Kawałek stłuczonego talerza z porcelany. Niewielki. Z 1930 roku. Z tyłu rysunek gapy – jeden z głównych symboli III Rzeszy. Znak, że talerz był częścią serwisu wykonanego przez niemiecką manufakturę. Dla ilustratorki Katarzyny Minasowicz okazał się proroczy. Znalazła go pewnego dnia na swojej działce pod Karkonoszami, na terenach poniemieckich.
– Po prostu wyszedł z ziemi i zaświecił do mnie tą swoją białością. Interesowałam się wówczas tematem przymusowych przesiedleń, zastanawiałam, jak to jest oswajać nową przestrzeń i budować siebie w nowym miejscu. Zadawałam sobie pytania: jak to jest opuścić dom i zamieszkać w „nie swoim” pokoju, obcować z przedmiotami pozostawionymi przez innych, pić „nie ze swojego” kubka, siedzieć na „nie swoim” krzesełku? I dlatego wszelkie przedmioty, które są nasycone taką historią, do mnie wówczas przemawiały – wspomina w rozmowie z LIBERTYN.eu.
Ten odłamek porcelany stał się ważną inspiracją dla jej nowej książki „U z dwiema kropkami” – osadzonej w realiach powojennego Wrocławia, gdzie niemal każda polska rodzina miała doświadczenie przymusu opuszczenia swojego domu, a potem wprowadzania się do tych, które wcześniej zamieszkiwali Niemcy. W powojennych zawirowaniach na nowo musieli budować swoje życie także wśród pozostawionych przez okupanta przedmiotów.
Po zakończeniu II wojny światowej granice Polski zostały mocno zmienione w wyniku konferencji w Teheranie, Jałcie i Poczdamie. Odebrano nam Kresy Wschodnie, które przeszły na rzecz Związku Radzieckiego, a w zamian otrzymaliśmy tzw. Ziemie Odzyskane, które miały być wynagrodzeniem za niemiecką okupację, a w rzeczywistości stanowiły stalinowską rozgrywkę w celu poszerzenia radzieckich wpływów w Europie.
Szacuje się, iż ok. 2 mln osób zostało przesiedlonych z Kresów na Ziemie Odzyskane, które obejmowały tereny Warmii, Mazur, Pomorza Zachodniego, część Wielkopolski oraz Śląska. Ich wysiedlenie nie przebiegało w przyjemny sposób. Większość jechała w nieznane – i to dosłownie. Przesiedlenia odbywały się na chybił trafił. Wsiadając do pociągów, nierzadko nie znali kierunków, w które się udają. Transporty, nawet jeśli wyjeżdżały z tych samych miejscowości, rozjeżdżały się w różne kierunki nowej Polski. Ostateczny cel podróży poznawali dopiero na miejscu. Prowadziło to do tragicznych rozdzieleń nie tylko sąsiadów, którzy mieszkali w tych samych wsiach od pokoleń, ale również rodzin. Zdarzały się sytuacje, gdy bliscy byli osiedlani w odległości kilkuset kilometrów od siebie.
– Takie doświadczenie było udziałem także mojej rodziny i mam wrażenie, że ich pamięć została mi niejako przekazana w genach – wyjawia Minasowicz. – Mimo że urodziłam się i mieszkam w Warszawie, tzw. Ziemie Odzyskane to moje miejsce na ziemi. Uwielbiam tam przebywać, tam paradoksalnie czuję się u siebie. Duch innej kultury i dawnych mieszkańców jest tam ciągle obecny i to się czuje. Także tamta przestrzeń jest inaczej zorganizowana, nawet architektura jest inna. Zawsze mnie to fascynowało – dodaje.
Odkąd w województwie dolnośląskim kupiła działkę, zaczęła spędzać tam więcej czasu. Bardzo dużo czytała, by trochę wczuwać się w sytuację przesiedleńców, próbować zrozumieć, jak to było zaczynać tam nowe życie. – Im więcej wchodziłam do tamtejszych wnętrz i zdarzało mi się w nich mieszkać, próbowałam zrozumieć, jak to jest zastać w nowym miejscu przedmioty, które miały przed chwilą innych właścicieli, z innego kręgu kulturowego, i jak to jest, że potem stają się też nasze – opowiada LIBERTYN.eu.
„Żyjąc z tematem” gromadziła kolejne przedmioty (również kupowane na targach staroci, jak np. metalowy pojemnik na cebulę z niemieckim napisem „zwiebeln”), książki, cytaty, zdjęcia i portrety anonimowych ludzi, pamiątki po babci… W ten sposób zebrała pokaźną bazę inspiracji: zarówno graficznych, jak i też literackich.
A potem zasiadła w pracowni nad szarym papierem, który stał się bazą dla opowiadania historii. A na ścianie, niemal przed swoim nosem, zawiesiła rysunek, który cały czas miał jej przypominać o charakterze graficznym książki. – Ponieważ często pracuję bardzo intuicyjnie, metodą prób i błędów, proces trwa długo, zanim nagle coś kliknie. I żeby przez ten czas pamiętać w jakiej stylistyce będzie mój picturebook, muszę bezustannie mieć przed oczami estetyczny kompas – zdradza kulisy pracy.
