„Jest bardzo zdolny młody facet, Maciej Aleksander Bierut. Fenomenalny. Wcześniej tańczyłem w teledysku, który realizował i byłem zafascynowany tym, jak prowadzi plan. Po kilku latach przyszedł do mnie, dał scenariusz filmu i szczena mi opadła tak, że głowa boli. Nie mogłem się doczekać, by zacząć kręcić, bo to genialny scenariusz” – mówił w maju aktor Tomasz Kot. – Jestem zauroczony tym człowiekiem!
Teraz filmowy debiut Bieruta „Mr. Drums” – czarna komedia o byłym perkusiście punkowego zespołu, którego gra Kot – jest w postprodukcji. To przy jego powstawaniu reżyser spełnił również muzyczne ambicje. Ścieżka dźwiękowa w wykonaniu Nene Heroine będzie jednocześnie nowym albumem zespołu, który Bierut produkował wspólnie z Karolem Łakomcem, gitarzystą w zespole Kasi Lins.
Zresztą trio Lins-Łakomiec-Bierut to już marka sama w sobie: właśnie dostali Fryderyka 2026 za klip do utworu “Śmierć w bikini”. Bierut sprawował artystyczną i wizerunkową pieczę nad albumem “Obywatelka KL” w wykonaniu Lins, inspirowanym twórczością Grzegorza Ciechowskiego. – To przywilej być częścią tego projektu i pracować z tyloma utalentowanymi ludźmi. A przed Kasią i Karolem kłaniam się nisko, że tym razem mogłem wspierać ich nie tylko jako reżyser – podziękował młody artysta.
Ma na koncie nie tylko teledyski Lins, ale także Julii Wieniawy, zespołów BOKKA i Martin Lange, tworzy reklamy, buduje całościowy wizerunek artystów, ale marzy o sukcesach w fabule. – Moją pasją jest kino pod każdą postacią bez ograniczeń gatunkowych. Jako reżyser-scenarzysta chcę rozwijać swój indywidualny język – deklaruje. – Pociąga mnie wychodzenie ze strefy komfortu, bo potrzebuję poczucia strachu i niebezpieczeństwa, żeby chcieć coś robić – dodaje.
Być może dlatego interesują go jedynie artyści, którzy podejmują ryzyko. – Praca z takimi osobami wydaje się być bardziej interesująca i twórczo rozwijająca, bo kreatywności nie da się okiełznać – wyjaśnia.
On sam coś o tym wie. Bo to wyobraźnia i kreatywność go napędzają. Nie skończył szkoły filmowej, fachu uczył się z tutoriali, które pasjami oglądał na YouTube’ie. Nasza dziennikarka Paula Zaręba w rozmowie z reżyserem-samoukiem próbowała rozwikłać zagadkę jego sukcesu…
ZDOBYŁEŚ FRYDERYKA 2026 RAZEM Z KASIĄ LINS I KAROLEM ŁAKOMCEM, JEDNYMI Z NAJCIEKAWSZYCH ARTYSTÓW SCENY MUZYCZNEJ W NASZYM KRAJU. TO TWÓJ NAJWIĘKSZY SUKCES?
Mam problem z definiowaniem sukcesu. Nagrody na pewno nim nie są. Raczej potrafią wprowadzić mnie w zakłopotanie, onieśmielać; choć to miłe, gdy ktoś nas wyróżnia, a ludzie gratulują. Staram się jednak o tym nie myśleć i robić już kolejne rzeczy.
Z KASIĄ I KAROLEM PRACUJESZ OD KILKU LAT.
Zaczęło się od mojego pierwszego filmu – dokumentu „W centrum komiksu”, wyróżnionego na festiwalu Millennium Docs Against Gravity. Odsłaniając historię kultowego warszawskiego sklepu i jego społeczności, film z humorem opowiada o rozwoju polskiej sceny komiksowej. Operator okazał się gitarzystą w zespole Kasi Lins.
Zorganizowaliśmy pokaz przedpremierowy w kinie Luna w Warszawie, na który zaprosiliśmy również Kasię. Czuję, że to był pewnego rodzaju egzamin, bo chyba wtedy uwierzyli w moją pracę i dali szansę.
TĄ SZANSĄ OKAZAŁ SIĘ FILM „CZEGO DUSZA PRAGNIE”, WASZ PIERWSZY WSPÓLNY PROJEKT.
Był 2020 rok. Kasia właśnie wypuściła album „Moja wina”. Zespół był gotowy wyruszyć w trasę koncertową, ale przyszła pandemia i koncerty zostały odwołane, nikt nie wiedział kiedy wrócą. Żeby wypromować płytę, wymyśliliśmy film koncertowy.
