To zaszczyt, że poproszono mnie o tę rolę. Bardzo się cieszę, że film przedstawia tak pełny portret tak złożonego i zmiennego człowieka o wielkim talencie i prawości, który odważnie walczył o to, w co wierzył. I który odniósł sukces w świecie dzięki talentowi, wizji i pasji, z jaką szedł własną drogą. Rzadko oglądamy takie filmy – John Malkovich mówił na premierze „Żółtego krawata” w Bukareszcie, którą w centrum koncertowym Sala Palatului oklaskiwało 4,3 tys. osób.
Do stolicy Rumunii zjechały tego dnia wielkie nazwiska Hollywood, by oddać hołd legendarnemu dyrygentowi i kompozytorowi, który pochodził z nieznanego małego miasteczka Roman w tym kraju, a podbił największe sceny świata: Berlin, Buenos Aires, Filadelfię, Paryż i Mediolan. Był genialnym muzykiem, który zasłynął wśród koneserów w latach po drugiej wojnie światowej dzięki wyjątkowemu i bezkompromisowemu przekonaniu – wywodzącemu się z buddyzmu zen – że muzyka nigdy nie powinna być nagrywana. Uważał, że płyty winylowe i CD są martwe, a muzyki należy doświadczać wyłącznie na żywo, w pełnej pasji, autentycznej teraźniejszości. Dlatego przez całe życie odmawiał wszelkich nagrań.
Reżyserem i scenarzystą filmowej biografii maestro jest jego syn, Serge Ioan Celebidachi. I to on wymarzył sobie Malkovicha w roli ojca.
– Bo naturalnie potrafi przejść od spokoju do nieprzewidywalnych wybuchów, gdy dzieje się coś nieprzyjemnego. Taki właśnie był mój tata – miał w sobie odrobinę szaleństwa, energię, która mogła eksplodować znikąd. Wszystko idzie dobrze, dopóki nie powie się czegoś niewłaściwego i atmosfera nagle się nie zmienia. Czułem, że John Malkovich potrafi bardzo dobrze to zagrać, a w filmie są dwa wyraźne momenty, w których napięcie narasta i wręcz boisz się jego postaci. To ważne, ponieważ chodzi o istotę bohatera: chociaż jest hojny i ma wielkie serce, są również sytuacje, w których nie chcemy przesadzić – reżyser opowiadał Radio România, zapewniając, że od samego początku zależało mu na stworzeniu wiarygodnej postaci.
Zdjęcie: Adi Marineci
Zdjęcie: Fundatia Sergiu Celibidache
Zdjęcie: Adi Marineci
Zdjęcie: Fundatia Sergiu Celibidache
Co dla aktora wiązało się z „ogromnym wyzwaniem i wymagało intensywnej nauki”. Aby wcielić się w tę rolę, Malkovich np. dyrygował koncertem w Bukareszcie w towarzystwie 4300 statystów, a wcześniej przez wiele miesięcy niemiecki artysta Konrad von Abel uczył go dyrygentury.
Pozostałe ważne role w filmie również powierzono aktorom o międzynarodowej renomie, takim jak Sean Bean (gra surowego ojca Celibidache’a, który wyrzuca syna z domu po tym, jak odkrywa, że chce zająć się karierą muzyka klasycznego), Miranda Richardson (wciela się w żonę Celibidache’a, Ioanę), Kate Phillips (gra Ioanę w młodości) i grający młodego Celibidache’a, Ben Schnetzer. Produkcja jest uważana za jedną z najbardziej ambitnych w ostatnich latach w rumuńskim kinie, z budżetem około 20 milionów euro, zdjęciami realizowanymi w wielu lokacjach i zespołem, który pracował nad filmem ponad siedem lat.
Dlaczego tak długo? Życie i kariera bohatera „Żółtego krawata” były tak bogate, barwne i prowokacyjne, że „zmieszczenie tego w dwóch godzinach i 15 minutach, żeby wydobyć esencję, było największym wyzwaniem”.
