Patti Smith sportretowana przez Roberta Mapplethorpe’a w Nowym Jorku w 1975 roku. Zdjęcie trafiło na okładkę jej płyty „Horses”
Patti Smith: „Jestem robotnicą. Najlepsze jest to, że można nią być do końca życia i nie iść na emeryturę!”
25 sierpnia 2025
tekst: AMK

Posłuchaj

„Jezus zmarł za wasze grzechy, ale na pewno nie moje” – oznajmiła na „Horses”. Najwspanialszy wers otwierający debiutancki album w historii rocka? Mniej w nim o świętokradztwie, a bardziej o deklaracji niepodległości, niezachwianej wierze w samostanowienie. Płyta nie tylko uczyniła z Patti Smith jedną z najważniejszych kobiet w historii kultury, ale i odcisnęła piętno na kilku pokoleniach muzyków. Teraz, z okazji 50-lecia jej wydania, ukaże się zremasterowana wersja, która będzie zawierać również osiem nigdy wcześniej niepublikowanych utworów. Dodatkowo jej autorka przygotowała „intymne” nowe wspomnienia – „Bread of Angels”.

Otwierający „Horses” utwór był przeróbką rockowej piosenki zespołu Them z jej słowami. Wersja Smith, ze zdaniem „Jezus zmarł za wasze grzechy, ale na pewno nie moje”, była radykalna i oszałamiająca. W jej rękach „Gloria” zamieniła się w coś niezwykłego, urzekającego, hipnotycznego. Pogodziła wiersz z wigorem garażowego rocka. To był głęboki, bezkompromisowy i bezprecedensowy wstęp do artystycznej kariery, o którym Michael Stipe z REM powiedział później: – Ta piosenka poszarpała mi ciało na kawałki i złożyła je w zupełnie nowy sposób.

Bono wciąż rozpływa się w zachwytach. A Bruce Springsteen, Bob Dylan i Lou Reed znaleźli w wykonawczyni bratnią duszę. To właśnie „Horses” rozsławiło Smith jako „najwspanialszą poetkę rocka”, ale też wprowadziło ją na artystyczną ścieżkę, gdzie miała zamiar służyć czemuś ważniejszemu niż ona sama.

Patti Smith: „Chciałam nagrać płytę, która sprawiłaby, że pewien typ ludzi nie czułby się samotny. Ludzi, którzy byli jak ja – inni”
Patti Smith: „Chciałam nagrać płytę, która sprawiłaby, że pewien typ ludzi nie czułby się samotny. Ludzi, którzy byli jak ja – inni”
Patti Smith: „Chciałam nagrać płytę, która sprawiłaby, że pewien typ ludzi nie czułby się samotny. Ludzi, którzy byli jak ja – inni”
Patti Smith: „Chciałam nagrać płytę, która sprawiłaby, że pewien typ ludzi nie czułby się samotny. Ludzi, którzy byli jak ja – inni”

O TYM, JAK ZOSTAŁA POETKĄ

Ale zanim wniosła do punk rocka feministyczny i intelektualny punkt widzenia, kobiecy rock and roll był w powijakach. W latach 60. uznawano rocka za seksistowski, mężczyźni nie widzieli w nim miejsca dla kobiet. Kiedy Smith szukała gitarzysty do swojej kapeli, mało który facet chciał grać w jej zespole.

Wiosną 1967 roku wsiadła do autobusu, który zabrał ją z prowincjonalnego Deptford w stanie New Jersey do Nowego Jorku. „Nikt na mnie nie czekał. A zarazem czekał na mnie cały świat” – napisała o tym dniu. Chciała pomieszkać trochę u znajomych i zostać artystką, a w rodzinnych stronach, gdzie po szkole podjęła pracę w fabryce, nic jej nie trzymało.

Patti Smith na Coney Island, Nowy Jork, 1996
Zdjęcie: Steven Sebring

Rok wcześniej, pod koniec lata, jak sama napisała, „popadła w kłopoty”. Jednorazowa przygoda z 17-latkiem zakończyła się dla 20-letniej wówczas Patti ciążą. „Dostrzegałam ironię tej sytuacji – ja, która nigdy nie chciałam być dziewczyną ani dorosnąć, miałam teraz przejść bardzo ciężką próbę. Natura nauczyła mnie pokory” – wspominała po latach w książce „Poniedziałkowe dzieci”.

