Wokalistka, performerka, producentka i architektka własnego mitu – Rosalía. Zbudowała karierę balansując między tym, co odziedziczone, a tym, co wymyślone od zera. Wychowana na flamenco, rozebrała je na części i złożyła na nowo z autotune’a, basu i obrazu. Dla młodego pokolenia jest przykładem muzycznej rewolucji, dla starszego profanacją i świętokradztwem. W krótkiej dyskografii nie napotkała jeszcze żadnej konwencji, której nie potrafiłaby złamać.
Co udowodniła wraz z premierą czwartego albumu – „Lux”, który nagrała z London Symphony Orchestra i który zawiera aranżacje laureatki Nagrody Pulitzera Caroline Shaw. Płyta jest przystępna, choć śmiała. Ale nade wszystko nie przypomina niczego innego w świecie popu. Nic dziwnego, że zebrała za nią pochwały i cenne nagrody: Międzynarodowej Kompozytorki Roku na Ivor Novello 2026 (doceniono jej globalny wpływ i twórczość w 14 językach), a także tegoroczną nagrodę Brit Awards, w tej samej kategorii. Chwilę wcześniej występując na scenie z Björk.
Jej giga-trasa koncertowa promująca album „Lux” wyprzedała się chwilę po rozpoczęciu sprzedaży. Mnie udało się zdobyć bilet i na żywo zobaczyć, jak Rosalía kreuje oszałamiające show.
„B E Z C Z E L N A A R T Y S T Y C Z N I E”
„Pracowita, obsesyjna, skupiona” to tylko niektóre epitety studentów i wykładowców, które można usłyszeć, pytając o Rosalíę w Wyższej Szkole Muzycznej w Katalonii. Na elitarny kierunek cante flamenco aplikują tysiące osób rocznie – a wybrana zostaje tylko jedna. Dostanie się na ten wydział graniczy z cudem i wiąże się ze specyficznym modelem nauczania i pracą 1:1 z mistrzem flamenco. W 2014 roku tą wybranką była urodzona w San Esteve Sesrovires 22-letnia Rosalía Vila Tobella.
Jeszcze w czasie studiów wydała pierwszy album „Los Ángeles”, na którym łączy surowy głos z gitarą i porusza tematy śmierci, religijności i melancholii.
Jak piszą hiszpańskie media, zadawała dużo pytań, była „niespokojna, ciekawa”, wiedziała czego chce. Dyrektorka szkoły podkreśla jej bezczelność artystyczną i zdolność łączenia wpływów. Przeszła rygorystyczną, klasyczną edukację flamenco – co zaowocowało powstaniem projektu dyplomowego, a jednocześnie jej drugiego albumu „El mal querer”, za który zdobyła nagrodę Latin Grammy w kategorii Album roku.
Płyta, inspirowana średniowieczną powieścią „Flamenca”, łączy koncept toksycznego związku z eksperymentalnymi brzmieniami trapu, R&B i elektroniki. To kluczowy moment w karierze artystki, która na fali popularności reggaetonu zaczyna globalną karierę.
W 2019 roku Rosalía pojawiła się w Gdyni na festiwalu Open’er – i już wtedy było jasne, że ta artystka nie mieści się w żadnej gotowej szufladce. Promując „El mal querer”, ale coraz śmielej wkraczając na terytorium popu i reggaetonu, budowała wówczas współpracę z artystami pokroju J Balvina czy Jamesa Blake’a, eksperymentując z brzmieniem tak zachłannie, jakby każdy gatunek był kolejnym składnikiem do przerobienia na własnych zasadach.
Na scenie festiwalowego namiotu dała show, które wręcz nie pasowało do skali tego miejsca: pulsujący bas, brokat, spektakularna choreografia i tancerze poruszający się jak jedno ciało. To był spektakl rodem z aren, które Beyoncé wypełnia po brzegi. Ta trasa udowodniła, że Hiszpanka jest w stanie wyprzedawać światowe areny. Krytycy podkreślali jej pełną kontrolę nad sceną, minimalizm środków i napięcie między tradycją a nowoczesnością, które nadawało koncertom wyjątkową intensywność.
„Częściowo popowe widowisko, częściowo taniec interpretacyjny, częściowo prezentacja tradycji ludowej, a częściowo jej detonacja, częściowo awangardowy techno-show […] trasa Rosalíi odważnie wyznacza kierunek, który może stać się kolejnym krokiem w muzyce” – już wtedy pisał muzyczny magazyn „Stereogum”.