Sergiu Celibidache był niewątpliwie gwiazdą batuty. Uchodził za jednego z najbardziej kontrowersyjnych dyrygentów na świecie, na przemian uważanego za geniusza i szaleńca. On sam doskonale zdawał sobie sprawę, że jako dyrygent był często opisywany jako megaloman, tyran i dyktator, ale miał to gdzieś. Najważniejsza była muzyka. Miał słuch doskonały, dyrygował bez partytury, tylko z pamięci i był wyjątkowym perfekcjonistą, który z orkiestrą potrafił godzinami pracować nad… jedną nutą.
Zmarł w 1996 roku w wieku 84 lat, nie zostawiając potomnym żadnego nagrania studyjnego dyrygowanej przez siebie muzyki. Dlaczego?
WYRZUCONY Z DOMU
Upór i głód wiedzy cechowały go od najmłodszych lat. Edukację muzyczną rozpoczął w wieku sześciu lat, jako pianista, później zajął się filozofią i wyższą matematyką. Ale już w dzieciństwie zapowiadał się na geniusza.
Zdjęcie: Fundatia Sergiu Celibidache
Zdjęcie: Adi Marineci
– Kiedy miałem cztery lata dawałem koncerty, bez publiczności, na pustym strychu, bez światła, w kurzu i zimnie. Dziękowałem publiczności, choć nie wiedziałem, co to właściwie znaczy – wspominał po latach, jak zaczęła się jego fascynacja fortepianem.
Ale gdy w wieku 15 lat powiedział rodzicom, że chce zostać muzykiem, ojciec, Demostenes – pochodzenia greckiego, były oficer kawalerii armii rumuńskiej i urzędnik rządowy w Jassach (mieście we wschodniej Rumunii, blisko granicy z Mołdawią) – wyrzucił go z domu. I odmówił finansowania nauki. Naciskał, by syn zrobił karierę w polityce, ale ten zamiast się ugiąć, wolał być bezdomny i po prostu zerwał wszystkie kontakty z rodziną.
Najpierw wyjechał do Bukaresztu, a potem z ojczyzny. W 1936 wstąpił do słynnej berlińskiej akademii muzycznej Hochschule für Musik, a władze niemieckie omyłkowo zmieniły jego nazwisko z Celebidachi na Celibidache i tę formę zachował już na zawsze. W Berlinie kontynuował jednocześnie studia z dyrygentury i kompozycji, a na Uniwersytecie Fryderyka Wilhelma – z muzykologii i filozofii, z których zrobił doktorat.
Mniej więcej w tym czasie spotkał mnicha buddyjskiego Martina Steinke, który wywarł głęboki wpływ na jego wiarę i późniejsze duchowe poglądy, a nawet – jak sam mawiał – odmienił jego życie. – Urodziłem się jako prawosławny chrześcijanin i studiowałem filozofię, ale nadal nie mogłem znaleźć rozwiązania moich problemów. To dzięki Steinke odkryłem drogę zen. Mogę powiedzieć, że bez zen nie poznałbym tej dziwnej zasady, że początek jest końcem. Muzyka to nic innego jak tego urzeczywistnienie – opowiadał po latach.
To Steinke wyjaśnił młodemu Rumunowi ideę ulotności chwili; uświadomił niepowtarzalność doświadczenia, wyrażoną przez japońską maksymę ichi-go ichi-e, związaną z ceremonią herbacianą. Ceremonia ta jest świętem, bowiem spotkanie ludzi przy herbacie jest jednorazowe i niepowtarzalne: nawet jeśli zejdą się ponownie te same osoby, będą miały już inne doświadczenia. Kolejne spotkanie będzie zupełnie inne i również – tak jak poprzednie – wyjątkowe.
Z tą myślą dyrygent Celibidache przygotowywał się do każdego występu niezwykle starannie (w Monachium próbował Brucknera sto razy, zanim uznał, że jest gotów do koncertu!). Dzięki temu występy orkiestr pod jego batutą były niezapomnianym, transcendentalnym przeżyciem.