W Nowym Jorku wdała się w romantyczny związek z fotografem Robertem Mapplethorpem, z którym miała później zamieszkać w cieszącym się złą sławą legendarnym Hotelu Chelsea. Marzyła, by zostać poetką. W początkach lat 70. należała do grupy St Mark’s Poetry Project, o której napisała w swojej książce, że była „pożądanym forum dla każdego, nawet najbardziej uznanego poety. Wszyscy odczytywali tam swe utwory. Gdybym miała wskazać, gdzie chciałabym zaprezentować własną poezję, to było właśnie to miejsce”.

Do udziału w pierwszym występie zaprosiła przyjaciela, Lenny’ego Kaya, żeby akompaniował jej na gitarze. – Moim celem nie było jedynie jakoś sobie poradzić – zdradziła później. – Chciałam odcisnąć piętno na St Mark’s. Zrobiłam to dla poezji. Zrobiłam to dla Rimbauda… Chciałam nasączyć słowo pisane bezpośredniością i frontalnym atakiem rock’n’rolla.

W nowojorskim kościele odczytała wówczas wiersz „Oath” („Przysięga”), który napisała krótko po przyjeździe do miasta. Zaczyna się właśnie od tych pamiętnych słów: „Jezus zmarł za wasze grzechy, ale na pewno nie moje”. Wywołała sensację w oczach artystycznej elity miasta (Andy Warhol, Lou Reed, Allen Ginsberg, Sam Shepard), ale zamiast wykorzystać zamieszanie i podpisać kontrakt płytowy, wycofała się i zaplanowała kolejny ruch. Po cichu zebrała zespół, który miał zagrać na „Horses”.

O TYM, JAK ZOSTAŁA „MATKĄ CHRZESTNĄ PUNK ROCKA”

Dobrze wybrała też producenta. Album został wyprodukowany przez Johna Cale’a z Velvet Underground, który nie wygładzał chropowatych kawałków. Jak wyznała po latach, spierała się z nim na każdym kroku o kierunek płyty, która – jej zdaniem – miała na celu przekroczenie języka, gatunku i osobistych ograniczeń autorki jako chorowitej dziewczyny z klasy robotniczej, która przeprowadziła się do Nowego Jorku w poszukiwaniu pracy. Nie mogła ograniczać się do jednego gatunku. Inspirację czerpała więc z rock’n’rolla, reggae, jazzu i wierszy Arthura Rimbauda.

Nie chodziło o wezwanie do anarchii czy nihilizmu, lecz wiarę w rocka jako doświadczenie zmieniające życie – a potencjalnie także świat. „Horses” uosabiał osobisty impuls. – Czułam, że nasz kulturowy głos, tak wspaniały pod koniec lat 60. i na początku lat 70., słabnie, bo nastąpił rozkwit rocka stadionowego, glam rocka i wszystkich tych różnych nurtów. Czułam więc, że ktoś musi go uratować. Nie sądziłam, że to będę ja, ale myślałam, że mogę odegrać jakąś rolę – Smith 10 lat temu opowiadała BBC.

Winyle „Horses” z okazji 50-lecia płyty
CD „Horses” z okazji 50-lecia płyty

Miała silne poczucie własnej wartości i przekonanie, że jest głosem pozbawionych praw buntowników. – Nie celowałam w cały świat. Nie starałam się stworzyć przebojowego albumu. Świadomie chciałam nagrać taki, który sprawiłby, że pewien typ ludzi nie czułby się samotny. Ludzi, którzy byli jak ja – inni. Chciałam im powiedzieć: „nie traćcie ducha, nie poddawajcie się” – wyznała.

„Horses” ukazało się na rynku 10 listopada 1975 roku nakładem Aristy. Do dziś album uznawany jest przez krytyków nie tylko za jedną z najważniejszych płyt definiujących amerykańskiego punk rocka, ale też rocka w ogóle. Magazyn „Rolling Stone” napisał, że jest „deklaracją buntu, wyznaniem wiary w przekształcającą moc rock and rolla”. A ponieważ jego pojawienie zbiegło się z pierwszymi iskrami punku w Nowym Jorku, autorkę nazwano „matką chrzestną punku”. To mylące określenie, które wciąż próbuje zignorować. – Nazywano mnie różnorako „księżniczką moczu”, „strażniczką flegmy”, „dzikim mustangiem rock’n’rolla”, ale tak naprawdę nie byłam punkiem, a mój zespół nigdy nie był zespołem punkrockowym – powiedziała w 2014 roku.

