Posłuchaj
Choć w przyszłym miesiącu minie ósma rocznica śmierci Anthony’ego Bourdaina, gwiazdora programów podróżniczo-kulinarnych i autora bestsellerów, jego sława wciąż nie mija. A także ciekawość na punkcie jego fascynującego życia i zagadki śmierci. Uwielbiany przez fanów syn nowojorskich elit, były heroinista i kokainista, erudyta, wytatuowany przyjaciel bohemy, 8 czerwca 2018 roku popełnił samobójstwo.
Gdy świat obiegła wiadomość, że powiesił się na pasku od szlafroka w łazience pokoju hotelowego we Francji, gdzie kręcił kolejną część programu dla CNN, padały pytania o przyczynę. Najprawdopodobniej depresja. Już wcześniej przyznawał w pamiętnikach, że dawne uzależnienie od heroiny pozostawiło piętno na jego dalszym życiu.
„Mam w sobie mrocznego dżina, którego bardzo niechętnie nazywam chorobą” – pisał o swoich demonach, zdradzając, że kilkukrotnie czuł silną pokusę zrealizowania samobójczych myśli. Gdy w końcu to zrobił, miał 61 lat.
Kondolencje napływały z całego świata: od byłego prezydenta USA Baracka Obamy, uznanego szefa kuchni Gordona Ramsaya i wielu innych. „Wiadomość o śmierci Bourdaina złamała mi serce” – oznajmiła brytyjska gwiazda kuchni, Nigella Lawson. „Tyle cech w nim uwielbiałem. Miłość jaką darzył życie i ludzi. Był niesamowicie charyzmatyczny w telewizji, w swoim pisarstwie i jako człowiek, ale nigdy się nie wywyższał. Taki właśnie był: zawsze dawał, zawsze chciał wspierać ludzi” – pisał jego przyjaciel, muzyk Mark Lanegan. „Najlepsze w Bourdainie było to, że kochał jedzenie, ale jeszcze bardziej kochał ludzi, którzy za nim stoją” – ocenił działacz społeczny Ali Najmi, który poznał go w pracy, będąc jego przewodnikiem po nowojorskiej dzielnicy Queens.
Zdjęcie: CNN
Dokument „W drodze. Film o Anthonym Bourdainie”, który miał premierę pięć lat temu, tym bardziej był przejmujący. Reżyser Morgan Neville, twórca oscarowego „O krok od sławy” i „W odwiedzinach u pana Rogersa” (najbardziej dochodowego dokumentu w historii, który zarobił 22 miliony dolarów), rozmawiał z byłymi partnerkami, przyjaciółmi, rodziną i współpracownikami Bourdaina, którzy opowiadali o jego pogarszającym się stanie psychicznym. Cytował wypowiedzi, w których słynny szef kuchni żartobliwie wspomina o śmierci i samobójstwie. Przeglądał wiadomości, jakie wysyłał znajomym. To stamtąd pochodzi fragment filmu, w którym jego bohater skarży się, że sukces nie daje mu szczęścia: „Moje życie jest aktualnie raczej do dupy”.
Problemem dla wielu krytyków okazało się, że tego zdania nigdy nie powiedział. Reżyser użył sztucznej inteligencji, która imituje głos Anthony’ego. – Te słowa pochodzą od niego. Napisał je, ale nie ma nagrań, jak je wypowiada – bronił się twórca dokumentu.
„W drodze” wciąż jest dostępny w streamingu. Dlaczego widzowie nadal go oglądają? – To zasługa Tony’ego. Łączył się z ludźmi nie pomimo swoich wad, ale dzięki nim – ocenił reżyser.