CUD CZY PRACA?
Od początku swoich berlińskich dni miał też muzycznego idola – ówczesnego szefa orkiestry Filharmoników Berlińskich, Wilhelma Furtwänglera. Nie marzył nawet, że tak szybko go zastąpi. Bo w wieku 33 lat, gdy ledwo wyszedł z ławek konserwatorium.
Życie Celibidache’a w Berlinie podczas II wojny światowej do dziś jest wielką zagadką. I czy naprawdę to zbieg okoliczności sprawił, że jego kariera rozpoczęła się praktycznie od wejścia na sam szczyt?
Pochodzący ze Szwajcarii Furtwängler został przez aliantów wyrzucony z kraju; w oczekiwaniu na wyrok, który oczyści go z postawionych mu zarzutów kolaboracji z nazistami, podobnie jak wielu innych dyrygentów. Zaledwie na chwilę zajął jego miejsce Leo Borchard, ale został zastrzelony po tym, jak nie zatrzymał samochodu na wezwanie amerykańskiego wartownika podczas nocnej przejażdżki. Wobec braku odpowiedniego Niemca, który mógłby prowadzić Filharmonię Berlińską, stanowisko głównego dyrygenta przekazano nieznanemu wówczas Rumunowi o trudnym do wymówienia nazwisku.
Jak pisze francuski „Le monde”, Sergiu Celibidache odziedziczył więc ten prestiżowy „tron” ku wielkiemu zaskoczeniu innych. Nie dlatego, że był bardzo młody, ale dlatego, że był kompletnie niedoświadczony. W tamtym czasie dyrygenci uczyli się fachu w małych prowincjonalnych operach, by stopniowo przechodzić do dużych, uznanych zespołów. On nie szedł tą drogą.
Zdjęcie: Adi Marineci
Zdjęcie: Fundatia Sergiu Celibidache
Zdjęcie: Adi Marineci
Najpierw w 1944 roku, w czasie wojny w zrujnowanej stolicy Rzeszy, wygrał konkurs Radia Berlińskiego na głównego dyrygenta tamtejszej Radiowej Orkiestry Symfonicznej, a krótko potem wskoczył na najważniejsze muzyczne stanowisko w stolicy, stając się najmłodszym dyrygentem w historii Filharmonii Berlińskiej i z dnia na dzień gwiazdą, której koncerty wkrótce poruszą cały świat.
Jest pamiętany za ciężką pracę przy odbudowie filharmonii po wojnie. Częścią jego polityki było uzupełnienie repertuaru orkiestry, obejmującego ponad 120 nie niemieckich utworów Barbera, Brittena, Coplanda, Poulenca, Ravela, Szostakowicza, Strawińskiego i innych, których orkiestra nigdy wcześniej nie grała. A każdy koncert poprzedzało od 10 do 12 prób, których wymagał.
– O jakości orkiestry decyduje liczba prób, a im lepsza orkiestra, tym więcej z nią trzeba ćwiczyć, by jej możliwości były większe. W muzyce nie ma cudu. Tylko praca – oświadczał.
Wyciskał z muzyków siódme poty, nie akceptował niczego poniżej perfekcji, odrzucał kompromisy. Czasami jednak posuwał się za daleko. Wiele lat później tak rozdrażnił rzymską orkiestrę podczas szczególnie trudnej sesji, że muzycy rzucali w niego swoimi nutami i doprowadzili do nagłego zerwania współpracy placówki z dyrygentem.
BANDZIOR, KTÓRY JEST GŁUCHY
W latach 50. Rumun zachwycał publiczność ognistym i odważnym stylem. Ze swojej berlińskiej bazy zaczął podróżować i występować gościnnie w innych częściach świata, m.in. w Wielkiej Brytanii, Ameryce Południowej, USA czy Izraelu. Ktoś nawet ukuł termin „łacińsko-słowiański”, aby opisać styl Celibidache’a, który charakteryzował się bardzo powolnym tempem. „Prędkości były wolne, ale szczegóły były fenomenalne. Efekt można porównać do różnicy między hologramem a fotografią” – nawet po latach piszą zachwyceni recenzenci.
