Erna Rosenstein była jedną z najwybitniejszych polskich artystek sztuk wizualnych XX wieku. Znana jako „surrealizująca” malarka oraz autorka kolaży, dzięki namowom męża, tłumacza i pisarza Artura Sandauera, dała się poznać również jako poetka i autorka scenariuszy teatralnych. Pisała nie tylko wiersze, ale i dadaistyczne rymowanki, wzorem surrealistów spisywała także swoje sny. Mniej znaną formą jej twórczości są bajki, mimo że wiele z nich było drukowanych w latach powojennych na łamach „Świerszczyka” i innych czasopism dziecięcych.
To były piękne, lecz nieco mroczne opowieści, w których dobro raczej nie wygrywa ze złem, a humor spotyka się z grozą – wynik traumatycznych przeżyć wojennych, gdy autorka przebywała w lwowskim getcie, a po tragicznej śmierci rodziców ukrywała się w Warszawie. Zabito także jej dziadków. Została sama. Te tragiczne wspomnienia przewijały się przez całą jej twórczość, w którą wplatała także metaforę, ciszę i oniryzm podszyte lękiem, strachem i samotnością. To bajki niekoniecznie tylko dla dzieci, ale i dla dorosłych.
Po raz pierwszy, jedną z nich Erna opublikowała w 1946 roku. Był to „Dziadzio Kleks”, który ukazał się na łamach tygodnika dla dzieci i młodzieży „Przyjaciel”, choć nie był podpisany imieniem i nazwiskiem autorki. Jeszcze przed wojną, a także podczas okupacji, posługiwała się dokumentami Irmy Neuman, Elżbiety Nowak czy Heleny Kowalskiej, a później nawet Powalskiej – dla większego kamuflażu. Już jako Erna Sandauerowa ponownie opublikowała „Dziadzia Kleksa” w 1953 roku na łamach „Płomyczka”. Zachował się tylko jeden rysunek do tej bajki. Bo choć ilustrowała własne teksty, większość prac prawdopodobnie przepadła w wydawnictwach, do których je wysyłała. W efekcie, do znacznej części bajek Rosenstein, brak oryginalnych obrazków.
Gdy Jarosław Borowiec z Wydawnictwa Wolno postanowił na nowo je wydać w postaci książki, nie mógł poprosić autorki o ponowne stworzenie ilustracji, bo już nie żyła od 2004 roku. Musiał znaleźć na to nowy sposób. Nie chciał tworzyć podróbek, czy stylizacji, a jednocześnie zależało mu, by książka miała jednorodny styl. Zdecydował się więc na współczesne ilustracje, o których wykonanie poprosił znaną graficzkę i ilustratorkę Katarzynę Walentynowicz.
1.
I tak trzy lata temu powstał 196-stronicowy „Poławiacz cieni”, z niemal wszystkimi bajkami, które udało się odnaleźć w archiwum domowym artystki, którym opiekuje się jej syn, Adam Sandauer, a także w dziale rękopisów Biblioteki Narodowej w Warszawie. W większości teksty pochodzą najprawdopodobniej z lat 40. i 50. ubiegłego wieku, ale kilka z nich zostało napisanych w kolejnych dekadach.
Obecny jest tu bliski malarce duch surrealizmu, niedopowiedzenia, ukryte sensy, przymróżenie oka, wizje z pogranicza jawy i snu, motywy roślinne i zwierzęce, istoty pozaludzkie, które w jej pisarskiej twórczości zajmowały szczególne miejsce. Pojawiają się echa świata doświadczanego wojną i zagładą. „Dziecięca ciekawość świata, kwestionowanie logicznego porządku rzeczywistości były jej bliskie nie tylko w sztuce. Przywiązywała wagę do tego, co odrzucone i zapomniane. (…) Jej pracownia – niewielki pokój, w którym spędzała najwięcej czasu w ostatnich latach życia – była miejscem magicznym, bajkowym” – pisał w nocie edytorskiej Borowiec.
