Z wiadomością o nominacji zadzwonił do Mateusza Kowalskiego słoweński gitarzysta Mak Grgić, z którym nagrał płytę „Slavic Session”. Mieszka w Stanach, więc oglądał transmisję na żywo. Polak szykował się do wyjścia na scenę w Filharmonii Koszalińskiej, gdzie miał zagrać koncert Chopina – jest bowiem jedyną osobą na świecie, która na żywo wykonuje na gitarze chopinowskie f-moll.
– Miałem cichą nadzieję, nie ukrywam. Bo Mak był już wcześniej trzy razy nominowany do Grammy za solo instrumentalne i liczyłem, że może i tym razem się uda – uśmiecha się 30-letni Polak. – Ale jednak, gdy usłyszałem w słuchawce „Mamy to!”, byłem w szoku. Znaleźć się w piątce wybrańców spośród tysięcy zgłoszeń z całego świata, to wielkie osiągnięcie. Szczególnie, że to, co zagraliśmy w duecie, to nisza w niszy – dodaje nie bez dumy.
Z tak dobrą wiadomością wczorajszy koncert był dla niego wyjątkowy. Bo w miejscu, gdzie wcześniej nagrał nominowany album. Bo na koniec widownia biła owacje na stojąco. – Po ostatnim utworze poprosiłem organizatorów o mikrofon – musiałem podzielić się z publicznością tą wspaniałą nowiną. Cała sala wstała, ktoś nawet popłakał się ze wzruszenia – wspomina. – A potem albumy „Slavic Session” wyprzedawały się jak szalone.
Na koniec dnia było świętowanie. Koszalin to jego rodzinne miasto, więc zaprosił na kolację bliskie mu osoby, w tym dawnego nauczyciela, u którego uczył się grania na klasycznej gitarze przez 12 lat (na początku rocka i metal, a po latach klasykę, w której się rozkochał na dobre). I cały czas odbierał gratulacje z całego świata, które wciąż napływają.
Zdjęcie: Aneta Szczęsna-Siwy
Zdjęcie: Aneta Szczęsna-Siwy
JAK POLAK ZE SŁOWEŃCEM
Kowalski ma świetną karierę, choć nie na poziomie sławy supergwiazdy. Według „Classical Guitar” jest muzykiem „spektakularnym”, którego interpretacje zapierają dech, a rozległy repertuar – od renesansu do współczesności – wykonuje z niezwykłym znawstwem i wyczuciem stylu oraz z wielką kulturą muzyczną. Jest jednym z najwybitniejszych gitarzystów klasycznych młodego pokolenia, który występował w ważnych salach w Wiedniu, Szanghaju, Nowym Jorku, Los Angeles, Paryżu, Budapeszcie, Londynie. Koncertował też w Afryce i Ameryce Południowej. Wygrał kilka ważnych międzynarodowych konkursów gitarowych. Branża go zna i ceni, ale mainstream niekoniecznie.
– Bo Chopin na gitarze to egzotyka, nawet współcześni gitarzyści klasyczni o tym nie wiedzą. A przecież w XIX wieku gitara była niesłychanie popularnym instrumentem nie tylko salonowym, ale i koncertowym, nawet sam Chopin to lubił. Kiedyś w Paryżu, podczas pojedynku na słowa Mickiewicza i Słowackiego, ten pierwszy powiedział obraźliwie do rywala: „Twoja poezja jest jak świątynia bez Boga”. Żeby załagodzić sytuację obecny na sali Stanisław Ignacy Szczepanowski, zwany „królem gitary”, zagrał wariacje na temat polskiego hymnu. A nasi wieszczowie odpuścili waśnie – opowiada. – Ja ten utwór wykonuję z powodzeniem w XXI wieku.
Porównywalną pozycję ma 38-letni Mak Grgić, który urodził się w byłej Jugosławii. Jego tata jest Bośniakiem, a mama Słowenką. Gdy był dzieckiem, w kraju toczyła się wojna. Dziś mieszka w USA i tak, jak Polak, występuje solo na całym świecie.