Rządy maestro w Berlinie skończyły się po dwóch latach, gdy zrehabilitowany Furtwängler powrócił na stanowisko. Celibidache został jego asystentem. Gdy szef nagle zmarł, niektórzy widzieli w nim naturalnego spadkobiercę „genialnego Wilhelma”. On sam również.
Zdjęcie: Adi Marineci
Zdjęcie: Fundatia Sergiu Celibidache
Ale autorytarne, wściekłe zachowanie Sergiu, zdolnego do zarządzania niekończących się sesji prób, nie przyniosło mu dobrych punktów u muzyków. Ci woleli Herberta von Karajana. Celibidache czuł się upokorzony i nigdy konkurentowi tego nie wybaczył. Po latach odpłacił mu w „Der Spieglu”: „To bandzior. Albo jest dobrym biznesmenem, albo jest głuchy”. Innym razem podsumował go krótko: „Karajan to coca-cola”, mając na myśli jego zabieganie o popularność u mas.
Przez całe życie słynął z ostrego języka. Innym kolegom po batucie też zresztą nie przepuszczał: „Toscanini to fabryka nut”, „Abbado to szczyt beztalencia”, a „Karl Böhm to worek z kartoflami, który w życiu nie zadyrygował jedną nutą muzyki”. Do sławnej pianistki Marthy Argerich, gdy nie mogli się porozumieć podczas pierwszej próby, powiedział: „Niech pani nie będzie niewolnicą własnego niezdecydowania”. I postawił na swoim.
Któregoś razu miał się podobno zadumać nad partyturą lubianej przez siebie „Szeherezady”, choć za muzyką Rimskiego-Korsakowa nie przepadał: „Jak to się stało, że taki głupi kompozytor napisał taką wspaniałą rzecz?”. Kpił też z legend. „Mahler zaczyna się dobrze, ale zawsze źle się kończy”, „Oda do radości IX Symfonii Beethovena to prawdziwa sałatka” – nie przebierał w słowach.
Miał bezgraniczny podziw tylko dla Antona Brucknera, austriackiego muzyka, skromnego pochodzenia, który „przeczytał jedynie dwie książki: biografię Napoleona i Biblię”. Był dla niego „największym symfonistą wszech czasów”, człowiekiem, który posiadał „niesamowite wyczucie przestrzeni harmonicznej”.
ZAWIESZA CZAS
Po tym jak Berlin go nie chciał, wściekły i obrażony Celibidache musiał spakować walizki. Wyjechał do Włoch i jako dyrygent gościnny poświęcił się drugorzędnym europejskim orkiestrom (np. Kolonia, Rzym, Sztokholm, Stuttgart) – jedynym chętnym do zaspokojenia jego ekstrawaganckich wymagań podczas prób. Udało mu się je doprowadzić do nieoczekiwanych wyżyn, bo zazwyczaj stawiał na swoim, grożąc, że opuści orkiestrę.
Dostawał te zlecenia częściowo dzięki działaniom promocyjnym pianistki Eileen Joyce i jej partnera, agenta artystów. Joyce powiedziała, że Celibidache był największym dyrygentem, z jakim kiedykolwiek pracowała: „był jedynym, który zakradł się do mojej duszy”.
W tym czasie ugruntował wizerunek ekscentryka i trudnego człowieka, który nigdzie długo nie zagrzał miejsca. Na próbach i koncertach największą wagę przywiązywał do barwy orkiestry. – Na świecie jest być może pięciu dyrygentów, którzy interesują się barwą orkiestry. 90 procent dyryguje powierzchownie i zadowala się jedynie szybkimi tempami – mawiał, słynąc z tego, że jego tempa zawsze były powolne, ale wraz z wiekiem ten pogrążony w filozofii, wyznawca fenomenologii i buddyzmu sprawiał, że tempa stawały się jeszcze powolniejsze (z nim czwarta symfonia Brucknera trwała nie 60, ale 84 minuty). – Po prostu stwarzam muzykom warunki do przekraczania dźwięku – deklarował.