Duch Rosenstein ujawnił się w przepięknych ilustracjach Walentynowicz, które w sposób nieoczywisty nawiązują do twórczości malarki. Uwagę zwraca już sama okładka – intrygująca, oszczędna, lecz atrakcyjna, nie epatująca krzykliwymi barwami. A w środku estetyczne wyrafinowanie, ograniczona paleta barw, subtelność i styl retro, który idealnie oddaje staroświecki klimat utworów bajkopisarki. Dla obydwu pań ważny jest świat zwierząt, który traktują na równi ze światem ludzi, co widać w obrazku ilustratorki, której prace znajdziemy nie tylko w książkach dla dzieci, ale na plakatach, ulotkach, a nawet w grach (najsłynniejsza z nich to „Psiechadzka”).
Walentynowicz ceni sobie bowiem różnorodność. – To, co projektuję i ilustruję, to nie są tylko książki czy plakaty, ale też elementy scenograficzne, tapety, naklejki ścienne, wzory na skarpetki, plecaki, tatuaże zmywalne, kolorowanki, opakowania kredek, nadruki na tkaniny – długo by wymieniać. Jestem też wydawczynią gier planszowych. Ogromna ilość rzeczy użytku codziennego zawiera przecież elementy ilustracyjne – opowiadała kiedyś LIBERTYN.eu. Tym, co daje jej największą radość, jest właśnie ta różnorodność: – Każdego dnia, siadając do pracy, jestem podekscytowana. Nie przypominam sobie dnia, kiedy wstałabym rano i pomyślała: „ale mi się nie chce!”.
Jak wyznaje, ogromną satysfakcję sprawia jej świadomość, że jej ilustracje towarzyszą komuś przez malutki moment w życiu; że może w jakiś sposób uczestniczyć w edukacji kulturalnej dzieci i przyczyniać się do ich estetycznego kształtowania. – Autentycznie mnie to wzrusza! – dodaje.
2.
Teraz ma kolejną okazję do satysfakcji – „Poławiacz cieni” trafił do finału Golden Pinwheel Young Illustrators Competition 2025, międzynarodowego konkursu ilustratorskiego, odbywającego się corocznie w ramach Międzynarodowych Targów Książki dla Dzieci China Shanghai (CCBF).
Od momentu powstania w 2015 roku, jest miejscem, w którym młodzi ilustratorzy mogą zaprezentować swój talent. Ponieważ to także kompleksowy program – który obejmuje wystawy, ilustrowany rocznik i różnorodne kampanie promocyjne – pomaga laureatom w zaistnieniu poza lokalnym rynkiem i w nawiązaniu kontaktów. Konkurs kończy się nagrodami w sześciu kategoriach, m.in. nagrodą główną (Chiny) i międzynarodową nagrodą główną, wyróżnieniem specjalnym oraz nagrodą publiczności. Ponadto, jeden z laureatów zostanie wybrany do zaprojektowania oprawy wizualnej kolejnej edycji targów.
W tym roku do konkursu zgłoszono rekordową liczbę ponad 15 tys. prac autorstwa 2228 artystów z 72 krajów. Jurorzy, którymi są eksperci z branży z kilku krajów, do finału w kategorii „ilustracje książkowe” wybrali 50 osób, w tym Walentynowicz. Autorka ilustracji do „Poławiacza cieni” jest jedyną finalistką z Polski, obok m.in. Francuzów, Hiszpanów, Amerykanów i Chińczyków.
„Młodzi twórcy z całego świata zgłosili szeroki wachlarz prac, prezentując różnorodne style i bogatą tematykę. Od światów fantasy przepełnionych dziecięcym zachwytem po głęboko osobiste wyrazy wewnętrznych emocji” – czytamy opinię organizatorów konkursu.
