Posłuchaj
Był jednym z największych magików kina, o którym mówiono, że „w pewnym sensie jest wynalazcą muzyki filmowej”. Przez ponad pół wieku jego nazwisko było legendą dla miłośników kina na całym świecie. Wiele z naszych ulubionych gwiazd żyło, kochało i umierało na ekranie przy dźwiękach muzyki Ennio Morricone – od brzęku gitar i wrzasków hieny w jego partyturach do spaghetti westernów Sergio Leone po bujną twórczość orkiestrową w filmach takich jak „Misja”, „Pewnego razu na Dzikim Zachodzie”, „Dawno temu w Ameryce” czy „Cinema Paradiso”. Same płyty z jego kompozycjami do pierwszego z nich rozeszły się w 10 mln egzemplarzy – muzyka zarobiła więcej niż sam film.
Dzięki temu ostatniemu mistrz poznał młodego reżysera – Giuseppe Tornatore. Jeden był świeżo po debiucie, drugi zdążył już napisać muzykę do 350 filmów i doczekać się opinii, że „jego nuty są wieczne”. Zawodowa znajomość zamieniła się w wielką przyjaźń, która trwała 30 lat i z upływem czasu coraz bardziej się umacniała.
1.
– Miałem wtedy może 8, 10 lat i chciałem pójść do kina na western. Dokładnie to pamiętam, to były wczesne lata 60. Pewnego dnia zobaczyłem okładkę płyty, na której rozpoznałem muzykę z filmu i zobaczyłem na niej imię i nazwisko kompozytora. Byłem pod wrażeniem tego, że muzyka może żyć bez filmu. To było dzieło Ennio Morricone – wspomina reżyser „Cinema Paradiso”, który odwagę na współpracę z mistrzem miał dopiero ponad 20 lat później.
Ten najpierw odmówił, potem przeczytał scenariusz i nagle zadzwonił. Powiedział mu, że uderzyła go ostatnia scena. – Na pierwszym spotkaniu bał się, że poproszę o muzykę ludową, podczas gdy jego muzyczna wyobraźnia działała na innych frontach. Wyjaśniliśmy nieporozumienie, trzy dni później kazał mi posłuchać kilku kompozycji. Od tego czasu wszystko, co robiłem, robiłem z nim. Nasza umiejętność wzajemnego zrozumienia wykraczała poza pracę, była to kwestia podobnej wrażliwości – Tornatore opowiada we włoskim dzienniku „Corriere de la Sera”.
Słyszeli i widzieli się z dużą częstotliwością, rozmawiali o muzyce i kinie, o życiu codziennym. Giuseppe opowiadał mu historie, a następnego dnia bywało, że Ennio dzwonił i – grając na pianinie – pozwalał mu usłyszeć muzykę, którą te historie zainspirowały.
Giuseppe przywoził mu też jego partytury do mniej znanych wczesnych filmów, w których znalazł ciekawe muzyczne eksperymenty przyjaciela, by Ennio zrealizował je na nowo w filmach np. trzydzieści lat później. – Rozwijał te pomysły. Pomyślał o „żelaznym” dźwięku, zabrał mnie do pokoju pełnego gigantycznych żelaznych sprężyn, uderzył nimi o siebie i wyjaśnił, jak to przetworzy. Muzyka kinowa była dla niego polem do eksperymentów, za każdym razem film stanowił kolejny etap w jego poszukiwaniach – mówi.
Ponoć niewiarygodnie duża ilość jego pracy już nie istnieje, ponieważ zwykł dawać studiom filmowym swoją oryginalną ścieżkę dźwiękową, zamiast ją zatrzymywać. – Być może w nadchodzących latach odkryjemy więcej w archiwach, ale to niemożliwe, abyśmy kiedykolwiek mieli wszystko – dodaje Tornatore.
2.
Jego dorobek jest ogromny. Przez całą karierę współpracował z wieloma znakomitościami po drugiej stronie kamery: Oliver Stone, Brian De Palma, Jerzy Kawalerowicz, Bernardo Bertolucci, Roman Polański, Roland Joffé, Dario Argento, Don Siegel, Terrence Malick, Barry Levinson, Warren Beaty, Wolfgang Petersen, Quentin Tarantino…
To zaledwie garstka nazwisk. Był nie tylko płodnym, ale i zdyscyplinowanym artystą. – Pierwsze dwie godziny swojego dnia poświęcał na ćwiczenia, każdego dnia przez całe życie. Postrzegałem to nie tylko jako chęć zachowania formy, ale także jako symbol jego poglądu na życie opartego na dyscyplinie. Zawsze trenował, aby rozwijać swoją muzykę – Tornatore wyznaje w wywiadzie dla „Financial Times”.