Patti Smith: „Lubię swój umysł. Mam bujną wyobraźnię. Nie jestem osobą, która ulega presji otoczenia”
Patti Smith: „Lubię swój umysł. Mam bujną wyobraźnię. Nie jestem osobą, która ulega presji otoczenia”
Patti Smith: „Lubię swój umysł. Mam bujną wyobraźnię. Nie jestem osobą, która ulega presji otoczenia”
Patti Smith: „Lubię swój umysł. Mam bujną wyobraźnię. Nie jestem osobą, która ulega presji otoczenia”

Nie umniejsza to jednak kluczowej roli artystki w powstaniu punku. Zespoły Ramones i Sex Pistols ucieleśniały punk we wszystkim, od postawy po ubiór, Smith była raczej muzycznym włóczęgą, która pomogła zbudować most między jedną erą a następną.

O TYM, JAK ZOSTAŁA IKONĄ STYLU

Nawet okładka „Horses” zapoczątkowała zupełnie nowy styl: ważne było to, w jaki sposób została przedstawiona kobieta. To był zupełnie nowy sposób widzenia, którego ludzie wcześniej nie znali: nie dało się jej zdefiniować ani przez płeć, styl, miasto, ani subkulturę. W czerni i bieli spogląda zza rozczochranych włosów z mieszanką pewności siebie i determinacji, chłodna i androgyniczna, z marynarką przewieszoną przez lewe ramię. Jednak jej szczupła sylwetka i delikatne dłonie emanowały wrażliwością.

Patti Smith ze swoimi muzykami podczas pracy nad albumem „Radio Ethiopia”, Nowy Jork, 1976
Zdjęcie: Frank Stefanko

Strój do pozowania wybrała bardzo dokładnie: koszulę kupiła w sklepie Armii Zbawienia na Manhattanie, monogram na kieszonce miał przypominać o Jeanie Genecie okiem Brassaïa. Do tego czarny żakiet, szpilka w kształcie konia, którą podarował jej gitarzysta Allen Lanier i jeszcze ulubiona czarna wstążka wystająca spod kołnierzyków koszuli. Wizerunek był dla niej ważny, bo wzorowała się na artystach, których wizerunek przetrwał ich samych, jak choćby Baudelaire’a i Morrisona. – Wizerunek ma w sobie piękno, ale jeśli jest pięknem bez treści, szybko można o nim zapomnieć – tłumaczyła „The Talks”.

– Twierdzi, że pozując do zdjęć myślała o Charlesie Beaudelaire – przypominała historyczka mody Cally Blackman w „Guardianie”. – Na okładkowej fotografii wygląda jak dandys – może za sprawą tego przewieszonego przez ramię żakietu – no i oczywiście przypomina chłopaka lub mężczyznę, więc może nawiązuje do długiej tradycji, zapoczątkowanej pod koniec XVII wieku, gdy kobiety przywdziewały męskie stroje w różnych celach: by wyrazić seksualność, szukać alternatywy dla sukni bądź zwyczajnie dla wygody.

Ten słynny portret zrobił Mapplethorpe, z którym wciąż była w związku, choć fotograf miał już inną miłość – Sama Wagstaffa, bogatego mecenasa sztuki, kuratora i kolekcjonera. Na miejsce sesji wybrał mieszkanie kochanka, wykorzystał przy tym naturalne światło. Gdy poprosił ją, by pokazała więcej koszuli, Smith zarzuciła sobie marynarkę na ramię, nawiązując w swym mniemaniu do Franka Sinatry. „Byłam pełna różnych odniesień, a on był pełen światłocienia” – napisała o tamtej sesji w „Poniedziałkowych dzieciach”.

Tego popołudnia Robert tylko 12 razy nacisnął spust migawki i wybrał jedno zdjęcie, w którym jego zdaniem była magia. Ona podkreśla, że portret uchwycił spojrzenie wymienione z Mapplethorpem. – Gdy teraz na nie patrzę, nigdy nie widzę siebie. Widzę nas – wyznała. – Uwielbiam to zdjęcie. Reprezentuje moją przyjaźń z Robertem i po prostu pokazuje mnie taką, jaką byłam.

O albumie mówiła wielokrotnie, że jest „moim dźwiękowym mieczem ubranym w obraz Roberta”. Dla innych ten obraz, a także androgyniczny sposób ubierania się piosenkarki w późniejszych latach, zrobił z niej ikonę stylu. Belgijska projektantka Ann Demeulemeester była jej największą fanką – zobaczyła okładkę „Horses” jako 16-latka, kupiła płytę i świat artystki w białej koszuli wywarł na niej trwałe wrażenie. Na tyle mocne, że wiele lat później wysłała do „dziewczyny z okładki” paczkę, która zapoczątkowała przyjaźń na zawsze. – W chwili głębokiej samotności, gdy mój ciężko chory mąż zmarł, a ja byłam zmęczona życiem bez niego, otrzymałam paczkę z Antwerpii – wykwintne białe pudełko przewiązane czarną wstążką – niczym fotografia Roberta Mapplethorpe’a. Pod warstwami nieskazitelnej bibułki, leżały trzy białe koszule… Zrozumiałam, że nie jestem sama – wspominała dzień 1994 roku.

