Prawie 12-metrowy posąg konia górował nad czerwonym dywanem w Nowym Jorku, gdy 14 lipca odbyła się światowa premiera „Odysei”, ekranizacji eposu Homera, o której Christopher Nolan marzył od ponad 20 lat. Kilka innych gigantycznych koni podróżowało po kilku krajch świata, aby promować film, który wizerunek kultowego drewnianego konia trojańskiego wykorzystuje także na plakatach. I chociaż starożytny grecki poemat nie opisuje szczegółowo wydarzeń słynnej mitologicznej sztuczki, to i tak jest to symbol nowego filmu Nolana. A fani, którzy już go widzieli, rozumieją dlaczego.
W poruszającej i trzymającej w napięciu scenie Nolan zabiera widzów do wnętrza konia trojańskiego, gdzie przeżywają brutalną scenę, która odsłania ciasnotę i przerażające warunki życia ukrywających się Greków, podkreślając ich maniakalną, zwierzęcą potrzebę zwycięstwa w bitwie.
Ta kilkuminutowa scena nie ma sobie równych w porównaniu z wieloma poprzednimi przedstawieniami tego momentu w popkulturze. Max Nelson, który prowadzi zajęcia z ekranizacji starożytnego świata na kanadyjskim Uniwersytecie Windsor, mówi, że nie przypomina sobie innego dzieła, w którym Grecy w tak mroczny sposób wciągaliby widzów w pułapkę. – Trudne warunki, w jakich całymi dniami czekali w koniu trojańskim, nigdy wcześniej nie były pokazywane na ekranie – podkreśla.
Zdjęcie: Melinda Sue Gordon / Universal Pictures
W filmie Nolana szczególnie świeże wydaje się to, że odwraca perspektywę, z którą widzowie zdążyli się już zaznajomić. – Zazwyczaj wydarzenie jest prezentowane z perspektywy Trojan, którzy muszą zdecydować, co z nim zrobić – mówi Nelson.
1.
Ta scena chodziła Nolanowi po głowie od dwóch dekad, odkąd tylko zamarzył o przeniesieniu „Odysei” na ekran. I nie jest to jego pierwsze podejście do Homera. Na początku XXI wieku, po sukcesie „Memento”, na krótko przywiązał się do scenariusza Davida Benioffa do „Troi”, opartego na innym eposie Homera – „Iliadę” w 2004 roku ostatecznie wyreżyserował Wolfgang Petersen, a główną rolę zagrał Brad Pitt.
– Spędziłem więc dużo czasu zastanawiając się, jak to przedstawić publiczności, która wie, że brzuch tego konia jest wypchany Grekami. Jak to uwiarygodnić? – opowiada „Guardianowi”.
Obraz, który mu się ukazał, zalążek jego późniejszego scenariusza do „Odysei”, to obraz wyrzuconego na brzeg posągu zapadającego się w piasek. – Po prostu akt absolutnej desperacji, który nie powinien się udać. To był pierwszy obraz, jaki miałem. Nosiłem go ze sobą przez 20 lat. Zawsze chciałem to zrobić.
Koń trojański Nolana to nie kolos górujący nad wybrzeżem Troi. Tonie. Na wpół zanurzony, wygląda mniej jak pomnik, a bardziej jak ofiara dla bogów, którą już pochłonęło morze. Wewnątrz brudni żołnierze przyciskają się do drewna. Niektórzy toną podczas pierwszych dwóch przypływów i odpływów, podczas gdy inni z trudem łapią oddech przez słomkę, czekając w milczeniu, aż Trojanie przeciągną konia przez mury miasta. To śmiały obraz, nawet jak na Nolana, filmowca, który najskuteczniej połączył artystyczną wizję z komercyjnym sukcesem (np. „Oppenheimer” zdobył siedem Oscarów i zarobił na całym świecie prawie miliard dolarów, stając się najbardziej dochodowym filmem biograficznym w historii kina; w minionym tygodniu pokonał go „Michael”).
– Gdyby koń zapadał się w piasek i miał zostać porwany przez falę, Trojanie nigdy by nie uwierzyli, że ktoś jest w środku – reżyser tłumaczy tygodnikowi „Time” swoją wizję. – Ratowaliby go z fal i ciągnęli do miasta jako nagrodę. Nie byłby na kółkach, jak rolki.
