Kiedy Kasia Smutniak i Pietro Taricone wyruszyli w podróż, ona miała 24 lata, on był o cztery lata starszy. Poznali się zaledwie kilka miesięcy wcześniej na planie włoskiego dramatu wojennego „Radio West”, w którym zagrali główne role, i zakochali się w sobie. Pojechali do Mustangu, odległego królestwa w Himalajach. Wędrowali z plecakiem i małym aparatem fotograficznym, docierając do regionu, który był wówczas niemal całkowicie odizolowany, bez elektryczności i nie miał ani jednej drogi (poruszali się pieszo albo konno). Praktycznie od razu krajobrazy, kultura i filozofia życia mieszkających tam ludzi przypadły im do gustu. – Zostawiliśmy tam nasze serca – wyznała włoskiemu dziennikowi „Il Messaggero”.
Podczas podróży poznali Tenzina i jego żonę Pemę, wtedy rodziców małej córeczki. Zatrzymali się u nich w domu na prawie miesiąc. Zaprzyjaźnili się. W drodze powrotnej Kasia i Pietro długo rozmawiali o możliwości pomocy dla tej rodziny i całej okolicy. Pietro z entuzjazmem snuł plany na przyszłość i wciąż powtarzał: „My mamy możliwości, żeby im pomóc, musimy coś zrobić!”.
I złożyli sobie obietnicę: że pewnego dnia wrócą i zrobią coś, aby chronić lokalną kulturę i społeczność.
Ale wrócili do Włoch i życie potoczyło się bardzo szybko. Urodziła się ich córka Sophie, nie było mowy o podróży do Mustangu. A potem tragedia. W 2010 roku Pietro na oczach ukochanej i ich kilkuletniej córeczki w pobliżu pasa startowego w Umbrii, na skutek nieprawidłowego manewru i bardzo silnego uderzenia o ziemię, miał wypadek spadochronowy. Następnego dnia zmarł w szpitalu w wyniku licznych obrażeń. Miał 35 lat.
1.
Gdy Pietro zginął, Kasia razem z jego przyjaciółmi zastanawiała się, jak przeistoczyć tę energię bólu w coś konkretnego. I wtedy odezwał się do niej przyjaciel z Nowego Jorku, że zadzwonił do niego Tenzin, by powiedzieć, że usłyszał o śmierci Pietro, że zrobili dla niego stupę – symboliczne miejsce pamięci z kamieni. I że ściskają Kasię i małą Sophie.
Uznała, że to znak. Gdy pojechała do Mustangu z córką, mieszkała w domu mamy Tenzina, glinianym, bez elektryczności, za to z 400-letnim posągiem Buddy w środku.
– W pewnym momencie zapytałam ją, czego potrzebuje, w jaki sposób mogłabym im pomóc. A ona spojrzała na mnie i powiedziała: „Ale my niczego nie potrzebujemy”. I to mną wstrząsnęło. Zaczęłam się zastanawiać, dlaczego ja to robię, dla kogo. Oczywiście robiłam to dla siebie. Chciałam nadać sens mojej tragedii. Bo kiedy się zdarza, albo musisz znaleźć winnego, albo nadać jej sens. Więc uznałam, że nie będę nalegać, poczekam, co przyniesie mi los. I też zdałam sobie sprawę z tego, że nie mogę się kierować tylko sercem, muszę włączyć w to rozsądek. Czy ukoiło mnie to po śmierci Pietro? Nie, to tak nie działa. Każdy musi sam sobie pomóc. Na pewno w tamtym momencie realizowanie jego pomysłu pomogło, ale nie wystarczyło – polska aktorka mieszkająca i pracująca we Włoszech opowiadała „Gazecie Wyborczej” w 2019 roku.
Przez kolejne lata zjeździła Mustang z córką. Była już gwiazdą włoskiego kina, z czasem też europejskiego. Z kilkoma nagrodami za swoje role, w tym Nastro d’argento, najstarszą nagrodą filmową w Europie i drugą na świecie (wyprzedza ją tylko hollywoodzki Oscar), a także filmami znanych reżyserów (m.in. Paolo Sorrentino) oraz rolami u boku m.in. Roberta Downeya Jr., Ralpha Fiennesa, Marion Cotillard, Seleny Gomez, Isabelli Rossellini, Emmy Thompson i Antonio Banderasa. Ale w głębi duszy wciąż była skromną dziewczyną z Piły, z której wyjechała jako 17-latka, by robić karierę jako modelka (a jej twarz spoglądała z okładek „Elle”, „Vogue”, „Marie Claire” i „GQ”. Współpracowała także m.in. ze słynnymi domami mody Valentino, Dolce & Gabbana i Giorgio Armani).
W Mustangu zobaczyła, że tam brakuje wszystkiego – szpitali, szkół. Mają za to wyjątkową, wielowiekową kulturę i tradycję. Poduczyła się języka i zrozumiała, że najlepsze, co mogłaby zrobić, to wybudować tam szkołę, która uczyłaby kultury i tradycji i która zatrzymałaby dzieci w domach – bo w wioskach praktycznie nie było dzieci w wieku szkolnym, były wysyłane do szkół bardzo daleko od ich miejsca zamieszkania.
Z przyjaciółmi założyła fundację imienia tragicznie zmarłego partnera – Pietro Taricone Onlus – i wspólnie, także z Tenzinem i Pemą, budowali szkołę w wiosce Ghami, na obszarze pustynnym. Sama budowa trwała trzy lata, od 2012 roku. Materiały można było wozić tylko przez dwa miesiące w roku. Dodatkowym utrudnieniem było trzęsienie ziemi w 2015 roku, które wszystko zatrzymało.