W B A R Z E M L E C Z N Y M W W A R S Z A W I E
Ta odwaga i bezczelność wybrzmiała najbardziej na kolejnym, trzecim albumie „Motomami”. Moto – ruch, agresja, prędkość, hałas. Mami – intymność, cisza, delikatność. Ze zderzenia tych dwóch form powstało dzieło odważne, wręcz rewolucyjne, osadzone w tematach sławy, technologii i samotności.
Trasa Motomami World Tour z 2022 roku była czymś zupełnie innym niż ktokolwiek mógłby się spodziewać po artystce w pełni rozkwitu popularności. Zamiast fajerwerków i przepychu wielkich aren, Rosalía postawiła na minimalizm: białe tło sceny, dwa pionowe ekrany, ośmiu tancerzy i ogromna kamera rejestrująca wszystko w czasie rzeczywistym. Efekt był bliższy performance’owi z MoMA niż typowemu koncertowi popowemu – i właśnie to było w nim nowatorskie i przewrotowe.
Trasa objęła 46 koncertów w miastach na całym świecie, przyciągając łącznie 440 tysięcy widzów i zarabiając ponad 30 milionów dolarów. Na widowni pojawiały się twarze z list najlepiej ubranych i najbardziej wpływowych: od Franka Oceana i Drake’a po Pedro Almodóvara i królową Hiszpanii Letizię. Koncert w londyńskim O2 Arena recenzenci okrzyknęli jednym z najważniejszych show roku, a „Guardian” nazwał Rosalíę „nieustraszoną królową popu”.
Zdawało się, że artystka nie jest już w stanie zaskoczyć fanów – aż do pewnego pozornie zwyczajnego październikowego dnia ub.r., kiedy zamieściła na Instagramie zdjęcie z warszawskiego baru mlecznego Rusałka. Polskie i zagraniczne media natychmiast zaczęły spekulować na temat powodu jej wizyty w naszej stolicy. Odpowiedź przyszła 27 października, gdy opublikowała teledysk do utworu „Berghain”, nakręcony w Warszawie. Singiel nagrany z Björk i Yves Tumorem, to operowa podróż przez języki i emocje. Tytuł nie jest przypadkowy – nawiązuje do legendarnego berlińskiego klubu techno.
Teledysk wyreżyserował Nicolás Méndez, wieloletni współpracownik Rosalíi, który wcześniej stał za kamerą przy „Malamente”, „TKN” i „Pienso En Tu Mirá”. Klip opowiada historię kobiety zmagającej się ze stratą, usiłującej złożyć na powrót złamane serce.
Warszawa jest tu czymś znacznie więcej niż neutralnym tłem – w teledysku pojawia się wnętrze miejskiego tramwaju, charakterystyczny plakat z anatomicznym schematem serca, a całość czerpie bezpośrednio z klasyki polskiego kina: trylogii „Trzy kolory” Krzysztofa Kieślowskiego. W kadrach rozsiane są polskie rekwizyty: meble, zastawy stołowe, kartka kalendarza z napisem „wrzesień”. Znalazły się też ujęcia orkiestry symfonicznej i chóru oraz scena rozgrywająca się w salonie jubilerskim.
W ciągu pierwszych 24 godzin od premiery klip został obejrzany blisko siedem milionów razy (tutaj wideo).
„T O T Ę D Y W C H O D Z I Ś W I A T Ł O”
„Berghain” zwiastował przełomowy moment w jej karierze – nową płytę „Lux”, na której znalazło się 18 utworów nagranych z Londyńską Orkiestrą Symfoniczną pod dyrekcją islandzkiego kompozytora Daníela Bjarnasona, z udziałem gości, takich jak Björk, Carminho, Estrella Morente, Silvia Pérez Cruz oraz chórów Escolania de Montserrat i Orfeó Català. Album pomyślany jako dzieło konceptualne, podzielone na cztery części, a jego przewodnim motywem były duchowa przemiana i poszukiwanie światła. Lux to wszak łacińskie słowo oznaczające światło.
Cytatem przyświecającym Rosalíi przy tworzeniu krążka był tekst piosenki „Anthem” Leonarda Cohena: „Zapomnij o swojej idealnej ofierze. Jest pęknięcie, pęknięcie we wszystkim. To właśnie tędy wchodzi światło…”.
Krytycy przyjęli album z zachwytem rzadko spotykanym w ostatnich latach. „Rolling Stone” opisał „Lux” jako dzieło „wypełnione historią i dziesięcioleciami szkolenia, które pozwoliły jej spleść brzmienia klasyczne, odniesienia operowe i czternaście języków w jedno poruszające, ponadczasowe dzieło sztuki”. Z kolei „NME” określiło album jako „wstrząsający, o oszałamiającym rozmachu i ambicji – nieustannie wprawiający w osłupienie”. Ikona popu Madonna też ogłosiła się fanką: „Nie mogę przestać słuchać! Jesteś prawdziwą wizjonerką!!!”.