Gdy zaczyna budować postać i gdy ona nabiera konkretnych cech, też ją sobie wiesza na ścianie. By pamiętać jak wygląda. Jest też trzecia kartka – o czym książka opowiada. Na niej zawsze są dwa, trzy punkty. – Bardzo lapidarnie, no bo ja picturebooki robię bardzo oszczędne w słowie i wyrazie, nie mogę więc sobie pozwolić na to, żeby gdzieś zboczyć na manowce – tłumaczy.
Jej książki są minimalistyczne i – jak sama mówi – robi je dla tych, których nie przeraża pustka na kartkach. Czy dzięki temu, że tekst i ilustracje dają przestrzeń, łatwiej jest przekazywać ważne treści?
– Dając więcej przestrzeni czytelnikowi, nie narzucając jedynie słusznej interpretacji, pozwalamy każdemu znaleźć odwołanie do swoich doświadczeń, emocji, które mogą być zupełnie inne od moich. Chciałabym nie przegadywać swoich książek, żeby każdy mógł w tej przestrzeni pomiędzy tekstem a ilustracją znaleźć swoją historię – zaznacza.
Po chwili: – Żeby napisać mniej, trzeba myśleć więcej, długo obracać zdanie w głowie, usuwać niepotrzebne słowa, sprawdzać ciągle, czy te wybrane mówią wystarczająco dużo, ale też wystarczająco mało.
Picturebook to jej ulubiona forma: – Tu tekst i obraz tworzą ze sobą specyficzną relację, nie opisują się wzajemnie, a na ich styku powstaje przestrzeń dla odbiorcy. Książka obrazkowa zamiast forsowania z góry zaplanowanej narracji, pozwala na metaforyczne i wieloznaczne spojrzenie. Za każdym razem można ją „czytać” inaczej.
52-stronicowe „U z dwiema kropkami” to jeden z najpiękniejszych polskich picturebooków ostatnich lat. Małe arcydzieło. Każde słowo ma tu głębię, a w ilustracjach czuć troskliwą rękę i wrażliwość autorki.
Jak wszystkie tytuły Minasowicz, ten również powstał analogowo. Składa się z subtelnego, minimalistycznego rysunku oraz wycinanek. Bazą są monochromatyczne ilustracje kredką, do których dodała elementy wycinane z różnych ścinków, papierów, kartonów w różnych stonowanych odcieniach, którym pozwalała przemieszczać się po kartce. By nadać opowieści sens bez słów wykorzystała różne symbole: mak, klucz, łóżko, filiżankę, łyżkę, drzwi, walizkę i wszystko to, co wiąże się z domem lub jego opuszczeniem.
– Nie umiałabym tego zrobić na ekranie komputera. Wszystkie ilustracje wykonuję ręcznie. Lubię błędy, brak możliwości naciśnięcia klawisza „ctrl-z” i poprawiania potknięć. Wierzę, że czuć to w finalnej ilustracji: wszystkie te niedociągnięcia, niedoskonałości, delikatne krzywizny w cięciu nożyczkami, mocniej przyciśnięty ołówek – wyjaśnia.
Jej bohaterkami najczęściej są dziewczynki, tak jak w „U z dwiema kropkami”: – Może dlatego, że robię swoje książki najbardziej dla siebie, dla siebie mniejszej po prostu?
Tym razem od początku wiedziała, że to będą dwie dziewczynki: ta, która przyjechała i ta, która jest na miejscu i będzie drugiej ten nowy świat pokazywać. Na początku obie się od siebie bardzo różniły. Łącznie z tym, że były rysowane w różnych technikach: jedna konturem, druga cieniowana. Jedna była brunetką, druga blondynką. Były też inaczej ubrane. Ale w trakcie pracy nad książką koncepcja ewoluowała.
– Uznałam, że my się od siebie tak naprawdę nie różnimy, a nasze losy też potrafią być bardzo podobne – mogą się za chwilę odwrócić. Raz ktoś może przyjechać i potrzebować jakiegoś przewodnika czy pomocy, a za chwilę to my będziemy w takiej sytuacji. Obie bohaterki są właściwie swoimi lustrzanymi odbiciami i tak się w sobie trochę przeglądają. Dlatego na koniec stały się takie same, różni je tylko kolor tła – tłumaczy.
Doświadczenie bohaterki rozpoczynania życia w nowym miejscu, w obliczu dzisiejszych migracyjnych problemów jest uniwersalne i wciąż aktualne. Cały czas ktoś przegląda się w tej opowieści. – Dziewczyny z Ukrainy mówiły mi: „kurczę, to jest moja historia. Ja się tak czułam, gdy tu przyjechałam. Byłam jak ta mała dziewczynka, też miałam jedną walizkę, a przede mną było coś, czego nie umiałam w ogóle zrozumieć: jak ja tu będę mieszkać, jak ja tu mam żyć”. Cieszy mnie, że „U z dwiema kropkami” jest już poza historycznym kontekstem, z którego wyrosła – podkreśla autorka.
Tworząc ją miała nadzieję, że pozwoli czytelnikom poczuć wspólnotę z tymi, którzy przeżywają los imigrantów teraz: – Razem z jesienną pogodą, kiedy dużo częściej przebywamy w domu, może pomyślimy o ludziach, którzy tego domu nie mają. ﹡
Kopiowanie treści jest zabronione