Dlaczego tym razem połączyli siły? Przed pandemią Grgić stworzył platformę online EuroStrings, sponsorowaną przez Unię Europejską, promującą młodych artystów z 20 krajów, zwycięzców międzynarodowych festiwali gitarowych. Mateusz był jednym z nich. Uwielbiał jego grę i gdy spotykali się podczas różnych koncertów w ramach EuroStrings, któregoś razu wpadł mu do głowy pomysł współpracy. Kilka lat później podszedł do Polaka po występie w Warszawie i powiedział, że dobrze by razem brzmieli i że fajnie by było zrobić wspólny projekt. Jeszcze wtedy nie wiedzieli jaki.
Ponieważ każdy z nich zajmuje się muzyką ze swojego regionu (Kowalski polską, Słoweniec bałkańską) wymyślili, żeby gitarową słowiańskość ująć w jeden projekt. Uzgodnili program, potem ćwiczyli osobno, a w Warszawie spotkali się dopiero trzy dni przed nagraniem płyty, żeby popróbować. – Było ryzyko, bo nigdy wcześniej nie graliśmy razem. A naprawdę trudno zgrać ze sobą dwie gitary, nie tak, jak instrumenty smyczkowe. Na szczęście okazało się, że wszystko samo płynie i nie trzeba nic mówić – wspomina Kowalski.
Zdjęcie: Aneta Szczęsna-Siwy
– Wybitny gitarzysta Janusz Strobel powiedział mi kiedyś: „Duet to taki zespół, w którym potrzeba dwóch świetnych solistów”. I ja się z tym zgadzam. Moje i Maka doświadczenie dawało nadzieję, że to ma szansę się udać – Kowalski mówi LIBERTYN.eu.
ŻEBY CHOPIN BYŁ ZADOWOLONY
W maju tego roku pojechali do Koszalina, gdzie jest „genialna filharmonia na światowym poziomie” z zachwycającą akustyką i w dwa dni nagrali repertuar obejmujący trzy wieki: Chopin, Dvořák, Marek Pasieczny i dwie światowe premiery bośniackiego gitarzysty Miroslava Tadicia. Chcieli, żeby powstał cały przekrój: coś napisanego dawno temu i coś napisanego teraz. Coś z kraju Mateusza: Chopin. Coś z ojczyzny Maka: Tadić. Coś wspólnego z Europą Środkową: Dvořák. Coś współczesnego: Pasieczny. Wybrali też utwory, które wykorzystywały ich mocne strony, ponieważ mieli mało czasu na próby.
Na scenie filharmonii konfiguracja była prosta: dwa mikrofony przestrzenne z tyłu, dwa bliżej gitar. Starali się zmaksymalizować skalę: grali najciszej, jak to możliwe, a potem najgłośniej, jak to możliwe. W studiu dynamika często się zawęża. Poszli w przeciwnym kierunku. Nie było zbyt wiele postprodukcji; może odrobina pogłosu, ale sala już go miała. Jeden z producentów pracował z nimi przez zooma, siedząc w USA.
Płytę „Slavic Session” w sierpniu wydała amerykańska wytwórnia Red Poppy/Frameworks (można przesłuchać pod tym linkiem). Pracując nad nią, Polak inspirował się najlepszymi pianistami. – Gitara klasyczna jest cichsza, ale ma pełne spektrum barw. Można też wibrować dźwiękiem, uzyskać pewien rodzaj śpiewności. Zresztą sam Chopin radził swoim uczniom, żeby grali jakby śpiewali. Brałem to pod uwagę, tworząc swoje interpretacje. Grałem tak, żeby Chopin był ze mnie zadowolony. Gdyby pianiści to usłyszeli, pewnie powiesiliby mnie na strunie – żartuje.