Podczas tworzenia płyty i planowania koncertów mocno zagłębiła się w religijną symbolikę. Wiele utworów inspirowanych jest świętymi i mistyczkami, np. Hildegarda z Bingen, Rabiją al-Adawijją czy Teresą z Ávili. Mimo, że w tekstach pojawiają się motywy Boga, świętości, grzechu, zbawienia i transcendencji Rosalía wcale nie wyznaje, że jest osobą religijną. Wspomina, że lubi katolickie rytuały i że jako dziecko chodziła czasem do kościoła z babcią, ale jednocześnie nie deklaruje przynależności do Kościoła.
– Tak wiele z tych świętych było zakonnicami i niesamowicie fascynowało mnie poznawanie ich życia, odkrywanie sposobu, w jaki się wyrażały. Doświadczały Boga i opisywały to słowami. Po prostu mówiąc. To był inny rodzaj poznania, prawda? Inny sposób rozumienia tego, co boskie. Mam poczucie, że dziś mnóstwo ludzi odwołuje się do celebrytów, a celebryci odwołują się do celebrytów. Ja wolę odwoływać się do świętych – wyjaśniła w wywiadzie dla amerykańskiego „Vogue’a”, który uhonorował ją okładką.
Choć album „Lux” zawiera elementy, które część konserwatywnych katolików mogłaby uznać za prowokacyjne, a nawet bluźniercze, niektórzy katoliccy duchowni – także związani z Watykanem – ocenili go pozytywnie jako próbę przywrócenia duchowości we współczesnej popkulturze.
„Pitchfork” nazwał „Lux” „śmiałą i awangardową ewolucją”, podkreślając, że album nagradza cierpliwego słuchacza bogactwem emocji i eksperymentów dźwiękowych. Zaś „Guardian” określił płytę jako „wymagające, wyjątkowe zderzenie klasyki i chaosu”, dodając, że „nie mogłaby zostać stworzona przez nikogo innego”.
Recenzenci podkreślali, że Rosalía całkowicie porzuciła oczekiwania wobec współczesnego popu i stworzyła coś bliższego operze czy performansowi artystycznemu. „New Yorker” zachwycał się, przekonując, że Rosalía wraz z „Lux” „przekracza granice muzyki pop”. Krytycy wielokrotnie zwracali uwagę na to, że album świadomie sprzeciwia się kulturze krótkich wiralowych hitów. „Washington Post” zawyrokował, że „domaga się pełnego skupienia” i jest dziełem, którego nie da się traktować jako muzyki tła.
Sama autorka doradziła fanom, by słuchali „Lux” w słuchawkach, w ciemnym pokoju – jako antidotum na trendy TikToka i wiralowe filmiki. – Im bardziej jesteśmy w erze dopaminy, tym bardziej pragnę jej przeciwieństwa – powiedziała w wywiadzie dla „New York Timesa”.
F I Z Y C Z N I E, E M O C J O N A L N I E, P S Y C H I C Z N I E
Fani czekali na ogłoszenie trasy koncertowej, wiedząc jakiej skali występu można się spodziewać. Niestety Polska nie znalazła się na liście Lux tour. Polskim fanom pozostało polowanie na bilety w innych europejskich krajach. Mnie, jakimś cudem, udało się kupić bilet na koncert w Amsterdamie.
Jeszcze przed wejściem na arenę Ziggo Dome w Amsterdamie dało się odczuć, kto tej nocy przejmuje to miasto. Pobliskie puby grały najpopularniejsze, najbardziej rytmiczne kawałki Rosalíi, a mieszkańcy i turyści z okazji koncertu śmiało przywdziali kojarzące się z artystką części garderoby – białe welony, koronkowe topy i koszulki było widać na każdym kroku.
Oprawa sceniczna trasy – zaprojektowana przez Dennisa Vanderbroeka – została pomyślana jako widowiskowa i pełna rozmachu, wyraźnie odchodząc od oszczędnej estetyki poprzedniego tournée. Za choreografię show odpowiada francuski kolektyw (La) Horde oraz Dimitris Papaioannou. Całość opiera się na dwóch połączonych strefach występów: scenie głównej oraz dodatkowej scenie typu B.