W I D E L E C
Jego miłość do wielkich przygód, nowych przyjaciół, dobrego jedzenia i niezwykłych opowieści sprawiły, że nie miał sobie równych w snuciu historii. Ale zanim został gwiazdą telewizji i autorem bestsellerów i zaczęto nazywać go „królem niebezpiecznego jedzenia”, „gwiazdą rocka świata kulinariów” czy „Elvisem szefów kuchni”, przez wiele lat klepał biedę. Był czas, że zdobywał pieniądze, sprzedając na ulicy książki i płyty. Do 44. roku życia nie miał samochodu, konta oszczędnościowego, ubezpieczenia ani pewności, czy uda mu się opłacić czynsz i zapłacić podatki.
– Mogłem umrzeć w wieku 20 lat. Odniosłem sukces dopiero po czterdziestce. Zostałem ojcem po pięćdziesiątce. Czuję czasem, jakbym ukradł samochód – naprawdę fajny samochód – i wciąż patrzę w lusterko wsteczne, szukając migających świateł radiowozów – wyznał kiedyś.
Nie było mu łatwo wyrwać się z New Jersey. Rodzice nie byli krezusami, choć ojciec Pierre (był katolikiem z francuskimi korzeniami) pracował jako menedżer ds. sprzedaży w wytwórni muzycznej Columbia Records, a matka Gladys (amerykańska żydówka) była reporterką „New York Timesa”. I nawet, gdy w 1978 roku podjął studia w prestiżowym The Culinary Institute of America w Nowym Jorku, musiał podejmować się kilku prac, aby zarobić pieniądze na swoje utrzymanie.
Zdjęcie: CNN
Zdjęcie: CNN
Zdjęcie: CNN
Po ukończeniu studiów często pracował na 12-godzinnych zmianach, sześć dni w tygodniu, i nadal przynosił do domu nie więcej niż 120 dolarów po opodatkowaniu. – Nigdy nic nie mogłem odłożyć. Pieniądze weszły, pieniądze wyszły. Pracowałem w nowojorskich restauracjach, a nie wiedziałem, jak to jest kłaść się spać bez lęku o jutro. Byłem potwornie, bez przerwy i nieskończenie zadłużony. Niemal żadna decyzja w kuchni nie była podejmowana bez wspomagania narkotyków – opowiadał szczerze po latach o problemach, stresie, uzależnieniu od kokainy, heroiny i LSD.
W restauracji Rainbow Room, położonej na 65. piętrze Rockefeller Center w Nowym Jorku, dodatkowo musiał zmagać się z przemocą jednego z szefów. Do czasu, gdy „wbił w rękę swojego prześladowcy wielki, stary i zardzewiały widelec do mięsa”.
O S T R Y G A
Już jako chłopiec wiedział, że zostanie szefem kuchni. Gdy spędzał wakacje u dziadków na francuskim wybrzeżu, miejscowy rybak poczęstował go ostrygą prosto z morza. Zjadł i ten smak odmienił jego życie. – To wszystko, stary. To było to – Bourdain powiedział dziennikarzowi w wywiadzie dla Biography.com.
Po ukończeniu kulinarnych studiów powoli piął się po szczeblach kariery w branży restauracyjnej. W 1998 roku, gdy był po 40-tce, awansował nawet na stanowisko szefa kuchni w nowojorskiej Brasserie Les Halles, ale – co już wiemy – pozycja w branży nie przekładała się na pozycję finansową. Zwłaszcza, że lwią część i tak przepuszczał na używki.
Zdjęcie: CNN
Zdjęcie: Jessica Lutz / CNN
Zawsze chciał być pisarzem, więc po pracy w kuchni siadał do pisania książek. Debiutancka powieść kryminalna „Bone in the Throat” („Kość w gardle”) i jej kontynuacja „Gone Bamboo” („Ucieczka w tropiki”), zebrały mieszane recenzje krytyków i nie przyniosły mu ani grosza.