Ale już na poważnie. Poza trudnościami technicznymi, bardzo ważne było dla niego, by nie kopiować rozwiązań pianistycznych. W przypadku interpretacji gitarowych to zupełnie nie działa. Musiał stworzyć nowy sposób grania perełek Chopina. Ma w tym wprawę, bo od kilku lat stara się odkopywać z gruzów historii polską tradycję grania klasyków na gitarze. Pierwsza połowa XIX stulecia nazywana była złotym wiekiem gitary. Ogromną popularność na świecie zdobyli wówczas także polscy gitarzyści, dziś właściwie całkowicie zapomniani. Kowalski przypomina m.in. utwory Stanisława Szczepanowskiego – nadwornego gitarzysty brytyjskiej królowej Wiktorii, Jana Nepomucena Bobrowicza nazywanego w Europie „Byronem gitary” czy Feliksa Horeckiego, który po kontuzji ręki zajął się nauczaniem gry na gitarze w Edynburgu.
Zdjęcie: Bartosz Kołaczkowski
WÓDKA NA POWITANIE
Projekt „Slavic Session” jest świadomą eksploracją słowiańskiego dziedzictwa muzycznego przez pryzmat duetu gitarowego, cenionego za intymność i ekspresyjną elastyczność. Kowalski i Grgić zrealizowali go trochę na przekór tym, którzy mówili, że słowiańskość to duże ryzyko, że się źle kojarzy, że ludzie zbyt łączą ją z komuną.
Nawet Kowalski miał trochę obaw. – Niemal za każdym razem, gdy przyjeżdżałem do USA, witano mnie butelką wódki, bo jestem z Polski. Te stereotypy są wciąż silne. Poszliśmy jednak za głosem serca i okazało się, że było warto. Słowiańskość okazała się atrakcyjna dla świata – nie tylko dostaliśmy za nią nominację do Grammy, jednych z najważniejszych na świecie nagród muzycznych, ale cały 2026 rok mamy już wypełniony koncertami – opowiada.
Cieszy się, bo ta nominacja to „nie tylko otwarcie drzwi ze słowiańską muzyką folkową, z którą obaj gitarzyści dorastali, ale wręcz wykopanie drzwi z hukiem”. Teraz świat ma szansę ją poznać i się zachwycić. I Mateusz, i Mak mają misję, by muzyczną tradycję swoich krajów podtrzymywać. Tym bardziej doceniają to, że amerykańska Akademia Fonograficzna doceniła nie tylko perfekcjonizm ich duetu, ale również oryginalny dobór utworów.
POLACY Z GRAMMY
Statuetki pozłacanego gramofonu zostaną rozdane w 95 kategoriach 1 lutego 2026 roku podczas ceremonii w Los Angeles. Najwięcej, bo aż dziewięć nominacji, zdobył raper Kendrick Lamar. Lady Gaga otrzymała siedem nominacji, a Bad Bunny, Sabrina Carpenter i Leon Thomas po sześć. Wśród nominowanych są też Billie Eilish, Miley Cyrus, Chappell Roan i Linkin Park. Kowalski jest jedynym Polakiem nominowanym w tym roku (w kategorii „Najlepszy występ orkiestry kameralnej/małego zespołu”), ale nie pierwszym w historii.
W 2017 roku Grammy otrzymali Krzysztof Penderecki i Henryk Wojnarowski. W 2014 roku zdobył nagrodę Włodek Pawlik za płytę „Night In Calisia”, a w 2012 roku Antoni Wit, Andrzej Sasin i Aleksandra Nagórko. Nominacje zdobyli Krystian Zimerman i Piotr Anderszewski. Wśród laureatów jest także Artur Rubinstein, zdobywca pięciu nagród Grammy (w tym pośmiertnie w 1994 roku za życiowe dokonania).
Kowalski: – Lecimy z żoną na galę i przyjmiemy wszystko, co los zechce zaproponować. A przy okazji będziemy opowiadać o polskiej muzyce gitarowej. ﹡
_____
Pełną listę nominacji do Grammy 2025 znajdziecie pod tym linkiem.