Scena główna przyjmuje formę półokręgu, a jej centralnym punktem jest duża, biała kurtyna z płótna. W trakcie koncertu jest ona wielokrotnie odsłaniana i zasłaniana, zapowiadając kolejne części show – stanowi więc zarówno główny element wizualny, jak i środek budowania narracji. Na środku sceny czekający na koncert od rana fani mogli zobaczyć gigantyczne rozsuwane drzwi przypominające podobrazie, sygnowane podpisem artystki i logo trasy. To była wyraźna zapowiedź, że czeka nas wycieczka po galerii sztuki.
Druga scena znajduje się pośród publiczności i została zaprojektowana w planie krzyża łacińskiego; to właśnie tam ulokowana jest orkiestra na żywo. Obie przestrzenie łączy długi wybieg przecinający sektor stojący, co umożliwiało Rosalíi swobodne przemieszczanie się oraz bliższy kontakt z widzami.
Tancerze wnoszą wielką skrzynię na wzór tej do transportowania dzieł sztuki i ostrożnie otwierają jej klapy. W środku, z mikrofonem w ręku kryje się ona, prawdziwe dzieło sztuki – Rosalía. Ubrana w strój baletnicy projektu Ann Demeulemeester zaczyna śpiewać „Sexo, violencia y llantas”. Podczas kolejnych kilku piosenek, poza śpiewem, zobaczymy pokaz baletu, którego artystka uczyła się z tancerką Teatru Bolszoj.
Rosalía opowiadała „El Pais”: – To bardzo wymagające fizycznie, emocjonalnie i psychicznie. Przygotowanie do takiej trasy narzuca ogromną dyscyplinę. Trzeba się poświęcać i angażować, dążyć do doskonałości. Ale jednocześnie wierzę, że wkładając miłość i troskę w drobne rzeczy każdego dnia, mogę dać z siebie wszystko. Ćwiczę pilates, tańczę i dużo śpiewam.
M N O G O Ś Ć O D N I E S I E Ń
Mnogość odniesień do dzieł sztuki i tekstów kultury jest ogromna podczas całego koncertu i nie sposób wymienić ich wszystkich.
Podczas coveru piosenki „Can’t Take My Eyes Of You” Frankiego Valli na scenę zostaje zaproszonych kilkunastu fanów z pierwszych rzędów. Tworzą tłum gapiów podziwiających artystkę w ramie obrazu. Scena ta przypomina godzinę szczytu w Luwrze, gdy turyści przepychają się nawzajem, by móc zrobić selfie ze słynną Mona Lisą. Innym razem Rosalía wraca na scenę i ustawia się na czarnym tle. Ma na sobie bralette projektu Daniela Antsiferova i czarne rękawiczki, niczym postać grana przez Evę Green z „Marzycieli” Bernardo Bertolucciego. Jest też scena niczym z „Sabatu czarownic” Francisca Goi i singiel „Berghain” – rozhisteryzowane ciała tancerzy wiją się wokół piosenkarki tym razem ubranej w czarny, rogaty kostium (projektu Rafy Peinador i Fernanda Castro) przywodzący na myśl sabat.
Gdy wykonuje „CUUUUuuuuuute” nad sceną kołysze się ogromne botafumeiro – monumentalna kadzielnica znana z katedry w Santiago de Compostela, będąca ważnym symbolem kultury galicyjskiej, co dodaje całej scenie niemal rytualnego charakteru.
W innym miejscu występu jest wyraźne nawiązanie do „Czarnego łabędzia” Darrena Aronofsky’ego i idei dążenia do perfekcji, transformacji i upadku. Stojąc ze skrzydłami anioła na konstrukcji schodów, piosenkarka rozpościera ramiona i spada do tyłu, co stanowi jeden z najbardziej dramatycznych momentów całego koncertu.
Oglądając to spektakularne i przemyślane show przychodzą na myśl również „Ekstaza św. Teresy”, „Narodziny Wenus”, Maria Antonina, „Jezioro łabędzie”, a to zaledwie kilka klasyków. Warto zwrócić też uwagę na taki detal jak statyw na mikrofon – bogato zdobiony z fasadami katedralnymi i zwieńczony miniaturą Sagrady Familii.
Wychodząc z Ziggo Dome trudno było oprzeć się wrażeniu, że nie był to koncert, a wystawa – tyle że zamiast obrazów mieliśmy ciało, ruch i dźwięk. Było to widowisko, które z powodzeniem mogłoby trwać znacznie dłużej, a najlepiej wcale się nie kończyć.
Trasa „Lux” to doświadczenie, które zachwyci amatorów opery, teatru, baletu i wszelkich sztuk wizualnych. Niewielu twórcom udaje się dziś przekroczyć granicę między muzyką pop a sztuką wysoką bez popadania w pretensjonalność. 34-letnia Rosalía robi to bez najmniejszego problemu. ﹡