Podczas, gdy jego fani zachwycali się nowymi interpretacjami, inni kiwali tylko z politowaniem głową. Często popadał też w konflikt z krytyką, która zarzucała mu zbytnie zamiłowanie do wolnych temp. „To ignoranci” – odparowywał. Innym razem odpowiadał milej: „Czas w muzyce nie istnieje”.
W 1979 roku dostał angaż życia – został szefem Orkiestry Filharmonii Monachijskiej. Tutaj pokazał na co go stać: w krótkim czasie zrobił z zespołu jedną z najlepszych orkiestr świata, dając z nią niezapomniane koncerty. „Jego wykonania są najbliższe muzycznemu zen, jakiego możemy doświadczyć: unoszą się poza czasem i przestrzenią”, „Celibidache zawiesza czas, delektuje się współbrzmieniami i akcentami”, „Nikt, tak jak on, nie umie rozśpiewać wszystkich pulpitów orkiestry, wyeksponować każdego, najdrobniejszego szczegółu, nie zbaczając przy tym z głównej trasy”, „Jest alchemikiem dźwięku, hipnotyzerem, zaklinaczem węży” – pisali krytycy o dyrygencie z „płonącymi oczami, długimi kosmykami siwych włosów kołyszącymi się na skroniach”.
Zdjęcie: Fundatia Sergiu Celibidache
Zdjęcie: Adi Marineci
John Rockwell, krytyk „New York Timesa”, po koncercie w Carnegie Hall w 1984, wystawił mu jedyną w swoim rodzaju laurkę: „Byłem jeszcze bardziej zahipnotyzowany jego metodą dyrygowania, która była bardziej tym, czego NIE zrobił, zamiast tego, co zrobił”. I nazwał występ „najlepszym spośród koncertów dyrygentów w całej jego 25-letniej pracy dziennikarza”.
Ale najpierw apodyktyczny „Celi” zasłynął z wymagań: kazał rozbudować filharmonię do 130 muzyków, zażądał artystycznej niezależności i rocznego wynagrodzenia w wysokości około 250 tys. funtów. I pomimo publicznych awantur z władzami miasta, kierował ukochaną orkiestrą przez 17 lat, aż do śmierci.
4 czerwca 1996 roku pożegnał się z publicznością. Dwa miesiące później zmarł na zawał serca. Miał 84 lata.
PŁYTA TO ZDRADA
Podczas gdy jemu współcześni, tacy jak Herbert von Karajan i Georg Solti, budowali reputację dzięki lukratywnym nagraniom studyjnym i częstej obecności w mediach, charyzmatyczny mistrz batuty wydawał się strzelać sobie w stopę. Nienawidził wywiadów i nagrań, gwiazdorstwa i adorowania jego osoby. Pomimo gwałtownego temperamentu pozostał skromny. – Wybitny dyrygent jest przede wszystkim człowiekiem – mawiał.
Dla Sergiu, geniusza o słuchu absolutnym, który znał każdy utwór na pamięć, najważniejsza w muzyce była muzyka, będąca sposobem na dotarcie do istoty bytu. Przez całe życie dążył do realizacji tej wizji, odrzucając kompromisy, co było trudne dla innych, ale przede wszystkim dla niego. Nie stronił co prawda od fizycznego kontaktu z publicznością, stale dyrygował w radiu, chętnie dzielił się wiedzą z młodzieżą, ale kategorycznie odmawiał nagrywania w studio dyrygowanych przez siebie koncertów. Uważał to za formę zdrady. Twierdził, że płyta „kłamie”, że w żaden sposób nie jest w stanie oddać magii koncertu, który jest niepowtarzalny, odbywa się w sali o określonej akustyce i przy współudziale słuchaczy. I jakiekolwiek próby powtórzenia tej sytuacji są z góry skazane na klęskę.