Wszystko zmieniło się, gdy w 1999 roku napisał pierwszy artykuł „Nie jedz, dopóki tego nie przeczytasz” opublikowany przez „New Yorkera” – obnażający mroczne sekrety zapleczy restauracji. „Dobre jedzenie to krew i organy, okrucieństwo i rozkład. To naładowany sodem wieprzowy tłuszcz, śmierdzące tłuste sery, delikatne gruczoły grasicy i rozdęte wątroby młodych zwierząt” – zaczął swój słynny tekst, który do dziś jest porywający. A dalej z typową dla siebie szczerością, pisał, że „jeśli boicie się, że zbyt wiele osób dotykało waszego jedzenia, zanim wbiliście w nie widelec, to… słusznie się boicie: »Im lepsza restauracja, tym bardziej żywność była popychana, szturchana (…) i dotknęły jej dziesiątki spoconych palców«. Rękawiczki? Tak, pudełko jest gdzieś w kuchni”.
Artykuł zmienił sposób, w jaki ludzie myślą o jedzeniu poza domem, i skierował jego autora na drugą ścieżkę kariery, tę wymarzoną: ścieżkę pisarza. Około 2000 roku mógł wreszcie opuścić znienawidzone Les Halles, bo jego pierwsza kulinarna autobiografia – „Kitchen Confidential: Adventures in the Culinary Underbelly” („Kill Grill: Restauracja od kuchni”) – stała się bestsellerem „New York Timesa” i najlepiej sprzedającą się książką roku.
Przyniosła mu rozgłos, a co najważniejsze: obnażyła tajniki branży restauracyjnej. – Napisałem ją głosem znanym każdemu, kto gotuje i pracuje w kuchni na tym poziomie – powiedział tygodnikowi „Entertainment Weekly” 10 lat po wydaniu książki. – To było obrzydliwe i przesadnie przepełnione testosteronem i z pewnością byłoby takie dla kogoś, kto nie zna tego świata. Ale dla wielu tych, którzy spędzili dużo czasu w branży restauracyjnej, to jak wskoczenie do ciepłej kąpieli: szczere odzwierciedlenie tego, jak wszyscy rozmawialiśmy na zapleczu w kuchni.
Po latach przyznał, że kuchnia nie jest miejscem dla dyletantów lub leniuchów i że tylko ci z masochistycznym oddaniem dla gotowania pozostaną niezrażeni. Wyraził też skruchę, że nie tylko on był źle traktowany przez swoich szefów, ale i on źle traktował kolegów oraz podwładnych. – Byłem, powiedzmy sobie szczerze, rozpuszczonym, żałosnym, narcystycznym, autodestrukcyjnym i bezmyślnym młodym chamem, który prosił się, żeby ktoś mu w końcu porządnie skopał dupę – mówił szczerze o tamtym okresie swojego życia.
Później napisał kilka kolejnych książek o branży restauracyjnej i gotowaniu, a także serię komiksów i kilka dzieł beletrystycznych. Ich sukces sprawił, że życie Bourdaina wywróciło się do góry nogami. Upomniała się o niego telewizja.
Zdjęcie: CNN
Zdjęcie: CNN
Zrobił błyskotliwą karierę! I to po 20 latach przepracowanych w restauracjach: z czego dziesięć na stanowiskach nie-szefa kuchni, a bywało, że i pomywacza. Zaczął też zarabiać duże pieniądze, podczas gdy wcześniej żył od wypłaty do wypłaty.
P R Z E K L E Ń S T W A
W 2002 roku światło dzienne ujrzała pierwsza produkcja telewizyjna z jego udziałem – seria „A Cook’s tour” dla Food Network, dzięki której podróżował do mniej lub bardziej egzotycznych miejsc, aby spróbować tamtejszej kuchni. Po dwóch sezonach skonstatował: – Zawodowe gotowanie to ciężka robota. W porównaniu z tym podróżowanie po świecie, próbowanie tego i owego, kręcenie programu telewizyjnego jest dość proste. Chyba nawet prostsze niż przygotowanie drugiego śniadania.
Dzięki telewizji zyskał międzynarodową popularność i status celebryty. Wygodne życie to była dla niego bardzo nowa rzecz. Fakt, że był już w średnim wieku, gdy stał się sławny, sprawił, że szczególnie docenił nagłe szczęście: – Byłem wystarczająco duży, by zdać sobie sprawę, że wygrałem niesamowity, szczęśliwy los na loterii i jest bardzo mało prawdopodobne, abym dostał kolejny.