Dla Polki to duże wyróżnienie, tym bardziej, że ilustracje, które przyniosły jej już nagrody w naszym kraju (w tym zwycięstwo w konkursie „Najpiękniejsze Polskie Książki 2022” Polskiego Towarzystwa Wydawców Książek), wciąż idą w świat. – Jestem zaszczycona! To duży międzynarodowy konkurs, a wyróżnienie jest okazją do zaprezentowania swojej twórczości poza granicami kontynentu. To także szansa na nawiązanie współpracy z kolejnymi wydawnictwami zagranicznymi – autorka nie kryła radości w rozmowie z LIBERTYN.eu.
Chińczyków zachwyciła nieskrępowana wyobraźnia autorki, która ilustracje tworzyła bez wcześniejszych szkiców, raczej polegała na intuicji, bo najbardziej przy tworzeniu lubi dać się ponieść chwili. Malowała cienkopisami i pozwalała sobie na błędy. W efekcie brawurowo operuje zarówno detalem, jak i kompozycją, wprowadzając czytelników w niesamowite, wciągające światy zwierząt, roślin, kosmosu i – z rzadka – ludzi. Dzięki zaskakującym, pięknym szczegółom książkę można długo odkrywać na bardzo wielu poziomach, w czym pomagają nie tylko ilustracje, ale i sama treść – Rosenstein nie określa czasu ani miejsca, można więc odczytywać jej bajki wciąż na nowo.
Finaliści konkursu zostaną zaprezentowani na wystawie Młodych Ilustratorów Golden Pinwheel 2025, która odbędzie się równolegle z targami książki dla dzieci w Szanghaju w dniach 14-16 listopada. Wtedy też poznamy zwycięzców.
3.
Ilustracje Walentynowicz, która kocha kolory i odważne zestawienia, znajdziemy w najpiękniejszych polskich książkach dla dzieci, które tłumaczone są na język hiszpański, francuski, chiński i koreański. We wszystkich jest niezwykle ważny tekst, ale strona wizualna dodaje im dodatkowej wartości.
– Rysunki to są te obrazy z dzieciństwa, które często zapamiętuje się na zawsze. Dlatego staram się, żeby nie ograniczały dziecka zbytnią dosłownością. Staram się wplatać abstrakcję, nie wyrysowywać wszystkiego zgodnie z zasadami perspektywy itp., żeby wyzwolić w dzieciach radość puszczania wodzy fantazji, szaleństwa, poczucia humoru – tłumaczy. Książkę „Prawy i lewy” zilustrowała farbami, ilustracje do „Cisza ma głos” wykonała kredkami akwarelowymi, „Wczoraj i jutro” zobrazowała cienkopisami, a „Emocja” powstała dzięki zestawowi markerów. Proces twórczy zależy od rodzaju projektu. Jej styl ciągle zmienia się i ewoluuje.
Bo, jak przyznaje, ogromną radość sprawia jej eksperymentowanie z różnymi narzędziami czy mieszaniem technik: – Lubię tradycyjne techniki. Kupiłam dawno temu porządny tablet graficzny, ale wciąż leży prawie nieużywany – wolę papier, kredki, mazaki, farby. Na końcu oczywiście jest skaner i programy graficzne.
Ale jest jeden element wspólny dla wszystkich jej ilustracji, również w przypadku „Poławiacza cieni”. To zamiłowanie do horror vacui (łac. „lęk przed pustką”). – Tworzę ilustracje zapełniające niemalże całą powierzchnię stron, bez pozostawiania pustego tła. Moje prace mają dużo szczegółów, patternów, elementów, są przeciwieństwem minimalizmu. To chyba wypływa z mojego gustu i osobowości – w podobny sposób ubieram się czy dekoruję przestrzeń życia – opowiada.
4.
Czy to książka dla dzieci, czy dla małych dorosłych, w każdej stara się pokazywać, że nie wszystko musi być perfekcyjne. – Wyjeżdżam więc za linię i koloruję mazakami tak, że widać łączenia (a pamiętam z dzieciństwa, że to podobno jest brzydkie). Chciałabym dać poczuć dzieciom, że wymyślanie, fantazjowanie i nieskrępowane rysowanie są po prostu bardzo przyjemne! – opowiada.