– Muzyka może żyć tylko chwilą i otoczeniem, w którym jest tworzona: każdy koncert to doświadczenie, którego nie można powtórzyć. Replika wykonania jest zaprzeczeniem sensu muzyki i zanegowaniem jej życia. Lepiej iść na koncert nawet mniej zdolnego wykonawcy czy słabszej orkiestry, niż słuchać nagrań choćby najwybitniejszych interpretatorów – tłumaczył muzykom i studentom.
Zdjęcie: Fundatia Sergiu Celibidache
Zdjęcie: Fundatia Sergiu Celibidache
Płyty nazywał „dźwiękowym naleśnikiem”, „żółtą fotografią rzeczywistości”, „kopią własnego grobu”, a o słuchaniu nagranej muzyki mawiał, że to jak „spędzenie nocy ze zdjęciem Brigitte Bardot”.
Im bardziej nie dawał się zapuszkować, tym bardziej rósł jego mit. Aby podtrzymać legendę, choć skomponował sześć utworów na orkiestrę, zawsze odmawiał wykonania. Nigdy nie ugiął się przed panującym zwyczajem nagrywania w studio, dlatego nie pozostawił po sobie żadnej płyty. Dopiero po jego śmierci wytwórnie odkryły skarby: wszystkie jego koncerty z orkiestrami radiowymi zostały zachowane w wysokiej jakości dźwięku, bo były transmitowane na żywo. A Filharmonia Monachijska potajemnie nagrywała jego występy.
Rezultatem jest spuścizna, która w pewnym stopniu dokumentuje jego podejście do muzyki. Za zgodą żony i jedynego syna, wydano kilka kompaktów. Chodziło głównie o to, że na rynku krążyło ponad 175 nieautoryzowanych płyt, często słabej jakości, rodzina więc pragnęła powstrzymać ten napływ piratów. I tak nagrania legendarnego dyrygenta stały się przedmiotami kolekcjonerskimi.
„Występy Celibidache’a są niebywałe pod względem błyskotliwego tonu, umiejętności solowych i osiągnięć zespołowych. Dla niektórych wszystko to może wydawać się prawdziwym objawieniem” – tak „New York Times” ocenił kilka nagranych koncertów dyrygenta z Filharmonikami Monachijskimi. Dodał jednak, że dla tych, którzy podziwiali koncerty Celibidache’a na żywo, te płyty nie mogą unieważnić jego reputacji, ale są rozczarowaniem. Zgodził się z mistrzem, że lepiej było nic nie uwieczniać.
NIEUDANY KSIĄDZ
Celibidache, kapłan sztuki i czasami nie do zniesienia tyran, nie wahający się szydzić z kolegów z branży, z wiekiem łagodniał. Pod koniec dyrygenckich lat w Monachium, już otyły i stary, stał się uosobieniem dostojeństwa – niegdyś pełen temperamentu dyrygent, który nie stronił nawet od wywijania tyłkiem (na jego usprawiedliwienie dodajmy, że robił to przy Straussowskim „Sowizdrzale”), jedynie spokojnie siedział, uśmiechał się i czasem czule żartował z licznych muzycznych „skandali”, które wcześniej wywołał.
Nic nie robił sobie nawet ze sporu z Abbie Conant, puzonistką z Monachijskiej Filharmonii, która po 12-letniej batalii prawnej o udowodnienie zarzutów o dyskryminację ze względu na płeć, wygrała z nim w sądzie. Celibidache twierdził, że Conant brakowało „niezbędnej siły” i „empatii emocjonalnej”, aby poprowadzić sekcję puzonów i na jego polecenie została zmuszona do zajęcia drugiej pozycji, z niższym wynagrodzeniem niż koledzy. Choć maestro odwoływał się od niekorzystnej dla niego decyzji sądu, ostatecznie musiał płacić puzonistce honorarium tak samo wysokie, jak mężczyznom z zespołu.