Zdjęcie: Best Film
Zdjęcie: Fondazione Ennio Morricone
Zdjęcie: Fondazione Ennio Morricone
I ten podziw do mistrza przełożył na wyreżyserowany przez siebie film dokumentalny „Ennio”, którego premiera odbyła się na festiwalu w Wenecji w 2021 roku. Chodziło mu w nim nie tylko o namówienie autora najsłynniejszych ścieżek dźwiękowych w historii kina do opowiedzenia swojej historii przed kamerami; to także opowieść o magicznym związku z muzyką, na którą był poniekąd skazany.
Urodzony w 1928 roku w rodzinie robotniczej w Rzymie, Morricone nauczył się czytać nuty od swojego ojca Mario, a już w wieku sześciu lat komponował. Był najbardziej uzdolniony spośród piątki rodzeństwa. Podczas gdy Mario grał na trąbce w kawiarniach na świeżym powietrzu, młody Ennio zbierał rzucane monety. To była wczesna i trudna lekcja relacji między komercją a sztuką. I choć marzył, by zostać lekarzem, ojciec nalegał, aby zajął się muzyką i mógł utrzymać rodzinę, jak on.
Wysłał go do Konserwatorium im. św. Cecylii, gdzie koledzy z klasy traktowali go z pogardą. Bo grał na trąbce w miejscowym teatrze i klubach nocnych (albo w zespole zabawiającym amerykańskich żołnierzy podczas II wojny światowej), aby zarobić na jedzenie dla całej rodziny, gdy zastępował coraz częściej chorującego ojca. Tymczasem jego ambitni koledzy uważali to za „straszne upokorzenie dla młodego aspirującego kompozytora”. On już wtedy uczył się przede wszystkim nie zważać na opinie i robić swoje.
Zaczynał od własnych kompozycji koncertowych, kantat, sonat, requiem i tym podobnych – jego pierwszą oficjalną pracą jest „Poranek na fortepian i głos” z 1946 roku. Ale, gdy trzeba było, potrafił romansować z „gorszym” muzycznym gatunkiem.
Relacja z ojcem była kluczowa dla zrozumienia legendarnego kompozytora. Coraz bardziej znany Ennio od czasu do czasu dawał ojcu pracę. Ale w pewnym momencie, gdy Mario doszedł do pewnego wieku, nie był już tak dobry, jak kiedyś. Tak więc Ennio, aby nie zawstydzić lub nie urazić ojca, nie chciał dzwonić do innych graczy, by go zastąpili. Przestał więc pisać utwory na trąbkę. Aż do śmierci rodzica.
Choć najczęściej współpracownicy opisywali go jako skromnego, cichego i powściągliwego, pamiętają także sytuację, gdy mistrz gotował się z urazy na samo przypomnienie, jak jego ciężka praca nad filmem „Misja” została zlekceważona podczas rozdania Oscarów w 1987 roku. Morricone był po osiemdziesiątce, kiedy w końcu zdobył Oscara za pracę nad „Nienawistną ósemką”, skandalicznie przeoczony za swoją pracę trzy dekady wcześniej. „Gdyby to zależało ode mnie, zdobywałbym Oscara co drugi rok” – wyznał po latach w swoich wspomnieniach „In His Own Words”.
Zdjęcie: A.M.P.A.S.
3.
Targał nim też odwieczny konflikt między sztuką a komercją. Morricone zadebiutował pod pseudonimem jeszcze jako student kompozycji; szybko wyrobił sobie markę jako jednoosobowa maszyna do przebojów, aranżując i pisząc piosenki dla włoskich idoli popu. Długi okres pisania dla włoskich śpiewaków zaowocował pracą nad komponowaniem ścieżek dźwiękowych do filmów. To było uważane za prostytucję muzyczną przez jego klasycznie wykształconych rówieśników, którzy muzykę filmową traktowali lekceważąco.
