki dziecinny!” (śmiech). Dostałem po głowie jak rzadko!”.

_____

Wystawę „Na urodziny” można oglądać do 10 marca w Galerii Grafiki i Plakatu przy ul. Hożej 40 w Warszawie.

Kopiowanie treści jest zabronione