Zdjęcie: Warner Bros
Jedyny Grek, który pozostał, Sinon (w tej roli Elliot Page), wyjaśnia trojańskim żołnierzom, że koń jest pożegnalnym darem dla bogów od jego armii, która najwyraźniej zrezygnowała z wieloletniego oblężenia miasta. Następnie, gdy już myślimy, że możemy podążyć za zaminowanym prezentem przez bramy Troi, Nolan przerywa akcję. Wracamy do konia dopiero po około 45 minutach, kiedy Menelaos (Jon Bernthal) opowiada Telemachowi (Tom Holland), jak to było ukrywać się w posągu z jego ojcem, Odyseuszem (Matt Damon), i innymi żołnierzami. Opisuje, jak mężczyźni, ułożeni jeden na drugim w dusznym upale, musieli również oddawać mocz i kał jeden na drugiego.
Kiedy Trojanie w końcu ich odkrywają, Grecy muszą uważać, by nie wydać żadnego dźwięku, słysząc śmierć Sinona, a następnie milczeć, gdy żołnierz testuje konia, wielokrotnie dźgając go mieczem, trafiając jednego z nich. Posąg jest ciągnięty na linach przez stękających Trojan, po czym gwałtownie stawiany naprzeciw świątyni, ponownie popychając przebywających w niej ludzi.
Przy dźwiękach coraz szybszych i głośniejszych uderzeń bębnów możemy w końcu zobaczyć, jak Grecy w środku nocy wymykają się po linie, zabijają nielicznych żołnierzy trojańskich będących na służbie i z trudem otwierają potężne bramy miasta pośród rosnącej liczby wrogów.
W filmie pełnym cichych momentów jest to jedna z najbardziej chaotycznych, ekscytujących i niezapomnianych sekwencji w historii kina.
2.
Pewnie nigdy by nie powstała, gdyby nie sukces poprzedniego dzieła reżysera. Emma Thomas, żona Nolana i producentka wszystkich jego filmów, ujmuje to wprost: – Nie sądzę, żebyśmy mogli pójść do dużego studia filmowego i powiedzieć: „Chcemy zaadaptować 2700-letni poemat”, co automatycznie oznaczałoby ogromny film. Prosiliśmy o duży budżet w wysokości 250 milionów dolarów. To by się nie udało bez „Oppenheimera”.
„Odyseja” zbiera świetne recenzje, choć są też głosy rozczarowania. Jedni nazywają film arcydziełem, inni „najsłabszym filmem Nolana w karierze”. Widzowie poszli jednak do kin tłumnie. W ten weekend, będący weekendem otwarcia, obraz – jak podaje „Variety” – zarobił 265 mln dol. w 73 krajach na całym świecie, pokonując największy globalny debiut Nolana do tej pory – hit „Mroczny rycerz powstaje” (249 milionów dolarów, bez uwzględnienia inflacji).
Wideo: Universal Pictures
Dzięki znakomitej reklamie, szaleństwu wokół formatów premium („Odyseja” to pierwszy pełnometrażowy film nakręcony w całości kamerami IMAX) i obsadzie aktorskiej z najwyższej półki, „Odyseja” jest gotowa na epicki sukces kasowy. Filmy Nolana osiągnęły rzadki status wydarzenia, którego nie można przegapić. 56-letni Brytyjczyk dostarcza sprytne narracje, oszałamiające efekty wizualne i obsadę z listy A. Ale buduje również skomplikowane fabuły z ukrytymi szczegółami, zaprojektowanymi tak, aby wabić publiczność do kina. Jako prezes Amerykańskiej Gildii Reżyserów, promuje doświadczenie kinowe w erze, w której Hollywood coraz bardziej inwestuje w streaming.