Rzucił się więc w zamęt telewizyjny i dla kolejnego kanału – Travel Channel – zrobił aż dwa programy „No Reservations” (który miał podobne założenia jak „A Cook’s Tour” i często w nim przedstawiał swoich słynnych przyjaciół-smakoszy) oraz „The Layover”, w którym kamera śledziła, jak wciska do ust tyle, ile może podczas 24-48-godzinnego pobytu w mieście. – To było dla mnie trudne. Było ciężko z taką ilością jedzenia i alkoholu podczas okresu zdjęciowego, bo kręciłem jeden program po drugim – powiedział magazynowi „Eater” w 2012 roku.
Zdjęcie: David S. Holloway / CNN
Zdjęcie: Josh Ferrell / CNN
Nie zwalniał jednak tempa, pełniąc funkcję jurora w programie ABC „The Taste” i rozpoczynając swój kolejny serial dla CNN, bodaj najbardziej popularny w jego karierze – „Anthony Bourdain: Parts Unknown” („Miejsca nieznane”), który rozpoczął się w 2013 roku. Zapraszał do niego Amerykanów, by wraz z nim wybrali się w podróż do krajów, których „nie odwiedziłby żaden turysta przy zdrowych zmysłach”. Nie tylko zwracał uwagę na lokalną kuchnię w mniej znanych częściach świata, ale także na kulturę.
Na miejscu jadał na ulicy, chadzał do fryzjera, pił, mlaskał, ciamkał i dużo przeklinał. W CNN miał nawet osobistego cenzora, który kontrolował liczbę bluzgów padających w każdym odcinku. Aby nie narażać na szwank swojej reputacji, a jednocześnie pokazywać prawdziwego Tony’ego, stacja wprowadziła zasadę „2 shits per show”. W jednym odcinku mogły paść tylko dwa przekleństwa. Anthony bez ogródek mówił, co myśli. I zachęcał widzów, by podczas wojaży, na miejscu zaszaleli, bo tylko wtedy „podróż ma urok i charakter”. – Wasze ciała to nie świątynie, ale wesołe miasteczka. Bawcie się dobrze – mawiał.
Spędzał w drodze 250 dni w roku. W programach pokazywał, jak je wszystko – owady, ptasie embriony, oko foki, żywą kobrę, jądra barana i odbyt guźca, a nawet sfermentowanego rekina… Ale, co uważał za sukces, udało mu się uniknąć zjedzenia psa.
– Zdrowe, przygotowywane w sterylnych warunkach potrawy są po prostu niesmaczne. Jedzenie, jak życie, musi zawierać w sobie element ryzyka – tłumaczył, dlaczego uwielbia jadać szokujące rarytasy w ulicznych budkach, nierzadko będące poważnym wyzwaniem dla podniebienia i żołądka. Do historii przeszedł odcinek „Miejsc nieznanych”, w którym Bourdain na ruchliwej ulicy w Wietnamie zajada się ryżem z małżami i mówi, że „właśnie jest w swoim ulubionym miejscu na świecie”.
Do Wietnamu zabrał też Baracka Obamę – uczył go prawidłowego „siorbania” makaronu w Hanoi. Polityk, po śmierci Bourdaina, zamieścił na Twitterze pożegnanie: „Niski plastikowy stołek, tani, ale pyszny makaron, zimne piwo z Hanoi. Tak zapamiętam Tony’ego. Nauczał nas o jedzeniu, ale co ważniejsze, o jego zdolności do zbliżania nas do siebie. Dzięki temu mniej boimy się nieznanego”.
N A R K O T Y K I
Swoboda i żywiołowość przed kamerą oraz specyficzne poczucie humoru prowadzącego sprawiły, że program podobał się i widzom, i krytykom. W ciągu 5 lat zdobył szeroką publiczność i został doceniony 5 statuetkami Emmy.