– Odkryłam, że nie ma już znaczenia, dlaczego postanowiłam to zrobić. Ważne, że widzę dzieci, które nagle wypełniły wioskę, które uczą się języków – nepalskiego, tybetańskiego, angielskiego – regionalnych tańców, kultury. Po otwarciu szkoły okazało się, że nie ma podręczników, z których dzieci mogłyby się uczyć o swojej bogatej kulturze i tradycji. Postanowiliśmy więc jeden przygotować – wspominała w rozmowie z polska gazetą.
2.
Od tamtej pory jeździła do Mustangu minimum raz w roku na trzy, cztery tygodnie, choć to kosztowna i czasochłonna wyprawa. Jednak za każdym razem, gdy tam była i słyszała śmiech dzieci w szkole, to przypominała sobie, po co to robi i dlaczego ominęła pierwsze i drugie urodziny swojego syna Leone (którego ojcem jest jej mąż Domenico Procacci, włoski producent filmowy), które są latem, a tylko wtedy mogła tam dojechać. Kiedy on w sierpniu zdmuchiwał świeczki na torcie w domu, ona siedziała w Mustangu zapłakana z tęsknoty i poczucia winy.
Zaś Sophie, gdy tylko zobaczyła szkołę w Ghami i poznała dzieci, od razu pokochała to miejsce. Dzisiaj zna wszystkich z imienia. Gdy była już nastolatką, pewnego dnia podczas podróży powrotnej do domu i po wielu dniach tułaczki, gdy usiadły na jakimś odludziu, brudne, wyczerpane, żeby chwilę odetchnąć, powiedziała: „Wiesz mamo, jak będziesz stara i nie będziesz miała siły tu jechać, to ja cię wezmę”.
Obecnie w szkole Kasi i Pietra uczy się około sześćdziesięciorga dzieci i młodzieży w wieku od 6 do 16 lat.
Region nazywany jest „ostatnim zakazanym królestwem Himalajów”, położonym na dalekiej północy Nepalu, na granicy z Tybetem. Wcześniej, od XV wieku do 2008 roku, istniało tam Królestwo Lo, niezależna monarchia buddyjska. Została ona wcielona przez władze Nepalu.
Zdjęcie: archiwum prywatne
Zdjęcie: archiwum prywatne
3.
Podróże w to miejsce przyniosły też smutne obserwacje: ogromne szkody z powodu zmian klimatycznych. Tegoroczna, sierpniowa powódź wskutek potężnego osuwiska lodu pochłonęła życie ponad 400 osób i zniszczyła całe wioski.
Smutniak po raz kolejny zaangażowała się w pomoc lokalnej społeczności i relacjonowała we włoskich mediach: „Droga łącząca Tybet z Indiami wyżłobiła góry i sprawiła, że zbocza stały się bardziej niestabilne. Widziałam również nasilenie opadów. Od trzech lat loty w sierpniu są praktycznie zawieszone. Aby dotrzeć do regionu, pozostaje dwu- lub trzydniowa podróż jeepem, drogami często nawiedzanymi przez osuwiska i lawiny błotne. Tradycyjne domy z gliny i kamienia, dostosowane do historycznie bardzo suchego klimatu, ledwo wytrzymują deszcz. Dosłownie się rozmywają. Są nawet problemy z konstrukcją naszej szkoły, zbudowanej z tradycyjnych materiałów i technik, z powodu nieprzewidywalnego wzrostu opadów. Woda niszczy starożytne malowidła w klasztorach”.
Tego lata była tam z kamerą. Nie bez powodu. Krótko przedtem 22-letnia Sophie, która jest dziś malarką, odkryła pierwsze wspólne nagrania rodziców z Nepalu, gdy jeszcze nie było jej na świecie. Kasia, która stawia też kroki w reżyserii (za dokument „Mur”, o sytuacji na granicy polsko-białoruskiej, dostała nagrodę Nastro d’Argento przyznawaną przez włoskich dziennikarzy i krytyków filmowych), postanowiła znowu stanąć za . I tak rodzinna pamiątka dostała nowe życie.
„Mustang” zabiera widza w historię, która obejmuje ponad dwie dekady. To głos Sophie prowadzi narrację, przechodząc przez przeszłość rodziców i teraźniejszość jej rodziny. Na podstawie archiwalnych materiałów filmowych Sophie odtwarza ich podróż z 2003 roku do Mustangu i śledzi powrót Kasi po śmierci Pietra. Sednem opowieści jest również spotkanie z Kunzom Thakuri, kobietą, dzięki której obietnica złożona lata wcześniej w końcu nabiera kształtu: szkoła, która pozwoli dzieciom z regionu kontynuować naukę bez konieczności opuszczania rodzin. „Poprzez podróż Sophie, film zgłębia pamięć, tożsamość i kruchą równowagę między postępem Zachodu a starożytnym, duchowym sposobem życia” – czytamy w oficjalnym opisie 105-minutowego filmu.
Dokument, którego producentem jest mąż Smutniak, będzie miał premierę podczas Festiwalu Filmowego w Rzymie, który odbędzie się od 13 do 25 października. Trafił do konkursu w sekcji Kina Progresywnego. „Cieszę się i jestem podekscytowana, że w końcu mogę się nim z Wami podzielić. Trudno opisać uczucie, gdy myślimy, że lata pracy, podróży, a przede wszystkim życia, zamieniły się w film. Do zobaczenia w Rzymie” – ogłosiła 47-letnia reżyserka. ﹡