Jeden z jego dawnych kolegów z konserwatorium, dopiero po tym, jak usłyszał ścieżkę dźwiękową do „Dawno temu w Ameryce”, przysłał mu list z wyznaniem, jak bardzo się kiedyś mylił. – Na początku czułem się winny, ale powoli odnajdywałem odkupienie. Chciałem pokonać to poczucie winy – maestro mówił w filmie „Ennio”, z trudem powstrzymując łzy.
Zamienił często anonimową pracę pisania melodii towarzyszących ruchomym obrazom w formę sztuki. Na początku lat 60. jego praca dla radia i telewizji przeniosła się do kina, a spotkanie z jego starym przyjacielem ze szkoły podstawowej, Sergio Leone, pomogło wznieść się na wyższy poziom. Ścieżki dźwiękowe do „Za garść dolarów” i jego sequeli zdefiniowały cały gatunek i sprzedały się w milionach płyt. Muzyka łączyła gitarę elektryczną i gwizdy (dostarczane przez innego przyjaciela z dzieciństwa, Alessandro Alessandroni) z oryginalnymi melodiami, np. dźwiękami maszyny do pisania czy wymyślonym przez niego motywem przypominającym wycie kojota, skrzypiącą drabiną, albo nawet odgłosy manifestacji pod jego oknami.
Choć najczęściej kojarzony jest z westernami, to w sumie napisał muzykę do 36 westernów, co stanowi zaledwie 8 proc. jego filmowego dorobku.
W kronice kariery Morricone możemy zobaczyć, jak kino ewoluuje, zmienia się wraz ze wzbogacaniem się języka filmu. W pewnym sensie jego kariera uosabia wielką XX-wieczną walkę między kulturą wysoką i niską. Także w nim samym, bo na początku nie cenił pracy w komercyjnym świecie kina. – Kiedyś myślałem, że muzyka zastosowana w filmie jest upokarzająca. Teraz myślę, że to pełnoprawna muzyka współczesna. I zawsze pamiętam: dobrą muzyką nie ocalisz złego filmu – wyznał w „Ennio”.
I dodał: – W latach 60. powiedziałem mojej żonie, że rzucę film w 1970 roku; w latach 70. powiedziałem jej, że rzucę w 1980 roku; w latach 80., że w 1990; teraz nic nie mówię.
Zwiastun filmu dokumentalnego „Ennio”
reżyseria Giuseppe Tornatore
4.
Ten drobny (166 cm wzrostu) Włoch słynął z tego, że był niebywale pracowity. Potrafił w ciągu roku oprawić muzyką ponad 20 filmów. Na niektóre miał tylko tydzień!
To wymagało żelaznej dyscypliny: wstawał o czwartej rano, gimnastykował się, czytał gazety, a potem w miejscu do pracy, które nazywał „laboratorium”, zamykał się o godz. 8.30. – Pracuję do południa. Potem jem lunch z żoną, rozmawiam z nią i wracam do pisania aż do późnego popołudnia – opowiadał o swoim typowym dniu w „laboratorium”, do którego nikogo nie wpuszczał. Pisał, komponował i nagrywał wszystko sam, bez wysługiwania się asystentami. Stronił także od dobrodziejstw techniki, pozostając przy ołówku i kawałku papieru.
Jak mało kto nie używał fortepianu do znalezienia właściwego tonu, melodii; od początku do końca wszystko słysząc „w głowie” w pełni zorkiestrowane. – Muzyka to coś, co można sobie wyobrazić, nie można jej izolować. Orkiestra musi być w głowie kompozytora – mawiał.
Nie przystępował do prac nad muzyką, zanim nie zobaczył filmu w jego pełnej wersji, choć czasem odstępował od tej reguły, na przykład w „Trylogii dolarowej” część muzyki powstała jeszcze przed rozpoczęciem zdjęć.
Co ciekawe, w całej karierze Morricone tylko dwa razy podziękowano mu za współpracę już po nagraniu muzyki. Pierwszy raz zrobił to John Huston w 1966 roku, kiedy wskutek konfliktów producenckich odrzucił jego tematy do religijnego fresku „Biblia” (ostatecznie sięgnięto po Toshirô Mayuzumimiego). Potem, w 1998 roku, jego muzyka okazała się „zbyt oczywista” i „przesadnie chrześcijańska”, by zaistnieć w „Między piekłem a niebem” i reżyser Vincent Ward zastąpił Włocha Amerykaninem, Michaelem Kamenem.