POMAGASZ BUDOWAĆ WIZERUNEK ARTYSTÓW. CZASEM DOPROWADZA TO DO KONFRONTACJI POMYSŁÓW. CO SPRAWIA, ŻE WSPÓŁPRACA Z KASIĄ DZIAŁA?
Zdarza się, że nie rozumiemy swojego podejścia, ale jednak jesteśmy dość zsynchronizowani. Karol jest świetnym operatorem, bo potrafi myśleć jak reżyser – o całej koncepcji, nie tylko o zdjęciach. Tak samo Kasia, która bardzo dobrze rozumie całość projektu. Ma ogromną świadomość filmową, a film jest jedną z jej większych inspiracji.
NA CO ZWRACASZ UWAGĘ PRZY WYBORZE ARTYSTÓW DO WSPÓŁPRACY?
Człowiek staje się dla mnie interesujący, kiedy widzę w nim obsesję i oryginalny kierunek, w którym chce podążać. Kiedy widzę, że ktoś ma serce w odpowiednim miejscu i nie ma problemu z ego, a najwyższą wartością jest to, co tworzymy.
SKĄD TAKIE PODEJŚCIE?
Wierzę w to, że twór powinien być nad twórcą. To pewnie dość niepopularna opinia w czasach work-life balance. Ale ja nie chcę tego balansu, kiedy mam taką pracę i taki przywilej.
ALE CHYBA JEST COŚ W TYM ZAWODZIE, CZEGO NIENAWIDZISZ?
Social media, autopromocja. To są rzeczy, których bardzo nie lubię. Jeśli chciałbym kiedykolwiek uzyskać uznanie, to tylko dlatego, żeby usunąć swoje konta w mediach społecznościowych. Zresztą bardzo późno je założyłem i traktuję tylko jako portfolio.
Ale patrząc szerzej, najbardziej boli mnie to, że żyjemy w świecie nadprodukcji, także w sztuce. Mam poczucie, że obecnie tworzymy za dużo dzieł, a za mało zastanawiamy się, czy rzeczywiście powinny powstać. Zaśmiecamy internet, czy obszary kulturowe takie jak muzea, kina, platformy streamingowe…
Zbyt wielu „twórców” tworzy przy pomocy AI. Sztuczna inteligencja pisze dziś scenariusze: AI to cyfrowy ghostwriter. Napisać scenariusz jest bardzo ciężko, dlatego nikt nie chce tego robić, ale każdy chce się czuć artystą. To, że ktoś wybiera jedną z pięciu propozycji nie czyni go twórcą. Napisanie pięciu propozycji jest ciężkie, a nie wybieranie z nich.
Powinniśmy robić mniej, a lepsze rzeczy. Niestety, ciąży nad nami presja, że musimy tworzyć non stop, bo inaczej ludzie o nas zapomną. Tymczasem proces twórczy potrzebuje czasu, namysłu, prób, by ilość nie wygrywała z jakością.
Wolę słaby film, ale zrobiony przez artystę samodzielnie, niż lepszy, wygenerowany przez AI. Wolę wady, jeśli widzę, że stoi za tym pasja. Kluczowy jest ludzki aspekt. Nawet jeśli ktoś zrobił film, który mi się nie podoba, dalej chcę poznać autora i dowiedzieć się dlaczego miał taką wizję. Tym to ważniejsze, że wkrótce nie będziemy w stanie odróżnić, czy dzieło stworzyła sztuczna inteligencja, czy człowiek.
ROZUMIEM, ŻE SAM NIE KORZYSTASZ Z AI?
Nigdy nie używam sztucznej inteligencji do czegokolwiek, co robię. Jeśli to sprawi, że będę w tyle, nie mam z tym problemu. Mam takie podejście z wielu powodów, ale też dlatego, że jestem trochę staromodny.
Lubię ideę Hollywood złotej ery i filmy, które zadowalają krytyków, na które jednocześnie przyjdzie mnóstwo ludzi, filmy, które zostają na zawsze. Takie chciałbym robić.
Nie czuję, żebyśmy dziś kolektywnie odbierali kulturę. Mówi się o czymś tylko przez sekundę. Teraz to jest „Obsesja” i „Backrooms”, które odnoszą świetne wyniki w box office’ie i o których fenomenie wszyscy mówią. To ogromny sukces oryginalnego kina, jednak – jak zwykle – ten szał może bardzo szybko ucichnąć.
MYŚLISZ, ŻE MOŻNA OSIĄGNĄĆ TAKI SUKCES W POLSCE?
Nigdy nie patrzę pod kątem rywalizacji, a bardziej – inspiracji, a te mam w dużej mierze zagraniczne i światowe. Ważne jest dla mnie, żeby nie powielać tego, co już jest.