Wybiera prawdziwe lokacje zamiast scen zdjęciowych w studio: aktorzy i ekipa przez pół roku przemierzali pustynie, góry, morza i arktyczne krajobrazy, często docierając na plan zdjęciowy tylko helikopterem lub po bardzo długich wędrówkach. Zespół operatora Hoyte’a Van Hoytemy musiał taszczyć 180-kilogramowe kamery IMAX (o wadze lodówki), przez teren, gdzie samo doprowadzenie ludzi na plan było często wystarczającym wyzwaniem. Wolał efekty „w kamerze” zamiast generowanych komputerowo. Zamiast cyfrowych sposobów filmowania postawił na IMAX 1570 – format, który można nakręcić tylko w trzyminutowych seriach.
Nolan i van Hoytema, którzy pracowali razem przy pięciu z 13 filmów reżysera, musieli rozwiązać trzy problemy. Kamera jest ogłuszająca – Damon porównał to do próby grania z blenderem przy twarzy – dlatego wynaleźli obudowę zwaną sterowcem, aby tłumić hałas podczas intymnych scen z dużą ilością dialogów. Krótkie magazynki kamery wymagają częstego przeładowywania taśm, więc opracowali protokół, w którym cały plan pozostawał cichy, aby aktorzy mogli, jak to ujął van Hoytema, „pozostać w strefie”.
Kamera urosła tak bardzo, że aktorzy nie mogli nic zobaczyć poza nią. – Co jest oczywiście straszne dla aktora, który powinien widzieć osobę, która jest na przeciwko – mówi „Time’owi” van Hoytema, który pod koniec lat 90. XX wieku studiował w łódzkiej Filmówce. Ich rozwiązanie: zestaw luster, który pozwalał aktorom na nawiązywanie kontaktu wzrokowego. Do podniesienia kamery i unoszenia sterowca na stromych zboczach gór wykorzystywali helikopter.
Zmontowana „Odyseja” to też kolos bez precedensu – każda kopia znajduje się na 1570-rolkowej taśmie, ogromna rolka ma ponad 17 km długości i waży 240 kg.
Na potrzeby filmu stworzono 5,3 tys. kostiumów, które szył zespół 175 rzemieślników w Los Angeles oraz ekipa ponad 500 osób z całego świata. Stworzono też pełnowymiarową rekonstrukcję wikińskiego drakkara, o długości około 1/3 standardowego boiska piłkarskiego, która odegrała w filmie rolę statku Odyseusza. Drewniany statek ma 25 par wioseł. Wszyscy aktorzy musieli nauczyć się wiosłować, dlatego Nolan wysłał ich na obóz wioślarski.
Zdjęcie: Melinda Sue Gordon / Universal Pictures
Zaś statek musiał naprawdę być sprawny, bo zdjęcia do „Odysei” kręcono w Grecji, Włoszech, Maroku, Islandii, Szkocji i Stanach Zjednoczonych, i trzeba było nim dopłynąć w wiele z tych miejsc (zobaczcie wideo na temat lokalizacji).
3.
Nawet jego koń trojański jest widowiskowy. Ma mniej więcej wysokość słupa telefonicznego. Produkcja nie podała dokładnie, ile ich było na planie filmu, ale na pewno więcej niż jeden. I nie przypomina niczego, co do tej pory pokazano w kinie.
Nolan studiował wiele tłumaczeń i adaptacji, aby napisać swój scenariusz. Wydarzenia związane z koniem trojańskim są najobszerniej omówione w „Eneidzie” Wergiliusza. W poprzednich ekranizacjach, w tym „Helenie Trojańskiej” z 1956 roku i „Wojnie trojańskiej” z 1961 roku, konia często pokazywano przywożonego na kółkach, już w pozycji pionowej. Te stare filmy nie zawierają ujęć z wnętrza, a przedstawiona w nich walka może wydawać się współczesnej publiczności przestarzała. – Jak to było powszechne w tamtych czasach, walka jest pokazana raczej teatralnie, bez krwi i flaków – ocenia Nelson.
Dwa miniseriale telewizyjne przedstawiające ten starożytny grecki mit – „Odyseja” z 1997 roku i „Helena Trojańska” z 2003 roku – mają przebłyski żołnierzy ukrywających się w koniu, który ponownie umieszczono na kołach, ale żaden z nich nie pokazuje prawdziwego cierpienia w środku. Koń wydaje się raczej przestronnym i wygodnym miejscem, w którym można czekać na rozpoczęcie oblężenia.