Na starość stał się wspaniałym pedagogiem i miał świetny kontakt z młodzieżą. Z wiekiem stopniowo stawał się łagodniejszy, dobry, wrażliwy i hojny – do końca swoich dni udzielał lekcji sparaliżowanym ze strachu, ale zafascynowanym uczniom (wielu z nich to później wybitni dyrygenci). Wykładał na uniwersytetach w Moguncji, Monachium, Paryżu i Filadelfii, a jego kursy były często otwarte dla studentów za darmo. Podobno przychodziły ich setki. Wdowa po nim, Ioana Celibidache, podsumowuje to z humorem: „Był nieudanym księdzem”.
To dzięki żonie (zmarła w 2012 roku), a także staraniom syna, pamięć o mistrzu przetrwa na zawsze. Najpierw założyli fundację imienia Celibidache’a, następnie wydali książkę: „Celibidache, spotkania z człowiekiem nadzwyczajnym”, a potem ponad trzygodzinny film dokumentalny, pod tytułem „Ogród Celibidache’a”. Zrealizował go z czułością i taktem syn dyrygenta, który został reżyserem.
Zdjęcie: Adi Marineci
JOHN MALKOVICH JAKO „MAESTRO FURIOSO”
30 lat później Serge znów postanowił opowiedzieć światu o ojcu za pomocą kina. Napisał scenariusz i wziął się za reżyserię filmu fabularnego „Żółty krawat”, który opowiada nie tylko o karierze kontrowersyjnego rodzica. Dowiemy się z niego, że poza salą koncertową dyrygent interesował się sportem, a w młodości był zapalonym piłkarzem (gdy pierwszy raz przyjechał do Londynu, najpierw poszedł na mecz Arsenalu), ale to muzyka zawładnęła jego życiem najbardziej.
By oddać całą gamę sprzeczności i skomplikowania ojca, nazywanego pieszczotliwie „Maestro furioso”, Serge zaproponował rolę Malkovichowi, znanego z niezapomnianych ról dziwaków i charyzmatycznych postaci. – Tylko on potrafi znaleźć równowagę między unikaniem nadmiernej intelektualności a jednocześnie unikaniem powierzchowności – chwalił go podczas premiery filmu.
Choć wielu ceni obraz za przystępną historię, skonstruowaną tak, by dotrzeć nawet do odbiorców niezaznajomionych z muzyką klasyczną, niektórzy krytycy uważają, że film – choć zrealizowany z rozmachem – jest zbyt schematyczny, ze sztucznymi dialogami i niespójnymi postaciami.
Ale wszyscy są zgodni, że 73-letni odtwórca głównej roli jest wybitny. „To dzieło miłości wyreżyserowane przez syna. Nieco powściągliwy i majestatyczny film, owszem, ale solidnie zrealizowany, szczery i wzniosły, z mistrzowską grą aktorską” – ocenił dziennikarz „Guardiana” przed jutrzejszą premierą w europejskich kinach (polska data nie jest na razie znana).
Reżyser w wywiadzie dla Euronews Romania wyznał: – Wielu oczekiwałoby czegoś bardziej elitarnego, ale od początku naszym celem było stworzenie filmu przystępnego, uniwersalnego. Wyjście poza strefę intelektualną czy elitarną, zachowując wszystkie potrzebne odniesienia i, rzecz jasna, mnóstwo muzyki.
Krytycy doceniają, że „Żółty krawat” to „celebracja wierności własnym przekonaniom”. „Guardian”: „W tym, że Celibidache był nieugięty w kwestii muzyki nagranej jest pewien rodzaj samotnego heroizmu i kto wie, czy w naszym zdigitalizowanym świecie, gdzie nagrania są tak łatwo dostępne, jego poglądy nie wejdą w modę?”. ﹡