Często pojawia się też marny argument „jak na Polskę to dobre”. Dla mnie to nic nie znaczy. Okej, mamy trochę mniejsze budżety, ale to nie powinno nas usprawiedliwiać. Jeśli nam coś słabo wyszło, to nie dlatego, że jesteśmy w Polsce, tylko po prostu nam nie wyszło. Dowodem na to, że da się zrobić coś wartościowego są choćby międzynarodowe sukcesy polskich twórców, którzy mnie najbardziej inspirują: Pawła Pawlikowskiego, Magnusa Von Horna czy Roberta Bolesto.
A TY CHCIAŁBYŚ SPRÓBOWAĆ SWOICH SIŁ ZA GRANICĄ?
Tak, absolutnie. Właśnie piszę scenariusz krótkiego metrażu, który jest po angielsku. Ale wcześniej ukaże się mój film “Mr. Drums” w całości oparty na dialogu w języku polskim. Było to wyzwanie, ponieważ duża część mojej edukacji szkolnej odbywała się po angielsku, więc musiałem z powrotem nauczyć się pisać w języku ojczystym. W „Mr. Drums” chciałem sobie trochę udowodnić, że jeszcze to umiem.
KIEDY PREMIERA?
Tego jeszcze nie zdradzamy. Wciąż trwa postprodukcja.
To był bardzo trudny film i w pewnym sensie niebezpieczny pod względem formy, długości… To czarna komedia o byłym perkusiście punkowego zespołu, który dziś zamiast sceny podbija ulice jako najbardziej charyzmatyczny bezdomny w mieście. Film jest mocno stylizowany, przekorny.
Stawka jest dla mnie za wysoka, ale w czasach, gdy branża filmowa tak bardzo unika ryzyka, obiecałem sobie, że nie będę podejmować bezpiecznych wyborów.
JAK UDAŁO CI SIĘ NAMÓWIĆ TOMASZA KOTA, BY ZAGRAŁ GŁÓWNĄ ROLĘ?
Najpierw przyszedł pomysł na film, potem stało się dla mnie jasne, że głównego bohatera musi zagrać Tomek. I pisałem już tę rolę dla niego, nie wiedząc czy się zgodzi. Poznaliśmy się cztery lata temu na planie teledysku “Kłamiesz” duetu Martin Lange, który reżyserowałem. Miałem ogromne szczęście, że scenariusz “Mr. Drums” przypadł mu do gustu.
Plan “Mr. Drums” był trudny, bo mieliśmy m.in. ujęcia nocne i wiele stron scenariusza do zrealizowania każdego dnia. To film niezależny, bez systemowego zaplecza. Tomek na co dzień pracuje przy ogromnych produkcjach i choć my oferowaliśmy tylko ułamek takiego standardu, nie zauważyliśmy nigdy, że jest mu niewygodnie. Byłem pod ogromnym wrażeniem, widząc jego skupienie i przygotowania w tak trudnych warunkach. Nie mogę się doczekać aż ludzie już zobaczą jego kreację i poznają resztę fantastycznej obsady.
DZIĘKI „MR. DRUMS” SPEŁNIŁEŚ RÓWNIEŻ SWOJE MUZYCZNE AMBICJE.
Tak! W maju nagraliśmy w studiu soundtrack z zespołem Nene Heroine, który będzie jednocześnie pełnoprawnym albumem. Wyprodukowałem go wspólnie z Karolem Łakomcem, więc ten projekt to w pewnym sensie także mój debiut muzyczny.
Zaproszenie chłopaków z Nene Heroine do świata filmu było bardzo organiczne, a naszą “rozgrzewką” był jeden z moich ulubionych projektów jakie miałem okazję realizować w zeszłym roku – krótki film muzyczny “Tokyo”.
ZAWSZE BYŁEŚ BLISKO MUZYKI. TO DLATEGO TEŻ KRĘCISZ TELEDYSKI?
Muzyka inspiruje mnie nawet bardziej niż film. Bardzo często teksty piosenek stymulują moje dialogi i zdarza mi się „ukraść” jakiś tekst, który dużo dla mnie znaczy. W pewnym sensie czuję się niespełnionym muzykiem.
I choć teledyski nie mają poszanowania w branży filmowej, która określa je reklamami, to dużo moich ulubionych reżyserów właśnie zaczynało od klipów, np. Michel Gondry, Spike Jones czy Jonathan Glazer.
W głównej mierze dzięki współpracy w roli reżysera z Kasią i Karolem przejście w projekty muzyczne było dla mnie dość naturalne. W przypadku „Obywatelki KL” zaprosili mnie do szerszej współpracy i wspólnie byliśmy dyrektorami artystycznymi całego konceptu. Myślą przewodnią było to, że Obywatelka KL to osobny byt i nowa persona.