Ona też coś o tym wie. Od najwcześniejszych lat pozwalano jej na abstrakcyjne myślenie, nieoczywiste skojarzenia, zabawy językowe, absurdalne poczucie humoru. To wszystko dzisiaj procentuje, gdy tworzy książki dla najmłodszych, przy tym sama dobrze się bawiąc. Najbardziej przepada za takimi tytułami, które dają jej ogromne pole do działania wyobraźni. – Staram się sposobem rysowania nie zawłaszczać tego pola w całości dla siebie, ale zostawić wciąż dużo przestrzeni dla wyobraźni czytelników: dzieci – zapewnia.
Skąd wzięło się to zamiłowanie do ilustrowania dziecięcej literatury? – Kocham kolory, ich odważne zestawienia, a niestety większość osób dorosłych się ich boi. Stąd dzieci ze swoją wyobraźnią i otwartością na nieoczywiste pomysły są idealnymi odbiorcami – ocenia w rozmowie z nami. – Ilustracja dziecięca pozwala na największą swobodę, absurdalne poczucie humoru, grę z odbiorcą. Gdy widzę, jak rysuje moja 6-letnia córka, jestem zakochana w tym, jak bardzo nie przejmuje się konwenansami i daje upust swojej wyobraźni. Też tak chcę!
5.
Walentynowicz, która jest freelancerką, cieszy się z każdego sukcesu swojej ilustratorskiej pracy. Na pozycję pracowała ponad 10 lat. I choć konkurencja na rynku jest ogromna, ona ma grono stałych wydawnictw, z którymi pracuje i regularnie wydaje nowe tytuły.
– Często myślę o tym, jak bardzo jestem wdzięczna za to, że mogę spełniać się zawodowo jako ilustratorka bez dyskomfortu braku płynności zleceń czy dylematów, jak pozyskiwać nowych klientów. Robię to, co kocham, a praca pozwala mi na dobre życie – nie kryje satysfakcji.
Zapewnia jednak, że nie spodziewała się, że jej zawodowa droga tak się potoczy. Bo to przypadek. Jest córką lekarzy z Iławy i sama również planowała studiować medycynę. Kiedy jednak przeczytała w „Filipince” wywiad ze studentką grafiki, zdecydowała, że też będzie się kształcić w tym kierunku. I ostatecznie wybrała warszawską ASP. Na drugim roku studiów w ostatnim dniu naboru do programu Erasmus naprędce przygotowała portfolio i złożyła dokumenty. W 2008 roku wyjechała do Portugalii, gdzie trafiła do prywatnej uczelni artystycznej ESAP (Escola Superior Artística do Porto) w Porto na kierunek „projektowanie graficzne”.
Na zajęciach z projektowania opakowań studenci jeździli do fabryk zajmujących się produkcją tego typu asortymentu, żeby poznać cały proces. Brali też udział w konkursach – organizowanych przez wykładowców we współpracy z konkretnymi firmami – na projekty dla krajowych marek, a zwycięski pomysł miał szansę zaistnieć na rynku. Jego autor otrzymywał wynagrodzenie. Wówczas po raz pierwszy zetknęła się z tym, że jej zawód może być komercyjny, może odpowiadać na zapotrzebowanie rynku, a nie tylko na wewnętrzną potrzebę tworzenia.
Pobyt w Porto pozwolił jej odkryć w sobie talenty, których wcześniej nie dostrzegała. Dziś jest świadoma tego, co robi i po co robi. Podsumowuje: – Zależy mi, by tworzyć rzeczy, które dotykają istotnych społecznie tematów. Takie, które są nie tylko estetyczne, ale mają też wartość edukacyjną. ﹡
Kopiowanie treści jest zabronione