Od tamtej pory Demeulemeester ubierała ją za każdym razem, gdy wychodziła na scenę. Patti, która ceniła swoją wolność i jej broniła, nie zaprzątając sobie głowy stereotypowymi ograniczeniami dotyczącymi płci, stała się dla projektantki najulubieńszą muzą i inspiracją.

Kolekcja Ann Demeulemeester wiosna-lato 1997 inspirowana Patti Smith
Zdjęcie: Marleen Daniels
Patti na pokazie mody Ann Demeulemeester jesień-zima 2006-2007
Zdjęcie: Dan & Corina Lecca

O TYM, JAK ZOSTAŁA ULUBIENICĄ POLAKÓW

„Horses” nie tylko zapoczątkował karierę najwspanialszej poetki rocka, ale i trafił do zestawień najlepszych albumów wszech czasów. A Smith z okazji jego 40-lecia dostała order od francuskiego ministerstwa kultury, jak i miejsce w Rock and Roll Hall of Fame. W serii jubileuszowych występów był też ten w Polsce na OFF Festivalu w Katowicach dziesięć lat temu wokalistka zaprezentowała „Horses” w całej okazałości: od pierwszego do ostatniego dźwięku. Polska publiczność śpiewała z nią przez cały koncert, zanim wzruszona nie zeszła ze sceny.

– Słowo daję, że 70 proc. z tych około 20 tys. osób było poniżej 25. roku życia i śpiewali teksty wszystkich piosenek. Byłam cała we łzach, bo to dla mnie było coś. W miejscu, którego nigdy wcześniej nie odwiedziłam, mieć tylu młodych ludzi dających ci wsparcie, energię i otrzymujących ją z powrotem. Do tego dążyłam, kiedy byłam młoda – wspominała później magazynowi „Vice”.

Teraz, z okazji złotego jubileuszu, klasyk zostanie ponownie wydany. Na rynku jako „Horses 50th Anniversary Edition” pojawi się 10 października w rozszerzonej edycji: w formacie 2-LP i 2-CD. Oprócz oryginalnego, ośmiościeżkowego albumu zremasterowanego z oryginalnych taśm-matek, będzie zawierać osiem nigdy wcześniej niepublikowanych utworów, w tym taśmę demo z przesłuchania Smith dla wytwórni RCA z 1975 roku. Usłyszymy też m.in. alternatywną wersję „Birdland” oraz jazzrockową piosenkę „Snowball”, która już jest dostępna.

Patti Smith: „Napisanie tej książki zajęło mi dekadę, gdy zmagałam się z pięknem i smutkiem całego życia”
Patti Smith: „Napisanie tej książki zajęło mi dekadę, gdy zmagałam się z pięknem i smutkiem całego życia”
Patti Smith: „Napisanie tej książki zajęło mi dekadę, gdy zmagałam się z pięknem i smutkiem całego życia”
Patti Smith: „Napisanie tej książki zajęło mi dekadę, gdy zmagałam się z pięknem i smutkiem całego życia”

O TYM, JAK ZOSTAŁA PISARKĄ

Dodatkowo artystka opublikuje swoje długo oczekiwane wspomnienia „Bread of Angels”, które wydawnictwo określa jako „najbardziej intymne i wizjonerskie dzieło piosenkarki”.

W książce Smith zagłębia się w powojenne dzieciństwo w robotniczej Filadelfii i New Jersey (jej ojciec był maszynistą, a matka kelnerką, która dorabiała prasowaniem), a także w lata nastoletnie, „kiedy pojawiają się pierwsze przebłyski sztuki”, kiedy „Arthur Rimbaud i Bob Dylan wyłaniają się jako kreatywne wzory do naśladowania”, gdy zaczyna pisać poezję, a następnie teksty piosenek, jej drogę do punkrockowej sławy, aż po wycofanie się z życia publicznego, gdy „spotyka swoją jedyną prawdziwą miłość i zakłada rodzinę nad brzegiem jeziora Saint Clair w stanie Michigan”. Opisuje również małżeństwo z gitarzystą Fredem „Sonicem” Smithem, które skończyło się wraz z jego śmiercią w 1994 roku (w wieku 45 lat).