JAK TWOJA ZNAJOMOŚĆ TWÓRCZOŚCI GRZEGORZA CIECHOWSKIEGO WPŁYNĘŁA NA PRACĘ?
Od razu wiedziałem z czym się mierzymy. Im więcej rozmawiałem z Kasią i Karolem, tym bardziej jasne dla mnie było, że powinniśmy odejść od czerni i bieli. Zaproponowałem szarość, co od razu im się spodobało. Czułem, że warto odejść od estetyki vintage i chciałem postawić jedną nogę we współczesności, bo w tym jeszcze Kasi nie widziałem.
Lubię, kiedy artyści podejmują ryzyko, za każdym razem próbują się redefiniować, zmienić podejście, żeby stworzyć coś ciekawego.
WIZERUNEK KASI JEST JEDNYM Z NAJLEPSZYCH W POLSCE, A JEDNAK STYLIZUJE SIĘ SAMA.
To już świetny zmysł Kasi. Ja mogę pomóc ze wszystkim dookoła, ale do mody się nie pcham.
TRZY KLIPY OBYWATELKI KL TWORZĄ TRYLOGIĘ. TAKI BYŁ ZAMYSŁ OD POCZĄTKU?
Tak. W „Przyznaję się do winy” korzystaliśmy z zabiegów, które występują w poprzednich klipach. Pierwszy kadr jest dokładnie taki, jak w „Śmierci w bikini” i zmiana dzień-noc z „Zasypiasz sama” też pojawia się w tym klipie. To są subtelności, na których mi zależy.
CZYM RÓŻNI SIĘ REŻYSERIA TELEDYSKU OD KONCERTU?
To są zupełnie inne rzeczy. Przy samym koncercie jest mało reżyserii, to bardziej nadzór, zwłaszcza w przypadku wizualizacji.
CZYM JEST DLA CIEBIE KREATYWNOŚĆ?
Rozwiązywaniem problemów. Czy uważam siebie za kreatywną osobę? Nie wiem, niech ktoś mi powie czy jestem kreatywny [śmiech].
JESTEŚ SAMOUKIEM, MUSIAŁEŚ ZROZUMIEĆ BRANŻĘ FILMOWĄ I MUZYCZNĄ OD PODSZEWKI. ZWŁASZCZA, ŻE NIE UKOŃCZYŁEŚ SZKOŁY FILMOWEJ.
Ten brak szkoły będzie się za mną ciągnął do końca życia. Działam na tyle indywidualnie, że nigdy nie dopasowałem się do szkolnych systemów, nie odnajdywałem się tam.
BRAK SZKOŁY UTRUDNIŁ CI WEJŚCIE DO BRANŻY?
Wiedziałem, że w Polsce będzie mi trudniej. U nas film jest w większym stopniu finansowany przez instytucje publiczne (np. Państwowy Instytut Sztuki Filmowej), a w USA bardziej przez rynek. Tam sukces komercyjny i potencjał box office’u odgrywają większą rolę niż formalne wykształcenie. Podoba mi się ten element konkurencji rynkowej, bo jeśli jeden podmiot nie wierzy w twój projekt, możesz próbować u innych.
Niestety, nie licząc pojedynczego sponsora, nie dostałem wsparcia systemowego przy moim nadchodzącym filmie, więc zdecydowałem się go zrealizować własnym sumptem. Efekt? Jestem teraz w największych długach w życiu [śmiech].
WSZYSTKO W KOŃCU SPROWADZA SIĘ DO PASJI. I DO KREATYWNOŚCI.
Bez tego nic bym nie zrobił. Uczyłem się, oglądając filmy. Obsesyjnie je wręcz chłonąłem i bardzo szybko zacząłem sam je tworzyć. Internet też mi w tym pomagał, oglądałem np. tutoriale na YouTube’ie o montażu. Potem to już tylko rzemiosło i rozwój intelektualny. Zainteresowanie sztuką, światem i czytanie jest niezwykle ważne.
Pasję do kina odkryłem jako siedmiolatek – miałem dziwną fascynację dwoma kompletnie różnymi filmami: “2001: Odyseją kosmiczną” Stanleya Kubricka oraz „Spider-Manem” Sama Raimiego, które zobaczyłem w bardzo krótkim odstępie czasu. Coś się we mnie uruchomiło, choć kompletnie tego nie rozumiałem. Nadal uważam, że Peter Parker to fajniejsza postać niż Jezus Chrystus [śmiech]. ﹡
Kopiowanie treści jest zabronione