„Tony” – zwiastun filmu o Anthonym Bourdainie
Zanim Tony stał się legendarnym kucharzem, smakoszem i podróżnikiem z niewyparzonym językiem
Po zdobyciu tej najważniejszej nagrody w świecie telewizji w 2016 roku Bourdain, trzymając statuetkę, ironizował: – Schrzaniłem swoje życie w każdy możliwy sposób, w jaki człowiek może je schrzanić. Każda naprawdę okropna decyzja, jaką człowiek może podjąć, była moim udziałem. Choćby stanie i maczanie frytek w wieku 44 lat bez przyszłości – i wygląda na to, że wreszcie mi się udało. Bardzo w to wierzę.
Na fali popularności był także zapraszany jako gość specjalny do wielu programów kulinarnych, w tym w „Top Chef” i dał się w nich poznać z brutalnej szczerości wobec uczestników. – Większość prezenterów unika prawdy i sarkazmu, bo boi się, że straci posadę. Ja nigdy nie udaję – tłumaczył później.
Z czasem dojrzał do swojego sukcesu. Pytany, czego nauczyły go podróże i pozycja, odpowiadał najczęściej: „Pokory. I wdzięczności”.
– Nauczyłem się kochać pracę i znajdować w niej sens. Do dziś lubię chodzić do pracy i czerpać satysfakcję z dobrze wykonanej roboty. Nie jestem takim złym kucharzem. Umiem zrobić dobre coq au vin. No i nie taki zły drań ze mnie – śmiał się, wyliczając swoje zalety krótko przed nagrywaniem 11. sezonu „Parts Unknown”, który okazał się ostatnim.
Wyznawał też, że kocha makaron z serem i jedzenie przed telewizorem i że jego ostatnim posiłkiem z pewnością byłby cielęcy szpik kostny. Nie ukrywał, że ma wybujałe ego i słabość do kobiet. Mówił o tym, że w przeszłości źle traktował obsługę swoich restauracji i tego żałuje. Krytykował stawianie szefów kuchni na niemalże boskim piedestale i popularne w USA kulinarne celebrytki. Walczył o równe płace dla hiszpańskojęzycznych imigrantów, niedocenianej taniej siły roboczej amerykańskiej gastronomii. Gardził elitami i brylowaniem na bankietach. Nienawidził sławy.
To wszystko sprawiało, że w oczach fanów był do bólu szczerym, niepokornym swojakiem.
Zdjęcie: archiwum rodziny Bourdain
Zdjęcia: archiwum rodziny Bourdain
Zdjęcie: Nancy Bourdain
Zdjęcie: archiwum prywatne
Otwarcie mówił o zmaganiach z narkotykami i alkoholem. Krótko przed śmiercią w tygodniku „People” powiedział: – Z pewnością byłem uzależniony od heroiny i kokainy. Przez ostatnie lata pracy w branży restauracyjnej zdecydowanie piłem za dużo, bo alkohol był obok mnie przez cały czas, a ja byłem pod ogromną presją i w wielkim stresie.
C Ó R K A
Wtedy też szczerze przyznał, że nie udały mu się obydwa małżeństwa, ale ma wspaniałą córkę. Ariane to owoc związku z drugą żoną: Włoszką, Ottavią Busia (zawodniczką mieszanych sztuk walki), z którą nigdy formalnie nie sfinalizował rozwodu.
Choć w mediach społecznościowych zazwyczaj zakrywał jej twarz, czasami zabierał córkę na nagrania programu („Przed pierwszą klasą nie ma problemu, wyciągasz ją ze szkoły na pięć lub sześć dni. Była na Sardynii, w Toskanii, Neapolu… na Hawajach… na Jamajce”) i często powtarzał, że cały wolny czas w Nowym Jorku spędza tylko z nią, m.in. dla niej gotując.