Według Kim Shelton, profesor antycznej greki i rzymskiej historii na Uniwersytecie Kalifornijskim w Berkeley, mit o koniu trojańskim istniał w wielu przedstawieniach, począwszy od wczesnych rzymskich malowideł ściennych z VII wieku p.n.e., aż po średniowieczne manuskrypty. – Ponieważ jest to przedmiot mitu i wyobraźni, nigdy nie powstała ostateczna wersja – tłumaczy Shelton. Zauważyła jednak, że od czasów starożytnych mit o koniu trojańskim często przedstawiano na kołach.
Shelton woli wersję pokazaną w „Troi” z 2004 roku, ponieważ rozpadająca się konstrukcja z kawałków drewna i lin przypomina coś, co mogło zostać zmontowane z opuszczonych statków: jedynego materiału, który był pod ręką (film z 2004 roku pokazuje również konia transportowanego do Troi na serii toczących się kłód, a nie na kołach do niego przymocowanych). I chociaż „Troja” nie pokazała żadnych scen z wnętrza – a Achilles grany przez Pitta jest wśród ukrywających się w środku, mimo że w oryginalnym poemacie umiera przed oblężeniem – Shelton uważa, że ujęcia oczu żołnierzy czających się w środku oddają „niebezpieczeństwo, w jakim się znajdują”.
Zdjęcie: Europa Cinematografica
Zdjęcie: Warner Bros.
Koń Nolana, w porównaniu z wersją sprzed 22 lat, wydaje się znacznie bardziej elegancki i wyrafinowany pod względem projektu i konstrukcji. Nie oznacza to jednak, że nie był piekielnym czy klaustrofobicznym miejscem dla osób w środku – w tym dla obsady i ekipy. Damon wyznał, że dzień przed rozpoczęciem zdjęć zapytał reżysera, jak zamierza to zrobić, a ten odpowiedział, że będą musieli improwizować. – To prawdziwa lekcja. Po prostu się tam wciśniemy i coś wymyślimy – uśmiechał się.
Filmowy Odyseusz wspomina, jak wspinał się do środka konstrukcji z innymi aktorami, reżyserem i operatorem: – Uczucie klaustrofobii rozwijało się naturalnie. Gdybyśmy to zaplanowali, nie sądzę, żeby miało to taką samą energię.
John Leguizamo, grający lojalnego i niewidomego Eumaeusa, powiedział w wywiadzie dla „Hollywood Reporter”, jak bardzo był zdumiony, gdy dowiedział się, że Nolan i van Hoytema wsiedli do konia z około 20 aktorami i kamerą IMAX. – Nie mogłem w to uwierzyć. Pomyślałem sobie: „Wow, ten człowiek to prawdziwy przywódca. Ten człowiek nie będzie od ciebie niczego wymagał, czego sam nie spróbuje.
4.
Nolan nie przepada za promowaniem swoich filmów; porównuje omawianie fabuły z wyprzedzeniem do podglądania prezentu gwiazdkowego. W jego idealnym świecie „reżyserzy byliby anonimowi”, aby dzieło mogło mówić samo za siebie. A jednak, w przypadku trwającej blisko trzy godziny „Odysei” od kilku miesięcy prowadzi akcję promocyjną i raczej nie zmieni się to w najbliższym czasie: z powodu premier na całym świecie – czekają jeszcze m.in. Chiny, Japonia i Korea Południowa – a następnie kampanii nagród dla filmu, aż do przyszłej wiosny, gdy odbędą się Oscary.
– Tak bardzo pragnę momentu, kiedy nie mam już nic do roboty – deklaruje w programie „Today” NBC. – Bardzo szybko się nudzę i to jeden z powodów, dla których lubię wracać do pracy. Nie mogę się zregenerować. Ale w tej chwili widzę tylko, jak to wszystko przetrwać i zrobić sobie przerwę. Miną przynajmniej trzy lata, zanim nakręcę kolejny film. Myślę, że zdecydowanie osiągnąłem granice własnej wytrzymałości i wytrzymałości wszystkich. ﹡