Nie obeszło się i bez innych przygód. Jedną z nich w 1978 roku był Terrence Mallick – słynący z niełatwego obycia reżyser, koszmar wszystkich kompozytorów, których muzyką bawi się wedle własnego uznania, nie bacząc na zdanie jej twórców. Z Morriconem rozprawił się jednak całkiem łagodnie: mimo, że sięgnął do klasyki i „Niebiańskie dni” montował aż dwa lata, ostatecznie wiele jego kompozycji zostawił. Co Włochowi przyniosło pierwszą w karierze nominację do Oscara.
W sumie Morricone był 6 razy nominowany do te najważniejszej w branży filmowej nagrody, choć na najwyższe laury zasługiwało również wiele innych jego soundtracków. W 2007 roku otrzymał honorowego Oscara za całokształt twórczości, jednak – w jego opinii – była to jedynie nagroda pocieszenia. Przez lata uważał siebie za kompozytora niedocenionego, którego ludzie kochają, ale ci, którzy przyznają nagrody – pomijają.
Zdjęcie: Best Film
Oscara za ścieżkę dźwiękową do filmu otrzymał dopiero w wieku 88 lat.
5.
Obok Johna Williamsa Ennio Morricone jest bodaj największym współczesnym kompozytorem kina. Williams, który ma 94 lata, wciąż komponuje. Morricone, który w 2020 roku w wieku 91 lat nagle zmarł w wyniku powikłań po złamaniu kości udowej, do którego doszło, gdy się przewrócił, też pracował do końca. Obaj są uosobieniem karier, które dzisiaj wydają się nieosiągalne.
– Nie wydaje mi się, żeby byli muzycy, którzy tak jak Ennio zaczęli pracować w wieku 15 lat i będą to robić do 90., ponieważ dzisiaj się wypalamy. Wszystko jest za szybko. Ktoś odnosi ogromny sukces i trzy lata później już o nim nie rozmawiamy. Morricone nigdy nie szukał sukcesu i to dzięki takiemu podejściu był na pierwszej linii frontu przez 70 lat – mówił na premierze „Ennio” reżyser filmu.
Teraz powstanie jego kontynuacja, która zagłębi się w działalność koncertową legendarnego kompozytora. Dokument „I Never Wrote Music for Films – We All Love Ennio Morricone” zostanie opowiedziany z perspektywy jego menedżera, Luigiego Caioli, który w latach 1997–2015 wyprodukował ponad 250 koncertów maestro na całym świecie, a także nagrodzony Grammy album z hołdem dla Ennio Morricone „We All Love”.
Kiedy Morricone nie komponował muzyki filmowej, grał na puzonie w rzymskim zespole awangardowym. Dyrygował orkiestrami w Brazylii, Bułgarii, Niemczech, na Węgrzech, w Hiszpanii i Wielkiej Brytanii, a także we Włoszech, i skomponował ponad 100 utworów klasycznych na orkiestrę. Paradoksem jest, że wyżej cenił swoje znacznie mniej znane kompozycje autonomiczne, często awangardowe, niż muzykę dla Hollywood. Jedynie wytrawni koneserzy wiedzą więcej o jego utworach nie przeznaczonych do kina. Quentin Tarantino na pewno do nich należy. – Ennio Morricone jest moim ulubionym kompozytorem. Kiedy mówię: kompozytorem, stawiam go obok Mozarta, Bethovena, Schuberta – zaznaczał.
Reżyserem nowego dokumentu jest włoski muzykolog Massimo Privitera, który będzie współpracował z operatorem Daniele Ciprì. Projekt ma składać się z dziewięciu rozdziałów, łączących fikcyjne sceny, komentarze ekspertów i niepublikowane dotąd materiały archiwalne. „Zawierać będzie wypowiedzi muzyków, którzy koncertowali z maestro przez prawie dwadzieścia lat, oferując relację z pierwszej ręki o jego codziennej pracy i relacjach ze współpracownikami” – czytamy w oświadczeniu.
Zdjęcia rozpoczną się latem 2026 roku w kilku lokalizacjach we Włoszech i Europie, jak informuje firma producencka Into the Sun Films. ﹡