W ostatnim wywiadzie wyznał, że czuje „pewną odpowiedzialność”, aby „przynajmniej spróbować żyć”, odkąd urodziła się Ariane: – Mam po co żyć. Szczerze mówiąc, były w moim życiu takie chwile, kiedy myślałem: „Dlaczego po prostu nie zrobić tej głupiej, samolubnej rzeczy… skoczyć z klifu do wody o nieokreślonej głębokości…”.
Opisał też, jak przed urodzeniem się jego jedynego dziecka (Ariane ma dziś 19 lat) chodził do miejsc, w których „prosił się o kłopoty”: – Ale z perspektywy czasu nie wiem, czy zrobiłbym to dzisiaj – teraz, gdy jestem tatą i w miarę szczęśliwy.
Swój majątek zapisał córce. Zgodnie z dokumentami sądowymi, do których dotarły media, otrzymała 1,2 miliona dolarów.
F I L M
„Tony”, pierwszy fabularny film biograficzny o jej tacie, nie pokaże go w roli rodzica. Przenosi nas do początków – zanim Tony stał się Anthonym Bourdainem, kucharzem, który z opowiadania o jedzeniu uczynił sztukę.
Zdjęcie: Seacia Pavao / A24
Zdjęcie: Seacia Pavao / A24
W reżyserii Matta Johnsona (znanego z filmu „Blackberry” i komedii „Nirvanna the Band the Show”) „Tony” koncentruje się na Bourdainie nie jako na profesjonalnym szefie kuchni na Manhattanie w latach 80. i 90., ani jako autorze wspomnień „Kitchen Confidential”, które uczyniły go gwiazdą, ani jako prowadzącym program kulinarny w telewizji. Film śledzi go jako 19-latka, który po raz pierwszy odkrywa świat profesjonalnej gastronomii.
Upalne lato 1975 roku, Nowy Jork. Marzący o karierze pisarza ambitny student Tony (w tej roli Dominic Sessa) nie dostaje wymarzonego stypendium pisarskiego i wyjeżdża na lato do Provincetown w stanie Massachusetts. Tam przypadkiem trafia do pracy w restauracji z owocami morza, a jego mentorem zostaje surowy, ale błyskotliwy szef kuchni (Antonio Bandereas).
Sessa, który zadebiutował w oscarowym „Przesileniu zimowym”, rolę dostał dzięki podobieństwu do młodego Bourdina. Reżyser powiedział magazynowi „Entertainment Weekly”, że wybrał 23-latka, ponieważ łączyło ich tak wiele. – Obaj pochodzą z Jersey, chodzą do prywatnych szkół, ale nie pasują do otoczenia, obaj są niespokojni i poszukujący – wyjaśnił. – Bardziej niż jakikolwiek inny film, jaki nakręciłem, „Tony” to efekt współpracy z aktorem. Jest obecny w każdym ujęciu i dźwiga całą historię na swoich barkach.
Młodemu aktorowi partnerują w filmie m.in. Leo Woodall, Rich Sommer, Stavros Halkias, Emilia Jones i polska aktorka, Dagmara Domińczyk.
Obraz poparła rodzina „Elvisa szefów kuchni”. „Ponieważ nie jest to standardowy film biograficzny i nie próbuje podsumować życia” – czytamy w oświadczeniu. „Przedstawia jedno przełomowe lato, tę część życia Tony’ego, która w pewnym stopniu była nieznana. Doceniamy ukazanie złożoności osobowości Tony’ego, jego intelektualnego apetytu i wizji – cech, które ostatecznie pozwoliły mu podróżować po całym świecie i zaskarbiły sympatię tak wielu osób. Mamy nadzieję, że film będzie przypomnieniem, że każda podróż ma swój początek i że widzowie zobaczą początki człowieka, który nauczył nas, jak być lepszymi odkrywcami własnej życiowej ścieżki”.
W USA „Tony” wejdzie do kin w sierpniu, polska data premiery nie jest jeszcze ujawniona. ﹡