– Napisanie tej książki zajęło mi dekadę, gdy zmagałam się z pięknem i smutkiem całego życia. Mam nadzieję, że ludzie znajdą w niej coś, czego potrzebują – zachęca autorka 288-stronicowych wspomnień, które ukażą się 4 listopada (w Polsce w drugiej połowie 2026 roku nakładem Wydawnictwa Czarne). Data ta jest szczególnie dla niej znacząca, ponieważ przypada zarówno na urodziny Mapplethorpe’a, jak i rocznicę śmierci jej męża.

To kontynuacja nagrodzonych National Book Award w 2010 roku „Poniedziałkowych dzieci”, dokumentujących jej związek z Robertem, a także ich uznanego następcy z 2015 roku, „M Train” o jej związku ze Smithem (obie książki po polsku wydało Czarne). „Bread of Angels” będzie promować w przerwie między europejską a amerykańską trasą koncertową z okazji 50. rocznicy wydania „Horses”. Zaczyna 6 października w Dublinie, a potem wystąpi też w Londynie, Oslo, Paryżu i innych miastach, a zakończy 29 listopada w Filadelfii.

To będzie intensywny czas dla 79-latki, która na co dzień żyje samotnie w nowojorskim domu, gdzie większość miejsca zajmują książki („tylko oczytany włamywacz wiedziałby, co ukraść”). Ma też dom na plaży, „wytchnienie od bałaganu” – to elegancka, spartańska chata, która przetrwała huragan i jest pełna prezentów: włoskie biurko dostała od Johnny’ego Deppa, autoportret Brâncuşiego od Michaela Stipe’a, a wizytówka Giuseppe Verdiego to prezent od córki.

Nie umie prowadzić samochodu ani, pomimo miłości do oceanu, pływać. W przeciwieństwie do wielu z jej pokolenia zawsze unikała narkotyków: – Byłam chorowitym dzieckiem: urodziłam się z zapaleniem płuc i oskrzeli, miałam gruźlicę, szkarlatynę… moja matka poświęciła dużo czasu, aby utrzymać mnie przy życiu – a do 20. roku życia przeszłam wiele pod względem fizycznym. Nigdy nie myślałam, że będę miała długie życie, ponieważ zmagałam się z wieloma chorobami, więc postanowiłam, że go nie zmarnuję.

Był jeszcze jeden powód, by się oprzeć używkom. – Lubię swój umysł. Mam bujną wyobraźnię. Lubię mieć nad sobą kontrolę. I nie jestem osobą, która ulega presji otoczenia – opowiadała trzy lata temu „Guardianowi”.

Czy myśli o własnej śmiertelności? – Nigdy nie myślałam o śmierci, dopóki nie skończyłam 70 lat. Nie myślałabym o tym, gdybym nie miała dzieci, ale tak wcześnie stracili ojca… Moja relacja z Jesse i Jacksonem jest tak silna, że nienawidzę myśli o ich opuszczeniu – wyznała.

Praca jest dla niej niezbędna: – Kiedy ludzie pytają, czy chciałabym być nazywana piosenkarką, autorką tekstów, artystką czy poetką, mówię: „jeśli nazwiesz mnie robotnicą, będzie to utożsamiać wszystko, co robię”. Pamiętam, jak podczas pierwszego wieczoru poetyckiego nie napisałam „Patti Smith, poetka”, ale „Patti Smith, robotnica”. Nie byłam cudownym dzieckiem, muszę bardzo ciężko pracować nad wszystkim, co robię, żeby miało to jakąś wartość. Najlepsze w tym jest to, że można być robotnicą do końca życia! Więc nigdy nie muszę przechodzić na emeryturę.

Sławę traktuje jako coś niezręcznego. Nie żyje jak gwiazda, ani ekonomicznie, ani towarzysko. Nadal prowadzi dość proste życie, pomijając podróże. – Czuję się błogosławiona, mając taką wyobraźnię, ale nie sądzę, żeby to czyniło mnie ważniejszą od kogokolwiek innego. Jestem sobą, ze wszystkimi moimi wadami – i jestem wdzięczna – podsumowuje. ﹡

Wspomnienia „Bread of Angel” pojawią się w sprzedaży 4 listopada
Tym zdjęciem artystka zapowiedziała „Bread of Angel”
Zdjęcie: Steven Sebring

Kopiowanie treści jest zabronione